przeskocz do treści | przeskocz do menu głównego
Oficjalna strona Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej
| |
A | A | A

Polska szlachetność i polska hańba



 

  • Panie Prezydencie, dlaczego o sprawie Jedwabnego chciał Pan rozmawiać właśnie z Tygodnikiem Powszechnym?
    Prezydent RP
    : Zbrodnia w Jedwabnem jest faktem. To zdumiewające, że informacja o niej nas zaskoczyła. Przecież w 1949 roku odbył się w tej sprawie proces, istniały dokumenty, a przez 60 lat żyliśmy w przeświadczeniu, że nic takiego nie miało prawa się stać. Na marginesie dodam, że o Jedwabne pytałem także generała Jaruzelskiego - Czy coś wiedział? W końcu przez lata dysponował ogromną władzą, a przecież interesuje się historią. Odparł: - "Nie wiem, na co przysięgać, ale nic nie wiedziałem". Naturalnie, było też tysiące argumentów przemawiających za tym by takich spraw nie dotykać: co powie świat? Nie teraz, kiedy naprawiamy stosunki polsko-żydowskie. Tak było w przeszłości. Lecz stało się: zostaliśmy wyrwani z błogostanu.
    Jednak jest nadzieja, że ze sprawy Jedwabnego wyjdziemy lepsi, silniejsi, mądrzejsi. Pod jednym wszakże warunkiem: trzeba nad nią odbyć rzetelną dyskusję. Ta dyskusja nie może być oparta ani na stereotypach, ani na emocjach. I muszą w niej wziąć udział wszystkie środowiska. Nie można oddać jej wyłącznie w ręce historyków - bo to za wąski krąg. Nie wolno też jej oddawać w ręce politykom - bo nie jest to kwestia, która może być przedmiotem gier partyjnych. Musi to być debata, która stanie się częścią przemyśleń i przewartościowań Polaków - niezależnie od ich przekonań i sympatii politycznych, pozycji społecznej itd.
    ,,Tygodnik Powszechny" jest pismem, które od lat jest miejscem poważnej i uczciwej refleksji nad najważniejszymi polskimi problemami. Także sprawę Jedwabnego opisuje nie tylko odpowiedzialnie, ale i wielowątkowo.

  • Panie Prezydencie, zapowiedział Pan, że w rocznicę zbrodni pojedzie do Jedwabnego, by tam przeprosić za ten mord. Pojawiła się jednak wątpliwość, czy takie przeprosiny ze strony głowy państwa nie zostaną odebrane w świecie jako przyznanie się Polski - właśnie jako państwa - do odpowiedzialności za mordowanie Żydów.
    Ksiądz Prymas Glemp tym właśnie tłumaczy swą decyzję, że nie pojedzie na uroczystości do Jedwabnego. Jego zdaniem - przeprosiny ze strony Episkopatu Polski, czy jego, jako Przewodniczącego Konferencji Episkopatu, mogłyby wywołać wrażenie, że Kościół potwierdza tezę, jakoby winnymi pogromów byli wszyscy polscy katolicy.
    Czy Pan nie obawia się takiego odczytania gestu "państwowych" przeprosin?
    Prezydent RP
    : Jestem zbudowany zarówno wypowiedziami Księdza Prymasa, jak i arcybiskupa Henryka Muszyńskiego - właśnie w "Tygodniku". W tej sprawie głos Kościoła katolickiego ma znaczenie nieporównanie większe niż to, co zrobi prezydent czy premier. Chodzi przy tym nie tylko o odbiór w kraju, ale też w świecie. Doceniam to, że Kościół w Polsce postanowił zachować się tu aktywnie.
    Jeżeli chcemy z Jedwabnego, podkreślam raz jeszcze, wyjść lepsi, silniejsi i mądrzejsi, musimy powiedzieć całą prawdę o tamtych wydarzeniach. Lecz powiedzenie prawdy nie oznacza rozciągania odpowiedzialności ani na cały naród, ani na państwo polskie. Wśród Polaków byli tacy, którzy Żydom pomagali i ratowali im życie. Byli też tacy, którzy Żydów sprzedawali i niestety - bywało - mordowali. Było i tak, i tak. Jednym z wniosków ze sprawy Jedwabnego jest i to, że nie da się, a nawet nie powinno bilansować bohaterstwa i podłości. Jedno, niestety, nie wyklucza drugiego. W Polsce była wielka szlachetność i była wielka hańba. Trzeba to przyznać i o tej złożoności powiedzieć.

