przeskocz do treści | przeskocz do menu głównego
Oficjalna strona Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej
| |
A | A | A

Czy w Pana rodzinnym domu dyskutowało się przy stole o polityce?
Prezydent RP:
Owszem. Ale polityka była domeną przede wszystkim ojca. Sam nigdy nie zaangażował się politycznie. Jednak jako lekarz interesował się światem. Słuchał Radia Wolna Europa, czytał gazety. Mama polityką interesowała się mniej. Miała za to bardziej zdecydowane poglądy.

Czy rodzice spierali się o politykę?
Prezydent RP:
Nie. Pierwszą opozycję wewnątrz rodziny stworzyłem ja. Miałem wtedy jakieś 15-16 lat. Włączyłem się w gorące dyskusje przy stole. O wielu sprawach starałem się mówić i myśleć inaczej niż oni. Zwyczajnie, z przekory. Polityka zbliżyła moich rodziców. Ojciec urodził się w Warszawie, mama w Wilnie. Kiedy wybuchła wojna, miała 10 lat. Ojciec, rocznik 1921, uzyskał właśnie maturę. Zamierzał rozpocząć studia medyczne. Po wojnie z nakazu pracy rodzice znaleźli się w Białogardzie, czyli na Ziemiach Zachodnich. Tam się poznali, pobrali i ja przyszedłem na świat. Oni nie mogli ignorować polityki, bo zbyt często decydowała o ich losach. Po prostu była wpisana w nasze życie.

Czego nauczyli Pana rodzice?
Prezydent RP:
Kładli wielki nacisk na wykształcenie, moje i mojej młodszej siostry Małgorzaty. Obowiązkiem była nauka języków obcych. Pokazali nam świat. Jako dzieci jeździliśmy do Krajów Demokracji Ludowej. Pierwszy raz wyjechałem za granicę chyba w 1963 roku, kiedy miałem dziewięć lat. Na owe czasy w Polsce to był zupełny ewenement. Zwiedziliśmy Berlin, Pragę, Budapeszt. Rodzicom zawdzięczam także tolerancję i szacunek do ludzi. Ojciec traktował wszystkich równo i serdecznie. Największym grzechem, jaki można było popełnić w naszym domu, to zacząć mówić o kimś źle. Wpajano nam, że ludzi należy traktować dobrze. Niezależnie od tego, czy ktoś jest profesorem, czy sprzątaczką. Gdybym miał powiedzieć, co mnie ukształtowało, to w dużym stopniu wychowanie rodziców. Zapewnili mi szczęśliwe i bezpieczne dzieciństwo.

Byli bardziej konserwatywni czy liberalni?
Prezydent RP:
Zdecydowanie liberalni. Otwarci na wszelkie nowe trendy. To ojciec na przykład odkrył w naszym domu Czesława Niemena. Jego piosenka Dziwny jest ten świat i kubraczek, w którym występował, były dla ludzi wielkim szokiem. Ku powszechnemu zdumieniu ojciec powiedział: on świetnie śpiewa, jest w nim coś wielkiego. Później, jako człowiek w moim wieku (czyli nie taki stary, ale wówczas wydawał mi się mocno starszym panem), zaczął słuchać Breakoutów, Tadeusza Nalepy, Miry Kubasińskiej. Nawet poszliśmy razem na jej koncert. Ojciec, choć wielki liberał, stawał się surowy w sprawach domowych. Mama nie była tak wymagająca, ale wszelkie egzekucje leżały w jej ręku.

To znaczy, że bywał Pan jako dziecko karany?
Prezydent RP:
Od mamy dostałem kilka razy po uszach. Całkiem zasłużenie. Zazwyczaj za głupstwa, niesubordynację. Nawet nie za wagary. Zresztą byłem na nich raz i wcale mi się nie spodobało, bo nie wiedziałem, co robić z wolnym czasem. Kary zakończyły się, gdy miałem 14 lat. Sytuacja, w której mama, kobieta drobnej budowy, próbowałaby wymierzyć mi klapsa, zaczęła być nieco śmieszna. Ojciec natomiast nigdy nie podniósł na mnie ręki.

