przeskocz do treści | przeskocz do menu głównego
Oficjalna strona Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej
| |
A | A | A

Biorę odpowiedzialność za wszystko, co podpisałem

Panie Prezydencie, czy Pan jest zadowolony z wyników wyborów?
Prezydent RP:
- Miałem nadzieję, że SLD będzie mogło stworzyć samodzielnie rząd. Tak się nie stało. Dlaczego? Uważam, że nie docenia się wpływu ataku terrorystycznego z 11 września na wynik wyborczy. W każdym kraju sytuacja zagrożenia powoduje wzrost nastrojów narodowych, zachowawczych, by nie powiedzieć ksenofobicznych — pierwszą reakcją jest zamknąć się w sobie. W końcówce naszej kampanii nastąpił wyraźny wzrost notowań Ligi Polskich Rodzin, Samoobrony, PiS-u i zmniejszanie się poparcia dla SLD, PSL i Platformy. Więc jeśli pytacie mnie panowie o wynik wyborów, to ja mniej więcej tego się spodziewałem. Natomiast sądzę, że dla Polski było by lepiej, gdyby odpowiedzialność za rządzenie była w jednym obozie, a nie rozproszona.
Ale wolę wyborców trzeba w pełni uszanować. I wyciągać wnioski. To był dzwonek ostrzegawczy. Mamy wzrost frustracji. Mamy glebę dla różnego rodzaju pomysłów populistycznych. Mamy znowu rozproszoną prawą stronę sceny politycznej.

W przeddzień głosowania zaapelował Pan o wsparcie dla sojuszu SLD-UP. Apel ten najwyraźniej efektu nie przyniósł, a Pan zaprezentował się jako polityk wyraźnie związany z jedną opcją partyjną, a nie głowa państwa stojąca ponad podziałami. Czy było warto?
Prezydent RP:
To było konieczne z co najmniej trzech powodów. Po pierwsze, widoczne coraz wyraźniej tendencje elektoratu stwarzały ryzyko dla kierunku polskiej transformacji. Apel do rozsądku był więc potrzebny, bo prezydent musi coś w takiej sytuacji powiedzieć, choć w wyborach jest tylko jednym z głosujących. Druga rzecz - zależało mi na frekwencji, na pobudzeniu aktywności społecznej i to się udało. I trzecia, niebagatelna kwestia — ruszyłem na pomoc człowiekowi, który jest dzisiaj najlepiej przygotowany, żeby rozwiązać polskie problemy ekonomiczne, czyli profesorowi Markowi Belce. Gdybym tego nie zrobił to przecież dzisiaj by go w rządzie nie było. Zostałby oskarżony o to, że przez niego nie ma większości, że jego uczciwe, profesjonalne wypowiedzi spowodowały odpływ elektoratu SLD...

Więc Pańskie poparcie dla SLD miało w pewnym sensie nadrobić straty wywołane wystąpieniem profesora Belki?
Prezydent RP:
Nie. Ani wypowiedź Belki nie spowodowała tak zasadniczych strat, ani mój apel nie mógł spowodować nadzwyczajnych zysków. Mówiłem o odwadze profesora Belki, którego stać było na powiedzeniu prawdy, bo nie chciałem, żeby najlepsza osoba na lewicy jeśli chodzi o sprawy ekonomiczne stała się ojcem kłopotów. A że kłopoty będą to było wiadomo przed wystąpieniem Belki. Były przecież sondaże, z których wynikało, że SLD ma 43 proc., że rośnie poparcie dla „Samoobrony” i innych. Wiadomo było, że większości nie będzie.

