przeskocz do treści | przeskocz do menu głównego
Oficjalna strona Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej
| |
A | A | A

Panie Prezydencie kiedy przygotowywałam się do wywiadu pierwsza informacja, która wpadła mi w ręce to był Pana znak zodiaku: Skorpion.
Prezydent RP:
To znak, który na pierwszy rzut oka wywołuje niezbyt miłe wrażenie, ale jest bardzo dobry. Spotkałem w życiu bardzo wielu "Skorpionów" i na ogół są to ludzie niezwykle twardzi, zdecydowani, niepokrętni i uczciwi. Mam szacunek dla tego znaku.
Uważam, że to dość trudny znak.
Prezydent RP:
Nie tak bardzo. Ale mówię to nie tylko o sobie, także o innych. To są postaci zdecydowane, twarde w niektórych działaniach, ale jednocześnie czytelne, pozytywne, konstruktywne. Chociaż gdyby pani porozmawiała z ludźmi, którzy muszą ze Skorpionami pracować, to opinie mogłyby być inne.
Gdyby nie był Pan prezydentem wolałby Pan uciec od hucznego obchodzenia 50. urodzin? Może chciałby Pan ukryć wiek.
Prezydent RP:
Niczego nie zamierzam ukrywać, a ten dzień chciałbym mieć dla siebie i rodziny. Pięćdziesiątkę traktuję bardzo spokojnie, bo tak naprawdę trudnym momentem było dla mnie 40 lat. Może z tego względu, że bardzo wiele rzeczy już osiągnąłem. Byłem redaktorem naczelnym, byłem ministrem. Wówczas nie wiedziałem jednak jeszcze, że wygram wybory prezydenckie. Dużo ryzykowałem, mając jednocześnie poczucie szans i własnej siły. Prawdopodobnie wtedy przeżywałem syndrom wieku średniego.
Chciałam o to dyplomatycznie zapytać. Ten syndrom to moment, w którym mężczyzna ma już rodzinę, odchowane dzieci, osiągnięcia zawodowe, zasobniejsze konto, chce żyć pełnią życia. Wtedy pojawia się chęć posiadania czerwonego ferrari.
Prezydent RP:
W moim przypadku nie chodziło o czerwone ferrari. To był moment, kiedy zastanawiałem się, czy osiągnąłem dużo czy mało, czy może trzeba szukać jakichś nowych szans. To był czas niezdefiniowanych niepokojów. Jednych opanowują one około czterdziestki - jak w moim przypadku, innych w okolicach pięćdziesiątki. Ponieważ ja już to przeszedłem, na pięćdziesiątkę patrzę tak spokojnie, że aż sam się sobie dziwię.
Mówi Pan o tym momencie kryzysu dość górnolotnie a potrafi się on przejawiać na przykład w nagłym zainteresowaniu sportami ekstremalnymi.
Prezydent RP:
Umówmy się, że nie był to łatwy okres. I może bardziej dla mojej żony i rodziny niż dla mnie. To był czas niepokoju i poszukiwań bardziej ryzykowny niż teraz.
To musiał być jednak krótki okres skoro zaraz został Pan prezydentem.
Prezydent RP:
Krótki. Miałem jedną kampanię, drugą, mnóstwo pracy. Nie jestem człowiekiem, który może latami rozpamiętywać wątpliwości czy niepokoje. Uważam, że przeszłością nie należy nadmiernie się zajmować. Żyję przede wszystkim tym, co ma być, co mogę jeszcze dobrego zrobić - dla siebie, ale przede wszystkim dla innych.
A poczucie, że w wieku 50 lat osiągnął już Pan wszystko, nie jest nieco zasmucające?
Prezydent RP:
Nie uważam, że osiągnąłem wszystko. Osiągnąłem tylko bardzo wiele. Mój spokój wynika z tego, że nie ustawiam przed sobą piramidy celów do osiągnięcia.
To o czym Pan teraz marzy?
