przeskocz do treści | przeskocz do menu głównego
Oficjalna strona Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej
| |
A | A | A

Artykuł Prezydenta RP Aleksandra Kwaśniewskiego do dziennika „Rzeczpospolita” – w sprawie niemieckiego „Centrum przeciw Wypędzeniom”

Jest wiele spraw, o których Polacy i Niemcy powinni ze sobą rozmawiać. O kształcie naszego sąsiedztwa, gdy Polska znajdzie się w UE i o sposobach na przybliżanie naszych społeczeństw. O wspólnej Europie, przyszłości NATO, międzynarodowym bezpieczeństwie. Tymczasem coraz więcej miejsca w stosunkach polsko-niemieckich zajmuje debata dotycząca wysiedleń Niemców w latach 1944-45 i „Centrum przeciwko Wypędzeniom”. Czy znaczy to, że zaniedbujemy przyszłość, poświęcając czas na rozdrapywanie ran historii? Nie sądzę. Ta debata – choć niełatwa – jest nam widać potrzebna.

Temat został podniesiony po stronie niemieckiej. Niemcy są dzisiaj w ważnym momencie kształtowania się ich współczesnej tożsamości, pokoleniowych przemian, mocowania się z złą, a zarazem tragiczną, spuścizną swojej historii. Polacy mogliby uznać, że są to zawiłości wewnątrzniemieckie, do których nie wypada nam się wtrącać – gdyby nie to, że sprawa bezpośrednio także nas dotyczy. Nie możemy być obojętni wobec tego, jak nasi sąsiedzi oceniają historię, która zaciążyła traumą na losach naszego narodu i całej Europy. Nie możemy nie zareagować na postulaty kierowanego od 1998 roku przez Erikę Steinbach „Związku Wypędzonych”, które poparło niemało wybitnych postaci niemieckiego życia publicznego.

Po polskiej stronie w tej debacie padło już wiele bardzo ciekawych głosów. Jest to sprawa, która – ze zrozumiałych względów – wywołuje silne emocje. Widać to choćby w wypowiedziach tak wielkich autorytetów, a zarazem ludzi znanych z liberalnych poglądów i chłodnego myślenia, jak Leszek Kołakowski czy Stanisław Lem. Ja sam także zabierałem już głos w tej sprawie – w wystąpieniu 1 września, w Dniu Weterana.

Moja opinia jest jednoznaczna. Centrum poświęcone pamięci jedynie wysiedlenia Niemców, zlokalizowane w Berlinie, jest pomysłem niedobrym, ryzykownym, szkodzącym pojednaniu.

Temperatura dyskusji, która toczy się wokół pomysłu utworzenia w Berlinie Centrum przeciwko Wypędzeniom stale wzrasta. Polska opinia publiczna czuje się zaniepokojona, a nawet zbulwersowana. Z obu stron padają mocne słowa. W ten sposób ryzykujemy wystawienie na szwank dobrych polsko-niemieckich stosunków, których atmosferę zawdzięczamy żmudnemu procesowi pojednania. W przededniu historycznego rozszerzenia Unii Europejskiej, ostatecznego przekreślenia jałtańskich podziałów, byłby to najgorszy „prezent”, jaki mogłyby sobie sprawić nasze narody i Europa.

Dlatego pora dziś wnieść do debaty nieco porządku. Jeśli mamy prowadzić autentyczny dialog, wypada zacząć od kilku podstawowych konstatacji oraz kilku fundamentalnych pytań, które należy zadać inicjatorom utworzenia berlińskiego centrum, eksponującego przede wszystkim los niemieckich wysiedlonych. Moją wypowiedź proszę rozumieć jako apel o poszanowanie kontekstu – kontekstu historii i kontekstu przyszłości.

Zacznijmy od jasnego stwierdzenia, odnoszącego się do prawnego aspektu problemu. W oświadczeniach Związku Wypędzonych wysiedlenia nazywa się „bezprawiem” – żąda zwrotu utraconych majątków lub wypłacenia odszkodowań. Otóż trzeba przypomnieć, że po bezwarunkowej kapitulacji hitlerowskich sił zbrojnych Niemcy utraciły wszelką zdolność do działań międzynarodowych. Okupacja Niemiec nie była zwykłą okupacją wojenną według modelu czwartej Konwencji Haskiej z 1907 r. Najwyższą władzę w Niemczech sprawowały cztery mocarstwa, które były władne podjąć wszelkie rozstrzygnięcia dotyczące granic i ludności Niemiec – i w Poczdamie decyzje takie podjęły. Wysiedlenia przeprowadzone przez powojenne władze Polski i Czechosłowacji były wypełnieniem postanowień Wielkiej Czwórki. Byłbym dziś bardzo ostrożny z podejmowaniem dyskusji, czy te działania były prawomocne. To jest otwieranie puszki Pandory. Bo czy prawomocne były wobec tego inne decyzje, podjęte przez zwycięskie mocarstwa wobec pokonanych Niemiec? Czy powojenne granice w Europie mają swoje legalne uzasadnienie? Nie chcę popadać w przesadę – ale jednak warto przypomnieć, od czego zaczęły się kłopoty na naszym kontynencie, prowadzące w efekcie do wybuchu II wojny światowej: od podważania Traktatu Wersalskiego.

