przeskocz do treści | przeskocz do menu głównego
Oficjalna strona Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej
| |
A | A | A

Dzień dobry, Panie prezydencie.

Prezydent RP:
Witam pana, witam państwa.

Czy w ciągu ostatnich kilku godzin dotarły do Pana jakieś nowe informacje związane z porwaniem Polki w Iraku?

Prezydent RP:
Nie, żadnych nowych informacji nie mamy, czekamy na bliższe informacje. Nasza ambasada została w Bagdadzie postawiona w stan pełnej gotowości, pracy i rozmów z tymi, którzy chcieliby rozmawiać, ale na razie żadnych bliższych informacji nie ma.

Spodziewa się Pan żądania pieniędzy, bo i taka informacja się pojawiła? Bo ten wątek wycofywania polskich wojsk to jest jakby z góry założony, że tego będą żądali, ale pojawia się i wątek pieniędzy.

Prezydent RP:
Niczego nie wykluczam. Mamy do czynienia z sytuacją nadzwyczajną, bo z jednej strony jest to, oczywiście, Polka, ale kobieta, co raczej było przez terrorystów do tej pory rzadziej stosowane, ale zdarzało się, przypominam: Włoszki czy Brytyjka. Ale to też jest obywatelka iracka, więc mamy do czynienia z sytuacją, która jest bardzo niejasna i to jest też powód naszej współpracy i próśb do władz irackich o wielkie zaangażowanie w sprawie, bo chodzi o również obywatela tego państwa. Natomiast jak mówię, komentarz może być dokładnie taki, jaki wczoraj wygłosiłem — że terroryzm nie zna żadnych granic i tu nie liczy się, czy kobieta, czy dziecko, czy Polak, czy Francuz, czy związany ze sprawą, czy nie związany. Po prostu terroryzm jest w tym względzie ślepy i tym bardziej trzeba z nim zdecydowanie i solidarnie walczyć.

A czy nie jest błędem takie stanowcze odrzucenie możliwości negocjowania z terrorystami?

Prezydent RP:
Negocjowania na pewno nie może być, chyba że są to jakieś zupełnie innego typu warunki, czy mamy to czynienia z sytuacją, nazwijmy to, niepolityczną. Choć kiedy widzę te zdjęcia, to raczej przypomina to wszystkie dotychczasowe akcje porywania obywateli różnych państw. Więc jest to akcja czysto polityczna, a wtedy, oczywiście, negocjować nie wolno. Natomiast staramy się, co w naszej mocy uczynić, żeby pomóc tej kobiecie.

Czy spodziewał się Pan tego, że nadejdzie taki dzień, kiedy dowie się z informacji agencyjnych, że został porwany Polak, Polka?

Prezydent RP:
Oczywiście, że tak. Przecież to nie jest jakaś wyjątkowa wyobraźnia do tego potrzebna, skoro tyle stało się. Natomiast ja bym chciał uświadomić wszystkim państwu, że terroryści, jak mówię, działają absolutnie wobec wszystkich, nie tylko wobec tych, którzy są w koalicji antysaddamowskiej, nazwijmy to, ale byli porwani Francuzi, byli porwani obywatele państw, które nie uczestniczą w tej koalicji. Więc mówiąc krótko, tu nie chodzi w żaden sposób o to, żeby mścić się na jednych czy straszyć jednych. Tu chodzi po prostu o to, że terroryzm wydał światu wojnę totalną, globalną. I musimy na to odpowiedzieć, oczywiście, mądrze, ale solidarnie. I tego, czego najbardziej brakuje dzisiaj w batalii z terroryzmem, to właśnie takiej solidarności podstawowej. Czy to się dzieje na Bali, czy w Biesłanie, czy w Iraku, odpowiedź cywilizowanego świata powinna być jednoznaczna: jesteśmy wspólnie przeciwko takim aktom, jest to po prostu barbarzyństwo. Kobieta nie może być zakładnikiem, mężczyzna nie może być zakładnikiem, dziecko nie może być zakładnikiem, nikt nie może być zakładnikiem, nawet jeżeli komuś wydaje się, że to się dzieje w jego słusznej sprawie. To są po prostu metody niedopuszczalne i twardo trzeba stać na tym stanowisku.