  • Jest i inny aspekt takich "państwowych przeprosin": gdy dokonała się zbrodnia w Jedwabnem państwo polskie nie obejmowało swą jurysdykcją tamtych terenów. Jeżeli więc, na przykład, kanclerz Niemiec Willy Brandt słusznie przepraszał za niemieckie winy czasów II wojny światowej - bo popełniano je w imieniu i za przyzwoleniem państwa niemieckiego, to w Jedwabnem nic takiego nie miało miejsca.
    Prezydent RP
    : Przeprosiny za Jedwabne nie oznaczają, że Polska przyjmuje na siebie pełną odpowiedzialność za ten mord, czy współodpowiedzialność za zbrodnie Holocaustu. Historii nie da się zmienić: nie wolno zapomnieć, kto wywołał II wojnę światową, kto pisał ustawy norymberskie, kto organizował obozy koncentracyjne, kto przyjął koncepcję Endloesung. Wiemy, że źródłem tych zjawisk był nazizm i Hitler. Wiemy też o zbrodniach i o naturze drugiego - komunistycznego totalitaryzmu oraz o tym, że przez pewien czas - w efekcie paktu Ribbentrop-Mołotow - one na wzajem się wspierały. Tło historyczne Jedwabnego jest oczywiste. I to też trzeba przypominać.
    Najważniejsze jest to, że w stosunku do zbrodni w Jedwabnem musimy zająć swoje stanowisko, które będzie oparte na prawdzie. Rzecz musi zostać nazwana po imieniu: pamiętając o okolicznościach, tego okrutnego mordu w Jedwabnem dokonali Polacy, nasi rodacy. Dlatego należy zrobić to, co w takich sytuacjach się robi: przeprosić i poprosić o wybaczenie. Dodać jednak, że wierzymy, iż odium zbrodni nie będzie rozciągane na wszystkich Polaków i że mamy nadzieję, iż na tej prawdzie będzie można budować mosty pojednania między Polakami i Żydami. A także w oparciu o nią zmieniać własne postawy: położyć kres wszelkiej nietolerancji, antysemityzmowi, wszelkim uprzedzeniom.
    Ileż bym dał za to, by się okazało, że mord w Jedwabnem to jedynie czarny sen i nieprawda... Niestety, Jedwabne jest faktem. W związku z tym trzeba do tego podejść z całą odpowiedzialnością. Naturalnie głęboko fałszywa jest taka teza, że wszyscy Polacy są winni mordu w Jedwabnem, jak i ta, że za Holocaust jest odpowiedzialne państwo polskie. Jednak gdyby teraz, 10 lipca, w 60 rocznicę zbrodni prezydent Rzeczpospolitej nie przyjechał do Jedwabnego, i społeczność międzynarodowa - nie tylko Żydzi - i nasze społeczeństwo miałaby prawo uznać to za politykę strusią. Brak reakcji bardziej zepsułby opinię Polski i byłby groźniejszy dla jej prestiżu niż szczere przeprosiny.