Wysiedlenia niemieckiej ludności – choć niewątpliwie bolesne i pociągające za sobą wiele ludzkich tragedii – nie były naruszeniem prawa międzynarodowego. Trzeba tu przywołać art. 107 Karty Narodów Zjednoczonych, na mocy którego żadne z postanowień Karty nie mogło unieważniać lub wykluczać akcji podjętych w wyniku II wojny światowej przez upoważnione do tego rządy wobec jakiegokolwiek państwa wrogiego, a więc przede wszystkim Niemiec i Japonii. Innymi słowy, gwarancje zawarte w Karcie ONZ wobec pokonanych Niemiec nie miały zastosowania.

Oczywiście, ludności niemieckiej należne były podstawowe prawa człowieka, chroniące każdą jednostkę ludzką zawsze i wszędzie, niezależnie od okoliczności. Jeżeli więc podczas wysiedleń miały miejsce akty bezprawia, które wynikały z błędów ludzkich, nieuchronnych w takich operacjach, a także z przestępstw konkretnych osób, to zasługują one na stanowcze potępienie. Nasza moralność, nasze człowieczeństwo nakazuje nam pochylić się ze współczuciem nad cierpieniem każdej niewinnej ofiary. Za zło wyrządzone Niemcom przez Polaków przeprosił na posiedzeniu połączonych izb niemieckiego parlamentu minister spraw zagranicznych RP, profesor Władysław Bartoszewski. Polski Instytut Pamięci Narodowej ciągle ściga te z popełnionych wtedy przestępstw, które nie podlegają przedawnieniu.

Trzeba jednak wyraźnie odróżnić indywidualne akty bezprawia, od zbrodniczych działań samych państw. Tam gdzie akcje przesiedleń miały charakter eksterminacyjny, czy to w zamierzeniu czy choćby w skutku, to działania takie były sprzeczne z tą częścią prawa międzynarodowego, którą obecnie nazywamy prawem humanitarnym. Taki właśnie charakter miały liczne akcje przesiedleń podjętych przez hitlerowskie Niemcy na okupowanych terenach. Tak również należy ocenić zsyłki Polaków na Syberię, gdzie warunki życia dawały nikłą szansę przetrwania. Niemcy zaś pozostali we własnym kraju, o zmienionym kształcie terytorialnym i choć napotkali na trudności adaptacyjne, ich egzystencji nie zagrażało niebezpieczeństwo.

Od wymiaru prawnego odróżnić trzeba wymiar moralny i polityczny problemu. Pierwsze z pytań, nurtujące dziś Polaków, dotyczy historycznej pamięci. Czy orędownicy idei berlińskiego centrum nie zapomnieli, czyja polityka doprowadziła do wysiedleń? Czy pamiętają, że zanim sami Niemcy odczuli na własnej skórze skutki działań hitlerowskiego totalitaryzmu, pierwszymi ofiarami wysiedleń padły inne narody Europy, przede wszystkim Żydzi i Polacy? My wciąż pamiętamy o milionach Żydów – polskich obywateli wyrzucanych z domów, pędzonych przez okupanta z miejsca na miejsce, zamykanych w gettach, wreszcie mordowanych. Warto też przypomnieć o losie 150 tysięcy Polaków, w tym polskich dzieci, wypędzonych w latach 1942-43 przez niemieckiego okupanta z Zamojszczyzny, gdzie miał powstać czysto niemiecki obszar.

Czy los zamojskich dzieci uwzględniony został w planach ekspozycji przeciw wypędzeniom? Czy znajdzie się tam miejsce na opis losów robotników przymusowych, deportowanych z terenów okupowanej Polski w głąb Niemiec? Czy uwzględnione zostaną dramaty Warszawiaków, wypędzonych z miasta po upadku Powstania?