Czym Pan tłumaczy sukces ugrupowań skrajnych, takich jak Samoobrona czy Liga Polskich Rodzin? Czy Andrzejowi Lepperowi nie pomogło to, że mimo łamania prawa był on traktowany jak partner zarówno przez rząd, jak i przez Pana Prezydenta?
Prezydent RP:
Tu, w Pałacu był raz. Zaczynał się wtedy głęboki konflikt w środowisku wiejskim i było wspólną ideą - moją i ministra Balazsa - żeby zorganizować spotkanie poświęcone sytuacji na wsi, z udziałem tych, którzy tak zdecydowanie protestują. Czy to Lepperowi pomogło? Uważam, że nie. Prawdziwym problemem jest rosnąca frustracja. Wyczerpują się czynniki budujące satysfakcję i zaufanie społeczne w Polsce, załamuje się równowaga między tymi, którzy są beneficjentami reform i tymi, którzy przegrali, którzy nie odnaleźli swojej szansy w zreformowanej Polsce. W ciągu ostatnich lat liczba osób sfrustrowanych zaczęła szybko rosnąć. Zwiększyła się liczba bezrobotnych. Wprowadziliśmy trudne reformy i środowisko budżetowe - medyczne, nauczycielskie, urzędnicze, które intelektualnie im sprzyjało - poczuło się zagrożone. Co więcej, ze względu na wygaszenie dynamiki wzrostu gospodarczego ci, którzy dotychczas najbardziej ze zmian korzystali, ulegali frustracji, ponieważ okazało się, że nie można samochodu zmieniać co rok. Ci, do tej pory zadowoleni nie poszli do wyborów i to dało bardzo zły wynik Unii, słabszy wynik Platformy. Natomiast zaczęła rosnąć grupa tych, którzy uważają, że to wszystko idzie w złym kierunku. I to jest zasadniczy problem dla tego rządu, dla mnie, dla Balcerowicza w NBP, dla Rady Polityki Pieniężnej. My nie możemy nie zauważyć zachwiania owej równowagi. Po prostu dzisiaj w Polsce mamy więcej ludzi, którzy odczuwają frustrację, aniżeli tych, którzy odczuwają sukces.

Czy to wymaga w takim razie zmiany polityki?
Prezydent RP:
To wymaga w moim przekonaniu istotnej weryfikacji polityki społecznej — nie tyle zwiększenia rozdawnictwa, co skoncentrowania jej na najbardziej potrzebujących. Oznacza to także konieczność nieporównanie bardziej intensywnego dialogu społecznego. Jeśli rząd Millera popełni ten sam błąd co rząd Buzka, błąd braku dialogu ze społeczeństwem to będzie trudno przetrwać całą kadencję. Wówczas możemy się spodziewać naprawdę dużych kłopotów.

Jak Pan tłumaczy klęskę Unii Wolności?
Prezydent RP:
Po pierwsze - historia odgrywa coraz mniejszą rolę. A więc to co jest oczywistym wkładem Unii Wolności w walkę o polską demokrację przed rokiem 1989 i w kierowanie polską transformacją, liczy się coraz mniej w wyborach. Unia była partią tradycyjnej polskiej inteligencji, ale przez 12 lat w istocie niczego tej grupie społecznej nie zaproponowała. Jej było źle za komuny, i nie wiele lepiej za III Rzeczypospolitej. W rządzie było zazwyczaj dużo profesorów, ale ci profesorowie nie prowadzili polityki wspierającej naukę, edukację, szkolnictwo wyższe itd. I jeszcze jedno: w Polsce być partią klasy średniej to znaczy być partią na 3 proc., bo tyle jest ona liczna.

Jak Pan ocenia bilans rządów AWS-UW? Według SLD jest on jednoznaczny...
Prezydent RP:
Nie podzielam jednoznacznie negatywnej oceny - choćby z tego względu, że jako prezydent z tym rządem współpracowałem, podpisałem dziesiątki ustaw i mam poczucie współodpowiedzialności. Uważam, że Polska potrzebuje reformy służby zdrowia, która zresztą zaczęła się za poprzednich rządów SLD-PSL. Była kontynuowana przez rząd Buzka i będzie musiała być zweryfikowana przez kolejny rząd. Materia jak widać przerosła autorów.