Jak mocno jest Pan związany ze swoją siostrą?
Prezydent RP:
Nasi rodzice nie żyją. Zostaliśmy więc w pewnym sensie we dwoje. Oboje jesteśmy indywidualistami i nie wszystko układa się tak łatwo. W dodatku dzieli nas wiele kilometrów: Małgorzata mieszka i pracuje w Szwajcarii. Jednak wydaje mi się, że jesteśmy dobrym rodzeństwem. Zawsze możemy na siebie liczyć. Ostatnio jednak najbliższy kontakt z ciocią ma moja córka. Często do siebie dzwonią. Ola odwiedzała ją już kilka razy. Wszyscy spotykamy się zazwyczaj na Boże Narodzenie. Obchodzimy je bardzo rodzinnie. Siostra, lekarz okulista, jest wyjątkowo zdolną i bardzo pracowitą dziewczyną. Jestem z niej dumny. Myślę, że ona ze mnie też.

Przeciw czemu buntował się Pan jako nastolatek?
Prezydent RP:
Była we mnie potrzeba buntu. Sprzeciwiałem się różnym domowym regułom. Moje pokolenie buntowało się jednak przede wszystkim w szkole. Nie mogliśmy przecież pozwolić, by ograniczano naszą wolność. Nosiliśmy więc długie włosy. Wiele sztuk nawyczynialiśmy żeby te włosy uchronić. Ja ukrywałem swoje za uszami, wpychałem je za koszulę. A teraz i tak okazuje się, że nasza walka była beznadziejna. Większość kolegów z tamtych lat w ogóle już nie ma włosów. Ale wtedy to była wielka batalia o odrębność. Bunt młodzieży w tamtych czasach poszedł przecież dalej. Koniec lat 60. był bardzo trudny. W 1968 roku odwiedziłem Czechosłowację i wywarło to na mnie ogromne wrażenie. Zrozumiałem, że zmiany polityczne są w ogóle możliwe. Polski marzec 68 roku przeżywałem, ale niewiele z tych wystąpień rozumiałem.

Przy jakiej muzyce bawił się Pan na prywatkach?
Prezydent RP:
Przy najlepszej, jaka kiedykolwiek powstała w Polsce! Właśnie nastąpił bezprecedensowy rozkwit rocka i muzyki pop. Wraz z moją młodością zaczynały wszystkie wielkie później zespoły: Czerwono-Czarni, na których koncertach byłem kilkanaście razy, Niebiesko-Czarni, Czerwone Gitary, Skaldowie, Breakouci, No To Co. I oczywiście Czesław Niemen, muzyczne guru mojego pokolenia. Śpiewał mniej do tańca, ale jego teksty niosły przesłanie: dziwny jest ten świat. A my w to wierzyliśmy. Oczywiście, było także Radio Luksemburg, ale wtedy na prywatkach bawiliśmy się przede wszystkim przy słynnym adapterze Bambino. Do dziś mam gdzieś schowaną wielką kolekcję najlepszych longplayów z tamtych lat.

Woli Pan tańce szybkie czy raczej wolne?
Prezydent RP:
Różnie. Wszystko zależy od nastroju. Czasami chcę się zbliżyć do partnerki, uspokoić, przeżyć coś osobistego. Zdarzają się także momenty, gdy potrzebuję rozładować energię. Ale dyskoteka to nie jest coś, co mnie dziś pociąga najbardziej. Zostawiam to mojej córce, która zresztą świetnie tańczy. Widziałem ją ostatnio w tańcu i jestem pełen podziwu.

Z czego był Pan najsłabiej przygotowany do matury?
Prezydent RP:
Będę nieskromny, ale muszę powiedzieć, że byłem bardzo dobrze przygotowany. Uczyłem się w klasie matematyczno-fizycznej. Z polskiego wybrałem jakiś wolny temat. Męczył mnie, ale i tak napisałem go na piątkę. Później zdawałem geografię i fizykę: wszystko poszło bardzo dobrze. Maturę wspominam jako przyjemny stres. Zresztą to taki moment, w którym obie strony są zainteresowane sukcesem. Uczeń, bo chce zdać, a nauczyciele, żeby mieć go z głowy. Usiłowałem to wytłumaczyć mojej córce przed jej maturą. Chyba nie do końca mi uwierzyła. Miała trudne egzaminy, ale zdała je z dobrym wynikiem.