  • Rabin Michael Schudrich zaproponował Prymasowi spotkanie na wspólnej modlitwie, połączenie się w żałobie, w taki sposób, by nie było to okazją do jakichś rozrachunków, mówienia kto, co zrobił, do wzajemnych oskarżeń. Może taki gest byłby właściwszy wobec tej tragicznej rzeczywistości? - tym bardziej, że przeprosiny ze strony polityka przez wielu ludzi będą odczytane jako element zwykłej gry o władzę. Istnieje chyba obawa, że przeprosiny prezydenta łatwo mogą być uznane za gest banalny, czy nawet nie całkiem jednoznaczny.
    Prezydent RP
    : Przypomnę, że nie raz ci sami ludzi bardzo oczekiwali przeprosin ze strony Prezydenta za historyczne tragedie. Pamiętając o tym wiem, że każdy czyn prezydenta czy premiera zawsze będzie oceniany przez pryzmat polityczny. Takie jest już nasze ryzyko zawodowe. Tylko ile razy właśnie odważne i szczere gesty polityków pomagały w pokonywaniu różnego rodzaju barier? Taką rolę spełniło przyklęknięcie Willy Brandta przed pomnikiem Bohaterów Getta w Warszawie czy też przeprosiny prezydenta Jelcyna przy krzyżu katyńskim na Powązkach - on wtedy miał łzy w oczach, łzy prawdziwe. To były wydarzenia nie tylko polityczne, ale i społeczne. One zmieniły świadomość, kulturę polityczną krajów, którym ci politycy przewodzili.
    Rozliczenie się z tragicznym XX wiekiem, z wojną, z ksenofobią - w tym z antysemityzmem - stało się dziś problemem większości cywilizowanych państw świata. Oczywiście, mają ten problem Niemcy, ale także Francuzi, których do tego jeszcze zaczynają dręczyć powracające koszmary okrucieństw wojny algierskiej. Mają go Szwajcarzy. Mają kraje skandynawskie i inne. Wkrótce - nie chcę tu wywoływać niczego złego - będą musieli z tym problemem uporać się Litwini, Łotysze, Ukraińcy i proszę dyplomatów tych państw, aby nie pisali protestów w sprawie mojej wypowiedzi, lecz tę kwestię poważnie przemyśleli.
    Skąd się to wzięło? Trafnie ujął to trzy lata temu Henry Kissinger podczas posiedzenia Rady Gubernatorów Fundacji Szimona Peresa w Tel Avivie. To był luty, było tam ciepło. Obradowaliśmy w hotelu nad samym morzem. Kiedyś odbywało się wieczorne spotkanie. Rozmowa toczy się wokół pytania: skąd nagle na świecie tyle skandali: premier Andreotti oskarżony o współpracę z mafią, afera prezydenta Clintona z Moniką Lewinsky, szef Komitetu Olimpijskiego Samaranch jest podejrzewany o korupcję itd. Nagle rozległ się baryton Kissingera: You don`t know why? Because of collapse of Soviet Union. Zabrzmiało to jak żart przy whisky, ale po chwili sobie uświadomiliśmy, że istotnie, koniec zimnej wojny doprowadził do takiego momentu, w którym ujawniają się kolejne trudne, dramatyczne problemy dotąd, po obu stronach głęboko chowane w "zamrażarkach" w obawie przed przeciwnikiem. Teraz wypływają. Jedne są jeszcze do rozwiązania, inne już tylko cuchną, jeszcze inne są tragiczne. Czekają nas jeszcze dziesiątki tego rodzaju niespodzianek. Trzeba się więc zastanowić, co z nimi robić.
    Nadzwyczajność tej chwili chyba najlepiej zrozumiał Papież. To on przecież jako pierwszy uznał, że początek nowego milenium może być czasem oczyszczenia pamięci. Ktoś powie: to rodzaj ucieczki do przodu. Tak, ale w pozytywnym sensie. Chodzi o powiedzenie: tak jest, to się zdarzyło, lecz wyciągnijmy z tego wnioski, zbudujmy w przyszłości coś lepszego. W 2000 roku Jan Paweł II przeprosił za grzechy ludzi Kościoła - także za grzechy popełnione wobec Żydów. Przypomnijmy choćby jego, jakże uniwersalne i osobiste wystąpienie w instytucie Yad Vashem.
    Jedwabne warto uznać za element takiego milenijnego przełomu. Próba uniknięcia tej debaty do niczego nie doprowadzi. Nie sposób się już zatrzymać przed Jedwabnem. Trzeba tam pójść. Także 10 lipca.
    Oczywiście: ,,przepraszam" polityka ma inne znaczenie niż "przepraszam" wypowiedziane w kontekście duchowym i religijnym. Ale jest też czymś innym, nieporównanie ważniejszym od zdawkowego, grzecznościowego "przepraszam", wynikającego z dobrego wychowania. ,,Przepraszam" polityka niesie z sobą, po pierwsze, określoną ocenę - polityczną, historyczną, a także moralną - danego faktu. Po drugie, "przepraszam" polityka jest też - co ważniejsze - deklaracją, że będzie się starał tak działać, by nic podobnego już więcej się nie powtórzyło, oraz, że odrzuca takie metody, koncepcje, zachowania.
    Polacy, dyskutując o przeprosinach za Jedwabne, powinni się zastanowić, czy byłoby im obojętne, gdyby Jelcyn nie zdobył się na odwagę i nie przeprosił za Katyń? Albo gdyby kanclerze Niemiec: Brandt w Warszawie, Kohl w Krzyżowej, Herzog w 50 rocznicę Powstania Warszawskiego czy ostatnio Schroeder, milczeli i nie pochylili głów wobec polskich ofiar wojny? Czy traktowaliśmy to tylko jako puste i rutynowe gesty? Nie!
    Może jest i trzeci element takich przeprosin: mają one nieporównanie większe znaczenie w kraju przepraszającego polityka niż na zewnątrz. Dla Rosjan wypowiedziane przez Jelcyna "przepraszam" za Katyń musiało być strasznym przeżyciem. Przecież oni byli wychowywani w przekonaniu, że 600 tys. ich rodaków zginęło walcząc o wyzwolenie Polaków od niemieckiego faszysty. Mieli swoje groby i poczucie czci dla swoich poległych bohaterów. Z tą świadomością chcieli żyć dalej. Tymczasem ich prezydent mówi, że był też i Katyń i że ważne jest nie tylko to, że z rozkazu Stalina strzelano w tył głowy polskich oficerów , ale to, że strzelali Rosjanie.
    Można pytać: po co w ogóle wracać do tych tematów? Przecież minęło już tyle lat... Lecz tu odpowiedź jest prosta i w sprawie Jedwabnego wielokrotnie już ją formułowano: musimy wracać, bo to jest część naszej historii. Jeśli chcemy być dumni z jej chwalebnych kart, to musimy przyjąć też odpowiedzialność moralną za karty czarne. Skoro dokonały się one w Polsce, to choćby nas bolały, musimy o nich pamiętać - także w trosce o własną tożsamość.
    Przykładem mogą tu być właśnie Niemcy - wcale nie jako państwo, lecz społeczeństwo. Kanclerz Schroeder jest pierwszym politykiem niemieckim który reprezentuje pokolenie powojenne. Więcej: jego ojciec, przed jego urodzeniem zginął gdzieś na froncie rumuńskim, ma więc prawo psychologicznie czuć się raczej ofiarą wojny niż współsprawcą. Mimo to jako Niemiec nie zawahał się przeprosić

