przeskocz do treści | przeskocz do menu głównego
Oficjalna strona Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej
| |
A | A | A

W środku nocy, żeby nie powiedzieć, że tuż nad ranem przyjął Pan premiera Millera w Pałacu, aby usłyszeć oficjalnie o wyniku negocjacji. Ale nie było tak banalnie, przecież nie powiedział Pan: "Gratuluję, to świetny wynik". Co premier od Pana usłyszał?
Prezydent RP:
To był cały długi dzień. Mieliśmy wiele rozmów telefonicznych i właściwie ten wieczorny akt to było już podsumowanie i trochę sytuacja, że powietrze z nas uszło. A w momencie kiedy już wyszli dziennikarze, mogliśmy trochę rozluźnić krawaty, zdjąć marynarki i porozmawiać o tym, co się stało - w przekonaniu, że wydarzyła się rzecz historyczna, ważna dla Polski, dobra...

Tylko jaka, Panie Prezydencie? Taka, po której trzeba reagować radością czy umiarkowanym zadowoleniem?
Prezydent RP:
Radością. W ogóle apeluję do Polaków, żeby nauczyli się reagować szczerze i radośnie. My nie możemy wiecznie patrzeć na "dziurę w całym", nie możemy mówić, co by było gdyby było, albo co nie było, bo jeszcze były jakieś inne okoliczności. Uzyskaliśmy dużo, więcej niż inni. Agenda duńska została przekroczona, co jest niewątpliwie sukcesem polskich negocjatorów, samego premiera i duńskich partnerów przede wszystkim. Jest powód do radości. Natomiast oczywiście, czy my ten sukces negocjacyjny wejścia do Unii przekujemy w trwały sukces polskiej obecności w Europie, to jest wielkie zadanie na lata. Zależy od nas, przede wszystkim od nas. I jestem przekonany, że tak będzie. Tylko lepiej się pracuje kiedy jest entuzjazm, aniżeli poczucie - właściwie i chcemy, i boimy się, pragnęlibyśmy, ale też mamy swoje jakieś ograniczenia. Tu trzeba powiedzieć otwarcie: jest powód do radości. Polska jest w Unii Europejskiej. Polska musi po referendum przygotować cały plan absorpcji środków unijnych. Mamy wielkie szanse, jakich w historii Polska głównie nie miała.

Była taka chwila w ciągu ostatniej doby, kiedy Pan myślał: wstaną od stołu. Wyjadą. Nic z tego nie będzie?
Prezydent RP:
Nie. Nie. Oczywiście zawsze jest taka możliwość, żeby wstać od stołu, chociaż powiem szczerze, że bardziej to wstawanie od stołu rozumieliśmy jako pewien element nacisku.

Skuteczny?
Prezydent RP:
To znaczy - nie trzeba było stosować, to jest ryzykowne.

Jaka groźba się pojawiła, ponoć oficjalnie?
Prezydent RP:
Pojawiła się i może dobrze, że później natychmiast poszły rozmowy i uzgodnienia. Dlatego, że takie dramatyczne momenty w stosunkach między ludźmi, w negocjacjach, to jest trochę tak jak z tym okrzykiem, że "Uważajcie! Wilki nadchodzą!". Za pierwszym razem wszyscy się boją, za drugim już mniej, a za trzecim, kiedy widzą, że jest to groźna niespełniona, nikt się nie boi, a później przychodzą wilki i zżerają tych wszystkich, którzy się nie bali. Więc myślę, że dramatyzm jest potrzebny, ale nie wolno przekroczyć bardzo delikatnej linii, która zawsze jest i nawet nie w sprawach merytorycznych, co w kwestii wzajemnego zaufania. Nie wolno partnera przeciągnąć za tę linię, za którą on już nie jest zainteresowany rozmowami, albo ma poczucie upokorzenia, albo ma poczucie nadmiernej agresywności ze strony partnera. Myśmy uniknęli tych sytuacji. I to jest dobrze, choć na pewno - to też chcę otwarcie powiedzieć - najbliższe miesiące polska dyplomacja będzie musiała spędzić także i na tym, żeby wytłumaczyć, że Polska w sprawach europejskich chce być przede wszystkim konstruktywna. My będziemy uparci, będziemy tacy trudni jak w Kopenhadze, wtedy kiedy będziemy przyparci do muru. Natomiast tam, gdzie sprawy będą się toczyć dobrze, my jesteśmy otwarci, przyjaźni, mili. My nie jesteśmy tymi europejskimi twardzielami, czy takimi, że tak powiem, nieprzyjemnymi typami, z którymi oni będą musieli mieć do czynienia. Bo dopóki nam się nie przeszkadza czy nie następuje na nasze odciski, to my jesteśmy bardzo przyjaźni ludzie. Więc trochę ten obraz po Kopenhadze będzie wymagał wyjaśnienia u partnerów, także w naszym regionie, także w Grupie Wyszehradzkiej, ale liczy się efekt. Efekt jest dobry. Nie tylko dla nas, także dla innych krajów.

