przeskocz do treści | przeskocz do menu głównego
Oficjalna strona Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej
| |
A | A | A

Panie Prezydencie czy A.Lepper powinien być odwołany z funkcji wicemarszałka Sejmu?
Prezydent RP:
Powinien być odwołany.

A czy nie lepiej by było, gdyby w ogóle na to stanowisko nie był powołany?
Prezydent RP:
To jest trochę już ahistoryczne. Myślę, że była nadzieja, żeby po pierwsze uszanować dobre reguły parlamentarne i żeby trzecie ugrupowanie, w wyniku wyrażonej woli przez wyborców miało swojego wicemarszałka. Taka oferta została złożona. Pan Andrzej Lepper został wicemarszałkiem. I była nadzieja, że okiełzna swój temperament, że będzie się chciał zastosować do reguł nie tylko parlamentarnych, ale takich, które obowiązują wśród ludzi i że będzie stawał się coraz bardziej człowiekiem myślącym w kategoriach państwa a nie swoich pomysłów, idei, czy emocji własnych. Tak się nie stało. Muszę powiedzieć, że żałuję dlatego, że byłoby dzisiaj nieporozumieniem, gdyby odwołanie A.Leppera z funkcji wicemarszałka było traktowane jako akt przeciwko niemu i żeby zapomnieć o tym co było przyczyną. Tą przyczyną jest zachowanie nie tylko niegodne urzędu wicemarszałka, posła Rzeczypospolitej, ale przede wszystkim nie dopuszczalne w stosunkach między kulturalnymi ludźmi, bo, to też mnie dziwi, że wicemarszałek tak nie może mówić. Nie Proszę Państwa, nikt tak nie może mówić. Tego rodzaju oskarżenia, tego rodzaju słowa nie mogą padać w relacjach między ludźmi, którzy mają dla siebie choć trochę szacunku czy starają się respektować reguły, które nas organizują.

Panie Prezydencie, przypomnę, Pan mówił o nadziejach związanych z osobą A.Leppera i o tym, że należało uszanować trzecią siłę w Parlamencie. W "Monitorze Wiadomości" 4 października, czyli w dniu desygnowania premiera L.Miller mówił: Ja bardzo się cieszę, że pan A.Lepper deklaruje tak daleko idące poparcie dla nas, bo daje o sobie znać jako polityk o instynkcie propaństwowym. Człowiek, który rozumie trudną sytuację państwa jest gotów wziąć współodpowiedzialność za rozwiązanie naszych polskich problemów". Pan mówił o A.Lepperze, że "Samoobrony nie należy skreślać, nawet mimo brzydkich, ostrych słów wypowiedzianych w przeszłości". Czy dzisiaj Pan to zdanie potwierdza?
Prezydent RP:
Powtarzam: Samoobrony, wyborców Samoobrony, problemów, które wnosi Samoobrona wraz ze swoją obecnością w Sejmie nie wolno skreślać. One są. Trzeba je szanować, respektować. Natomiast nie wolno zgadzać się na metody, na sposób wypowiadania sądów przez A.Leppera. To jest po prostu niegodne. Tak się nie robi, nie mówi. Tak nie wolno działać publicznie. A poza tym ja bym powiedział jeszcze jedno - jeżeli A.Lepper chciałby ustanowić taką normę komunikowania się w życiu publicznym, to niech pamięta, że znajdzie się jeszcze lepszy Lepper, który będzie mówił jeszcze ostrzej, jeszcze bardziej zdecydowanie o nim. I w ten sposób my tylko brniemy do katastrofy. Brniemy do sytuacji w której różnica między językiem debaty publicznej a rynsztokiem będzie bardzo umowna, albo w ogóle żadnej nie będzie.