A więc w tej dziedzinie na plus czy na minus?
Prezydent RP:
Na plus jeśli chodzi o podjęcie sprawy i na minus, jeśli chodzi o wykonanie.
Druga reforma, samorządowa, niewątpliwie konieczna, mogła wyglądać inaczej. Tutaj też popełniono błędy. Ale nawet z tymi błędami to jest reforma porządkująca państwo. Jeżeli samorządy nie ulegną kilku chorobom, przede wszystkim chorobie korupcji i arogancji to będzie działała.
Trzecia reforma - ubezpieczeń społecznych. Też trzeba powiedzieć, że ta reforma nie zaczęła się za rządów Buzka, ale już za poprzedniego rządu. Pierwszym, który przyszedł z tym do mnie już jako prezydenta był prof. Kołodko. Chęć zawłaszczania sukcesów i oddalania porażek jest w polityce normalna. Ale w państwie występuje ciągłość. I to prezydent odpowiada za ciągłość władzy, a jak jeszcze ma dobrą pamięć, to wie jak to było.

Więc i sukcesy i porażki są wspólne?
Prezydent RP:
Oczywiście. Biorę na siebie odpowiedzialność za wszystko, co podpisałem. Ale na swoje usprawiedliwienie dodam, że w wielu sprawach byłem wprowadzany w błąd, informowano mnie, że będzie lepiej, nie doceniano kłopotów.
Reforma edukacji jest w moim przekonaniu ciągle w toku. Poprzedni rząd trochę naruszył te mury, ale to dopiero początek. Początek zresztą bardzo niepokojący, bo jeżeli prawdziwa jest informacja, że tej nowej matura, którą ja oceniam jako łatwą, nie zdało 30 proc. uczniów, to znaczy, że mamy większe kłopoty niż sądziliśmy. Ja bym się w ogóle nie spierał o tę maturę, czy już, czy za rok, bo to jest spór fałszywy. Pytanie brzmi: co zrobić, żeby maturę zdawało więcej młodzieży. 30 proc. to przecież strasznie zły wynik! Ale też uważam, że ta reforma jest konieczna.
Jednym z powodów słabej oceny odchodzącego rządu jest urzędowy optymizm, jaki przejawiał się w każdej wypowiedzi. Premier Buzek nigdy nie skonfrontował społeczeństwa z problemami. On informował o sukcesach. A trzeba było docenić osiągnięcia poprzedników i powiedzieć, że wchodzimy w etap, w którym trzeba pewne rzeczy uregulować lepiej niż do tej pory. Tymczasem nastąpiło obniżenie do poziomu wzrostu 2 proc., poważne trudności w bilansie płatniczym , zwiększenie bezrobocia o półtora, a może nawet dwa miliony ludzi i na koniec zostawienie dziury budżetowej w wysokości 88 miliardów. Nie tak miało być. Dwóch, trzech lat będzie potrzeba, żeby sytuacja w kraju wróciła do jako takiej normy.

Nie zdawał Pan sobie sprawy z tego, jak poważna jest sytuacja ekonomiczna?
Prezydent RP:
Mam zespół ekspertów i myśmy alarmowali. Wszystkie te informacje były przekazywane. Mimo że prezydent nie ma konstytucyjnych uprawnień w sprawach gospodarczych i nie może wetować budżetu, to z mojej strony ogromna troska o gospodarkę była. Rzecz w tym, że po stronie rządu jest 90 procent danych, a po naszej tylko ich część plus intuicja.
Natomiast z tego, jak wielka jest dziura budżetowa, to myślę, że nikt, włącznie z premierem, nie zdawał sobie sprawy. Jestem przekonany, że gdyby premier Buzek miał tego świadomość rok temu, to podjąłby jakieś działania. Nie mogę przyjąć, że on to wiedział. On nie mógł wiedzieć! Słuchajcie, gdyby przyjąć to, że były takie informacje, to wtedy cała debata nad budżetem 2001 nadaje się do Trybunału Stanu. Pamiętam, jak pierwszy raz zadzwoniłem do Belki – kiedy latem byłem w Juracie - i mówię, że dostałem informację, że Bauc przewiduje 80 czy 90 miliardów złotych niedoboru. To niemożliwe - powiedział Belka. Okazało się, że to możliwe.
Rozregulowanie finansów publicznych w skali bardzo ryzykownej to najcięższy zarzut, jaki dziś można postawić ustępującemu rządowi. Obok zarzutów zbyt głębokiego zmniejszenia tempa rozwoju gospodarczego oraz niedoszacowania skutków finansowych reform.