  • Czy Pan, Panie Prezydencie wierzy, że akurat takie polityczne przeprosiny przeorają świadomość tych Polaków, którzy wciąż nie chcą dopuścić do siebie prawdy o Jedwabnem? Chociażby tych mieszkańców tego miasteczka, którzy przez lata tolerowali żyjących obok sprawców tej zbrodni, a dzisiaj są oburzeni tym, że jakoby stawia się ich pod pręgierzem?
    Prezydent RP
    : Warto zwrócić uwagę, że dyskusja jaka rozgorzała w Polsce na temat tej zbrodni, pomimo że nadzwyczaj trudna, jest rzetelna i dojrzała. Jeszcze parę lat temu taki poziom rozmowy na podobny temat byłby chyba niewyobrażalny. Myślę, że rola jaką odgrywa tu IPN jest godna podkreślenia. Działania prof. Kieresa wzbudzają szacunek.
    Kiedy w ub. tygodniu oglądałem film "Sąsiedzi" i słuchałem wypowiedzi pana Janusza Dziedzica, wnuka jednej ze Sprawiedliwych, pani Wyrzykowskiej, pomyślałem: to, co ten młody człowiek mówi jest tak głębokie i wzruszające, że chętnie wygłosiłbym te słowa w Jedwabnem. Naprawdę, niewiele mam do dodania do tego, co powiedział.

