przeskocz do treści | przeskocz do menu głównego
Oficjalna strona Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej
| |
A | A | A

Jeszcze tylko kilka miesięcy pozostało do końca prezydenckiej kadencji. I aż 58 procent Polaków gotowych jest na pana głosować. Jak Pan sądzi, jakie są przyczyny tak wysokiej popularności?
Prezydent RP:
Bardzo sobie tę opinię Polaków cenię. Wynika ona, moim zadaniem, z kilku przyczyn. Przede wszystkim ze sposobu sprawowania przeze mnie urzędu. W bardzo zawikłanym, pełnym napięć życiu politycznym Polacy chcieliby mieć przewidywalny, stabilny punkt odniesienia, miejsce z którego nie nadchodzą do nich niepokojące sygnały. Myślę, że prezydent, który stara się być moderatorem, chce zapewnić stabilność polityczną a jednocześnie angażować do działań pozytywnych - tak jak się to działo np. w przypadku przyjmowania Konstytucji czy wstąpienia Polski do NATO - odpowiada społeczeństwu. Druga przyczyna wysokiej oceny leży w tym, że Polska odnosi wiele sukcesów, ma bardzo dobrą pozycję w świecie. W jakiejś mierze jestem autorem tego sukcesu. Trzeci czynnik to ciężka praca, nie sprowadzająca się do spektakularnych, pokazywanych przez telewizję, wydarzeń. Codzienny kontakt z wieloma środowiskami, spotkania z wieloma ludźmi, wspieranie ich w tym co robią. To bardzo wzmacnia pozycję prezydenta. No i - mówię o tym na koniec, choć wcale nie jest to najmniej ważne - wielka pomoc jaką otrzymuję od żony. Jest rzeczywiście Pierwszą Damą, jakich niewiele jest na świecie. Jej ogromne zaangażowanie w działalność charytatywną zasługuje na podziw i uznanie. Dociera do osób chorych, pomaga młodzieży niepełnosprawnej i najbiedniejszym dzieciom. Niezwykle efektywnie, skutecznie spieszy z pomocą wszystkim ludziom w potrzebie.

Żona pracuje na pański wizerunek?
Prezydent RP:
Mój także, ale przede wszystkim urzędu prezydenckiego. Dzięki mej żonie stworzony został niejako pełny model tego urzędu, ogarniający sferę polityczną i społeczną. Sądzę, że ten model prezydentury stanie się już regułą w Polsce. Ktokolwiek będzie w przyszłości urzędował w tym pałacu będzie musiał namawiać żonę do podobnej pożytecznej aktywności.

Mówił Pan o ciężkiej pracy. A są tacy, którzy powiadają, że swoją popularność zawdzięcza pan właśnie temu, że nie robi nic.
Prezydent RP:
To jest argument tak głupi, że nie ma co z nim polemizować. Jeżeli zarzuca mi się, że nie podejmuję decyzji niepopularnych, to jest to nieprawda. Doskonale pamiętam wydarzenia, kiedy opinia publiczna dzieliła się nieomal po połowie w kwestii czy prezydent powinien określoną ustawę podpisywać, czy ją zawetować. Tak było z podatkami, teraz mam na stole tak zwaną ustawę o pornografii...

Podpisze ją Pan?
Prezydent RP:
Wszystko wskazuje na to, że nie. Jej cześć, ta dotycząca zaostrzenia kar za gwałty, jest niewątpliwie potrzebna. Reszta natomiast jest - moim zdaniem - całkowicie nieudaną próbą rozwiązania problemu pornografii, poprzez jej zakaz. Byłby on nieskuteczny a nawet kryminogenny, bo powstałby czarny rynek a walka z nim byłaby bardzo trudna. Nie można przeceniać omnipotencji prawa, wierzyć że gdy napiszemy iż pornografia jest zakazana, to jej nie będzie. Tym bardziej, że taki zakaz już w Polsce obowiązywał - zawierał go Kodeks Karny z 1967 roku - w ustroju komunistycznym gdy działania państwa wspierały cenzura, monopol prasowy, telewizyjny i dystrybucyjny. Ten sam zakaz nie wytrzymał jednak próby czasu obowiązując przez kolejne lata od przełomu 1989 roku do września 1998. To przecież wówczas pojawiły się na rynku pisma pornograficzne, agencje towarzyskie itp. Pornografia i jej rozpowszechnianie jest złem, ale z tymi zjawiskami trzeba walczyć mądrze i skutecznie. Złudne jest przekonanie, że zakaz prawny uchroni przed demoralizacją młode pokolenie. Osobowość młodego człowieka kształtowana jest nie tyle przepisami prawa, ile oddziaływaniem rodziny, szkoły, kościoła, organizacji społecznych i również mediów. Ale mówimy o najnowszej sprawie, a przecież pamiętamy kłótnię o liczbę województw, spór o reformę edukacji, kwestię ustawy lustracyjnej i Instytutu Pamięci Narodowej.