Prezydent RP:
Raczej nie marzeniami bym to nazywał, ale najbliższymi i najważniejszymi zadaniami i celami, wynikającymi stąd, iż przede mną jeszcze rok i parę miesięcy prezydentury. A jeśli już o marzeniach mowa, to chciałbym, byśmy umieli porozumiewać się w najważniejszych dla nas, dla Polski sprawach, niezależnie od życiorysów, doświadczeń historycznych i barwy politycznej.
Nie wiemy w trakcie tej rozmowy, jak zakończy się dramat Polki, porwanej w Iraku przez terrorystów; mam nadzieję, że nic się jej nie stanie. Jest pytanie o zakres obecności polskiego kontyngentu w Iraku. I następna rzecz: ponieważ został właśnie przyjęty Traktat Konsytucyjny Unii Europejskiej, chciałbym teraz przekonać do niego polskie społeczeństwo. Polska stoi przecież przed wielką szansą. Nie zaprzepaśćmy jej.
A później? Buduję w sobie wewnętrzne przekonanie, że świat wraz z końcem drugiej kadencji się nie kończy, że mam swój dorobek, którego nie będzie można zakwestionować, że nie muszę zajmować się polityką - choć jak znam życie to pewnie się na niej skończy. Ale nadmiernie się tym nie przejmuję.
Prezydent twardo stąpa po ziemi, marzeń żadnych nie ma...
Prezydent RP:
Pani mnie wciąż o marzenia pyta?
Próbuję...
Prezydent RP:
To proszę się nie dziwić, iż prezydent ma je trochę inne. Wiele z moich marzeń już się spełniło. Nikt przecież nie sądził piętnaście lat temu, gdy rozpoczynaliśmy transformację, że Polska może być tak bezpieczna i stabilna, znajdując się i w NATO, i w Unii Europejskiej. Mało było wiary w polską demokrację. Jeszcze parę lat temu mało kto wierzył, że Polska będzie miała 6-procentowy wzrost gospodarczy, że będziemy swego rodzaju tygrysem europejskim. Tych marzeń ogólnonarodowych udało się nam spełnić bardzo wiele. Polacy mają to do siebie, że najpierw o czymś marzą, a po spełnieniu tego marzenia natychmiast o nim zapominają i znowu się frustrują następnym niespełnionym celem. W dłuższej perspektywie będzie jasne, że tych piętnaście lat Polski - od 1989 roku, to była historia sukcesu, który ma wielu ojców, autorów, współautorów, bohaterów. Gdybym miał mieć marzenia do przekazania moim następcom na urzędzie prezydenta, to byłaby to wizja Polski XXI wieku jako kraju silnego i poważanego, czerpiącego od innych, ale i potrafiącego coś wartościowego zaoferować.
Wierzę, że to się spełni, bo pomimo zacietrzewienia na polskiej scenie politycznej, cynizmu działaczy, Polacy jako naród zachowują się racjonalnie. Racjonalne były wybory w roku 1989, racjonalny był wybór Wałęsy w roku 1990, i uważam, że racjonalny był dwukrotny wybór mnie - w roku 1995 i 2000, a jeszcze bardziej racjonalny był wybór mnie w pierwszej turze w 2000 roku. Jestem przekonany, że w tym czasie, gdy miałem godność i honor pełnić urząd prezydenta, Polska uczyniła wielki postęp i jest dziś w wielokrotnie lepszym stanie niż w 1995 roku. To znów zasługa Polaków, którzy po raz kolejny racjonalnie zachowali się w referendum europejskim. Na szczęście więc mamy zdroworozsądkowy naród, szkoda tylko czasu i energii, który poświęcamy na rzeczy tak mało istotne.
A gdyby była taka możliwość i naród wybrał Pana trzeci raz, to też by było racjonalne?
Prezydent RP:
Nie. Dziesięć lat prezydentury to naprawdę maksimum tego, co człowiek może dać z siebie. To nie przypadek, że u Amerykanów są dwie czteroletnie kadencje. Więcej się po prostu nie da sprawować tego urzędu, nie na siły jednego człowieka. A mówię to jako prezydent, który zaczął kadencję jako 40-latek.
I czym się różni 50-letni prezydent Kwaśniewski od 40-letniego?