Wielu orędowników idei berlińskiego centrum czuje się urażonych takimi stwierdzeniami. Nigdy przecież nie próbowali tuszować niemieckich zbrodni. Wierzę w to. Jednak kolejne, dobre pytanie brzmi: dlaczego zwolennicy berlińskiego centrum doprowadzili do sytuacji, w której przypominanie tych oczywistości znów stało się smutną koniecznością? Kiedy Polacy ujrzeli kanclerza Brandta, klęczącego pod pomnikiem Bohaterów Getta Warszawskiego, uwierzyli, że Niemcom przypominać historii już nie trzeba. Kiedy gościliśmy Prezydenta Herzoga podczas rocznicowych obchodów wybuchu Powstania Warszawskiego, nadal byliśmy o tym przekonani. Dziś odbywamy podróż w przeszłość. Jesteśmy znów zmuszeni przypominać oczywiste fakty, które powinny być nieodłączną częścią historycznej świadomości każdego Niemca i Polaka. Już sama ta sytuacja jest dostatecznym dowodem, że idea berlińskiego centrum nie łączy, a dzieli, nie wiedzie ku wspólnej przyszłości, a odsyła ku osobnej przeszłości.

Orędownicy idei berlińskiego centrum podkreślają często, że nie rozumieją polskich reakcji. Dziwią ich polskie emocje i lęki. Dogłębne poznanie ogromu cierpień, jakich Polacy doznali z rąk okupanta, pozwala jednak doskonale zrozumieć te emocje. To nie Polacy popadli w „amok” w związku z berlińskim centrum. Polacy do dziś nie mogą otrząsnąć się z konsekwencji „amoku”, w jaki wielu Niemców popadło między 1933 a 1945 rokiem. Warto w tym miejscu podziękować wszystkim osobom, które zabierając publicznie głos w niemieckiej debacie, okazały takt, wrażliwość i gruntowną znajomość historii, tak bardzo rzutującej na polskie postawy. Mam tu na myśli przede wszystkim prezydenta Johannesa Raua, kanclerza Gerharda Schrödera, ministra spraw zagranicznych Joschkę Fischera, Markusa Meckela, Hansa-Dietricha Genschera oraz wielu innych niemieckich polityków i znaczących postaci życia publicznego.

Zwolenników idei berlińskiego centrum zdaje się irytować przypominanie wydarzeń, które poprzedziły i w rezultacie doprowadziły do wysiedleń. Przecież pamiętają o zbrodniach nazizmu – lecz teraz oczekują zmiany tematu. W tym właśnie twierdzeniu, że to jest „inny temat”, tkwi fundamentalny błąd, bulwersujący polskie społeczeństwo. Zbrodnie III Rzeszy, II wojna światowa i wysiedlenia nie stanowią różnych, lecz ten sam temat. Rozrywanie historycznych związków przyczynowo-skutkowych między agresywną polityką niemieckiego nazizmu a praktykami wysiedleń – które dotknęły tak ludność polską, jak i niemiecką – nieuchronnie nasuwa podejrzenie, że mamy do czynienia z próbą rewizji historycznej oceny niemieckiej agresji wobec innych – a także procesu „niemieckiego samounicestwienia”, by użyć słów Joschki Fischera. Podobne wnioski płyną zresztą z dotychczasowej polskiej debaty wokół centrum przeciwko wypędzeniom. Większość zabierających głos uznaje potrzebę pamięci o indywidualnych dramatach niemieckich wysiedlonych. Ale ta sama większość zdecydowanie odrzuca pomysł berlińskiego centrum. Najwyraźniej to nie sam problem, lecz sposób jego ujęcia i prezentacji, wzbudza sprzeciw. Zwolennicy berlińskiego centrum powinni wziąć to pod uwagę.

W tym kontekście szczególnie niepokojąca jest tendencja do rozpoczynania „licytacji cierpień”, która istotnie może zepchnąć nas – jak powiedział Prezydent Rau – „w zaklęty, diabelski krąg”. Nie trzeba być wybitnym znawcą historii, by domyślić się, czy tę „licytację cierpień” wygra inicjator wojny, czy jej pierwsza ofiara. Polakami nie kieruje jednak dziś chęć wdawania się w taką licytację. Nie chcemy rewanżu, chcemy pełnego, szczerego pojednania. Dlatego nikt z nas nie odmawia Niemcom prawa do pamięci, współczucia dla swych ofiar. Jeśli jednak chcemy ofiarom – polskim czy niemieckim – oddać hołd, powinniśmy zadbać o to, by ich osobistych dramatów, wynikających z wojny i podziałów, nie instrumentalizować na potrzeby takiej polityki, która dzieli, a nie łączy. To byłby cynizm, swoista ironia z ich losów. Cierpienia ludzi, będące ostateczną konsekwencją ideologii, której symbolem stał się drut kolczasty i mur, nie mogą stać się pretekstem do budowy nowego muru.