Ale czasami ta forma terroryzmu przynosi skutki.

Prezydent RP:
Jakie?

Przypomina Pan sobie kwestię wycofania żołnierzy filipińskich po porwaniu?

Prezydent RP:
No i moim zdaniem Filipińczycy, władze Filipin popełniły błąd, podobnie jak krytycznie oceniam decyzję Hiszpanów po co prawda straszliwym dramacie, jaki się zdarzył w Madrycie, ponieważ to ośmiela, to właśnie ośmiela terrorystów do takiej metody. Bo skoro jedni się wycofali, to może następni? A jak następni, to jeszcze następni? A na końcu terroryści będą rządzić światem. Jeżeli taka jest wizja XXI wieku, to byłoby straszne.

Czyli my naszych wojsk nie wycofamy na podstawie tego wydarzenia.

Prezydent RP:
My pracujemy według swojego planu bardzo odpowiedzialnie, redukujemy nasz kontyngent od początku przyszłego roku, czekamy na wybory i chcemy zapewnić bezpieczeństwo tym wyborom, bo to jest naprawdę ważne wydarzenie. Mamy nadzieję, że po wyborach styczniowych nowy rząd iracki określi zakres obecności sił międzynarodowych w Iraku i będziemy wtedy dalej dyskutować, jak długo polscy żołnierze tam powinni zostać, w jakim składzie. Chcielibyśmy, żeby większą rolę odegrały Narody Zjednoczone, żeby rzeczywiście ta koalicja uczestniczących trzydziestu paru państw w Iraku rozszerzyła się. Ale to są wszystko kwestie, o których będzie można rozmawiać po styczniu, czyli po wyborach irackich.

A czy prawdą jest, że trwają zakulisowe rozmowy naszych dyplomatów z Amerykanami na temat daty wycofania naszych żołnierzy?

Prezydent RP:
Dlaczego zakulisowe? Trwają po prostu rozmowy...

No bo oficjalnie się o tym nie mówi.

Prezydent RP:
Dlatego, że trwają rozmowy w ogóle, jak wyobrazić sobie udział sił międzynarodowych, w tym polskich, w Iraku po wyborach, czyli po styczniu 2005. Oczywiście, że takie rozmowy trwają. My jesteśmy bardzo poważnym partnerem i nie chcemy nikogo zaskakiwać. My nie chcemy — tak właśnie jak parę innych krajów — powiedzieć, że nam to już się znudziło albo nasza wewnętrzna sytuacja nie pozwala nam dalej wypełniać misji stabilizacyjnej. Myślę, że zyskujemy tym uznanie nawet u tych, którzy wycofali się. Oni rzeczywiście — rozmawiałem ostatnio z Hiszpanami — bardzo szanują naszą postawę.

A jak długo będzie nas stać finansowo na utrzymywanie żołnierzy w Iraku?

Prezydent RP:
Zobaczymy, na pewno to też jest temat rozmów, finansowo, jeśli chodzi przede wszystkim o sprzęt, o wymianę tego sprzętu. Przecież też rozmawiamy z Amerykanami. My nie jesteśmy krajem, który może bezterminowo określić swoją obecność, dlatego że to wszystko kosztuje, ale też trzeba rozmawiać. Na ile miesięcy jeszcze środki są? Myślę, że na przyszły rok jesteśmy w stanie — zgodnie z budżetem, który został do Sejmu przedłożony — zapewnić skuteczną obecność i bezpieczeństwo naszych żołnierzy.

Panie prezydencie, dzisiaj „Rzeczpospolita” drukuje rozmowę ze Zbigniewem Brzezińskim, doradcą ds. bezpieczeństwa narodowego byłego prezydenta Jimmy’ego Cartera. Pytany, czy Polska postąpiła dobrze angażując się w Iraku u boku Amerykanów profesor Brzeziński powiada, że „udział bez wpływu na politykę amerykańską, notabene i bez wymiernych korzyści materialnych, jest filantropią, a nie polityką”. Zgoda?