Panie Prezydencie, Pan mówi o tym, że nie może być norma stosowana nie tylko na stanowiskach państwowych, ale także w stosunkach międzyludzkich. Natomiast bez wątpienia to co się stało jest rysem na układzie politycznym, który został wyłoniony po wyborach. Pańskim zdaniem nie zaszkodzi to autorytetowi państwa?
Prezydent RP:
Myślę, że państwo jest silniejsze aniżeli tego rodzaju wydarzenia. Nie wierzę, żeby to miało jakiś długotrwały skutek. Tym bardziej jeżeli decyzja zostanie podjęta, tzn. to ostrzeżenie, odwołanie z funkcji wicemarszałka będzie faktem. To będzie, moim zdaniem, dowód, iż państwo demokratyczne ma sposoby i metody i potrafi zorganizować silną większość dla takiej decyzji. Tzn. nie ma zgody na zabawę z zasadami demokracji, na lekceważenie prawa, jak było we Włocławku i nie ma zgody na używanie języka agresji. W pełni zgadzam się z premierem Millerem, że dzisiaj w Polsce wobec tylu wyzwań, trudności podniecanie agresją społeczeństwa i wzbudzanie tego rodzaju emocji jest po prostu karygodnym działaniem. To jest bardzo niebezpieczne. Stąd z każdego punktu widzenia uważam, że decyzja musi być podjęta i po niej być może będziemy silniejsi, a nie słabsi. Nie bałbym się, że powstanie tu jakaś rysa. Trudno, przeżyliśmy to co przeżyliśmy i być może to doświadczenie było nam też potrzebne.

Panie Prezydencie mówi Pan o wyzwaniach, które przed nami stoją. Mówi Pan o trudnościach w jakich jesteśmy. Wiadomo, że sprawa A.Leppera ma szerszy kontekst. On tłumaczy, że zarzuca min. Cimoszewiczowi to, że o stanowisku negocjacyjnym Polski w sprawie ziemi dowiedzieliśmy się w Brukseli, a nie w Warszawie. Czy nie uważa Pan, że w tej sprawie rząd popełnił błąd?
Prezydent RP:
Jeżeli był błąd, to rząd już do niego się przyznał i powiedział, że będzie starał się na tyle, na ile będzie to możliwe przedstawiać stanowisko siłom politycznym, Parlamentowi zanim będą negocjacje, ale podkreślam to o czym już mówiłem, negocjacje mają to do siebie, że mają pewną część utajnioną, czy poufną, czy dyskretną. Nie może być tak, że polski negocjator jadąc do Brukseli właściwie jest bezradny bo wszystko zostało napisane, powiedziane, jest znane naszym partnerom. Akurat nie uważam, że tu zostało zrobione wszystko to co należy, ale rozumiem wszystkich negocjatorów i ministra spraw zagranicznych i jego ludzi. Oni chcą zakończyć negocjacje do końca roku 2002, chcą doprowadzić do decyzji, która będzie historyczna dla Polski, najważniejsza, czyli polskiej obecności w Unii w roku 2004. I oczywiście starają się to zrobić jak najlepiej. Niedostatek polega na tym, że my za mało w ogóle w tej sprawie rozmawiamy ze społeczeństwem, za mało jest informacji, a nawet jeżeli one są, to są tak hermetyczne, tak bardzo skomplikowane, że większość ludzi ich nie rozumie. I to jest dobre pytanie i do ministra Cimoszewicza i do premiera Millera, ale także i do mnie - co zrobić, żeby o UE rozmawiać językiem zrozumiałym i żeby wykazać w ciągu najbliższych kilkunastu miesięcy nadzwyczajną, podkreślam - nadzwyczajną - aktywność w tłumaczeniu polskiego stanowiska. Podkreślam jeszcze raz, na Unii jeszcze nikt z Polaków naprawdę nie stracił. To wielka szansa.