  • Czy państwo polskie w sprawie Jedwabnego nie popełniło jednak ,,grzechu zaniechania"? Fachowcy o sprawie wiedzieli od dawna. Artykuły prasowe na jej temat pojawiły się w Stanach Zjednoczonych już 1996 roku...
    Prezydent RP
    : W tym sensie grzech zaniechania został popełniony dużo wcześniej: można było podjąć problem już po październiku 1956 roku. Mógł też zrobić to Gierek. Wasze środowisko też nic nie wiedziało na ten temat, a on gdzieś istniał.

  • Kiedy w 1987 roku prof. Błoński opublikował w "Tygodniku" artykuł "Biedni Polacy patrzą na getto", to nie wywołał on szerszej dyskusji z dwóch powodów. Jednym była faktycznie obawa ówczesnych środowisk opiniotwórczych przed podjęciem kwestii obojętności Polaków wobec Holocaustu czy nawet ich współwiny. Ale drugim była komunistyczna cenzura. Błoński nie wiedział o Jedwabnem, ale to on jako pierwszy odważył się dotknąć tego problemu.
    Prezydent RP
    : I tak należy Opatrzności dziękować, że w 1949 roku odbył się proces niektórych sprawców tej zbrodni. Jaki był, taki był, ale ktoś poniósł karę. W jakiej bowiem sytuacji bylibyśmy, gdyby i tego nie było? Naturalnie i potem fachowcy wiedzieli o sprawie. Wyobrażam sobie, jakie argumenty padały za tym, by jej nie nagłaśniać: że zaszkodziłoby to Polsce w świecie, że w gruncie rzeczy winni są Niemcy, że być może upublicznienie tej historii paradoksalnie przyczyni się do podgrzania nastrojów antysemickich w kraju. Były to argumenty czysto polityczne, doraźne, często stosowane wtedy, w epoce podziału świata. Dzisiaj jesteśmy w innym momencie.

  • Nie do końca chyba: kiedy w 1996 r. w "New York Times" - poważnym i wpływowym piśmie - ukazał się tekst o Jedwabnem, Polska chyba nadal uważała, że lepiej nie podejmować tematu. Tym razem ponoć argumentem było to, że wybuch sporu wokół Jedwabnego może dać amunicję amerykańskim przeciwnikom przyjęcia Polski do NATO.
    Prezydent RP
    : Nie była to taka do końca głupia opinia.

  • Z politycznego punktu widzenia może i nie była głupia. Ale może lepiej byłoby wtedy jednak podjąć problem - choćby na zasadzie ucieczki do przodu? Wiadomo było przecież, że sprawa jest tego kalibru, że prędzej czy później powróci.
    Prezydent RP
    : Ja bym tego tak lekko nie traktował. Niewątpliwie nagłośnienie wówczas sprawy Jedwabnego mogłoby się odbić na naszych staraniach o wejście do NATO. Politycy podejmując decyzje biorą jednak pod uwagę nastroje wpływowych grup społecznych - zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych a tam się zbliżały wybory. Podobnie delikatną kwestią było wówczas zweryfikowanie wyroku wobec płk. Kuklińskiego. To przecież o tym rozmawiałem tu, na tarasie, w cztery oczy z prezydentem Clintonem.
    Pretensje miałbym o co innego - na przykład, że przez 10 lat III RP nie zbudowaliśmy Muzeum Historii Żydów Polskich. Tam można było pokazać i Jedwabne, i Radziłów, a jednocześnie przypomnieć poruszające dzieło Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata, wspólną kulturę Żydów asymilowanych i nie-asymilowanych. O ileż łatwiej byłoby dziś rozmawiać choćby i o najtrudniejszych sprawach. Tu jest wielkie zaniechanie i błąd.
    Z drugiej strony może to opóźnienie w podjęciu tematu ma też pozytywną stronę: dzisiaj Polacy są do dyskusji o Jedwabnem lepiej przygotowani niż 20 lat temu.