Prezydent RP:
Nie, nie zgoda, oczywiście, tym bardziej że profesor Brzeziński miał nieco inne zdanie parę miesięcy temu. Ja bym jednak ten wywiad w tej chwili trochę wpisywał w kampanię wyborczą, która toczy się w Stanach Zjednoczonych. Profesor Brzeziński jest związany z obozem demokratów i myślę, że to jest takie właśnie myślenie, które trochę proponuje John Kerry.

Po pierwsze biorąc udział w operacji stabilizacyjnej przede wszystkim myśleliśmy o naszych obowiązkach wobec świata. I wiem, że to brzmi górnolotnie i wielu Polaków powie: a co mnie to obchodzi? No, trochę obchodzi, dlatego że ten świat na przykład Polskę wielokrotnie zostawiał w samotności, nie myśląc o takich wartościach, jak bezpieczeństwo kogoś, jak pokój, jak udzielenie pomocy tym, którzy są w trudnej sytuacji czy wręcz podlegają przemocy, czy są uciemiężeni. Z drugiej strony, oczywiście, jestem przekonany, że politycznie polski udział w Iraku ma swój sens i nasza rola w polityce międzynarodowej, a także w polityce amerykańskiej wzrosła. To w końcu nie przypadek, że prezydent Bush w swoich debatach powołuje się na Polskę. Takich przypadków w przeszłości nie było. I mimo, że profesor Brzeziński był doradcą prezydenta Cartera, to nie przypominam sobie, żeby prezydent Carter w swoich dyskusjach bardzo często na Polskę się powoływał, choć Polskę odwiedził. Pamiętamy takie koślawe tłumaczenie jego przemówienia tutaj, na lotnisku w Warszawie.

Natomiast, jeśli chodzi o skutki ekonomiczne, jestem przekonany, że jeżeli ustabilizujemy sytuację w Iraku, to również będą efekty ekonomiczne. Dzisiaj o nich trudno mówić ze względu na stan zagrożeń, jakie są w tym kraju. Natomiast po zakończeniu misji wojskowej jestem przekonany, że również polskie firmy będą mogły uczestniczyć w poważnych planach gospodarczych w Iraku, pod warunkiem że wykażą niezbędną aktywność, bo przecież tego też się nie da zrobić, że tak powiem, na blankiecie czy na pustej kartce, bo musimy mieć konkretne firmy, które są gotowe działać w Iraku.

Pan prezydent mówił o większej roli Polski w polityce amerykańskiej. Miało dojść — i była to duża szansa — że już w najbliższych dniach do dyskusji w Senacie na temat możliwości zniesienia wiz dla Polaków, tymczasem (to był wniosek demokratów zresztą popieramy przez Johna Kerry’ego) okazało się, że za sprawą jednego z senatorów demokratycznych do tej dyskusji nie dojdzie i tak jak było, wszystko na to wskazuje, i taki będzie, bo potem amerykański Kongres po wyborach przecież nie będzie miał czasu się tym zajmować.

Prezydent RP:
Nie, nie, myślę, że w sprawach wizowych będzie następował postęp, aczkolwiek będzie to postęp krok po kroku. I tutaj te wszystkie takie prężenia muskułów i buńczuczne zapowiedzi, które słyszę, że już, że ktoś, że jedna osoba doprowadzi do zniesienia wiz, po prostu jest oparte o niewiedzę. System amerykański ma swoją jakąś tam wewnętrzną logikę, ma też swoją biurokrację i myślę, że krok po kroku jesteśmy w stanie doprowadzić do istotnego zliberalizowania systemu wizowego, wyczyszczenia tych nieszczęsnych komputerów z danych, które wielu Polakom przeszkadzają dzisiaj tę wizę uzyskać. Osobiście rozmawiałem na ten temat i z prezydentem Bushem, i z Colinem Powellem, żeby choćby na początku dokonać takiego ważnego kroku, aby nastąpiła swoista amnestia na sprawy wizowe do roku 1990, czyli żeby z komputerów wyrzucono te wszystkie fakty przedłużeń czy inne, które były przed rokiem 90, dlatego że wtedy Polacy otrzymując paszport, wyjeżdżając do Ameryki, nie wiedzą, czy będą mogli ponownie przyjechać. Traktowali to trochę jako swoją szansę, więc nie za bardzo przejmowali się tym, że na przykład przedłużają swój pobyt, a ta pieczątka przy wyjeździe powoduje, że natychmiast są w komputerze jako ci, którzy nielegalnie przebywali w Stanach Zjednoczonych, a to dzisiaj skutkuje znowu tym, że wydruk z komputera dla nich jest niekorzystny. Jest wiele rzeczy, które można zrobić i krok po kroku będziemy to czynić.