No właśnie Panie Prezydencie, sam Pan zadał to pytanie, co zrobić, bo mamy sytuację w której zdarzył się taki sondaż, gdzie poparcie dla Unii spadło poniżej 50 proc. Ta sprawa, która się dzieje w tej chwili, sprawa drażliwa - sprzedaży ziemi z pewnością budzi tych, którzy są naszej integracji z Unią przeciwni. Co rząd powinien zrobić w tej chwili, żeby im te argumenty wytrącić z ręki, żeby udowodnić, że lepiej wejść do tej Unii niż być poza nią?
Prezydent RP:
Wejście to Unii, moim zdaniem, jest sprawą zasadniczą, dlatego, że my nie mamy lepszej alternatywy. Nie wejść do Unii to oznacza albo zostać w europejskiej próżni, albo szukać zupełnie nieznanych czy nie akceptowanych rozwiązań integracji w innym układzie polityczno-gospodarczym. Nie ma lepszego rozwiązania niż Unia. Natomiast wejście do Unii oczywiście opiera się na umowie bardzo szerokiej bo dotyczącej wszystkich sfer życia, całej gospodarki, całego życia politycznego i tutaj musimy wytłumaczyć dlaczego ma być tak a nie inaczej. W sprawie ziemi, rozumiem nasz patriotyzm, rozumiem naszą troskę, wszystkie obawy...

Lęk...
Prezydent RP:
Lęk. Oczywiście. Rozumiem dlatego, że Polska jest krajem o najbardziej zmienionych granicach po II wojnie światowej. Sam urodziłem się na ziemiach zachodnich i mnie nikt nie musi przekonywać o tym, że ludzie się mogą bać. Sam mieszkałem, urodziłem się w domu, który był domem niemieckim na początku XX w. I dla mnie to jest moja mała ojczyzna, nie przyjmuję do wiadomości, że tu może się cokolwiek zmienić. To jest moja Polska, mój kraj, i mówię to również naszym niemieckim partnerom. I wiem, że ten argument jest dla nich powściągający bardzo, bo widzą człowieka, który z tego miasta 180 km od Berlina czyni istotny element swojego sposobu myślenia, przeżywania. Otóż to jest jedna strona medalu, ale druga jest taka: wchodzimy do wspólnej Europy. Polacy mogą kupować domy na wybrzeżu francuskim, mogą kupować mieszkania w Paryżu i Londynie. Czynią to niektórzy. My też musimy w dłuższej perspektywie wiedzieć, że ten rynek nieruchomości, mieszkań, apartamentów, domów, ziemi w Polsce też będzie otwarty. Nie wiem jakie będzie zainteresowanie tym. Natomiast niewątpliwie tu trzeba pogodzić te dwie racje: wolności-otwartości wszystkich nas w Europie, a jednocześnie ochrony tego co jest dla nas dzisiaj najważniejsze. Sądzę, że te okresy przejściowe o których dyskutujemy, propozycje, które nawet są zawarte w ostatnich przedłożeniach rządowych, one idą w tym kierunku, żebyśmy mieli poczucie bezpieczeństwa, żebyśmy mieli pewność, że nikt tego nie wykupi, a na pewno nikt tego nie wykupi w złych intencjach. Bo jeżeli ktoś chce uprawiać w Polsce ziemię, a szczególnie nieużytki na które nie ma chętnych w Polsce, to czemu mu nie pozwalać? Ale jeżeli ktoś chce wykupywać ziemię po to, żeby robić tu interesy niezgodne z naszymi przekonaniami, to temu trzeba sprzeciwić się.