Jakie jest w tej sytuacji pierwsze i najważniejsze zadanie nowego rządu?
Prezydent RP:
Doprowadzenie do stabilizacji finansowej. To jest najtrudniejsze zadanie, bo tu nie będzie popularnych decyzji. Musi być wielkie zrozumienie wewnątrz rządu i wewnątrz koalicji. Z koalicją udało się wynegocjować, że poziom wydatków nie przekracza 183 miliardów, ale to nie wystarczy. Bo jeżeli będzie jakieś zagrożenie bakteriologiczne, to co? Jaki rząd powie że nie ma na to pieniędzy? Więc dodatkowo z tych 183 miliardów trzeba jeszcze zachować rezerwę na wydarzenia nadzwyczajne i nieoczekiwane.
Sprawa numer dwa to otworzenie nowej dekady rozwoju gospodarczego. Musimy znaleźć nowy impuls. To muszą być nakłady na naukę, to musi być pomoc dla eksportu i dla najbardziej dynamicznych przedsiębiorstw. Nie w sensie dawania pieniędzy, ale na przykład stworzenia im lepszych warunków podatkowych, finansowych. Polska gospodarka musi wrócić na ścieżkę szybkiego rozwoju.

Tylko, jak to zrobić? Środowiska przedsiębiorców od dawna domagają się zmiany prawa pracy, która jest konieczna do zwiększenia zatrudnienia. Są też postulaty o wiele większej niż dotąd liberalizacji działalności gospodarczej w Polsce. Czy to nie powinno być zadaniem tego rządu?
Prezydent RP:
Powinno. W pakiecie nowych impulsów rozwojowych niewątpliwie powinny się znaleźć zmiany prawa pracy plus liberalizacja przepisów.

Ale temu sprzeciwiało się dotąd SLD.
Prezydent RP:
Owszem, sprzeciwiało się. Na pewno to nie jest łatwy problem dla SLD, bo przecież tu nastąpi naturalny konflikt między środowiskami przedsiębiorców a związkowymi. Ale dzisiaj priorytetem musi być rozwój. Jeżeli chcemy, pięknie umierać, mając wszystkie prawa i przywileje, to możemy, ale ja jestem przeciw.
Postulaty przedsiębiorców dotyczą także zmian w podatkach. I w sensie uporządkowania systemu podatkowego to trzeba zrobić. Natomiast, biorąc pod uwagę stan budżetu państwa i zapaść finansów publicznych, nie wierzę w żadne obniżki podatków.

Ale podwyżek podatków nie będzie ?.
Prezydent RP:
W sensie wartościowym nie ma takiego ryzyka i takiej potrzeby. Natomiast, jeżeli wprowadzimy opodatkowanie zysków z oszczędności to będzie to nowy podatek. Jeżeli zostaną zlikwidowane ulgi, które stały się wygodnymi furtkami, czy dla przedsiębiorstw, czy dla osób indywidualnych, to też jest to rodzaj zwiększenia obciążeń.
Pora powiedzieć Polakom, że za wszystkie kłopoty, które przeżywamy, wzmocnione jeszcze kłopotami światowymi, musimy zapłacić jako naród sami. Nikt tego za nas nie zrobi. W latach 2002, 2003 i 2004 podstawowy ciężar uporania się z tym problemem musimy wziąć na siebie. Jeżeli uda nam się dokończyć negocjacje z Unią do 2004 wtedy dojdzie rozwojowy impuls zewnętrzny w postaci funduszy pomocowych i strukturalnych.

We wszystkich trzech kwestiach , które Pan wymienił: porządkowania finansów publicznych, ponowne uruchomienie wzrostu gospodarczego i dokończenie negocjacji z Unią, wiele kłopotu mogą spowodować obaj koalicjanci SLD: ten rządowy w postaci PSL, i ten parlamentarny jakim stała się „Samoobrona”.
Prezydent RP:
Parlamentarny koalicjant to inna historia, bo można z niego korzystać lub nie. Natomiast jestem przekonany, że PSL ma świadomość i że innej drogi nie ma. Gdyby PSL nie uważało, że w interesie Polski leży, aby jak najszybciej wejść do Unii Europejskiej, to by stawiało znak zapytania nad sensem istnienia tej koalicji. Ale ja wnoszę, że oni się dogadali, zarówno co do konieczności zmniejszania wydatków, zakończenia negocjacji, jak i szukania realnych impulsów dla wzrostu gospodarczego. Tej koalicji trzeba dać czas i kredyt zaufania - większy z mojej strony, mniejszy z waszej strony jako dziennikarzy, ale jednak kredyt.