Panie Prezydencie, ile razy skorzystał Pan z prawa weta?
Prezydent RP:
Do tej pory siedem razy wetowałem i tylko raz weto zostało odrzucone - właśnie w kwestii IPN. Dzisiaj czuć się mogę moralnym zwycięzcą, bo wszystko co wtedy wytknąłem ustawie stało się faktem. Niedawno minister Kalisz rozmawiał z panem profesorem Wiesławem Chrzanowskim, który powiedział:" Niech pan podziękuje prezydentowi. Dzięki temu, iż skierował ustawę o lustracji do Trybunału Konstytucyjnego ten precyzyjniej zdefiniował czym była współpraca ze służbami. Gdyby tak się nie stało nie miałbym szansy oczyścić się z zarzutów jakie przeciw mnie wysunięto".
A wszystkich, którzy chcieliby widzieć prezydenta jako bezpośrednio odpowiedzialnego za gospodarkę, liczbę budowanych mieszkań, środowisko odsyłam do Konstytucji. Gdyby u nas było tak jak w USA, gdzie prezydent jest jednocześnie szefem rządu, to zarzut iż nie zajmuję się np. rolnictwem byłby trafny. Choć i tak sądzę, że tym akurat problemem zajmuję się bardzo aktywnie.
Ponadto jestem przeciwny zalewaniu opinii publicznej potokiem informacji o tym co robię, nużeniu jej pokazywaniem się jej przy każdej okazji. Z mediów staram się korzystać bardzo umiarkowanie. Wiem że ludzie świetnie czują kiedy człowiek ma coś istotnego do powiedzenia, a kiedy zupełnie nic. W tym drugim przypadku po prostu przestają go słuchać. Można porównać sposób korzystania z mediów przeze mnie i przez premiera. I wyciągnąć wniosek, która metoda jest skuteczniejsza.

Różnica w ocenie panów nie wynika chyba jedynie ze sposobu korzystania z mediów?
Prezydent RP:
Tak, ale chodzi mi o ogólną zasadę budowania zaufania do urzędu, do osoby która go piastuje.

A jak się ma społeczne zaufanie do tych kilku przykrych incydentów, które przytrafiły się panu w trakcie prezydentury?
Prezydent RP:
Jestem przekonany, że normalni, zwykli ludzie są rozsądniejsi od tych dziennikarzy, których interesuje jedynie sensacja. Ci pierwsi oceniają człowieka ze wszystkimi jego słabościami, bo nikt nie jest doskonały. Świetnie wiedzą gdzie mają do czynienia z dziennikarskim nadużyciem, kiedy robi się skandal za wszelką cenę. A opinia publiczna nie chce żyć wyłącznie sensacjami. Jestem przeświadczony , że niekiedy mam do czynienia wyłącznie ze złą wolą. Incydent charkowski był klasycznym tego przykładem. Próbą wykreowania afery , której naprawdę nie było.

Czy czuje Pan, że porusza się w nieprzyjaznym sobie otoczeniu?
Prezydent RP:
Nie. Wiem kto jest mi bardzo przyjazny, kto mniej. Wiem też, że mam kilku zaciekłych nieprzyjaciół. Z badań wynika, iż dwanaście procent ankietowanych Polaków mnie nie lubi. Mogę się tylko cieszyć, że cztery lata temu było ich dwukrotnie więcej.