Czy egzaminy w ogóle Pana nie stresowały?
Prezydent RP:
Każdego trochę się bałem. Nie wierzę, że można przystępować do egzaminu bez stresu. Błędem jest podchodzić do ważnych spraw bez obawy. Chciałbym tu przytoczyć historię, która tylko pozornie jest bez związku. Przyjaźniłem się z Jerzym Kukuczką, człowiekiem, który zdobył wszystkie ośmiotysięczniki. Kiedyś przywiózł mi nawet z podróży Buddę, którego moja córka nazwała Kukuczka. Budda żyje z nami do dziś. Jerzy popełnił zaś błąd, o którym mówię. Uznał, że nie musi się bać. I wtedy zdarzyło się nieszczęście. Uważam, że stres i trema są konstruktywne, potrzebne. W dniu, w którym przestajemy odczuwać tremę, powinniśmy zacząć słyszeć głośny dzwonek alarmowy.

Czy była jakaś podróż, o której marzył Pan jako chłopak, a odbył ją jako prezydent?
Prezydent RP:
Było kilka miejsc, o których marzyłem. Większość, poza dwoma, udało mi się odwiedzić. Już jako student, w 1976 roku, byłem przez trzy miesiące w Ameryce Północnej. Dzięki polityce dotarłem w różne odległe miejsca, o których marzyłem. Zobaczyłem Chiny, Japonię, Afrykę Południową, Australię, Izrael, Egipt. Zostało mi jeszcze Chile i Brazylia.

Czym się Pan kieruje jako podróżnik?
Prezydent RP:
Gdybym powiedział, że chciałbym zwiedzić Słowację, którą bardzo lubię, świadczyłoby to, że mam niezbyt wielkie marzenia. Kraje, które wymieniłem, w różnych momentach historii pod względem geograficznym, cywilizacyjnym, politycznym odegrały szczególną rolę w dziejach ludzkości. Nie da się rozumieć współczesnego świata, nie będąc w Stanach Zjednoczonych. Do dzisiaj mam kłopot z odpowiedzią na pytanie, jaki jest Nowy Jork. Nie wiem, czy to miasto jest piękne. Na pewno mnie fascynuje. Myślę, że mógłbym tam żyć. Australia jest pociągająca, bo taka daleka. Chiny, podobnie jak Japonia, mają niezwykłą historię i odrębną kulturę. Izrael to korzenie naszej wspólnej historii. Gdyby opuścić się z Warszawy na linie w dół, trafiłoby się do Afryki Południowej. A jednak niebo wygląda tam zupełnie inaczej. O Chile myślę jak o miejscu, w którym kończy się świat. Brazylia jest mieszanką ras i kultur. Poza tym Brazylijczycy świetnie grają w piłkę nożną. A to dla mnie nie bez znaczenia.

Jaki obyczaj w obcej kulturze najbardziej Pana zaskoczył?
Prezydent RP:
Po wizycie w Afryce Południowej zapytano mnie, jak smakuje krokodyl. Odpowiedziałem, że w przypadku tego dania nieważny jest smak, ale szybkość. Kto kogo zje pierwszy. Tym razem mnie się udało. Zdarzyło mi się także jeść węża i zebrę. Na Syberii piłem mleko z łojem. Smakuje dziwnie, ale wszystkiego warto spróbować. Obce obyczaje szanuję i chętnie poznaję. Czasem jest to niełatwe. Byłem na przykład na spektaklu teatru bunraku w Tokio. Przedstawienie trwało sześć godzin. Trzy postacie w bardzo wolnym tempie chodziły po scenie. Jedna z nich czytała baśń w języku starojapońskim. Muzycznym tłem był dźwięk jednej struny. A publiczność była zachwycona, całkowicie wtopiona w nastrój. Zafascynowało mnie to. Moim zdaniem cechą ludzi XXI wieku powinna być ciekawość i otwartość. Cóż bowiem jest wartościowego w kulturze kreowanej przez fast food? Chociaż pamiętam, jak wraz z moją żoną i Zbyszkiem Bujakiem byliśmy na seminarium w Salwadorze. Spacerując po mieście, poczuliśmy głód. Stragany zapełniało jednak bardzo dziwne i nie budzące naszego zaufania jedzenie. I wtedy zobaczyliśmy bar McDonalda. Był dla nas jak raj.

