przeskocz do treści | przeskocz do menu głównego
Oficjalna strona Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej
| |
A | A | A

Skandal wokół dowództwa GROM-u przyspieszył przekazanie tej jednostki do MON.

Decyzja Sejmu o przekazaniu GROM-u jako jednostki specjalnej do Ministerstwa Obrony Narodowej jest słuszna, choć trochę spóźniona i może należało ją podjąć wcześniej. Teraz jest bardzo ważne, by nie utracić niczego z potencjału ludzkiego i bojowego tej jednostki. Powinna być ciągle jedną z tych, które uczestniczą w operacjach międzynarodowych, bo ma już doświadczenie. GROM przydatny będzie w strukturach natychmiastowego reagowania. Pod warunkiem jednak, że minister obrony narodowej i szef Sztabu Generalnego zapewnią tej jednostce rozwój, wyznaczając kompetentne dowództwo.
A obecnie nie jest kompetentne?
Prezydent RP:
Z ubolewaniem stwierdzam, że ostatnie decyzje kadrowe są zupełnie nie związane z kompetencjami. GROM-em nie może kierować osoba, która nie zna specyfiki tego typu działań. Poza tym, kiedy się o jednostkach specjalnych zbyt wiele mówi, tracą swoją skuteczność. Twarze ich żołnierzy powinny pozostawać nieznane, dlatego też ta jednostka zawsze była trzymana w swoistym cieniu. Dziś trafiła na pierwsze strony gazet, co stanowi dla niej zasadnicze zagrożenie. Nie z winy żołnierzy GROM-u, lecz ich przełożonych z MSWiA, którzy dosyć nieostrożnie zabrali się do sprawy.

To znaczy?
Prezydent RP:
Nikt nie kwestionuje prawa ministra do podejmowania decyzji. W istocie chodzi tutaj o styl, który jednostkom specjalnym na pewno nie pomaga. O to, czy decyzje są podejmowane w sposób zrozumiały i akceptowany, czy niezrozumiały i niewyjaśniony, w atmosferze normalności, czy w atmosferze sensacji. To są zasadnicze różnice.

Pojawiają się opinie, że to, co się dzieje wokół GROM-u grozi naszej wiarygodności w NATO.
Prezydent RP:
Nie przesadzajmy. Na pewno nie pomaga, ale nie grozi również jakimś dramatem.
Nie ulega jednak wątpliwości, że sprawa Grom-u obnażyła słabość cywilnej kontroli nad wojskiem. Pokazuje, że stosunki między wojskowymi a politykami nadal dają wiele do życzenia.

W Polsce nadal uczymy się czym jest cywilna kontrola nad armią. Musimy po prostu dojrzeć do momentu, w którym będziemy ją traktowali jako coś oczywistego. Nie sądzę jednak, żeby ta sprawa zdradzała jakąś istotną słabość cywilnej kontroli nad wojskiem.
W Polsce jakby się utarło, że cywilna kontrola nad siłami zbrojnymi polega na tym, że politycy stawiają wymagania wojskowym. Niestety często zapominają, że ponoszą również odpowiedzialność za stan bezpieczeństwa państwa.
Prezydent RP:
Zgadzam się, że cywilna kontrola bywa jednostronna. Tymczasem nie jest tak w demokratycznym państwie, że politycy podejmują strategiczne decyzje i na tym swą działalność kończą. Takie decyzje związane są z odpowiedzialnością, z aktywnością, np. w poszukiwaniu środków finansowych. Rzeczywiście więc, w moim przekonaniu, styk wojska z polityką nie funkcjonuje jeszcze optymalnie. Wierzę, że premier w ramach zmian, które zamierza przeprowadzić, podejmie decyzje wobec tych, u których chęć kontrolowania jest większa niż ponoszenia odpowiedzialności. Bardzo ważnym też testem odpowiedzialności politycznej będzie stopień spełnienia przez parlamentarzystów i przez rząd zobowiązań, dotyczących nakładów budżetowych na obronność. Reasumując, żeby kontrakt był uczciwy, musi z jednej strony funkcjonować cywilna kontrola nad wojskiem, a z drugiej ? muszą zaistnieć niezbędne warunki dla działania sił zbrojnych.
Trudno się oprzeć wrażeniu, że w ostatnich miesiącach, już po wejściu Polski do NATO, trudno znaleźć consensus między panem a premierem, ministrami obrony narodowej i spraw zagranicznych na niwie legislacyjnej.