Natomiast trudno wyobrazić sobie, że tylko dla Polski zostałaby ta klauzula zniesiona, dlatego że Amerykanie mają problem co najmniej z kilkoma krajami nowymi Unii Europejskiej, żeby zastosować zasady unijne. A poza tym oni nie stosują zasad unijnych, oni stosują zasadę statystyczną, to znaczy jeżeli odmów jest mniej niż 3%, ten kraj natychmiast przechodzi do grupy, nazwijmy to, bez obowiązku wizowego. Nas czeka tutaj jednak wiele jeszcze rozmów, wyjaśnień, właśnie tej eliminacji tego, co w komputerach jest zapisane. I myślę, że krok po kroku, z udziałem również wszystkich, którzy chcą się zaangażować — i pana prezydenta Wałęsy, który słusznie, że jeździ i korzysta ze swojego doświadczenia, autorytetu, żeby o tym mówić — to wszystko po prostu przyniesie skutek, tylko nie taki właśnie na zasadzie gestu, że jutro i już, bo to jest po prostu zbyt naiwne myślenie.

Kto okaże się w najbliższy wtorek zwycięzcą wyborców amerykańskich? George Bush czy John Kerry?

Prezydent RP:
Zobaczymy, nie wiem.

A Pan kogo chciałby zobaczyć?

Prezydent RP:
O nie, proszę pana, pan mnie nie namówi na taką odpowiedź, dlatego że ktokolwiek by wygrał, Polska będzie bardzo dobrze starała się współpracować z nowym prezydentem amerykańskim.

A czy to coś zmieni, jeśli John Kerry wygra, w stosunkach polsko-amerykańskich?

Prezydent RP:
Moim zdaniem nie, dlatego że... I więcej — w stosunkach polsko-amerykańskich nie sądzę, żeby zmieniło, ale ja jestem przekonany, że gdyby John Kerry został prezydentem, że też niewiele się zmieni polityka amerykańska. Na przykład jeżeli ktoś sądzi, że nastąpi wycofanie wojsk z Iraku, to się bardzo myli. Także nie sądzę i myślę, że tutaj John Kerry jest trochę, że tak powiem, zbyt optymistyczny, jeżeli myśli, że po jego zwycięstwie Niemcy i Francuzi, czy Belgowie, gdzie byłem wczoraj, będą, że tak powiem, na wyścigi pchać się do Iraku. Myślę, że ta sytuacja będzie dosyć podobna. A polityka amerykańska w ogóle z natury ma to do siebie, że jest długofalowa i konsekwentna.

No to skoro na to pytanie nie chciał Pan odpowiedzieć, Panie prezydencie, i nie chce pan nikogo wytypować, to może się przenieśmy trochę bliżej — na Ukrainę.

Prezydent RP:
Tutaj prawdziwa demokracja działa, bo tu naprawdę nie wiadomo, kto wygra.

Tak Pan to nazywa, tak?

Prezydent RP:
Oczywiście, że tak. I mówię to bez przekąsu. Otóż uważam, że przy wszystkich tych protestach słusznych, dotyczących różnych słabości czy w przekazie medialnym, czy w kampanii wyborczej, to sam fakt, że dzisiaj nie wiadomo, kto zwycięży w wyborach na Ukrainie — a przypominam, że w kilku innych krajach, choćby niedaleko Ukrainy, było to dość oczywiste od samego początku — to jednak świadczy o tym, że Ukraina przeszła wielką drogę do demokracji, że mamy do czynienia z jednak systemem, gdzie dwie różne postaci, dwie różne koncepcje mogą ze sobą konfrontować się, a Ukraińcy powiedzą, kto.