  • Historię polsko-żydowską ostatnich dziesięcioleci można opisać jako ciąg bolesnych zaszłości. W okresie międzywojennym Żydzi byli w pogardzie i mieli tego świadomość. To mogło boleć bardziej niż pałki bojówkarzy z ONR, które też na nich spadały. Potem była wojna - z Jedwabnem i innymi dramatycznymi wydarzeniami. Za PRL był nieszczęsny rok 1968. Wolna III RP ciągle nie rozwiązała drażliwego dla Żydów problemu zwrotu, czy choćby restytucji mienia. Wiadomo: to kwestia złożona, nie możemy jej rozwiązać nawet wobec własnych obywateli. Ale ona istnieje i co chwila wraca.
    Prezydent RP
    : Dlaczego problem restytucji mienia w Polsce jest tak skomplikowany? Bo jesteśmy krajem o najbardziej zmienionych granicach w Europie po II wojnie światowej, krajem, w którym doszło do masowych - rzadko dobrowolnych - przemieszczeń ludności i krajem, który poniósł ogromne zniszczenia wojenne. To tu Niemcy przeprowadzali Holocaust - i tu wymordowali olbrzymią większość obywateli polskich narodowości żydowskiej.
    Znalezienie dobrego rozwiązania jest obiektywnie trudne. Popełniliśmy zapewne błąd, że na początku III RP, w 1991 czy 1992 roku, nie przeprowadziliśmy jakiejś symbolicznej restytucji. Choć i ona byłaby trudna: bo jak zrobić symboliczną nawet restytucję majątku, żeby to nie było nazwane niesymboliczną nacjonalizacją? Skoro się komuś oddaje 10 czy 20 proc. utraconego kiedyś majątku, to pojawia się pytanie, dlaczego się zabiera resztę? Próbuję tu usprawiedliwić kolejne rządy, że nie były gotowe - a może nie były nawet w stanie - tego uczynić.
    Parlament uchwalił jednak ustawę o zwrocie mienia komunalnego. Są więc podstawy prawne, by organizacjom żydowskim przekazywać synagogi, budynki szpitalne, szkolne, które należały do nich w przeszłości. Tyle że często trudno po stronie żydowskiej znaleźć partnera - bo w wielu miejscach nie ma przecież już wspólnot żydowskich. Dlatego oczekuję od samorządów lokalnych, by współdziałały w zabezpieczaniu tych miejsc, ich rekonstruowaniu, upamiętnianiu. I to w niektórych miejscach się dzieje. I tak powinno być. W Kołobrzegu burmistrz nie tylko szanuje niemieckie i polskie tradycje miasta, ale dba też o pozostałości po starym cmentarzu żydowskim.
    Największym problemem jest jednak własność prywatna. Ustawa reprywatyzacyjna w ostatecznie przyjętej przez parlament wersji była tak zła, że nikt rozsądny jej nie żałuje. Może więc faktycznie najlepiej będzie oddać rozstrzyganie tych spraw sądom. Powinniśmy jedynie sprawić, by te wnioski były szybciej rozpatrywane. Decyzja sądu ma też tę zaletę, że jest decyzją niezawisłego sądu. Jeśli natomiast Sejm uzna, że trzeba zwrócić 10, 25 bądź 50 proc. majątku, to zawsze można zapytać: dlaczego akurat tyle i tylko tyle?
    Jest jeszcze kwestia ideologiczna: część majątku przejęta została przez państwo na podstawie ustaw w tamtym systemie legalnych. W jakiej mierze możemy zakwestionować ciągłość prawną Polski: od II RP przez PRL do III RP. To dopiero mogłaby być bomba prawnicza, z którą sobie nie dalibyśmy rady. Bo dlaczego wówczas nie kwestionować innych decyzji podejmowanych na podstawie prawa PRL? To jest na tyle skomplikowane, że wymaga nadzwyczajnej ostrożności.
    Oczywiście, gdyby Polska zanotowała w najbliższych latach spektakularny rozwój gospodarczy, to można rozważyć pójście tropem Niemiec w stosunku do przymusowych robotników i utworzenie funduszu, który wypłacałby odszkodowania. Kłopot w tym, czy mielibyśmy pieniądze, które mogłyby być przyjęte jako minimum tego historycznego rachunku.