Czy prezydent osobiście kupuje bliskim prezenty?
Prezydent RP:
Kupuję, kiedy mogę. Niestety, dość rzadko. Przede wszystkim na Boże Narodzenie. Obdarowuję nie tylko żonę i córkę, ale także teścia, szwagierki, siostrę. Kiedy jestem za granicą, szukam czegoś ładnego. Płacę oczywiście prywatną kartą kredytową. Służbowej prezydent nie ma. Staram się też robić drobne prezenty dla swoich współpracowników, kolegów z ochrony. Brak czasu sprawia, że bywam oryginalny. Ostatnio z Jałty przywiozłem prezent, który bardzo spodobał się mojej żonie: cały worek czerwonej cebuli. Na Krymie jest najlepsza.

A pamięta Pan pierwszą suknię, w której zobaczył Pan żonę?
Prezydent RP:
Pamiętam dziewczynę, w której się zakochałem. Była w dżinsach, dobrze skrojonych i dopasowanych. Spodnie przywiozła z Włoch, bo właśnie stamtąd wróciła. Miała też na sobie zielony sweter z wzorkiem. I oczywiście długie kasztanowe włosy, prawie do pasa. Wyglądała pięknie. I tak się zaczęło.

Czym Panu żona najbardziej imponuje?
Prezydent RP:
Jest pierwszą w Polsce żoną polityka, która znalazła dla siebie tak szczególne miejsce. Założyła fundację Porozumienie bez Barier, która działa i jest dziś instytucją. Jola cieszy się sympatia i poważaniem królowych i prezydentowych na całym świecie. Jest przy tym wrażliwa, serdeczna i bardzo rodzinna. Imponuje mi tym wszystkim.

Jak pieszczotliwie zwraca się Pan do żony?
Prezydent RP:
Od razu powiem: zwracamy się do siebie pieszczotliwie. Jednak proponuję, żeby w tej sprawie obowiązywała tajemnica państwowa. Przecież taką informację mógłby wykorzystać obcy wywiad! I co wtedy?

Czy kiedy urodziła się Panu córka, planował Pan jej przyszłość?
Prezydent RP:
Chciałem zapewnić jej bezpieczeństwo i rozwój. A wtedy nie było to łatwe. Ola przyszła na świat chyba w najgorszym momencie, jaki mogła wybrać: w lutym 1981 roku. To był okres najgłębszego kryzysu politycznego i gospodarczego. Mleko kupowało się z książeczką zdrowia dziecka, mięso na kartki. W sklepach nie było nic. A jednak Ola wyrosła na wspaniała dziewczynę. Zna dobrze angielski i francuski. Podróżowała po świecie, poznała wielu ludzi. Dzisiaj jest na I roku psychologii UW. Sama wybrała kierunek studiów. Ja się nie wtrącałem.

A jakby Pan zareagował¸, gdyby chciała zostać politykiem?
Prezydent RP:
Nie zachęcałbym jej, ale także zbytnio nie protestowałbym. Oczywiście pod warunkiem, że byłby to jej wybór. Młodych ludzi trzeba od pewnego momentu konfrontować z prawdziwym życiem. Rodzice powinni doradzić, jeśli mają pomysł na dobrą radę. Ale na pewno nie przeszkadzać. Własne doświadczenie, nawet nie najlepsze, jest lepsze niż brak doświadczenia.

Co by Pan powiedział, gdyby córka przyszła do domu z kolczykiem w nosie?
Prezydent RP:
Zdziwiłbym się, ale nie czyniłbym z tego jakiegoś problemu.

Czy Ola jest córeczką tatusia?
Prezydent RP:
Zdecydowanie nie. Uważam, że dla mojej córki miałem za mało czasu. Choć nadopiekuńczość też nie jest wskazana. Oboje z żoną mamy dobre kontakty z Olą. W domu, tak wystawionym na widok publiczny jak nasz, jesteśmy dla siebie wszystkim. Ta sytuacja bardzo nas ze sobą wiąże. Do niedużej rodziny należy jeszcze dopisać psa Sabę. Oto cała drużyna. Kameralna, a to daje sympatyczny, bliski związek.

Ile wynosi kieszonkowe Pana córki?
Prezydent RP:
Do niedawna mama wypłacała jej kieszonkowe. Odkąd jednak Ola skończyła 18 lat, uznałem, że powinna wejść w dorosłe życie. Ma swoją kartę kredytową, z której korzysta w kraju i za granicą. Ja włożyłem tam pierwszy wkład. Od niej zależy, jak będzie pieniędzmi dysponowała. Podczas wakacji pracowała kilka tygodni w Londynie. Była pracownicą w domu mody. Córkę, mimo jej prezydenckich rodziców, staram się wychowywać normalnie. Może nawet trochę twardziej. Kiedyś jej to pomoże. W świecie, w który Ola wejdzie, będzie duża konkurencja. A to wymaga siły psychicznej. Nikt niczego jej nie podaruje.