Współpraca w sprawach zasadniczych jednak jest i przyniosła efekty, z których najbardziej widzialnym jest nasza obecność w NATO. To prawda, nie jest łatwa, chociaż jak sądzę, nie odbiega od tego co przyjęte jest w Europie jako przyzwoite współdziałanie struktur władzy.
Zgody co do kształtu ustawy kompetencyjnej nie udaje się jednak osiągnąć.
Prezydent RP:
Konstytucja nakazuje, by została przedłożona Sejmowi do 17 października tego roku. Niestety, dyskusja ciągle trwa. Pojawiają się przy tym informacje, że ustawa kompetencyjna stanie się zarzewiem konfliktów między prezydentem a rządem. Nie wiem, na ile mają one odzwierciedlenie w rzeczywistych projektach, a na ile stanowią tylko "szum informacyjny", uważam jednak to zamieszanie za zupełnie niepotrzebne. Konstytucja przecież określa kompetencje, choćby kadrowe. Prezydent powołuje szefa Sztabu Generalnego czy dowódców rodzajów sił zbrojnych, więc twórcy ustawy nie mają tu manewru. Cały czas proponujemy, żeby brakujące ustawy, w tym kompetencyjna, stały na gruncie konstytucji,
Niewątpliwie trzeba znaleźć punkt równowagi, polegający na tym, że rząd decyduje o sprawach związanych z obronnością, ale prezydent, jako zwierzchnik sił zbrojnych, jest partnerem, który uczestniczy w wypracowaniu np. strategii obronnej czy innych, ważnych dokumentów. Wydaje mi się, że jest możliwe znalezienie takiego rozwiązania, które będzie skuteczne dla samej sprawy, a jednocześnie spowoduje, że współdziałanie rządu, ministra obrony narodowej i prezydenta będzie pełne normalności i nikt nie będzie czuł się zaskakiwany decyzjami w sferze, za którą odpowiada. Nie do przyjęcia jest bowiem sytuacja, że jest się zwierzchnikiem sił zbrojnych, a jednocześnie stoi się z boku najważniejszych wydarzeń. Ale zakładam, iż będzie dobra wola obu stron i uda się rozwiązanie znaleźć.
Niestety, nie jest to jedyny punkt sporny między panem a rządem.
Największym, nierozwiązanym problemem jest ciągle znalezienie stałych, zapisanych w wymiarze wieloletnim źródeł finansowania dla programu modernizacji polskiej armii. Zdaję sobie sprawę z tego, że budżet jest napięty, ale jeżeli poważnie mówi się o obronności, to trzeba zrealizować choćby to, co zostało zapisane w programie Armia 2012. Jeżeli słyszę z Rady Ministrów głosy, że w związku z brakiem środków powinniśmy weryfikować ten program, czyli inaczej mówiąc jeszcze bardziej obciąć nakłady, to wydaje mi się, że jest to nieodpowiedzialne. Bo tam nie ma już za bardzo co obcinać. A przede wszystkim nie jest to tylko kwestia wykonania programu, lecz też polskiej wiarygodności w NATO i naszego poczucia bezpieczeństwa.

Mamy natowski parasol.
Prezydent RP:
Ten parasol jest niewątpliwie wielką zdobyczą, ale pamiętać trzeba, że zawsze otwiera się z pewnym opóźnieniem. Czyli że zanim zacznie chronić, trochę deszczu musi spaść na głowę i ją zmoczyć. W tym sensie jakość polskiego lotnictwa, obrony powietrznej, wojsk lądowych i marynarki ma ogromne znaczenie, a tak długo, jak nie uda się doprowadzić do stworzenia wieloletniego programu finansowego, będzie ona pozostawiała wiele do życzenia. Kilka razy zgłaszałem już propozycję rozwiązania tego problemu, która niestety nie była przyjmowana.
Ze względów na pewną kolizję z polskim prawem budżetowym.
Jest to jednak powtórzenie sprawdzonych doświadczeń włoskich, hiszpańskich czy portugalskich, gdzie programy finansowania modernizacji armii są przyjmowane przez parlamenty na 5 lat i każdy rok nie musi się kończyć pełnym wykorzystaniem środków. Mogą one przechodzić na rok następny, bowiem żaden z dużych projektów wojskowych nie może być zrealizowany w 12 miesięcy. Samoloty wielozadaniowe, korweta, czy haubica to są kwestie, które rozstrzygają się przez wiele lat. W związku z tym, jeżeli wojsko ma świadomie i efektywnie modernizować się, musi mieć właśnie taką perspektywę. Bo później następuje sytuacja, że zostaje pod koniec roku trochę pieniędzy, więc trzeba coś koniecznie kupić.