Leszek Miller konsultował z Panem skład nowego rządu. Czy prawdą jest, że miał Pan wątpliwości co do kandydatury Wiesława Kaczmarka na ministra skarbu? Czy to dobra kandydatura?
Prezydent RP:
Wolałbym uniknąć dyskusji o personaliach, ale chcę powiedzieć, że ta konsultacja rządowa - tak bym to nazwał - nie miała charakteru jednorazowego. Rozmawialiśmy wielokrotnie o różnych rozwiązaniach. Najważniejsza decyzja o tym, że SLD odda kierownictwo sztabu gospodarczego w ręce profesora Belki została podjęta wiele miesięcy temu.
Zawsze mam obawy, czy dwa razy można wchodzić do tej samej rzeki. Powrót niektórych ludzi powoduje takie pytania. Niech to będzie odpowiedź na pytanie o personalia.

W zwycięskim obozie słychać głosy triumfalizmu, które zapowiadają polityczny odwet - generalną czystkę i usunięcie wszystkich ludzi związanych z odchodzącą ekipą. Czy zgadza się Pan z tego rodzaju praktyką?
Prezydent RP:
Na szczeblach politycznych, tak. Trudno sobie wyobrażać, że ktoś wybory wygrywa, ktoś inny przegrywa, a ludzie zostają ci sami. To dotyczy wojewodów, ministrów, wiceministrów. Ale są miejsca, które wymagają profesjonalistów najwyższej klasy. Na przykład integracja z Unią Europejską. Jestem przekonany, że ogromna większość ludzi, którzy się tym zajmowali zostanie zachowana, że wiceministrowie, którzy bardzo dobrze się sprawdzili w większości pozostaną na stanowiskach. Ta ekipa nie zginie bo jest jej mało a poza tym, ludzie zajmujący się sprawami Unii, wykazali się myśleniem państwowym: tu nie było polityki, tu nie było partyjności.

Gdzie jeszcze widzi Pan ekipę wartą zachowania? W Ministerstwie Obrony?
Prezydent RP:
W Ministerstwie Obrony na poziomie dyrektorskim nie przewiduję żadnych rewolucji.

A w UOP?
Prezydent RP:
UOP i służby specjalne to oddzielny temat. Mam zastrzeżenia do działania niektórych służb. Choć doceniam wiele ich atutów, to moim zdaniem cały czas mają tendencję do zbyt politycznego działania. Konieczna jest poważna analiza tego stanu rzeczy.
Każda ekipa rządowa ma prawo dokonać zmiany na stanowiskach kierowniczych, żeby mieć zaufanie do ludzi. Nie zdziwiłbym się tym zmianom i myślę, że nawet są potrzebne.
Ale czasami jest dobry moment na reformę, a czasami wręcz przeciwnie. Po 11 września świat jest inny. Dzisiaj wielkim wkładem Polski do koalicji antyterrorystycznej jest współpraca wywiadów. I my musimy tę współpracę kontynuować. Trzeba być więc bardzo ostrożnym, żeby nie okazało się, że my w momencie, kiedy musimy działać i w Polsce i za granicą, zajęliśmy się sobą. Więc będę przekonywał i premiera i jego współpracowników, żeby w tej sprawie zachować się skrajnie racjonalnie. Reforma służb specjalnych ma sens, ale nie wiem, czy jest dziś na nią czas.

Jak Pan ocenia desygnowanie Pana Pastusiaka na marszałka Senatu?
Prezydent RP:
Na pewno jest to doświadczony parlamentarzysta, profesor, człowiek obyty w świecie. Ale jeśli mam się ustosunkować do jego paru wypowiedzi, to nie były dobre.