Nie przeszkadzało Panu, że zarabiał Pan mniej niż żona?
Prezydent RP:
Jesteśmy małżeństwem partnerskim. To nigdy nie stanowiło problemu.

Czy nosi Pan przy sobie pieniądze?
Prezydent RP:
Mój ojciec zawsze miał je przy sobie. Kiedy zapominał portfela, wracał do domu, choć mieszkaliśmy na drugim piętrze. Na pogrzebie ojca, tuż przed zamknięciem trumny, zobaczyłem, że nie ma przy sobie ani grosza. Nie mogłem dopuścić, aby na tamten świat przeniósł się nie w swoim stylu. Włożyłem mu więc do kieszeni trochę drobnych i gazetę. Czytanie było jego drugim silnym przyzwyczajeniem. Ja też potrzebowałem mieć przy sobie jakieś pieniądze. Inaczej źle się czułem. A teraz mieszkam w Pałacu Prezydenckim. Rzadko z niego wychodzę. Nie robię zakupów. Nie noszę więc przy sobie pieniędzy. A czasami by się przydały. Na przykład za granicą. Kiedyś pożyczył mi minister Siwiec. Innym razem koledzy z ochrony. Stanowisko prezydenta osłabia czujność finansową.

A co nosi Pan wobec tego w kieszeniach?
Prezydent RP:
Chusteczkę, grzebień i pióro. Nie mam nawet kluczy od swojego domu. Pałac jest chroniony, a mieszkanie otwarte.

Co jest najprzyjemniejsze w byciu prezydentem?
Prezydent RP:
Objąłem wielkie stanowisko w wyjątkowym kraju i czasie. Polska znalazła się w przełomowym momencie. Ma wielkie osiągnięcia i możliwości. A ja współtworzę jej historię. Gdybym szukał porównania, być prezydentem tu i teraz to tak jak dla aktora zagrać największą z ról, a dla sportowca walczyć o mistrzostwo świata. Ogromna satysfakcja i honor. To jest po prostu piękne.

Czy istnieje wolny czas prezydenta?
Prezydent RP:
Nie ma czegoś takiego. Prezydent nie dysponuje nie reglamentowanym czasem. Nie mogę powiedzieć: dzisiaj tego nie zrobię, nie pojadę tam. Wszystko jest zaplanowane i dzieje się według określonego rytmu. Ale oczywiście jestem tylko człowiekiem. Staram się więc znaleźć chwilę na prywatność: partię tenisa, wyjazd za miasto, spotkanie z przyjaciółmi. Dzieje się to rzadko, pod pewnym rygorem, zawsze w towarzystwie ochrony. Takiego naprawdę wolnego i prywatnego czasu więc nie mam. To wysoka cena, jaką muszę płacić za przywilej bycia prezydentem.

Czy wyczuwa Pan fałszywych pochlebców?
Prezydent RP:
Oczywiście. Pochlebstwa żenują mnie. Nie przepadam za górnolotnymi słowami. Każdy polityk wie, za co można go chwalić, a za co wręcz przeciwnie. Czasem, gdy jestem przekonany, że coś mi się udało, chciałbym, by ktoś mnie pochwalił. Sytuacja, w której się staram, a nikt tego nie zauważa, jest przecież deprymująca. Jeżeli natomiast ja sam mam wątpliwości, a ktoś wystawia mi laurkę, od razu wiem, że chce w ten szczególny sposób zapisać się w mojej pamięci. Tego naprawdę nie lubię.

Czy zaakceptował Pan, że jest nieustannie oceniany i krytykowany?
Prezydent RP:
A czy miałem wyjście? Taki los. Z czasem się uodporniłem. Tak długo, jak prezydent jest w Polsce wybierany demokratycznie, a nie trafia na ten fotel na przykład z maszyny losującej, poddawanie się krytyce jest częścią jego zawodu. Bywa to bolesne. Zwłaszcza dla rodziny, często bezradnej wobec różnych ataków. Jestem przekonany, że politycy żyjący pod presją opinii publicznej i tak w końcu płacą za to zdrowiem. Na szczęście trening czyni mistrza. Gdy się tyle słyszało, każdy z nas odróżnia poważny zarzut od zwykłego mieszania z błotem. Ale to naprawdę boli. Ten, kto twierdzi inaczej, kłamie.