Miałem na myśli nie tylko zwykłych ludzi. Rządząca koalicja nie darzy Pana nadmierną sympatią.
Prezydent RP:
Czym innym są nieprzyjazne, nienawistne nawet działania niektórych gazet, środowisk a czym innym jest rząd, moje z nim współdziałanie. Ale to wynika z zasad demokracji, która ma mechanizmy wyłaniania prezydenta, parlamentu, rządu. Trzeba po prostu z pokorą przyjąć wolę społeczeństwa. Zdarzyło się w Polsce tak, że wybrany w wolnych wyborach prezydent Wałęsa musiał współpracować z wyłonionym demokratycznie układem SLD-PSL. Ja, od 1997 roku, współpracuję z koalicją, która na mnie nie głosowała. Musimy jednak tak układać wzajemne stosunki, aby dobrze służyć Polsce. Chciałbym, aby każdy polski rząd był jak najlepszy, bo każdy służy społeczeństwu i ma swój czas w historii do dobrego wykorzystania. I dlatego boleję nad tym co obecnie się dzieje; nad spadkiem zaufania do rządu, swoistym jałowym biegiem dostrzegalnym choćby w decyzjach personalnych.

Ale przecież dzięki temu wzrastają szanse przejęcia władzy przez SLD, partię z której Pan się wywodzi.
Prezydent RP:
I w tym tkwi właśnie różnica pomiędzy mną a opozycją mającą prawo do satysfakcji ze słabości rządu. Jednak i opozycja, zacierająca ręce gdy rządowi się nie wiedzie, winna mieć tyle instynktu państwowego, aby wiedzieć, że słabość rządzących nie może stać się zagrożeniem dla interesów państwa. Nie można się cieszyć, że rząd popełnia ewidentne błędy, bo przecież potem, wielkim nakładem sił i środków, trzeba będzie je naprawiać. W Polsce udaje się dotąd budować - w fundamentalnych kwestiach, takich jak NATO, Unia Europejska - szerokie zaplecze polityczne. Jest ważne aby to współdziałanie było możliwie szerokie i efektywne. Nie zawsze - przede wszystkim z powodu oporu rządu - udaje mi się do tego doprowadzić, ale w miarę przyzwoity stan osiągnęliśmy.

I ta świadomość przynosi Panu ulgę, kiedy obraża Pana minister Pałubicki, a minister Biernacki unieważnia pańskie zaproszenie dla policjantek do Pałacu? Gdy szef ZChN powiada, że jeśli zawetuje Pan ustawę o pornografii to zasłuży sobie na miano "porno-prezydenta"?
Prezydent RP:
Marian Piłka nie jest w rządzie.

ZChN jest.
Prezydent RP:
Wszyscy mają swobodę wypowiedzi, ale moja jest mniejsza. Gdybym ja zaczął podobnie określać moich politycznych krytyków, wszyscy uznaliby że jestem arogancki, bo to prezydentowi nie przystoi. Czy przystoi panu Piłce - niech ludzie ocenią. Sądzę, że oni także właściwie przyjęli słowa ministra Pałubickiego, jak i sposób zachowania ministra Biernackiego. Przekonany jestem, że gdyby przeprowadzić badania, to wykazałyby, iż w tych sprawach opinia publiczna jest po mojej stronie. Taki sposób wypowiadania się nie jest akceptowany. Jeśli chodzi o mnie, staram się aby moje decyzje zawsze były przede wszystkim dobrze umotywowane. Jeśli mój przedstawiciel będzie w Sejmie prezentował prezydencką opinię wobec ustawy o pornografii i zmian w kodeksie karnym, to nie powie: "prezydent wetuje a ja to wam przedstawiam, bo sobie lubimy wieczorem pooglądać takie filmy". To będzie bardzo poważna prawnicza analiza - także skutków wejścia w życie tej ustawy.