Niekoniecznie coś bardzo przydatnego.
Prezydent RP:
To niewątpliwie słabość, z którą nie może sobie poradzić kolejny rząd. Wydawałoby się, że w tym rządzie sytuacja jest szczególnie korzystna, bowiem i minister obrony narodowej, i minister finansów są przyjaciółmi koalicyjnymi i w związku z tym można było mieć nadzieję, że jakieś rozwiązanie uda się znaleźć. Ale trzeba nad tym pracować.

Czy nie powinien pan domagać się rychłego przyjęcia nowej narodowej strategii?
Prezydent RP:
Doktryna obronna została przyjęta w 1992 r. Podpisał ją ówczesny prezydent. Polska jest członkiem Paktu. Mamy nową koncepcję strategiczną NATO, wypracowaną w Waszyngtonie. To zmienia parametry doktryny strategicznej.

Sam pan powiedział, że członkostwo w NATO jest faktem historycznym.
Prezydent RP:
Jest to fakt znaczący, ale nie wymusza przecież zmiany głównych elementów strategii, jaką mamy. Niebezpieczeństwa, które nam zagrażają, nie zmieniły swojego charakteru.
Jednak, żeby można było zweryfikować strategię z 1992 r., musimy mieć ustawę kompetencyjną. Mam też nadzieję, że strategia obecna, tak jak kilka innych ważnych projektów w Polsce będzie przedmiotem dyskusji prowadzonej ponad podziałami politycznymi. Jest dobrym zwyczajem w cywilizowanych państwach świata, że w pracach nad taką zasadniczą sprawą jak strategia, która ma obowiązywać wiele lat, uczestniczą zarówno przedstawiciele rządzącej koalicji, jak również opozycji i prezydent. Wówczas możemy sobie śmiało powiedzieć, że chowamy do tajnej szafy dokument, który jest własnością nas wszystkich. Ma on swoją wagę przez to, że osoby, które dzisiaj decydują, a jutro mogą znaleźć się w opozycji oraz ci, którzy są obecnie w opozycji, zaś jutro mogą decydować, wiedzą, że jest to kierunek wiążący dla wszystkich. I jeżeli ze strategii wynikają konieczne nakłady to muszą być one poniesione, nieważne, czy przez rząd lewicowy czy prawicowy. To też jest niezwykle ważne dla wojska, żeby było ono przekonane, iż w sprawach dla niego zasadniczych istnieje ponadpartyjne porozumienie.
Abstrahujmy w takim razie od takich "drobiazgów", że stara doktryna mówiła o obronie na wszystkich azymutach. Pozostają jednak oczekiwania środowiska wojskowego, które wskutek braku strategii nie może sfinalizować różnych nowych koncepcji. Jednego dnia polityk wstaje i mówi: no to mamy armię 200-tysięczną, a następnego inny, chce ją zredukować do 160 tysięcy...
Powiedziałem, że strategia musi być objęta porozumieniem ponadpartyjnym, żeby była jasność zarówno w sprawie liczebności, jak i ilości okręgów wojskowych, takich czy innych, oraz na ile i w jakich terminach możemy spodziewać się wsparcia w przypadku zagrożenia. Te wszystkie kwestie muszą być omówione, zapisane i muszą uzyskać ogólne poparcie, aby później nie mogły stać się przedmiotem politycznych przetargów.