Ale wróćmy do tego domu rodzinnego 180 km od Berlina. Jak by Pan pomyślał dzisiaj o swoich sąsiadach, którzy mieszkali tam w okolicy i oni by powiedzieli: no tak, nas nie stać na to, żeby pojechać i kupić sobie domy we Francji czy w Hiszpanii, ale mogą przyjechać Niemcy i kupić te nasze domy, które są dookoła Pańskiego rodzinnego domu, to co by Pan im powiedział?
Prezydent RP:
Po pierwsze mamy chronić to co powinniśmy ochronić. Powinniśmy zamienić istniejące prawo dzierżawienia na prawo własności, bo to jest jeden z nierozwiązanych problemów na terenach Polski Północnej i Zachodniej. A poza tym zobaczmy, czy to zainteresowanie naprawdę istnieje. Myślę, że to jest wyolbrzymiona obawa. To nie jest tak, że partnerzy z Zachodu myślą wyłącznie tak, jak kupić te miejsca i te domy w Polsce, które są często w nie najlepszym stanie. To jest wszystko historycznie zrozumiałe, ale dzisiaj, to są, moim zdaniem, obawy bardzo na wyrost.

Panie Prezydencie mówiliśmy o tym poparciu dla naszej integracji z Unią, które ostatnio spadło. Kiedy pytałam o to naszego głównego negocjatora, ministra Truszczyńskiego, mówił, że to jest normalna sytuacja w końcówce negocjacji, bo wtedy jest najtrudniej, ale jednocześnie jest tak, że jutro zaczynamy negocjacje w bardzo trudnym rozdziale: sprawiedliwość i polityka wewnętrzna. Wiemy, że Unia chce od nas sprawniejszej policji, że chce, abyśmy lepiej walczyli z korupcją, chce reformy sądownictwa. Wiemy, że na to wszystko potrzeba pieniędzy. I wiemy, z tego co mówił minister Janik w sobotę, że tych pieniędzy nie ma. To czy nie jest tak, że nas może po prostu na to wejście do Unii tak szybkie nie stać?
Prezydent RP:
Myślę, że nas nie tylko stać na wejście w terminach o których mówiłem do Unii, bo to jest jeszcze nasza racja stanu, dlatego, że wejście do Unii oznacza możliwość uzyskania niezbędnych funduszy. Jeżeli my chcielibyśmy być przyjęci do Unii jako prymus, jako ten, który wszystkie swoje problemy rozwiązał, no to może by było z punktu widzenia UE ciekawe, ale z polskiego punktu widzenia błędne. Dlatego, że nie wykorzystalibyśmy tych wszystkich funduszy, które możemy otrzymać wcześniej, które mogą pomóc nam w zreformowaniu zarówno straży granicznej, w wyposażeniu policji, w skuteczniejszej walce z przestępczością, w restrukturyzacji niektórych branż i gałęzi przemysłowych, dofinansowaniu regionów. Unia Europejska to jest proces i tam nikt, na szczęście i to jest absolutnie w naszym interesie, tam nikt nie czeka na kandydata, który w 100 proc. spełni wszystkie warunki i wchodząc do Unii od razu będzie najlepszy w klasie. Tam się czeka na kraje, które mają poważne niedostatki, ale dzięki wejściu do UE mogą szybciej nadrabiać te opóźnienia, mogą szybciej dorównać do szeregu i tak się stało z Portugalią, z Grecją, z Hiszpanią, z Irlandią. Wszelkie są szanse, żeby również tak stało się z Polską. Im szybsze wejście to Unii, to znaczy szybsza możliwość uzyskania wsparcia nie tylko finansowego, ale także technologicznego, także w rozumieniu jak to zrobić, żeby dojść przynajmniej do średniego poziomu unijnego. Więc jestem przekonany, że to jest właściwy sposób myślenia.

Panie Prezydencie, na rozpoczynającym się jutro posiedzeniu Sejmu minister finansów na prośbę premiera przedstawi informację na temat finansów państwa. Wiemy, że ta sytuacja jest bardzo zła. Wiemy, że przyszłoroczny budżet będzie bardzo dotkliwy i bardzo trudny w realizacji, także dla ludzi. Wiemy, że będzie to budżet, który jednocześnie może podzielić koalicję przede wszystkim z dwóch powodów: z powodu 22 proc. podatku VAT na budownictwo, którego nie chce PSL i z powodu braku podatku importowego, którego chce PSL. Czy Pan ten budżet poprze?
Prezydent RP:
W sprawie budżetu Konstytucja mówi jasno. Większość sejmowa na wniosek rządu przyjmuje budżet. Prezydent budżet podpisuje. To jest jedyna ustawa wobec której prezydent nie może złożyć weta. Więc ja ten budżet przyjmę, ale mam do tego budżetu bardziej osobisty stosunek choćby na fakt, iż...