Czy polskie życie polityczne ma swoją niepowtarzalną specyfikę, czy wpisuje się w europejskie standardy?
Prezydent RP:
Dobre pytanie. Nie uważam aby jego cechą charakterystyczną była ostrość sformułowań. W krajach o znacznie dłuższych tradycjach demokratycznych język polityczny jest bardziej ostry. Komisje etyki we wszystkich parlamentach świata mają co robić. Tym co można określić jako polską specyfikę jest historia, która w Polsce odgrywa większą rolę aniżeli gdziekolwiek indziej. U nas co jakiś czas powraca spór historyczny. Tak jak przy okazji lustracji, dekomunizacji. I drugi wyróżnik : nasi politycy chyba nie troszczą się o wizerunek klasy politycznej. Nie biorą pod uwagę faktu, że jeśli słabnąć będzie zaufanie do polityków - nawet im wrogich, wówczas cień padnie na całą klasę polityczną. Na Zachodzie o tym wiedzą. I pewnie dlatego - przy okazji tzw. czarnych kont CDU - SPD nie przypuściła na politycznego przeciwnika furiackiego ataku. A taki - myślę - nie byłby w Polsce niczym zaskakującym. I trzecia, może najbardziej istotna, swoistość: politycy są ciągle mało kompetentni. Na zachodzie Europy, wśród polityków, jest bez porównania więcej prawników, ekonomistów, ludzi znających procedury legislacyjne.

Tam demokracja ma długą tradycję. U nas władzę sprawują rewolucjoniści.
Prezydent RP:
Tak, to tylko jedenaście lat. I przez ten czas osiągnęliśmy mimo wszystko dojrzałość polityczną, która w Europie Środkowej nas wyróżnia pozytywnie. Kompleksów mieć nie powinniśmy.

Więc jakich polskich polityków ceni Pan najbardziej?
Prezydent RP:
Nie chcę układać takiej listy, mógłbym kogoś pominąć. Jest jednak człowiek do którego czuję szczególny szacunek. To Tadeusz Mazowiecki.

Marian Krzaklewski jest dobrym politykiem?
Prezydent RP:
Dzisiaj nie dałoby się tego powiedzieć.

Czy Andrzej Olechowski ma szansę zostać prezydentem?
Prezydent RP:
Każdy nosi buławę marszałkowską w plecaku...

Tylko, że niektórzy głębiej schowaną.
Prezydent RP:
W Polsce trudno jest wygrać wybory prezydenckie nie mając jasno zdefiniowanego zaplecza politycznego. Andrzej Olechowski - choćby ze względu na swój życiorys, zainteresowania - mógłby być właściwie kandydatem każdej liczącej się partii. Tyle, że gdy się może być kandydatem każdej partii, nie jest się dobrym kandydatem dla żadnej.

Pan natomiast jest jedynym, niekwestionowanym, wymarzonym kandydatem lewicy. Czy nie nadszedł czas powiedzieć: tak, będę startował?
Prezydent RP:
Nawet gdybym tak dzisiaj oświadczył, to już nie będzie wielka sensacja.

To niech pan tak oświadczy.
Prezydent RP:
Nie mogę, choćby z formalnych powodów. Nie został ogłoszony ani termin wyborów, ani ich kalendarz. Ponadto sprawuję najważniejszy urząd w państwie. Zbyt wczesne włączenie się do kampanii wyborczej utrudni mi moje obowiązki. Zrodzi się nieuchronnie pytanie: czy to jeszcze prezydent, czy już kandydat na prezydenta?

Już się pojawiają takie pytania.
Prezydent RP:
Tylko, że są bezpodstawne. Przecież dzisiaj udzielam wywiadu, bo jestem prezydentem a nie dlatego, że kandyduję. Każdy miesiąc jest istotny po to aby uniknąć uwikłania mojego urzędu w kampanię wyborczą. Zresztą zgłaszanie swojej kandydatury w sytuacji gdy nie wiadomo z kim przyjdzie konkurować jest co najmniej przedwczesne.

A co kandydat na prezydenta, bez względu na swoje polityczne pochodzenie, powinien obiecać Polakom?
Prezydent RP:
Będzie jego obowiązkiem określić się w kwestiach dla kraju najważniejszych. Po pierwsze - musimy wejść do Unii Europejskiej. A więc trzeba odpowiedzieć na pytania o stosunek do niej, o determinację w wysiłkach aby to się udało, o umiejętność przekonywania światowej i naszej opinii, że to trzeba zrobić.