No tak, tylko czasami jedna z tych koncepcji jest słuszna, a druga z tych koncepcji brzmi: to my mamy siłę i wysyłamy milicję przeciwko tym, co mają rację.

Prezydent RP:
Ja protestuję zawsze, kiedy używa się w czasie kampanii wyborczych tego rodzaju metod, mówię to otwarcie. I bolą mnie takie widoki na ulicach Kijowa, kiedy, że tak powiem, manifestujący swe poparcie polityczne są ganiani przez policję. Zresztą znamy te obrazki z przeszłości i one nigdy i nigdzie nie mogą się podobać. Natomiast z drugiej strony proszę wziąć pod uwagę, że w tych wyborach mamy do czynienia jednak z batalią dwóch bardzo poważnych polityków. Jeden jest aktualnym premierem rządu, a drugi jest byłym premierem rządu.

Ale na nierównych zasadach, Panie prezydencie, wie Pan dobrze o tym.

Prezydent RP:
I to jest źle. Na nierównych zasadach to jest źle i mam nadzieję, że to się zmieni, szczególnie przed drugą turą. I sądzę, że tutaj świat, Europa, a przede wszystkim Rosja, którą wszyscy przecież tak bardzo cenimy, powinni apelować o jak najbardziej demokratyczny przebieg wyborów ukraińskich.

Czy odetchnął Pan z ulgą, kiedy Leonid Kuczma odwołał swoją wizytę i spotkanie z Panem?

Prezydent RP:
Nie, dlaczego?

Bo powiadał, że chciałby się pożegnać, ale przecież mógł się pożegnać wtedy, kiedy będzie znane już nazwisko prezydenta-elekta.

Prezydent RP:
Nie, to są innego typu pożegnania. Myślę, że to jest, niestety, taka nieubłagana logika polityki, że kiedy już jest ktoś następny wybrany, to całe zainteresowanie mediów, całe zainteresowanie, także świata politycznego, jest już wobec tego nowego. Sam pamiętam, kiedy obejmowałem urząd prezydenta, co mnie nawet zaskoczyło, jak ówczesny szef Sztabu Generalnego gen. Wilecki na moim przejmowaniu zwierzchnictwa nad siłami zbrojnymi zaczął swoje wystąpienie od „umarł król, niech żyje król”. No więc to jest taka trochę sytuacja...

Może akurat znał to powiedzenie i skorzystał z tego.

Prezydent RP:
Nie no, znał je, było ono nawet adekwatne, można powiedzieć, szczególnie wobec i jego, że tak powiem, zachowań w przeszłości. Ale nie w tym rzecz jest. Jest przyjęte, że w końcówce kadencji takie spotkania mają miejsce. Na pewno nie odetchnąłem z ulgą, tylko może nawet trochę żal, bo ja z Kuczmą na tyle dobrze się znam, że o tych wszystkich swoich zasadniczych wątpliwościach dotyczących właśnie przebiegu, przejrzystości tych wyborów mógłbym zupełnie otwarcie mówić. Tym bardziej, że to jest sytuacja dość paradoksalna, dlatego że obaj kandydaci, obaj — i Janukowicz, i Juszczenko — są w jakimś sensie politycznymi dziećmi Kuczmy, ani jednego, ani drugiego nie byłoby bez Kuczmy na scenie ukraińskiej.

Z tym, że chyba jeden trochę się wyrodził z tej pary, Juszczenko.

Prezydent RP:
Nie wiem. Myślę, że nawet w sensie mentalnym — bo przecież wiem, że oni się spotykają, że rozmowy między nimi były — w sensie mentalnym Juszczenko, w sensie charakteru politycznego, nie mówię w tej chwili o poglądach, jest dużo bliżej Kuczmy niż premier Janukowicz, który reprezentuje styl dużo bardziej takiego pragmatycznego menedżera, a mniej wrażliwego człowieka. Więc polityka jest pełna takich niespodzianek. I wiem, że nawet w czasach, kiedy Juszczenko był w opozycji, to kontakty między nimi były cały czas utrzymywane. Proszę pamiętać, że to jest, jak mówię, premier, który z jego nadania rządzi Ukrainą...