Ale czy nominacja jest dobra?
Prezydent RP:
W tych wyborach zdarzyła się rzecz dziwna – wszyscy spodziewali się mocnego zwycięstwa SLD w Sejmie i mniejszego w Senacie. Tymczasem lista senatorów SLD jest bardzo długa i dość szczególna. Natomiast marszałek Senatu jest konstytucyjnie człowiekiem nr 3 w obowiązkach, nazwijmy to polityczno-dyplomatycznych. I tutaj o Pastusiaku niczego złego powiedzieć nie mogę. Jest bardzo doświadczony, mówi świetnie po angielsku i zna historię wszystkich prezydentów Stanów Zjednoczonych. Ale nic przecież nie jest jeszcze przesądzone, bo pojawią się na pewno jacyś kontrkandydaci do urzędu marszałka.

Są pogłoski o zamiarze zmiany ustawy o NBP tak, by podporządkować go rządowi. Czy będzie Pan bronił niezależności Rady Polityki Pieniężnej i NBP?
Prezydent RP:
Narodowy Bank Polski musi mieć pozycję niezależną, to jest standard międzynarodowy. Natomiast, w samym NBP i w Radzie Polityki Pieniężnej musi również mieć miejsce refleksja nad tym co się dzieje. Rada Polityki Pieniężnej nie jest ciałem żyjącym w jakimś wyizolowanym świecie. Skutki decyzji Rady mają wpływ nie tylko na wskaźniki, nie tylko na inflację, nie tylko na gospodarkę, ale też mają efekt społeczny. Jestem przekonany, że Rada przyjmuje wyniki wyborów jako istotny sygnał, dzwonek ostrzegawczy. Jeżeli nie chcemy doprowadzić do tego, że za 4 lata będziemy mieli zupełnie populistyczny skład Sejmu i wyłącznie partie protestu to rząd musi współpracować z Radą, a Rada z rządem. I poza inflacją, stopą procentową, wskaźnikiem wzrostu gospodarczego, trzeba uwzględnić kontekst społeczny.
Zresztą Rada w sprawie stóp procentowych zachowuje się może ostrożnie, ale nie ortodoksyjnie. Przecież w tym roku już 4 razy je obniżała. Jeżeli dzisiaj Rada z dumą, i słusznie, stwierdza, że inflacja wynosi 4 proc., to jest to zachęta zmiany stóp procentowych. Jeżeli Rada formułuje opinie, że chętnie obniży te stopy jeżeli będzie widziała porządek w finansach publicznych, to ma rację. Ale gdy rząd mówi, że oczekuje obniżenia stóp, bo potrzebuje impulsu rozwojowego, to też ma rację. Jest pytanie czy z tych poglądów, z których każdy pojedyńczo jest słuszny, da się wypracować coś wspólnego? Da się - jeżeli będzie dobra wola.

Niektóre przedwyborcze zapowiedzi polityków SLD groziły zamachem na IPN, który chyba udowodnił swoją przydatność w kontekście sprawy zbrodni w Jedwabnem? Czy będzie Pan bronił statusu IPN?
Prezydent RP:
Moja współpraca z IPN, a szczególnie z prezesem Kieresem jest dobra. Bardzo cenię jego działalność i on też wykazuje szacunek dla prezydenta i mojej pracy. Nie widzę tu żadnego problemu. Gdybym miał doradzić coś rządowi i premierowi Millerowi w tej sprawie, to tylko tyle:. Nie zajmujcie się tym, bo naprawdę to nie jest sprawa pierwszorzędnej wagi.