  • Ostatnio pojawiła się jeszcze jedna zaszłość - chodzi o udział trzech Pańskich bliskich współpracowników, urzędników Kancelarii Prezydenta RP w kampanii antysemickiej 1968 r. Przecież to podważa wiarygodności głowy państwa - oraz wiarygodność zapowiadanych przeprosin.
    Prezydent RP
    : To strasznie trudna dla mnie sprawa. Dlaczego? Dlatego, że w historii stosunków polsko-żydowskich rok 1968 uważam za jedną z kart najbardziej haniebnych. Więcej, choć moim zdaniem nie można PRL potępiać - jak chcą niektórzy - hurtem, na skróty, bezrefleksyjnie to roku 1968 pod żadnym względem nie da się obronić. Batalia wtedy toczyła się o przewrót pałacowy, a użyto w niej broni najgorszej - antysemityzmu. Według mnie to tak, jakby walcząc o władzę w państwie, sięgać po broń biologiczną, chemiczną czy nuklearną. Tego usprawiedliwić się nie da.
    M.in. dlatego, by choć częściowo zadośćuczynić pokrzywdzonym, na 30. rocznicę Marca podjąłem decyzję o maksymalnym uproszczeniu procedury odzyskiwania obywatelstw emigrantów z tego okresu. Tym bardziej, że wtedy przeprowadzano to w wyjątkowo wredny sposób: formalnie nie odbierano przecież obywatelstwa, wydawano jednak paszporty tylko w jedną stronę.
    Apelowałem też, by podczas kampanii wyborczej nie sięgać po cztery najbardziej drażliwe, wrażliwe i bardzo ważne w Polsce tematy: stosunki państwo-Kościół oraz relacje polsko-żydowskie, polsko-niemieckie, polsko-rosyjskie. Granie nimi w polityce przynieść może skutki najgorsze, bo niewyobrażalne. Właśnie w 1968 roku zagrano antysemityzmem. Mówię o tym, by była jasność. I jeszcze jedno, co do tej zaszłości. Wtedy miałem 14 lat. Byłem zdecydowanie przeciwny, zresztą z wielu powodów, także w wyniku zdecydowanej postawy całej mojej rodziny, wobec tych wydarzeń.
    Natomiast dziś piszą, że w moim otoczeniu znaleźli się ludzie, którzy wówczas byli uwikłani w struktury polityczne i niewątpliwie zachowali się źle. Czy zachowali się źle dlatego, że tak myśleli? Czy zachowali się źle, bo taki był klimat? Czy zachowali się źle, bo myśleli o sobie, o karierach? To trudne, ale ważne pytania.
    Lecz muszę też patrzeć na to, co oni robili przez następne 30 lat. A jestem przekonany, że starali się dobrze służyć Polsce otwartej, tolerancyjnej, Polsce, która buduje porozumienie. Muszę ocenić również dziś ich przydatność dla urzędu, który sprawuję. Jeżeli uznam, że jest ona nikła, to z nich zrezygnuję. Natomiast jeżeli mogą być przydatni, to proszę nie oczekiwać, że będę ich zwalniał. Pamiętam również, że - z jednej strony - dochodzi wyjątkowo bolesny kontekst: właśnie dyskusji wokół Jedwabnego. Z drugiej - ludzie mają prawo do dojrzewania, rozwoju, zmiany poglądów.

  • To jest chrześcijańskie. I tutaj nie można człowieka potępiać, ale...
    Prezydent RP
    : Ojciec mnie nauczył, że niczego mądrzejszego od 10 przykazań nie wymyślono. Staram się więc w swoim działaniu politycznym też zachowywać taką chrześcijańską postawę. Tylko zauważyłem, że im bardziej ją zachowuję, tym bardziej dostaję w kość.