Prezydent RP:
Kolosalną ilością doświadczeń. Z jednej strony pojawiła się satysfakcja z tego, co się osiągnęło, z nawiązanych kontaktów, a z drugiej strony rozgoryczenie nielojalnością niektórych ludzi, ich słabościami, nieuczciwością. Ale żeby było jasne: nie jestem człowiekiem ani sfrustrowanym, ani smutnym. Mój dobry nastrój buduje między innymi przekonanie, że zostawiłem ślady w historii.
Złośliwi mogliby powiedzieć, że trafił Pan na wyjątkowo dobry okres...
Prezydent RP:
Przyjmuję do wiadomości nawet takie złośliwe komentarze, że po prostu miałem szczęście. Jak mówił Kazimierz Górski, więcej wart jest trener, który ma szczęście, niż lepszy trener, który szczęścia nie ma. A poza tym na szczęście trzeba zapracować i dać mu szansę.
Co jeszcze buduje ten dobry nastrój?
Prezydent RP:
W ogóle nie martwię się o moje życie pozaprezydenckie. Będę mógł się wyzwolić z wielu ograniczeń, narzucanych przez urząd, po prostu przejść się ulicami Warszawy, wymieniać się grzecznościami z przypadkowo spotkanymi przechodniami, będę mógł się umówić z kim chcę i kiedy chcę, albo się nie umawiać. Sam będę decydować o swoim planie dnia. Jak pani widzi, jestem w nadzwyczajnie optymistycznym nastroju.
Gdyby przyjaciel radził się Pana, czy kandydować na prezydenta w wieku 40 lat, przekonywałby go Pan, że warto?
Prezydent RP:
Paradoksalnie powiedziałbym, że prezydentem nie można zostawać zbyt wcześnie, bo prezydentura powinna być zwieńczeniem licznych doświadczeń, także życiowych. Nie powinna się wiązać ze zdobywaniem doświadczeń. W wieku lat 40 jest się lepszym kandydatem na ministra czy premiera, niż na prezydenta. Ale z drugiej strony młodszy wiek ma swoje zalety. Człowiek niedoświadczony myśli, że wszystko da się zrobić, że nie ma żadnych ograniczeń i jest to rodzaj naiwnego optymizmu, który też jest wartością. Jednak jako 50-latek uważam, że prezydentura jest dla późniejszego wieku, bo wtedy jest zwieńczeniem życia. Przystosowanie się do życia "po" jest problemem każdego z młodych prezydentów. Valery Giscard d`Estaing z trudem odnalazł się, Clinton chyba jeszcze nie.
Może dlatego tak Pan odsuwa myśl o tym, co będzie Pan robić po zakończeniu kadencji?
Prezydent RP:
A jak sobie pani wyobraża, jaki plan można mieć?
Gdybym wiedziała, że znowu zacznę żyć własnym życiem miałabym taki plan, że zacznę robić to, na co miałam ochotę, a czego nie mogłam robić. Przecież teraz nie może Pan nawet prowadzić samochodu.
Prezydent RP:
Ale prowadzenie samochodu to nie jest najważniejsze marzenie, a część innych jest już lekko spóźniona.
Wracając do marzeń: nie uwierzę, że jako 16-letni chłopiec marzył Pan o 6-procentowym wzroście gospodarczym.
Prezydent RP:
Oczywiście, że nie, ale chciałem normalności dla Polski. Duży wpływ na to miało miejsce gdzie się urodziłem - nieduże, 20-tysięczne miasto na północnym-zachodzie Polski. Ojciec urodził się w Warszawie, mama w Wilnie, a spotkali się w Białogardzie i tam się pobrali. Towarzyszyło nam poczucie tymczasowości i niepewności. Nie wiedzieliśmy, czy Ziemie Zachodnie będą na pewno nasze...
Jestem pod wrażeniem, bo jednak marzył Pan o Polsce.