I tak ludzie na tzw. ścianie wschodniej będą dłużej moknąć.
Prezydent RP:
Niestety, ściana wschodnia stanowi największą słabość. Ale parasol zachodni jest bardzo ważny dlatego, że bez niego poziom bezpieczeństwa Polski, mimo wszystkich naszych wysiłków, byłby bardzo niski. Dzisiaj właściwie nie ma w Europie państwa, które byłoby w stanie samodzielnie zapewnić sobie bezpieczeństwo, a te, które starają się to osiągnąć, wydają na obronność ogromne pieniądze.
Ten parasol jest ważny, ale on nie zwalnia nas z aktywności.
Polska została przyjęta do NATO między innymi dlatego, że jest traktowana jako ogromnie ważny partner, z dużym doświadczeniem militarnym, z dobrze zorganizowanymi strukturami wojskowymi w ważnym miejscu geograficznym. Jesteśmy w tej chwili najbardziej wysuniętym na wschód państwem natowskim. To jest zobowiązujące. Nasza wiarygodność jest sprawdzana każdego dnia i możemy się cieszyć, że mamy wspólny korpus w Szczecinie. Opinie o naszych żołnierzach są jak najlepsze, dobrze wypadamy w różnych ćwiczeniach. Nasi sojusznicy mają jednak świadomość, że to nie jest powszechny obraz polskiego wojska. Dlatego zadaniem numer jeden są siły zbrojne dobrze zorganizowane, profesjonalne w części dowódczej i podstawowej, dużo lepiej wyposażone, interoperacyjne i kompatybilne ze strukturami natowskimi.

Szkoda tylko, że w Polsce tak rzadko myśli się o obronności państwa w kategoriach szerszych niż dostosowanie samej armii do wymogów NATO.
Prezydent RP:
Niewątpliwie Polska będzie dużo bezpieczniejsza, jeżeli uruchomione zostaną wielkie programy infrastrukturalne, między innymi budowa autostrad i sieci telekomunikacyjnych. W takich warunkach bowiem staje się dużo łatwiejsze i szybsze przekazywanie informacji, przemieszczanie ludzi i sprzętu. Należy więc we współdziałaniu z wojskiem sprawić, żeby wiedza na temat obronności, przeciwdziałania zagrożeniom, także niemilitarnym, była nieporównywalnie większa i bardziej powszechna. Traktuję to jako główne zadanie nowej formacji obrony cywilnej. Nie da się jednak wiedzy o obronności upowszechniać bez udziału szkół, bez specjalnych szkoleń w instytucjach i przedsiębiorstwach.
Istnieje wiele kwestii mających wpływ na bezpieczeństwo, które wykraczają poza sferę militarną, chociażby uzależnienie od jednego źródła energii.
Staramy się temu przeciwdziałać. Wprawdzie mamy podpisane kolejne kontrakty na gaz rosyjski, ale trwają rozmowy na temat dostaw z Norwegii i Bliskiego Wschodu. Podczas spotkania prezydentów w Jałcie omawialiśmy połączenie gazociągiem Europy z Kaukazem, przez Odessę. To samo dotyczy dostaw sprzętu wojskowego. Trzeba przyjąć koncepcję partnerstwa, to znaczy, żebyśmy się nie stali tylko i wyłącznie odbiorcą sprzętu z jednego źródła, bo np. jakieś nieporozumienie może spowodować istotne kłopoty z punktu widzenia naszego bezpieczeństwa. To wszystko są sprawy, których rozwiązywanie wymaga wielu lat, a niektóre pracy ciągłej. Obronność cywilna to właściwie praca na całe życie.
Natomiast co jest najbardziej możliwe do ogarnięcia w stosunkowo krótkim czasie to właśnie polska armia, jej stan organizacyjny, techniczny, wyposażenie. O morale martwię się mniej, bo uważam, że Polacy zawsze prezentowali pod tym względem wysoki poziom. Program 2012 ,podkreślę jeszcze raz, to kwestia wiarygodności świata politycznego wobec wojska. Już raz na spotkaniu z rządem zwracałem uwagę, że nie wyobrażam sobie, iż pójdziemy na kolejną naradę kadr kierowniczych po to, by tłumaczyć się z niemożności. Musimy zacząć mówić o możliwościach. O tym, co proponujemy. Nie możemy argumentować, że na przykład nie będziemy modernizować wojska, bo budujemy nitkę gazową z Niemiec, albo nie będziemy kupować samolotów wielozadaniowych, bo wprowadzamy obronę cywilną do szkół. To nie są rozwiązania alternatywne, to kwestie zupełnie odrębne. Miejmy nadzieję, że uda nam się je zrealizować.