Czy inicjatorzy berlińskiego centrum rzeczywiście chcą w XXI wieku, w rozszerzonej Unii Europejskiej, podzielić Niemców i odgrodzić ich kraj od wschodnich sąsiadów nowym „murem berlińskim”?

Przeciwnicy „europejskiej” formuły pamięci o wysiedlonych upierają się, że ich koncepcja jest dobra, tylko Polacy i Czesi do niej nie dorośli. Zdają się nie słyszeć głosów niepokoju i oburzenia, stale twierdząc, że ich idea nie szkodzi pojednaniu. Niestety, szkodzi: to już nie kwestia do dyskusji, lecz fakt. Najwyraźniej zaproponowany sposób upamiętnienia wysiedlonych na razie upamiętnia wzajemne żale. Niszczy dorobek pojednania. Orędownicy berlińskiego centrum twierdzą często, że w ich projekt wpisana jest europejska perspektywa. Można jednak odnieść wrażenie, że ta europejska perspektywa jest nadzwyczaj wybiórcza. Z całą mocą ujawnia się wtedy, gdy losy wysiedlonych Niemców zestawiane są z losami wypędzonych w byłej Jugosławii. Znika jednak, gdy w grę wchodzi sposób prezentacji historii. Ten nagły, „narodowy” ton każe niestety domniemywać, że nie ma tu miejsca na europejską solidarność w radzeniu sobie z zawiłą historią.

Nieuchronnie rodzi się podejrzenie, że mamy tu do czynienia nie z europejską postawą, lecz z europejską retoryką.

Dlatego najistotniejsze jest, by nie schodzić z drogi polsko-niemieckiego pojednania. Drogi, którą wyznaczają: list biskupów polskich do biskupów niemieckich z 1965 roku; polityka kanclerza Brandta; poparcie Polski dla zjednoczenia Niemiec oraz poparcie Niemiec dla aspiracji atlantyckich i europejskich Polski; pamiętne spotkanie premierów Mazowieckiego i Kohla w Krzyżowej; poruszające przemówienie prezydenta Romana Herzoga podczas obchodów 50. rocznicy Powstania Warszawskiego, wspólny hołd Prezydentów Polski i Niemiec, oddany ofiarom wojny na Westerplatte w 60. rocznicę jej wybuchu. Poradzimy sobie z każdym problemem w naszych relacjach, jeśli już samo jego sformułowanie wyrastać będzie z filozofii pojednania. Czy inicjatywa berlińskiego centrum wyrasta z tej filozofii? Czy może rzeczywiście jest tak, jak pisze profesor Kołakowski, że inicjatorzy tego pomysłu „chcą ten proces powstrzymać albo nic ich ta sprawa nie obchodzi”?

Padają często głosy, że europejskość centrum nie może być pojmowana jako „cudowna różdżka”, za dotknięciem której znikną wszystkie problemy. To prawda. Pomysłodawcom „europejskiego” centrum najwyraźniej nie chodziło jednak o zmianę etykietek, lecz o autentyczną, głęboko ugruntowaną, europejską postawę. Tylko taka postawa – postawa wspólnego uczenia się z historii – pozwoli wykorzystać debatę o wysiedleniach i wypędzeniach dla dobra wspólnej Europy, nie zaś jako narzędzie podziałów. Inicjatywa polskich i niemieckich intelektualistów była czymś z ducha europejskim. Pomyślana ponad dawnymi podziałami i służąca unikaniu nowych podziałów. Była wydarzeniem, które zaistniało w europejskiej przestrzeni publicznej. To napawa optymizmem. Warto podkreślić, że nie dyskutujemy dziś w rozbiciu na „narodowe” obozy: głosy wielu niemieckich przyjaciół są bardzo bliskie naszym przekonaniom. Dlatego nie pozwólmy się złapać w pułapkę etnicznych stereotypów, nie stygmatyzujmy naszych adwersarzy.

Jesteśmy gotowi rozmawiać z każdym, kto w rozmowie upatruje podstawowej metody wyjaśniania nieporozumień.

Taka rozmowa wymaga jednak gotowości akceptacji elementarnej prawdy: Centrum przeciw Wypędzeniom w Berlinie, eksponujące przede wszystkim cierpienia Niemców – to powrót do Europy narodowych animozji, w której historię łatwo zastąpić może ideologia. Jeśli potrzebujemy dziś podróży w czasie, to raczej do przodu: ku przyszłej, wspólnej Europie, w której narody ponad historią uczą się przyjaźni.



Poleć znajomemu


Opuszczasz oficjalny serwis Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej


Dziękujemy za odwiedzenie naszej strony.

Zapraszamy ponownie.