przeskocz do treści | przeskocz do menu głównego
Oficjalna strona Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej
| |
A | A | A
Zawrót głowy mi nie grozi



Kiedy przed czterema laty przeprowadzałam wywiad dla naszego cyklu "Bliżej polityków", był pan liderem Socjaldemokracji RP. Teraz spotykam się z osobą pełniącą najwyższe stanowisko w państwie. Czy i jak zmienił się pan jako człowiek i polityk?
Prezydent RP:
Wydaje mi się, że zasadniczo nie zmieniłem się. Chociaż praca w tym miejscu narzuca pewne reguły zachowania i działania. Zmienił się mój sposób myślenia o świecie, o polityce. Nie zmienił się mój stosunek do ludzi i kontaktów z nimi . Zachowuję chyba jednak sporo temperamentu, naturalności w relacjach międzyludzkich. Ale wszyscy, którzy marzą o stanowisku prezydenta i na nie kandydują , muszą wziąć pod uwagę, że jest to urząd wyjątkowy. Nakłada więcej ograniczeń niż którykolwiek z innych ważnych państwowych urzędów. Premier stoi na czele rządu, którego politykę realizuje kilkunastu ministrów. Marszałek Sejmu dowodzi kilkuset posłami, jest trochę jak dyrygent orkiestry, której występ zależy także od kondycji muzyków. W konstytucyjnym polskim układzie prezydent jest najbardziej samotny. To stanowisko, które spełnia się jednoosobowo. Oczywiście, mam grono współpracowników, ale żaden z nich nie może mnie zastąpić w moich funkcjach. Kiedy dokonuję nominacji sędziowskich, przyjmuję listy akredytacyjne od ambasadorów czy jestem z wizytą zagraniczną, nie mogę poprosić nikogo o wyręczenie mnie w obowiązkach. To poczucie wyłącznej odpowiedzialności i związanej z tym samotności jest dla mnie czymś zupełnie nowym. Myślę, że charakteryzuje to urząd prezydenta nie tylko w Polsce. Wszędzie. (...).

Badania opinii publicznej niezmiennie potwierdzają, że cieszy się pan najwyższym poparciem ze wszystkich postaci naszej sceny politycznej. To tak, jakby znalazł się pan na szczycie góry. Czy nie obawia się pan jednak zawrotu głowy?
Prezydent RP:
Powiedziałbym raczej, że czuję się tak, jakbym leciał samolotem - raz na wyższej, raz niższej wysokości. Raz czuł się bardziej bezpieczny, raz mniej. Ale w tej podróży najważniejsze jest to, abym znalazł się u celu, którym jest możliwość dobrego podsumowania kadencji. A jeżeli będzie walka o reelekcję, to oczywiście - wygranie kolejnych wyborów. Sondaże są miernikiem ważnym, choć niektórzy politycy, zwłaszcza ci, którzy mają słabe notowania, krygują się, że ich nie znają. Czytam sondaże i odczuwam ogromną satysfakcję, że ponad trzy czwarte badanych dobrze ocenia moją pracę. Jednak zawrót głowy mi nie grozi, gdyż doskonale rozumiem, że są to tylko sondaże, a prawdziwe próby stoją przede mną. Ponadto warto pamiętać, że opinia publiczna to jest trochę " pstry koń", na którym popularność i łaska jeżdżą. Czasami niewiadome są przyczyny, dla których popularność rośnie lub spada. Trzeba więc sondaże traktować z należytym dystansem. A już na pewno nie wolno uznać, że są zwieńczeniem kariery. Nie mogą być celem samym w sobie ani drogowskazem dla każdego kroku. Nieraz miałem przekonanie, że decyzja, którą podejmuję, nie przysporzy mi popularności, ale jest konieczna z punktu widzenia interesu państwa. Choćby moja zgoda na przesunięcie terminu wyborów samorządowych, nowy podział administracyjny kraju czy sprawa pułkownika Kuklińskiego.

Wywodzi się pan z formacji lewicowej. Czy identyfikacja z określoną opcją polityczną jest plusem czy minusem na urzędzie prezydenta?
Prezydent RP:
Ani plusem, ani minusem, jest naturalnością. Uważam, że byłoby całkiem nienaturalne, gdyby prezydentem zostawał człowiek, który mógłby o sobie powiedzieć: nie ma w ogóle poglądów politycznych. Ktoś, kto ich nie posiada, nie może być znakomitym szefem baletu czy opery, może być świetnym dyrektorem firmy farmaceutycznej, Natomiast nie prezydentem, gdyż prezydent uczestniczy w polityce. Podpisując lub wetując ustawy, współpracując z taką czy inną większością parlamentarną, rozmawiając z partnerami zagranicznymi. Natomiast rozdzielam dwie rzeczy: poglądy polityczne i sposób sprawowania urzędu. Nie wyrzekając się swoich poglądów, działam w interesie państwa. Współpracuję z każdym rządem, i bliższym sercu, i dalszym, w sposób rzetelny. Zawsze podkreślam, że Polsce potrzebne są dobre rządy, niezależnie od tego , jaką mają kolorystykę polityczną . Trzeba na tym urzędzie zachować niezbędny dystans do tego, co nazywamy polityką partyjną (...)