Według ministra Geremka, największym zagrożeniem dla Europy Środkowo-Wschodniej jest nieobliczalność Rosji. Zgadza się pan z tym stwierdzeniem?
Prezydent RP:
Uważam, że Rosja jest ogromnie ważnym krajem, naszym bardzo poważnym partnerem, także całego NATO. Podkreślam wagę porozumienia, które zostało podpisane w 1997 r. między Rosją a sojuszem. To był historyczny dokument, który zmieniał sytuację światową. Dwaj dawni przeciwnicy podpisali porozumienie w sprawie transparentnej, bliskiej współpracy. Wszystkie kroki polityczne wobec Rosji powinny więc zakładać, że chcemy ją widzieć jako partnera w procesie bezpieczeństwa i współpracy. Staramy się tak postępować, ale nie jest to łatwe.

Kilku szefów polskiego MON nie mogło doczekać się spotkania z rosyjskim ministrem obrony.
Prezydent RP:
Ile już wizyt zostało przełożonych tylko dlatego, że zmieniają się rządy w Rosji... To pokazuje skalę trudności. Natomiast nie stawiałbym tezy o nieobliczalności Rosji. Źle by było, gdybyśmy rzeczywiście mieli z tą nieobliczalnością do czynienia. Niewątpliwym zagrożeniem dla świata byłaby sytuacja, w której następuje proces dezintegracji Rosji, spowodowany napięciami narodowymi, czy terytorialnymi. Uważam jednak, że taki scenariusz nam nie zagraża.
Nawet w sytuacji kiedy wojna toczy się na Kaukazie, kiedy wybuchają bomby w Moskwie, kiedy gospodarka rosyjska wciąż przeżywa głęboki kryzys, podobnie zresztą jak białoruska.
Mimo tych kłopotów Rosja pokonała wielką drogę, więc bym nie koncentrował się dziś tylko na jej słabościach. Rosja była krajem głęboko niedemokratycznym, właściwie nie miała jakichkolwiek tradycji demokratycznych, bo trudno mówić o rządzie tymczasowym w 1917 r. jako okresie rosyjskiej demokracji. Istniał tak krótko, że w skali dziejów niezauważalnie. Rosja przeżyła i autorytaryzm carski, i władzę komunistyczną, i totalitaryzm stalinowski, i nawet po odwilży chruszczowowskiej nadal trwał system realnego socjalizmu, który oznaczał brak instrumentów demokratycznych. Można więc powiedzieć, że start Rosji do demokracji w niczym nie da się porównać ze startem Polski, Węgier czy Czech. Dodatkowo jeszcze nastąpił on w warunkach głębokiego kryzysu gospodarczego i państwowego. Właściwie Rosja od traktatu brzeskiego nigdy tyle nie utraciła co w 1989 r. A nawet dużo więcej, bo przecież utraciła Zakaukazie. Od 1918 r. nie dokonał się w Rosji tak wielki wstrząs o charakterze państwowym jakim był rozpad Związku Radzieckiego, co oczywiście znajduje odbicie w świadomości i polityków, i zwykłych obywateli. Dlatego to, co osiągnęła Rosja od roku 1989 w niektórych kwestiach wymaga szacunku. Obejmującego także prezydenta Jelcyna. Powstały przecież instytucje demokratyczne i demokracja pomału, ale dojrzewa. Mapa politycznych układów przejaśnia się. Nie ma dzisiaj, w moim przekonaniu, zagrożenia powrotem totalitaryzmu w postaci znanej z przeszłości. Co nie znaczy, że Rosjanie nie mają przed sobą jeszcze wielkiej walki z korupcją, ze swoistym politycznym klientyzmem i nawet z nepotyzmem, ale to wszystko są problemy nieporównywalne z tym, co było przed rokiem 1989. Dlatego warto patrzeć na Rosję jak na kraj, który z wielkim trudem stara się pokonać siły inercji, żeby wystartować do demokratycznego życia.

Jaki jest pański scenariusz?
Prezydent RP:
Umiarkowanie optymistyczny. Uważam, że nowe wybory do Dumy, jak i wybory prezydenckie wyłonią jakąś formę kontynuacji jelcynowskiego kierunku. Rosjanie będą szli naprzód, choć z wieloma jeszcze zawirowaniami, czeka ich kolejnych pięć lat zrywania szat przeszłości i próbowania zupełnie nowego kostiumu. Z punktu widzenia tych, którzy oczekiwaliby już Rosji demokratycznej, w pełni gotowej do udziału w życiu międzynarodowym, to może nie zadowalać, ale z punktu widzenia wizji o rozpadzie Rosji czy jej nieobliczalności jest wariantem całkiem optymistycznym. Dotychczasowe osiągnięcia tego kraju i widoki na przyszłość powinny nas, a także Amerykanów, zachęcać do aktywności w stosunkach z Rosją. Dzięki niej Rosjanie będą skłonni do jeszcze większych poświęceń na drodze ku demokracji.