Czy zdarza się Panu oceniać ludzi po wyglądzie?
Prezydent RP:
Tak. To ma znaczenie. I nie tylko w wypadku kobiet. Mężczyzna nie musi mieć przecież postawy Sylvestra Stallone. Wystarczy, że jest elegancki. A kiedy ktoś o siebie nie dba, pojawia się pytanie: skąd u niego taka ekstrawagancja?

Czy ma Pan kamerdynera?
Prezydent RP:
Nie. Sam dbam o swoją garderobę.

A potrzebowałby Pan takiej osoby?
Prezydent RP:
Czasami. Gdy się spieszę. Jednak strój to rzecz osobista. Potrzebuję wiedzieć, co mam w szafie, co zabieram wyjeżdżając, co oddaję do pralni. Sam pakuję walizki. Nie wyobrażam sobie, żeby ktoś mógł to robić za mnie. Zresztą musiałbym mu chyba napisać całą książkę! Tylko hierarchowie Kościoła nie mają z tym problemu. Rodzaj szaty określa liturgia. Może cywilny prezydent powinien wydawać równie precyzyjne instrukcje? Ja na to nie mam czasu. Garderobę kupuję i wybieram sam.

Ile walizek zabiera Pan w podróż?
Prezydent RP:
Najczęściej w dwóch specjalnych workach wiszą uprasowane garnitury i koszule. Tworzę zestawy, do których dopasowuję tylko krawaty. W torbie sportowej wożę rakiety, buty, kosmetyki, jakiś sweter.

Ma Pan pamięć do nazwisk czy do twarzy?
Prezydent RP:
Do twarzy i nazwisk. Polskich i zagranicznych. Niektórzy twierdzą, że moja pamięć jest wybitna. Jednak ja stale nad nią pracuję. Mam także pamięć do faktów, dat, wydarzeń. To dziwne, ale w ogóle nie zapamiętuję numerów telefonów. Natychmiast wypadają mi z głowy.

Jak przyjaźnią się ze sobą prezydenci?
Prezydent RP:
Tworzymy całkiem zgrany zespół. Powiedziałbym, że się lubimy. Mamy nawet dwie koncepcje. Po pierwsze: stworzyć związek zawodowy prezydentów. Obawiamy się niestety, że premierzy nie pozwolą. Ewentualnie chcielibyśmy powołać klub byłych prezydentów. Wcześniej czy później każdy z nas nim będzie. Chodzi o to, żeby w gronie zrelaksowanych już facetów, a coraz częściej także pań, spotykać się w przyjemnych miejscach. Przyjaźń to duże słowo. Ale między głowami państw na pewno zdarza się sympatia i zażyłość. Wysyłamy sobie kartki na święta, a do najbliższych dzwonimy. Kontakty rozszerzają się. Znają się przecież nasze żony. Na przykład królowa hiszpańska Zofia pisze: urodził się nam kolejny wnuk! Waży cztery kilo! Królowa belgijska informuje: nasz syn żeni się z Hanną Sapieżanką, panną polskiego pochodzenia.

Kto jest dla Pana autorytetem?
Prezydent RP:
Na pewno papież. Uważam, że trzeba go słuchać i czytać. Ale nie należy chodzić do niego po radę. Ogromnie doceniam zdrowy rozsądek Adama Michnika i Gazety Wyborczej. Do grona moich bliskich współpracowników zaprosiłem ludzi, których uważam za autorytety w swojej dziedzinie. Cenię rzetelną opinię w sprawach ekonomii prof. Marka Belki. Specjalistą od prawa jest dla mnie minister Ryszard Kalisz. Warto słuchać, co o problemach społecznych mówi prof. Wiktor Osiatyński. Listy nie wyczerpałem. Przepraszam tych, których nie wymieniłem. A nie mam jednego autorytetu, który odpowiedziałby na każde moje pytanie.

Czy ma Pan życiową sentencję?
Prezydent RP:
Mam. Może nie życiową, a roboczą. Brzmi: robię co mogę, a jak nie mogę, też robię.

Co wzrusza Pana do łez?
Prezydent RP:
Nie udaję twardziela. Z wiekiem wzruszam się coraz łatwiej. Z trudem oglądam filmy, w których psom, koniom czy słoniom dzieje się krzywda. Zawsze mam łzy w oczach, kiedy mistrz wygrywa zawody, zdobywa medal olimpijski. Wiem, ile go to kosztowało.