Niektórzy pana krytycy, a ma pan zagorzałych, mówią, że pańska popularność jest efektem unikania ostrych kantów. Gdy "burza huczy wokół nas" - prezydent nie robi nic. Co pan na to?
Prezydent RP:
Jeżeli moi, jak pani określa, zagorzali krytycy, kierują się wyłącznie intencjami politycznymi i hołubioną przez cztery lata frustracją, że ich kandydat nie wygrał, a więc mnie nie akceptują - to nie ma o czym dyskutować. Natomiast są tacy, którzy nie rozumieją, że instytucja prezydentury jest skrojona w Polsce nie dla uczestnika sporów politycznych, ale dla moderatora. Człowieka poszukującego podczas "burz" porozumienia. Na tym polegała porażka mojego poprzednika, że on tego nie akceptował. Ja rozumiem, co jest napisane w Konstytucji i jakie są oczekiwania społeczeństwa. Polska, biorąc pod uwagę zasięg zmian, potrzebuje na tym urzędzie spokoju. Bo każdy naród, szczególnie w chwilach trudnych, odczuwa potrzebę istnienia zarówno tych, którzy prowadzą bitwy, jak i tych, którzy mają być w ich toku arbitrami, a w najgorszych wypadkach sanitariuszami wynoszącymi rannych z pola walki. Ponadto moja aktywność na forum międzynarodowym, dobre kontakty na Zachodzie, w Stanach Zjednoczonych i ze wschodnimi sąsiadami dają Polakom poczucie, że mają prezydenta "przewidywalnego", który ich z nikim nie skonfliktuje. Nie doprowadzi do napięć. Jeśli zatem ktoś mówi, że " nic nie robię", jest to ewidentnie fałszywe. Natomiast jest prawdą, że publicznych kłótni i krzyków nie lubię. Wojen na górze czy na dole nie prowadzę.

Podkreśla pan znaczenie pojednania narodowego dla rozwoju i przyszłości kraju Czy widzi pan postęp w tej dziedzinie?
Prezydent RP:
O pojednaniu myślę jako procesie, który wymaga czasu, cierpliwości i dobrej woli. Coś udało się zrobić. Są gesty, które jak kropla kamień drążą pokłady niechęci czy - co tu mówić - nienawiści. Podczas wizyty prezydenta USA podkreśliłem na uroczystości na placu Zamkowym zasługi wszystkich współarchitektów naszego wchodzenia do NATO. Traktuję ostatnie dziesięć lat i autorów demokratycznych przemian w Polsce w sposób, który łączy, a nie dzieli społeczeństwo. Cieszę się, że za moim przykładem poszedł premier Jerzy Buzek i w dniu naszego wejścia do Sojuszu Północnoatlantyckiego zaprosił na uroczyste spotkanie wszystkich premierów od 1989 roku. Jestem głęboko przekonany, że wokół ważnych dla Polski spraw pojednanie jest możliwe. Niestety, są ludzie - i ja ich nie definiuję politycznie, bo jest to bardziej sposób myślenia - którzy żyją z historycznych podziałów " komuna-antykomuna". Myślę jednak, że ten spór będzie powoli wygasał. Natomiast w młodym pokoleniu mogą się rodzić zupełnie inne podziały, też szkodliwe dla kraju. Na liberałów i populistów, bogatych i biednych. Na tych, którym się udało, korzystających z transformacji i tych, którzy są sfrustrowani, pominięci. I oni mogą stanowić jakby nowy " ruch oporu", wynikający z biedy, braku perspektyw.

Nawiążę jeszcze raz do poprzedniego wywiadu dla "Sukcesu". Powiedział Pan wówczas, że ma politykę w genach i "gra w kategorii piosenek, które mają się najdłużej utrzymać na liście przebojów". Czy będzie więc pan ubiegał się o drugą kadencję?
Prezydent RP:
Oczywiście, bardzo poważnie rozważam sprawę kandydowania. Zdaję sobie sprawę, lepiej niż inni, z ciężarów tego urzędu. Wiem, jaka tu jest praca i co jeszcze trzeba zrobić. Ale nie chcę dziś niczego przesądzać, bo jest za wcześnie. Uważam, że urzędujący prezydent, właśnie z uwagi na swoje obowiązki , powinien decyzję podjąć możliwie późno. Dlatego, że ogłoszenie kandydatury zmienia jego pozycję w oczach opinii publicznej. Zaczyna ona w jakieś mierze uważać, że zamiast załatwiać ważne dla kraju sprawy, prezydent głównie troszczy się o swoją reelekcję. Kampania wyborcza zakłada ponadto wyostrzenie pewnych sformułowań ze względu na potrzeby odbiorcy i docieranie do niego z argumentacją. Najlepiej więc, żeby nie trwała zbyt długo. Sądzę, że najkorzystniej dla kraju byłoby, aby kampania prezydencka zaczęła się w maju przyszłego roku. Trzeba pamiętać , że według Konstytucji, w roku 2001 mają odbyć się wybory parlamentarne. Czyli gdy wejdziemy w okres wyborczy w maju 2000 r. , to i tak potrwa on do września 2001 r.. To oznacza, że podczas kluczowych negocjacji o członkostwo w Unii Europejskiej znajdziemy się na wiele miesięcy w gorączce wyborczych bojów. Chodzi o to, by tego okresu nie wydłużać i ze swej strony zrobię wszystko, żeby tak było. (...).

Poleć znajomemu


Opuszczasz oficjalny serwis Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej


Dziękujemy za odwiedzenie naszej strony.

Zapraszamy ponownie.