Czyli wyklucza pan możliwość istnienia klasycznego zagrożenia czyli ataku ze strony Rosji?
Prezydent RP:
Politycznie dzisiaj wykluczam. Takiego ryzyka nie ma. Natomiast teoretycznie, a polityk jest od tego, żeby oceniać sytuację w różnych wariantach, można zarysować choćby następujący scenariusz. Pojawia się tak wiele konfliktów regionalnych w Rosji, że władzę przejmują ci, którzy mówią, że trzeba twardej ręki, aby sytuację uspokoić i wszystko uporządkować. Aby zaś się uwiarygodnić, ta nowa władza potrzebuje wroga.

Pojawia się pytanie, gdzie tego wroga znajdą: czy wewnątrz, czy na zewnątrz?
Prezydent RP:
Taka konstrukcja myślowa jest uprawniona, choć wydaje mi się, że nieprawdopodobna. Przy czym nie byłby to problem tylko Polski, lecz całego świata. Drugi raz rok 1920 się nie powtórzy. Oczywiście Polska znajdzie się, jak zawsze, w miejscu wyjątkowo niekorzystnym geograficznie, ale to nie będzie kwestia tylko naszej odpowiedzialności. Jednak z tych różnych wariantów science fiction, uważam, że dużo poważniejszym problemem byłoby, gdyby się okazało, że jest możliwość stworzenia swoistego, politycznego sojuszu rosyjsko-chińsko-indyjskiego. To, w moim przekonaniu, może istotnie zaważyć na XXI wieku.

Czy taka wizja jest realna?
Prezydent RP:
Mogę sobie wyobrazić, że te trzy kraje pragną zbliżyć się do siebie, żeby stanowić przeciwwagę dla Amerykanów. Jednak mentalnie i kulturowo są to trzy różne światy. Są to więc konstrukcje dość teoretyczne, chociaż tu akurat widzę pewną ideę, która mogłaby stać się siłą napędową w międzynarodowym układzie. Tak naprawdę zagrożeniem dla świata w najbliższych 20 latach ? co potwierdził też Primakow, gdy byłem w 1998 r. w Moskwie, może stać się konflikt pakistańsko-indyjski. Dlatego, że są to dwa kraje, które dysponują wystarczająco dużym potencjałem atomowym i wystarczająco małym szacunkiem dla życia ludzkiego.

Jest pan zdecydowanym adwokatem współpracy regionalnej, w tym przede wszystkim z naszymi wschodnimi sąsiadami. Dlaczego nie odpowiada się pan za powiększeniem NATO szerszym, nie tylko o Litwę i Słowację?
Prezydent RP:
Moje stanowisko w sprawie rozszerzenia NATO jest jasne i składa się z trzech punktów. Po pierwsze, ten proces musi być kontynuowany. To co się stało dotychczas, można traktować wyłącznie jako pierwszy etap. Jeśli chcemy mieć Europę zintegrowaną i opartą o wewnętrzny system bezpieczeństwa, NATO musi być powiększane. Po drugie, jesteśmy szczególnie zaangażowani w rozszerzenie sojuszu o Litwę, Łotwę i Estonię, bo wtedy nasza flanka bałtycka będzie zamknięta. Pamiętamy przy tym, że również Słowacja jest naszym sąsiadem. Popieramy ponadto aspiracje Bułgarii, Rumunii, Słowenii, bo wówczas pojawi się zupełnie inna jakość na Bałkanach. To są kraje, które prosiły nas o wsparcie i tego wsparcia im udzielamy. Oczywiście, nie mamy nic przeciwko innym kandydatom i będziemy gotowi im pomagać. Ale trzecia rzecz, bardzo ważna. Mamy szczególny interes w tym, żeby pełnić rolę przede wszystkim adwokata dwóch państw: Litwy i Słowacji, gdyż wejście ich do NATO oznacza, że już nie jesteśmy zupełnie sami na flance wschodniej. Każde z państw natowskich stara się zresztą być adwokatem kogoś innego. Na przykład Francuzi "walczą" o Rumunów, a Włosi o Słoweńców.