  • Tak to jest: nikt nie gwarantował, że będzie inaczej. Jest tylko inny aspekt, który stwarza trudność: możemy docenić zasługi człowieka, możemy nawet zrozumieć, że w młodości pobłądził. Tylko czy ten człowiek musi dalej funkcjonować w takim miejscu, jak Kancelaria Prezydenta RP. Kiedyś to się nazywało honor - jak został splamiony, to było jasne, że powinno się samemu odejść.
    Prezydent RP
    : Zapewniam: problemu nie bagatelizuję.

  • Może dziś, właśnie kiedy trwa tak poważana debata o Jedwabnem, Polakach i Żydach, wedle niektórych najważniejsza dyskusja dziesięciolecia III RP, potrzebny byłby jakiś znak przełomu? Czy Pana zdaniem w stosunkach polsko-żydowskich coś nadzwyczajnego może się w najbliższych tygodniach wydarzyć?
    Prezydent RP
    : Pewnie nie. Dobre rzeczy dzieją się, tyle że nie trafiają na czołówki. Tragiczna historia odzywa się co chwilę. Ale już samo poważne i uczciwe potraktowanie sprawy Jedwabnego w Polsce może zmienić atmosferę i otworzyć nowe możliwości. Powinny ukazać się następne książki na ten temat - i na temat innych takich miejsc, Radziłowa choćby.
    Kto wie, czy takim nadzwyczajnym wydarzeniem, swoistym kamieniem milowym, nie byłoby jednak to, o czym wspomniał Ksiądz Prymas: że byłby gotów spotkać się i pomodlić z Rabinem w Synagodze. Przecież takiego spotkania w polskiej historii nigdy nie było.

  • Czy Pan Prezydent chciałby wziąć w takim spotkaniu udział?
    Prezydent RP
    : Oczywiście - jako uczestnik, człowiek, obywatel. Spotkanie dwóch liderów wspólnot opartych o wartości religijne, wspólnot, które dotąd, pomimo wszystko, raczej się w Polsce odpychały niż zbliżały, mogłoby mieć znaczenie w wymiarze i polskim i zewnętrznym, a także indywidualnym, ludzkim.
    Sprawa Jedwabnego jest trudna i bolesna. Ale może stać się momentem do zbudowania czegoś, co byłoby mostem na przyszłość.

  • A jakich reakcji strony żydowskiej możemy się spodziewać, a jakich powinniśmy oczekiwać po ukazaniu się książki prof. Grossa w Ameryce, po naszej dyskusji na nią w kraju tutaj oraz po uroczystościach 10 lipca w Jedwabnem?
    Prezydent RP
    : Nic dramatycznego nie powinno się zdarzyć. Przez podjęcie tej dyskusji odbieramy argumenty ekstremistom i wspomagamy te środowiska żydowskie, które chcą dialogu. Podobną rolę ma choćby wydanie przez "Więź" angielskojęzycznego wyboru głosów z pierwszego etapu debaty. Oczywiście będą tacy, których nie przekonamy: przełomu w kontaktach z ekstremalnymi środowiskami żydowskimi w Stanach Zjednoczonych bym nie oczekiwał.
    Najmniej obawiam się reakcji państwa Izrael, bo ono żyje głównie swoimi współczesnymi problemami, a liderzy izraelscy też musieli i muszą rozwiązywać wielkie dylematy moralne i polityczne.
    Najważniejsze, że wreszcie spełnimy swój obowiązek wobec tych Żydów z Jedwabnego i innych miejsc, którzy przetrwali oraz wobec potomków ofiar.

  • Do nich skierowane będą przeprosiny?
    Prezydent RP
    : Może przede wszystkim. Oni czekają na nie przez tyle lat. Dla nich zdjęcie tego tabu czy wręcz kłamstwa ma wymiar zasadniczy.

  • Rabin Michael Schudrich powiedział: Dla Polaków ważniejsze od tego, co tej tragedii będą mówić w USA, powinno być to, co Polacy powiedzą Panu Bogu i jaki będą sami mieli stosunek do Jedwabnego...
    Bardzo Panu Prezydentowi dziękujemy za rozmowę
Poleć znajomemu


Opuszczasz oficjalny serwis Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej


Dziękujemy za odwiedzenie naszej strony.

Zapraszamy ponownie.