Profesora Belkę?
Prezydent RP:
I prof. Belkę i rząd L.Millera z którym mam bardzo bliskie kontakty. Chcę to jasno powiedzieć, to jest budżet bardzo trudny, rzeczywiście nieprzyjemny w wielu miejsca, ale nie ze względu na wolę czy chęci tego rządu tylko na obiektywny stan polskiej gospodarki. Ze względu na dziurę budżetową, która niestety jest spuścizną po 4 latach poprzedniego rządu i ze względu na wyjątkowo niekorzystną koniunkturę zewnętrzną. Pamiętajmy, że wszystkie prognozy wzrostu gospodarczego i w Europie, a szczególnie u naszego głównego partnera, w Niemczech, są na poziomie 0 proc.. Więc tych szans rozwojowych, tego miejsca, gdzie można by było szukać jakichś dodatkowych środków jest bardzo niewiele. Przyjechał minister Siwiec z Moskwy. Będzie na pewno udana wizyta Putina w połowie stycznia. Być może tutaj jest jakaś szansa na zwiększenie obrotów, na zwiększenie handlu ze Wschodem. To na pewno byłby istotny czynnik rozwojowy w najbliższych miesiącach, ale również nie wystarczający, aby można o budżecie mówić z jakimś wielkim optymizmem. Trudny budżet, nieprzyjemny budżet, ale konieczny budżet, ale tak jak prof. Belka powiedział, to jest przejście do rzeczywistości. Ze sfery marzeń, ułudy, którą nam proponowano przez ostatnich kilka lat do rzeczywistości.

Ale przejście bardzo bolesne Panie Prezydencie i na to trzeba być przygotowanym. Czy nie obawia się Pan takiej sytuacji w której odwołany prawdopodobnie jutro, czy pojutrze A.Lepper, czy M.Krzaklewski, stojący na czele "Solidarności" wyprowadzą ludzi na ulicę?
Prezydent RP:
Gdybym nie ufał Polakom, gdybym nie wierzył w ich rozum, to nie byłbym w tym miejscu. Ufałem swoim rodakom, dzięki nim zostałem dwukrotnie wybrany Prezydentem i wierzę, że rozumieją okoliczności, przyczyny dla których ten budżet jest taki a nie inny. A.Lepper nie ma dzisiaj żadnych powodów, żeby prowadzić ludzi na ulicę choćby dlatego, że ma swoje miejsce w Parlamencie i tam powinien walczyć o kształt budżetu, który będzie także z jego punktu widzenia najlepszy i będzie starał się jak najlepiej wykonywać mandat posła. Ci, którzy na niego głosowali, chcieli, żeby on w Sejmie mógł walczyć o te sprawy o które do tej pory walczył na ulicach, drogach, w blokadach. To jest właśnie siła demokracji. Demokracja polega na tym, że Parlament jest miejscem, gdzie się spieramy, a nie uliczne kryteria, czy walki poza strukturami państwa. Jeśli chodzi o M.Krzaklewskiego w ogóle nie wyobrażam sobie takiej sytuacji. M.Krzaklewski należy do ludzi, którzy przez 4 lata, w sposób znaczący, a nawet bym powiedział najbardziej znaczący, odpowiadali za losy Polski. Mieli wpływ na wszystkie decyzje rządu, na kształt budżetu, ustaw i dzisiaj nie mogą uchylić się od odpowiedzialności za stan polskich finansów, za kryzys finansów publicznych, który ma miejsce, za decyzje, które doprowadziły do tego stanu rzeczy. Gdyby dzisiaj M.Krzaklewski czy ci, którzy decydowali o polskiej gospodarce przez ostatnie lata zapomnieli o tym, to będę człowiekiem, który będzie im o tym przypominał.