Prezydent RP:
Tak było. Ostatnio w klubie "Polityki" Krzysztof Mroziewicz zapytał mnie, dlaczego mimo tego, że wiele podróżowałem, ciągle wracałem do Polski. Miałem przecież okazję zostać: w 1974 w Anglii, w 1975 w Szwecji, w 1976 w Ameryce, w 1977 w Niemczech. Ze zdumieniem stwierdziłem, że nigdy właściwie takiego dylematu nie miałem. Polscy prowincjonalni inteligenci tak wychowali dwójkę dzieci, że jedno, czyli moja siostra, od 20 lat mieszka w Szwajcarii, ale dlatego, że tam znalazła miejsce w swojej ukochanej okulistyce, a potem i męża, a drugie, czyli ja - z Polską nie rozstaje się. Nie wiem, czym to wytłumaczyć. Być może jestem tak ukorzeniony w tej Polsce, że żadna siła mnie z niej nie wypchnie.
I tak ukorzeniony, że od dziecka miał Pan tylko patriotyczne myśli.
Prezydent RP:
Oczywiście przesadza pani, ale pamiętam też, że kiedy miałem 8 lat a może 10, korzystając ze starej poniemieckiej maszyny do pisania mojego ojca zacząłem wydawać gazetę. Opisywałem w niej wymyślone państwo, w którym cała rodzina pełniła różne funkcje, dużo się działo i było bardzo demokratycznie. Mama mi przypomniała tę historię, kiedy już byłem redaktorem naczelnym "itd".
A gdyby nie był Pan prezydentem, to kim by był dziś Aleksander Kwaśniewski.
Prezydent RP:
Gdyby Lech Wałęsa w 1993 roku zgodził się na to, że premierem zostanie szef największego ugrupowania parlamentarnego, czyli ja, to moje losy mogłyby się potoczyć inaczej. Tymczasem premierem został Waldemar Pawlak, a ja szefem komisji konstytucyjnej. W 1995 roku jako lider lewicy musiałem podjąć to wyzwanie, jakim były wybory prezydenckie. Gdybym przegrał z Lechem Wałęsą, byłbym pewnie dalej szefem klubu i partii. Zapewne jednak szykowałbym się do wyborów prezydenckich roku 2000.
Czyli tak czy inaczej Prezydentura była Panu pisana?
Prezydent RP:
Jak patrzę na tę historię - to pewnie tak.
Podziwiam optymizm. Ale o coś się Pan martwi?
Prezydent RP:
Jak każdy, o zdrowie.
A dba Pan o to zdrowie?
Prezydent RP:
Niestety, niezbyt.
A diety?
Prezydent RP:
Nie wiem, czy warto. Przechodziłem przez kilka kilkumiesięcznych diet i na ich końcu zastanawiałem się, po co to robię. Nie miałem z odchudzania żadnej przyjemności, żadnej radości. Świat został tak stworzony, że jedni mają skłonność do tycia, a inni nie. Nie mam żadnych zadyszek, świetnie się czuję. Prawdopodobnie moja właściwa waga powinna być większa, niż określają standardy medyczne. Gdybym po mamie był szczupły, ale po ojcu odziedziczył łysinę, to nie wiem, czy byłbym bardziej zadowolony.
Na ile lat Pan się czuje?
Prezydent RP:
Nie wiem, ale czuję się dobrze. Aż mnie to dziwi.
Władza skraca życie czy przedłuża?
Prezydent RP:
Zdecydowanie skraca. Co do tego nie mam żadnych wątpliwości. Sprawowanie urzędu stwarza wysoki stan napięcia. Nie znam ani jednego przypadku, by później to się nie odbiło na zdrowiu. To nie przypadek, że Clinton ma teraz by-passy, po zakończeniu ośmioletniej prezydentury, mimo że jest stosunkowo młodym człowiekiem.
Jakoś się Pan przed tym broni?
Prezydent RP:
Myślę, że optymizm, udane życie rodzinne, sport sprawią, że będę mógł w ten kolejny etap przejść łatwiej.
Władza pewnie też postarza a nie odmładza?