Czy pisał Pan kiedyś wiersze?
Prezydent RP:
Pisałem. Ale nie miłosne, tylko satyryczne. Niektóre z nich krążą jeszcze wśród moich znajomych. Mam nadzieję, że ich nigdy nie opublikuję!

Czy prowadzi Pan dziennik?
Prezydent RP:
Nie. Nigdy nie wiadomo, czy zapisując dzień po dniu, reagujemy emocjami, czy naprawdę rozumiemy, co się wydarzyło. Nie wykluczam, że napiszę wspomnienia. Będzie to dyskusja z własnym życiem i ludźmi, których spotkałem. Czytam właśnie książkę Main Leiben Ranickiego. Urodzony we Włocławku Żyd, studiował do 1938 roku w Niemczech. Uciekł przed faszyzmem do Polski. Trafił do getta. Życie uratował mu polski zecer. Działał w polskich służbach tajnych. Potem wyjechał do Niemiec i stał się głośnym krytykiem literackim. Opublikował fantastyczne wspomnienia. Są teraz w Niemczech bestsellerem. Właśnie napisanie czegoś takiego, z pogranicza pamiętnika i wspomnień, miałoby dla mnie sens.

Nie obawia się Pan kryzysu wieku średniego?
Prezydent RP:
W moim życiu wszystko toczyło się tak szybko, że chyba mam to już za sobą.

Nie zazdrości Pan żonie, że utrzymuje świetną figurę, a Pan ma z tym kłopoty?
Prezydent RP:
Oczywiście, że zazdroszczę. Ona nigdy nie miała z tym problemu. Niestety, ja mam. Mój ojciec był tęgim człowiekiem. Geny odziedziczyłem po nim. Zachowanie przyzwoitej figury wymaga ode mnie codziennej beznadziejnej walki. Ale co robić?

Czy jest jakiś sport, który chciałby Pan zacząć uprawiać?
Prezydent RP:
Myślę o golfie.

Czy jest Pan czyimś fanem?
Prezydent RP:
Lubię wielkich mistrzów. Przez lata pokazują, że są najwięksi. Walczą i wygrywają nawet z młodymi, którzy tylko czekają, żeby ich zdetronizować. Takimi mistrzami są dla mnie tenisiści: Pit Sampras i Andre Agassi. Bardzo też ceniłem Borisa Beckera. W piłce nożnej moim idolem jest Ronaldo, w lekkiej atletyce Michael Johnson. Tych nazwisk mógłbym zresztą wymienić wiele.

Komu będzie Pan kibicował na olimpiadzie w Sydney?
Prezydent RP:
Oczywiście polskiej reprezentacji. Zamierzam dopingować ją z trybun w Sydney. A będzie to wyjątkowo trudna olimpiada. Początek nowej ery w sporcie. Nic nie stanie się tam przypadkiem. Zwyciężą prawdziwi mistrzowie.

Czy jest Pan przesądny?
Prezydent RP:
Tylko pod jednym względem. Nie lubię witać się przez próg.

Którą z wigilijnych potraw lubi Pan najbardziej?
Prezydent RP:
Pierogi. I kutię, czyli mak z bakaliami. Ta potrawa pochodzi ze Wschodu, przyrządzała ją moja babcia. A ja, jako jedyny w rodzinie, umiem jeszcze zrobić śleżyki do kutii. Wiecie co to jest?

Nie.
Prezydent RP: Takie drożdżowe kuleczki pieczone w piekarniku. Gorące i zarumienione wrzucam do kutii. Przepyszne!

Czy jest coś, na co ma Pan wielką ochotę, a zupełnie nie może Pan sobie na to pozwolić?
Prezydent RP:
Chciałbym wyjść samotnie. Przejść się ulicami Warszawy czy innego miasta. Wejść do jakiejś kafejki, spokojnie przeczytać gazetę. Pójść dalej i mieć poczucie, że nic mnie nie goni. Nikt nie kontroluje, nie chroni, nie chce ode mnie autografu. Nikt na mnie nie patrzy. To jest bardzo potrzebne. Ale na normalne życie muszę jeszcze zaczekać.



Poleć znajomemu


Opuszczasz oficjalny serwis Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej


Dziękujemy za odwiedzenie naszej strony.

Zapraszamy ponownie.