Panie prezydencie, w kontekście tego, zagrożeń ze wschodu. Czy te plany o rozszerzeniu NATO nie są trochę zbyt przedwczesne?
Prezydent RP:
Mówimy, w jakim kierunku NATO ma się poszerzać. Kiedy to się stanie - nie wiem. Pamiętajmy jednak, że względem Litwy, Łotwy i Estonii świat ma moralne zobowiązanie. Przecież oni znaleźli się w bloku radzieckim w wyniku paktu Ribbentrop-Mołotow. To nie wynikało z innego układu sił, tylko właśnie z tej decyzji, która została 60 lat temu podjęta, więc dzisiaj powiedzenie "nie" aspiracjom niepodległościowym Litwinów, Łotyszów i Estończyków i ich sposobowi myślenia o bezpieczeństwie, traktowałbym jako nieuczciwe. Co oczywiście nie oznacza, że nie wiemy, jakie to powoduje reakcje w Rosji i że to nie jest proces łatwy.

Czy zachodni politycy w rozmowach z panem uzależniają dalsze poszerzenie NATO od konsolidacji Polski z NATO?
Prezydent RP
Nie. Chociaż doświadczenie, które w tej chwili jest związane z naszym członkostwem, jest szalenie ważne i dobra obecność Polski w NATO będzie zachęcać do przyjęcia nowych państw. Jakiekolwiek kłopoty będą oczywiście odstręczać. To znowu nakłada wielką odpowiedzialność na nasze władze, bowiem pieniądze, które mamy wydać na armię, też będą ten proces uwiarygadniać. Ważna jest nasza rzetelność w wypełnianiu sojuszniczej misji. Chociaż wysłanie żołnierzy do Kosowa nie było dla nas łatwym problemem, jednak wszystkie środowiska polityczne zachowały się bardzo jednoznacznie i to wywołało pozytywne wrażenie. Przekonywałem przed podjęciem decyzji, że niezwykłej wagi jest wiarygodność sojusznicza, i myślę, że ten argument znalazł zrozumienie. Kosowo udowodniło, iż jesteśmy krajem, na który można liczyć, chociaż uczestniczy w operacji na tyle, na ile może. Taką politykę musimy prowadzić nadal, bo niejako przez pryzmat Polski będzie się patrzyło, na ile dalsze rozszerzenie dla NATO jest korzystne, a na ile ryzykowne.

Czy nie łatwiej byłoby osiągąć consensus, a zwłaszcza efekty tego porozumienia w sprawach obronności, gdyby inna była konstrukcja rady bezpieczeństwa. Pan powołał do niej członków rządu. Może byłoby bardziej owocne, gdyby powołać przedstawicieli różnych, liczących się sił politycznych.
Prezydent RP:
To zadanie już na kolejną kadencję prezydencką, kto by prezydentem nie został. Zbudowanie rady było od początku skomplikowane. Zdecydowałem się na wariant, który z mojego punktu widzenia, czyli zwierzchnika sił zbrojnych, był najwłaściwszym. Pozwala on na kontakty z ze wszystkimi przedstawicielami władz, powiązanymi w jakimś fragmencie swojej działalności ze sprawami bezpieczeństwa i obronności. Czyli staram się jako szef państwa zapewnić aby marszałkowie Sejmu i Senatu, premier, prezes banku centralnego oraz ministrowie uzgadniali stanowisko w głównych kwestiach. To nam się powiodło w sprawach NATO. Nie wykluczam, że kwestia programu wieloletniego i strategii wieloletniej jeszcze przed spotkaniami z kadrą wojskową stanie się również tematem obrad rady. Choćby dlatego, że boję się tego naruszenia równowagi między cywilną kontrolą nad wojskiem a polityczną odpowiedzialnością za sprawy wojska, o którym już wcześniej mówiliśmy. Potrzeba jednak jeszcze ogromnego wysiłku, by doprowadzić do sytuacji, że wszystkie partie polityczne będą mówiły w tych sprawach jednym głosem.



Poleć znajomemu


Opuszczasz oficjalny serwis Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej


Dziękujemy za odwiedzenie naszej strony.

Zapraszamy ponownie.