Co się udało załatwić podczas wizyty w Moskwie - poza terminem przyjazdu prezydenta Putina do Warszawy?
Prezydent RP:
Niewątpliwie okres ochłodzenia stosunków polsko-rosyjskich mamy za sobą. Wizyta Putina została potwierdzona, to jest ważne. Ta wizyta będzie poprzedzona innymi, w grudniu polski premier spotka się z premierem Rosji, by rozmawiać o gospodarce, będziemy mieli wizyty na poziomie Rady Bezpieczeństwa Narodowego, w sprawach antyterrorystycznych. Prezydent Putin i jego otoczenie jest wyraźnie zainteresowane, żeby przywrócić normalność w naszych stosunkach

Pan się z nim spotyka nie po raz pierwszy. Czy klimat tych spotkań się polepsza?
Prezydent RP:
Zdecydowanie i widzę jego autentyczne zainteresowanie. Putin jest człowiekiem z Petersburga czyli, naturalnej orientacji europejskiej. On jest bardzo zaangażowany w sprawę Obwodu Kaliningradzkiego. Jego żona urodziła się w Kaliningradzie, jego teściowa mieszka w Kaliningradzie, on tam bywa - widać kontakty z teściową ma dobre. Więc on jest naprawdę znawcą tematu i dla niego Polska jako partner jest nadzwyczaj ważna. Dlatego, że my jesteśmy krajem, który jest absolutnie przeciwko zmianie status quo w Europie po II wojnie światowej. A po drugie, jesteśmy zainteresowani żeby Kaliningrad włączyć do wszystkich projektów europejskich. ¯eby to nie była jakaś enklawa, ale by ją otworzyć turystycznie, gospodarczo, handlowo, tranzytowo itd.

A co z pomysłem eksterytorialnej autostrady przez Polskę do Kaliningradu.?
Prezydent RP:
Chodzi o normalne połączenia. Oni już słowo „koridor” wyrzucili z komputera. Są zainteresowani stworzeniem połączeń transportowych i przejść granicznych.

Czy sprawy związane z gazociągiem zostały rozstrzygnięte po naszej myśli?
Prezydent RP:
Myślę, że w sprawie gazu trzeba przyjąć trzy tezy. Pierwsza, że nie wolno czynić ze spraw gazu, ropy i gazociągów tematu czysto politycznego. To nie może być element nacisku. Po drugie, każdy kraj w tej sprawie powinien prowadzić swoją politykę - polityka Polski powinna prowadzić do dywersyfikacji. Mamy święte prawo mieć gaz z Danii, Norwegii i Rosjanie to rozumieją. Po trzecie, trzeba potraktować tę sprawę w kategoriach ekonomicznych - żeby na tym nie stracić. A to nie będzie takie łatwe, bo Putin wprost mówi o tym, że oni już mają podpisany kontrakt o przeprowadzeniu gazociągu przez Finlandię i dnem Morza Bałtyckiego. W takiej sytuacji tranzytowe pozycji Białorusi, Ukrainy, Polski słabną. Musimy wiedzieć, że takie projekty są i robić swoje.

A co z odcinkiem gazociągu jamalskiego, który miał iść przez Polskę tak, by ominąć Ukrainę?
Prezydent RP:
Cała czas jest ta propozycja i nowy rząd musi się do niej odnieść.

A jak powinien się odnieść?
Prezydent RP:
Zgodnie z polskim interesem. Jesteśmy sojusznikami Ukrainy, ale musimy też dbać o własny interes. Uważam, że jest wiele argumentów, żeby tę propozycję rozpatrzeć z nadzwyczajną powagą.

Czyli dopuszcza Pan możliwość ominięcia Ukrainy?
Prezydent RP:
Jako jeden z projektów. Ukraina jest częścią integralną tych wszystkich projektów. Gaz idzie przez Ukrainę i będzie szedł. Natomiast my musimy spojrzeć na to z punktu widzenia polskiego interesu.

A jak ocenia Pan kontrakt norweski?
Prezydent RP:
Zasada dywersyfikacji źródeł energetycznych jest jedną z kluczowych i tu nie ma o czym dyskutować. Jeśli chodzi o gaz norweski to na razie jest to tylko zapowiedź, Norwegowie szukają partnerów do sfinansowania tej inwestycji. Trzeba o tym bardzo poważnie rozmawiać. Kontrakt z Duńczykami, choć krótkookresowy, też jest dobrym pomysłem. Jeżeli możemy na dobrych warunkach mieć gaz z różnych stron, to czemu nie?. Na pewno nowy rząd nie chce w tej sprawie zachowywać się nerwowo. Trzeba przejrzeć, porozmawiać, spotkać się z Norwegami, zobaczyć jak to będzie wszystko działało. Moim zdaniem polska strona musi ocenić skutki poprowadzenia gazociągu przez Finlandię. Co to oznacza dla nas, kiedy on może być, ile tego gazu będzie tam przepływać. Im mniej polityki, a więcej zdrowego rozsądku, tym lepiej. Ale obowiązuje zasada generalna, że każda dywersyfikacja jest korzystna.