A polskie społeczeństwo zdaje się już wahać...
Prezydent RP:
Tym bardziej niezbędne jest wielkie zdeterminowanie prezydenta. Druga rzecz to gospodarka, która musi utrzymać swoją dynamikę, zapewnić więcej miejsc pracy i wprowadzić nas do grupy krajów co najmniej średnio rozwiniętych pod względem ekonomicznym. Nie możemy być peryferiami Europy. Dalej: kwestie socjalne. Kandydat winien wyraźnie powiedzieć na ile chce wesprzeć działania rządu, mające na celu eliminację, coraz rozleglejszych, obszarów biedy. I w tym przypadku łatwo będzie można dostrzec różnicę pomiędzy tymi, którzy będą mówili jak rozwiązać te problemy, a wyznawcami teorii liberalnych, którzy powiedzą: samo się jakoś to rozwiąże. Kwestią następną jest edukacja i problem równego startu młodych ludzi. Powinniśmy zapewnić młodzieży odpowiednie wykształcenie, mimo ogromnych różnic środowiskowych i regionalnych, szeroką możliwość korzystania z kultury, sportu. Kolejna sprawa to nasze bezpieczeństwo. Czeka nas proces modernizacji wojska, więc kandydaci będą musieli odpowiedzieć skąd wziąć, jak zdobyć pieniądze na ten cel. Trzeba mieć pewność, że w razie zagrożenia sami przetrwamy przez kilka dni, do czasu nadejścia sojuszników. No i jest polityka wobec sąsiadów, z którymi trzeba dobrze układać swoje stosunki.

To są, oczywiście, ogólne hasła. A co prezydent powinien zrobić w sprawie dziś najboleśniejszej - bezrobocia? Największego od kilku lat.
Prezydent RP:
Może naciskać na rząd, aby ten wprowadzał korzystne rozwiązania pozwalające aktywizować regiony gdzie bezrobocie jest wysokie, stwarzające warunki do powstawania nowych miejsc pracy. Istnieją takie instrumenty. Inwestycje zagraniczne w Polsce, takie gdzie od zera budowane są fabryki - to też nowe miejsca pracy. Ciągle niewystarczające są wysiłki, aby ograniczyć bezrobocie w skali regionalnej, szczególnie tam gdzie jest ono bardzo wysokie - to dotyczy także Kujawsko-Pomorskiego. A przecież można skorzystać ze środków zewnętrznych, z Unii. Nie da się, oczywiście, rozwiązać tego problemu z dnia na dzień. Podczas najbliższych wyborów parlamentarnych partie będą musiały bardzo wyraźnie sformułować swoje programy walki z bezrobociem, swoje realne zamierzenia a nie pobożne życzenia.

Obawia się Pan, że kampania prezydencka będzie brudna i zła?
Prezydent RP:
Pewnie się tego nie da uniknąć. Mam jednak nadzieję, że brudne metody walki zostaną odrzucone przez wyborców. Ci chyba już nie chcą tego słuchać, a szczególnie gdy sprzedaje im się rzeczy nieświeże i odgrzewane. Naturalnie, politycy winni być przezroczyści, ludzie muszą wiedzieć o nich wszystko. Tylko, jeśli ja jestem w polityce od lat, a na urzędzie prezydenckim od pięciu, to naprawdę nie wiem co jeszcze we mnie może być nieprzezroczystego.

I tak zawsze będzie Pan oceniany przez pryzmat historii...
Prezydent RP:
Rozumiem i swojej historii się nie wstydzę. Tylko zwróćmy uwagę na proporcje. Mam 45 lat i jedenaście lat polskiej transformacji to grubo więcej niż jedna trzecia mojego dojrzałego życia. Ile razy można zarzucać: a pan był w PZPR. No, byłem. To tak jak w anegdocie: dwoje bardzo starych ludzi siedzi w milczeniu. I nagle on uderzababcię, swoją żonę. Potem mówi - jak sobie pomyślę, że brałem ciebie nie z cnotą, to jeszcze dzisiaj ogarnia mnie złość.
Pamiętajmy, że teraz pojawiło się inne pytanie, które można zadać każdemu politykowi: a co pan zrobił przez te jedenaście lat przeobrażeń? Czym się Pan wykazał?



Poleć znajomemu


Opuszczasz oficjalny serwis Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej


Dziękujemy za odwiedzenie naszej strony.

Zapraszamy ponownie.