Prezydent RP:
A to już nie jest takie oczywiste. Starzenie się jest sprawą psychiki i jeśli zachowuje się entuzjazm, ciekawość to duchowo jest się młodym. Osoba, która do późnego wieku zachowuje zainteresowanie światem, ludźmi, polityką, kobietami, sportem może zachować na długo młodość.
Jak się przejawia zainteresowanie prezydenta kobietami?
Prezydent RP:
Całe życie byłem otoczony przez kobiety. W moim domu mieszkała babcia, mama, siostra. Moja rodzina to żona i córka - więc znowu grono kobiet. Szefowa mojej kancelarii to kobieta. Uważam kobiety za lepsze istoty. A jeśli potrzebuje Pani krótkiej wypowiedzi, to wyznaję, że jestem zdeklarowanym mężczyzną.
I na czym to polega?
Prezydent RP:
Podobają mi się wyłącznie kobiety.
Przez ostatnie 10 lat musiał Pan odsunąć emocje na dalszy plan.
Prezydent RP:
W jakim sensie?
Prezydent musi być opanowany, spokojny, myśli o Polsce, o świecie. I życie rodzinne ucieka.
Prezydent RP:
W tym wielkim Pałacu jesteśmy sami. Rodzinnie nigdy nie byliśmy tak blisko ze sobą jak teraz. Emocje i ich uzewnętrznianie to inna sprawa. Mam wspaniałą cechę charakteru i chciałbym, żeby pani podkreśliła, że jest wspaniała, mianowicie jestem cholerykiem. Jak mam coś na sercu to mówię to jasno, czasem za jasno, a potem wszystko wraca do normy. Uważam, że ze wszystkich cech psychologicznych człowieka ta jest najlepsza. Choleryk jest najmniej niebezpieczny dla otoczenia.
Podziwiam tę zdolność: wszystkie wady potrafi Pan przekształcić w zalety.
Prezydent RP:
To nie jest wada.
To imponujące!
Prezydent RP:
Proszę mi nie odbierać wiary w siebie.
Na co może się Pan wściec wracając do apartamentu w Pałacu z dyplomatycznego przyjęcia?
Prezydent RP:
To prawda, że przyjęcia dyplomatyczne mają swój trudny rytuał, więc wracając z nich marzę tylko o chwili odpoczynku. Ale jeśli chodzi o moich najbliższych współpracowników to zdarzają się burzliwe sceny. Jednak nie jest tak, że codziennie muszę kogoś zganić. To nie leży w mojej naturze.
Z wiekiem jest Pan bardziej wyrozumiały?
Prezydent RP:
Na pewno. Pojawia się bowiem taka myśl, że skoro komuś tyle tłumaczę, a i tak niczego nie rozumie, to widocznie tak musi być. Nic dziwnego, że czasem ogarnia mnie rezygnacja. Ale to, co teraz mówię, nie dotyczy mego zespołu, jest on wspaniały.
Jak Pan sobie radzi z odpowiedzialnością?
Prezydent RP:
Jej ciężar to najwyższa cena jaką się płaci sprawując ten urząd. Płaci się ją z własnego wyboru, ale od pierwszej minuty do ostatniej. Kiedy w apartamencie na drugim piętrze zakładam koszulę, wiążę krawat i szykuję się do zejścia, wszystko od tego momentu, przez kilkanaście godzin ma polityczne znaczenie. Czasem trudno temu podołać.
Kiedy się Pan budzi rano to pierwsza myśl jest myślą prezydencką czy prywatną?
Prezydent RP:
Pierwszy raz budzę się nad ranem, o czwartej czy piątej, i przewija mi się film: co zrobiłem i co mam zrobić. I tak powstaje w głowie cały plan dnia. Teraz jestem szczęśliwy, bo mam psiaki, i mogę obmyślać swój plan na spacerze z nimi, na świeżym powietrzu.
I wraca Pan potem do łóżka?
Prezydent RP:
Wracam do apartamentu, żeby się umyć, ogolić. Moje psy nie są tak wymagające, żebym chodził z nimi ogolony i wyperfumowany.
Panie prezydencie robi Pan coś dla siebie?