Panie prezydencie, żeby przystąpić do Unii Europejskiej w 2004 roku, nie tylko trzeba zakończyć szybko negocjacje, ale też przekonać rosnącą część społeczeństwa, która nastawiona jest negatywnie. To drugie wydaje się z punktu widzenia ostatnich wyborów trudniejsze. Co zrobić żeby wygrać referendum?
Prezydent RP:
Po pierwsze, prowadzić negocjacje, o których będzie docierała sensowna informacja do ludzi. Po drugie, pracować z opinią publiczną. Trzeba, żeby referendum było bardziej społeczne niż polityczne, żeby w nim wzięło udział 60 czy 70 procent, a nie 46 proc. osób, które głosują w wyborach. Bardzo liczę na młode pokolenie, bo moim zdaniem, ono jest niewykorzystanym rezerwuarem poparcia dla Unii.
Dla integracji nie widzę alternatywy. Bo jeśli się zastanowić, co ma być przyszłością Polski, jeśli nie obecność w Unii Europejskiej, to nie znajduję żadnej przekonywującej odpowiedzi. System autarkiczny we współczesnym świecie nie wchodzi w grę. Związek Europy Środkowej też nie wchodzi w grę, bo inni nie są tym zainteresowani. Wszyscy chcą do Unii. To co pozostaje? Przecież nie zapisanie Polski do Wspólnoty Niepodległych Państw!

Pan jest prezydentem, Leszek Miller premierem - lewica nigdy jeszcze nie miała tak silnej pozycji w III Rzeczpospolitej? Czy istnieje jakiś projekt ideologiczny, który chcielibyście zrealizować?
Prezydent RP:
Projektu ideologicznego nie ma i może lepiej że go nie ma. Obawiam się takich projektów, bo z projektu ideologicznego wpada się łatwo w ortodoksję, a ortodoksja zaczyna być zachętą dla ekstremizmu, który jest nieszczęściem samym w sobie. Ale rzeczywiście, lewica takich wpływów w III Rzeczpospolitej nigdy nie miała i to nakłada na nas ogromną odpowiedzialność.
Lewica jest dzisiaj bardziej potrzebna, bo nie da się bezkarnie ignorować problemów społecznych. Globalizacja jest nieuchronna i nieodwracalna. Ale globalizacja wymaga demokratyzacji. Nie może ona dotyczyć wybranej grupy społeczeństw, narodów czy państw. Musi być bardziej dostępna. Dotyczy to także Polski. Musimy dalej dokonywać reform, ale to też musi być bardziej zdemokratyzowane.
Nie można przyjąć do wiadomości, iż jest 3 mln bezrobotnych i już. Nie można pogodzić się z tym, że są regiony gdzie jest po 30-40 proc. bezrobocia. To właśnie jest lewicowe spojrzenie, chociaż jestem przekonany, że ktokolwiek by Polską nie rządził, musiałby się tym zająć. Byłoby dobrze, gdyby lewicowość przejawiała się w ten sposób, że zajmujemy się tymi ważkimi problemami społecznymi i umiemy je rozwiązywać. Nie chciałbym, natomiast, żeby lewicowość objawiała się w sporze ideologicznym czy wojnie światopoglądowej - słowem, w dyskusji o wyższości Świąt Wielkiejnocy nad świętami Bożego Narodzenia. Jeśli więc chcecie mnie panowie spytać, czy zamierzamy proklamować IV Rzeczpospolitą, to nie. To będzie ciągle III Rzeczpospolita.



Poleć znajomemu


Opuszczasz oficjalny serwis Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej


Dziękujemy za odwiedzenie naszej strony.

Zapraszamy ponownie.