Panie Prezydencie w zeszłym tygodniu podjął Pan decyzję o wysłaniu polskich żołnierzy do Afganistanu. Z taką prośbą zwrócili się do nas Amerykanie. Kiedy rozmawiałam z szefem Sztabu Generalnego, on mówił o tym, że to jest pierwsza grupa żołnierzy, ale jest przygotowywana druga, a nawet i trzecia. Pańska zgoda opiewa na pół roku. Czy jeśli będzie taka potrzeba, to Pan tę zgodę przedłuży?
Prezydent RP:
Zgodnie z procedurami, jeżeli będzie taka konieczność, to na pewno przedłużymy. Rząd zwróci się do mnie, ja taką decyzję podpiszę. Dzisiaj sytuacja wygląda nieporównanie lepiej niż myśleliśmy o tym parę miesięcy temu. Z informacji, które przed chwilą otrzymałem na biurko wynika, iż bin Laden jest zlokalizowany, że to już jest naprawdę niewielki teren, że działania będą podjęte. Z drugiej strony w Petersbergu niedaleko Bonn trwają rozmowy o utworzeniu rządu pojednania narodowego, czy porozumienia narodowego w Afganistanie i być może okaże się, że sprawy biegną na tyle szybko i pozytywnie naprzód, że nasz udział będzie można ograniczyć jedynie do obecności jednostek takich jak GROM, ale w charakterze policyjnym. Zobaczymy. Na pewno walka z terroryzmem będzie trwała latami, ale sama walka w Afganistanie wydaje się, że ma szansę zmierzać do szczęśliwego końca.

Amerykańskie media nie wykluczają, że wkrótce prezydent Bush ogłosi rozszerzenie tej wojny. Wymienia się tutaj Irak, Jemen, Somalię, Sudan. Czy Polska wtedy też tę wojnę wesprze?
Prezydent RP:
Nie. My jesteśmy w koalicji antyterrorystycznej ze wszystkimi konsekwencjami, a więc i na dobre i na złe. Na razie prośby sformułowane przez Amerykanów dotyczyły Afganistanu. Uzbekistanu, Tadzikistanu, ale bardziej w sensie logistycznym. Natomiast inne prośby do tej pory nie były wobec nas określone. Jak będą będziemy dyskutować, ale to na razie jest w sferze przyszłości, może nawet bliższej przyszłości...

Ale rozumiem, że jeżeli będzie prośba od Amerykanów, to będzie Pan gotowy na prośbę rządu żołnierzy wysłać w każde miejsce na świecie, gdzie będzie taka potrzeba?
Prezydent RP:
Jeżeli to będzie sensowne, rozsądne, potrzebne i nie będzie zagrażać jakimś nadmiernym ryzykiem polskich żołnierzy. Musimy po pierwsze- potwierdzić nasz udział w koalicji i to robimy. Po drugie my chcemy być poważnym sojusznikiem w NATO i jesteśmy. A po trzecie mamy takie możliwości a nie inne. My nie mamy samolotów transportowych, które są gotowe przenosić jednostki na długie trasy itd. Nie możemy zrobić wszystkiego, niewątpliwie polskie wojsko jest nie tak przygotowane do tego typu działania jak Niemcy, Francuzi, czy Brytyjczycy. To trzeba wiedzieć. Ale to co możemy zrobić, zrobimy i będzie to zgodne z naszym poczuciem sojuszniczego współdziałania.

A damy to co mamy najlepszego. Dziękuję za rozmowę



Poleć znajomemu


Opuszczasz oficjalny serwis Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej


Dziękujemy za odwiedzenie naszej strony.

Zapraszamy ponownie.