Pana zdaniem, nie pojawi się w podręcznikach do nauk politycznych pojęcie "polskiej szkoły negocjacji"?
Prezydent RP:
Nie. Dlatego. że na przykład w Unii, w Kopenhadze byliśmy bardzo często porównywani do Hiszpanów. Nawet niektórzy złośliwi twierdzili: "Myśleliśmy, że już największe nieszczęście, jakie Unię spotkało, to przyjąć Hiszpanów z ich zadziornością". Ale dzisiaj widzimy, że Hiszpanie to jest nic w porównaniu do Polaków. Ale to trzeba traktować jako taki komplement, oczywiście zabarwiony pewną ironią. Europa musi wiedzieć, że Polska - ze względu na swój potencjał, miejsce geograficzne, także doświadczenia historyczne - nie będzie partnerem łatwym. Ale ja chcę powiedzieć, korzystając też i z Pana pytania, naszym partnerom europejskim: tam, gdzie możemy dobrze pracować razem, będziemy pracować. Polska będzie zawsze lojalnym sojusznikiem, będzie bardzo rzetelnym partnerem. Ale tam, gdzie nie macie racji, tam, gdzie dopchacie nas do ściany, a tam - nie daj Boże - gdzie jeszcze następujecie nam na nasze bolesne miejsca, szczególnie ze względu na Waszą europejską nielojalność, to spodziewajcie się reakcji. Tu Polska niczego nie będzie udawać. My nie będziemy posłusznym uczniem w tej klasie. My będziemy uczniem pracowitym, uczniem, który będzie słuchał uwag, jakie się zgłasza, który będzie chciał jak najwięcej wnieść do tej wspólnoty, ale nie będzie tulił uszu po sobie i nie będzie mówił, że coś, co jest niedobre jest dobre. Więc myślę, że cały proces negocjacyjny, nie tylko Kopenhaga, pokazał, że Polska jest właśnie tego typu partnerem - bardzo w związku z tym korzystnym, bo przewidywalnym.

Irytuje Pana bardzo kiedy ktoś mówi po tym szczycie, że albo jest to członkostwo nie wiadomo której, ale nie pierwszej kategorii, albo, że tej szansy nie wykorzystamy?
Prezydent RP:
Mnie irytuje jedno i drugie. Dlatego, że to, że szansy nie wykorzystamy, to jest właściwie obrażające nas. Jeżeli na stole są możliwości, pieniądze, wsparcie, a my mówimy: dobrze, że nam dajecie pieniądze, dobrze, że chcecie nas wesprzeć, ale my tego nie umiemy wykorzystać...

Nam to się zdarza, Panie Prezydencie?
Prezydent RP:
Uważam, że nie. Uważam, że Polacy wykazali w swojej historii tyle razy, że są elastyczni, że umieją zaakceptować nowe warunki, że my te pieniądze wykorzystamy. Może nie w 100 procentach od razu, może na różne projekty w różnym zakresie, ale my wykorzystamy dlatego, że to nie są kredyty, to nie jest coś, co trzeba zwracać, to są pieniądze na rozwój, na modernizację Polski. I gdybyśmy tego nie potrafili wykorzystać, to znaczy, że jesteśmy po prostu nieudacznicy - tak nazywajmy rzeczy po imieniu. Druga uwaga - czy można było więcej? Tego nikt nie wie. Dyskusja, co można było więcej, co można było mniej, jest czysto teoretyczna. Mieliśmy propozycję duńską, która przez czas jakiś była zagrożona. Polska uzyskała propozycję duńską plus to, co udało się uzyskać w Kopenhadze. Z tego punktu widzenia możemy mówić o sukcesie. Jak ktoś mi powie: dobrze, ale dają nam w ciągu tych trzech lat 6 czy blisko 7 miliardów Euro, a lepiej, gdyby dali 50. Lepiej - ale nie dają, bo nie mają, bo sami mają kłopoty ekonomiczne. O czym tu dyskutować? Zapewne przeszkodą, z którą musimy się zmierzyć jest to, że wchodzimy do Europy, która jest w gorszej sytuacji ekonomicznej niż jeszcze parę lat temu, że w gorszej sytuacji są Niemcy, że ich budżet jest bardzo napięty. Ale to wszystko nie zmienia faktu, że uzyskano dużo. Otwieramy sobie drzwi do bardzo dobrego klubu i teraz chodzi o to, aby swoją szansę wykorzystać, żeby być liczącym się partnerem, a nie siedzieć na ławce rezerwowych.

Ten najważniejszy moment, może ważniejszy od Kopenhagi, za pół roku - podczas referendum. Nie boi się Pan, że w wielu z nas przeważy takie przekonanie: to najważniejsze za nami, teraz spadnie z nas ciśnienie?
Prezydent RP:
Byłoby bardzo źle. Ja mam nadzieję, że wspólnymi siłami - zarówno zwolenników Unii, jak i przeciwników Unii, spowodujemy, że ta debata przed referendum będzie gorąca, będzie uczciwa, będziemy mówili o faktach. Chcę się spotkać z wieloma ludźmi, moimi rodakami - w dużych miastach, i małych, i na wsi, żeby porozmawiać. Tu się dzieje rzecz zasadnicza i ona jest przez nas decydowana. Referendum europejskie to jest nasza suwerenna decyzja -na tak lub na nie. To nie jest tak, że dyktuje warunki czy to Napoleon, czy obce mocarstwa, czy Stalin pisząc polską konstytucję, czy jeszcze ktoś inny. Nie. My w przyszłym roku zadecydujemy absolutnie suwerennie, sami. I oczywiście trzeba uszanować tę decyzję, jaka by ona nie była. Ja wierzę, że będzie to decyzja za Unią Europejską, bo to jest dobra decyzja, to jest lepsza decyzja niż cokolwiek innego. To jest dobry koncept. Ale będąc prezydentem - muszę uczciwie powiedzieć: obiecuję Państwu, że dostarczę wszelkich informacji. Doprowadzę do tego, żeby w Polsce debata na ten temat była otwarta, uczciwa, żebyście mogli wysłuchać różnych racji, różnych stron, żeby podjąć decyzję. W moim przekonaniu ta decyzja powinna być na tak, za Unią Europejską. Ale to Wy - Panie, Panowie - zdecydujecie.



 

Poleć znajomemu


Opuszczasz oficjalny serwis Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej


Dziękujemy za odwiedzenie naszej strony.

Zapraszamy ponownie.