Prezydent RP:
Mam swoje azyle. Przede wszystkim sport: tenis, pływanie, rower. Nie ma dyscypliny, której bym nie uprawiał, no może poza spadochroniarstwem.
A boks?
Prezydent RP:
Boksowałem. Żeglowałem. Proszę niech Pani pyta.
Żużel?
Prezydent RP:
Oczywiście, raz jeździłem na motocyklach żużlowych w Pile.
Nurkowanie?
Prezydent RP:
Nie miałem jeszcze okazji, ale znajomi mnie namawiają.
Windsurfing?
Prezydent RP:
Oczywiście, że tak. Zacząłem dawno temu na Balatonie na Węgrzech. Długo nie mogłem wrócić do brzegu, bo znalazłem się na środku tego wielkiego jeziora. Pływam też na skuterze wodnym w Zatoce Puckiej, ale to żaden sport.
A za panem Prezydentem ochrona?
Prezydent RP:
Nie, pilnują mnie inaczej. Aha, nie skakałem też na bangee, bo mi to wszyscy odradzają. Inny mój azyl to książki. Właśnie skończyłem genialną książkę Janusza Głowackiego "Z głowy". Ma on fenomenalną zdolność obserwacji życia. Jedna z najinteligentniejszych i najbardziej dowcipnych książek jakie ostatnio przeczytałem.
Mój azyl to także kontakt ze zwierzętami. Teraz dzięki intrydze mam dwa nowe psiaki.
Intrydze?
Prezydent RP:
Po tym jak odeszła nasza 14-letnia suczka, żona nie chciała już nowych psów. Ale w wyniku przewrotnego planu, opracowanego z żoną ministra Marka Siwca, otrzymałem w prezencie dwie suczki: sześciotygodniowe owczarki niemieckie. Żona była we Włoszech u córki, która przez kilka miesięcy studiowała we Florencji. Poprosiłem córkę, żeby popracowała nad mamą. Zrobiłem zdjęcia i wysłałem pocztą elektroniczną. Żona stwierdziła że jestem nieodpowiedzialny. Dziś pieski mają już osiem miesięcy i ostatnio żona powiedziała: "wiesz, to była twoja bardzo dobra decyzja w tym roku".
Skoro mowa o córce, to czy przy okazji 50 urodzin bierze Pan pod uwagę możliwość, że zostanie dziadkiem?
Prezydent RP:
I tak, i nie. Oczywiście przyjmuję do wiadomości, że tak może i musi kiedyś być, aczkolwiek... no nie jest to łatwe. Ale pewnie łatwiejsze będzie dziadkowanie, niż fakt wyjścia Oli za mąż. Ona ma chłopaka. Jest bardzo fajny i wartościowy, jednak świadomość, że moja córka staje się samodzielną osobą jest trudny do zaakceptowania. Miałem straszne kłopoty, kiedy starałem się o rękę mojej żony. Składałem przyszłemu teściowi deklaracje, dyskutowałem z nim, przekonywałem. Kiedy już się udało, powiedziałem żonie, że nigdy tak jak teść nie będę się zachowywać. Teraz uważam, że teść miał wiele racji. Dziś patrzę na to zupełnie inaczej.
Panie Prezydencie, czas na podsumowanie.
Prezydent RP:
Radości przeżyłem bardzo wiele. Dramatów też. Kiedy zostałem prezydentem już nie miałem ani mamy ani taty. Mama umarła dwa miesiące przed wyborami, i można powiedzieć o jakimś straszliwym zrządzeniu losu, że nie doświadczyła satysfakcji, że jej syn został prezydentem.
Mam wspaniałą żonę, córkę, która za chwilę skończy studia, za sobą wielki dorobek polityczny. Mam dwa piękne nowe psy i grono przyjaciół, które się zweryfikowało, więc jest nieduże, za to jakościowo wysokie. Jest tak jak mówił Kant: "niebo gwiaździste nade mną, prawo moralne we mnie". I dobrze mi z tym.



 

Poleć znajomemu


Opuszczasz oficjalny serwis Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej


Dziękujemy za odwiedzenie naszej strony.

Zapraszamy ponownie.