No i tam też się wszyscy znają, Panie prezydencie, tak?

Prezydent RP:
Oczywiście, że się znają. I przestańcie ze znajomości czynić jakiekolwiek zarzuty, dlatego że w demokratycznym świecie ludzie się ze sobą znają i tym się różni demokracja od stalinizmu, że tam się mordowali, a tu się znają.

Dzisiaj podpisanie traktatu europejskiego w Rzymie. No i co dalej? Będzie to dokument, pod którym podpisy złoży dwudziestu pięciu przywódców państw Unii Europejskiej, bo co najmniej dziewiętnaście krajów zapowiada, że dojdzie u nich do referendum w sprawie przyjęcia lub odrzucenia traktatu. Wiele wskazuje na to, że nie przejdzie konstytucja europejska o tym kształcie. To po co podpisywać taki dokument? Bo akurat pora nadeszła i termin został wyznaczony?

Prezydent RP:
Myślę, że w ogóle Unia Europejska to jest swoisty proces, który zaczął się od pokonywania skutków drugiej wojny światowej, od tworzenia Wspólnoty Węgla i Stali, od współdziałania szóstki, to się później rozwijało na dwunastkę, piętnastkę, dzisiaj dwadzieścia pięć, później więcej. I sądzę, że to trzeba docenić we wszystkim co się dzieje w Unii Europejskiej. Że często właśnie mówiono „to się nie uda”, „to nie może mieć racji bytu”, „to na pewno nie tak”, a później się okazywało, że tak. Więc ja bym z traktatem konstytucyjnym nie był taki znowu pesymistyczny, dlatego że niewątpliwie na obecnym etapie dwudziestki piątki, czyli już bardzo dużej Unii, liczącej blisko pół miliarda ludzi, to też proszę sobie uświadomić, pewna kodyfikacja jest niezbędna, kodyfikacja, która nie jest przyjęciem traktatu na wieki wieków. To jest przyjęcie traktatu na pewien okres rozwoju Unii Europejskiej, który przeżywamy. A proszę pamiętać, że u drzwi są jeszcze i Bułgaria, i Rumunia, i Chorwacja, mówi się o Turcji, my mówimy o Ukrainie. A więc ta Unia Europejska może stać się rzeczywiście potężnym organizmem. Jak ona jest skomplikowanym organizmem, to świadczy przypadek komisji pana Barroso, dzisiaj tego boju między Parlamentem Europejskim a Komisją, kto ważny, kto nieważny, kto postawi na swoim i tak dalej, i tak dalej. Z tego choćby względu kodyfikacja jest niezbędna i ona w ogromnej większości traktatu jest sensowna i moim zdaniem bezdyskusyjna wręcz.

Tak na marginesie — byłem właśnie w tej Belgii, pytam, na ile społeczeństwo belgijskie zna traktat konstytucyjny. No więc ono mniej więcej tak zna ten traktat, jak polskie społeczeństwo, czyli mówiąc krótko, nie zna traktatu. I moim zdaniem trzeba go dziś podpisać, uznać za potrzebny, rozsądny kompromis na ten moment rozwoju Unii Europejskiej, przedstawić społeczeństwom, zacząć dyskutować o szczegółach. Okaże się, jak zwykle, że diabeł nie taki jest straszny, że jeżeli czegoś brakuje, no to dobrze, to przecież będzie można w kolejnych wersjach to zmieniać. Natomiast niewątpliwie uporządkowanie pewnych spraw w Unii jest potrzebne, tym bardziej że ten traktat daje bardzo wiele siły dla praw obywatelskich, dla pozycji obywatela w systemie prawa. Więc ja bym raczej patrzył na to jako zadanie do wykonania — dziś traktat podpisany, dyskusja ze społeczeństwem. Jeżeli poszczególne narody odrzucą, to będzie ich decyzja.

I trzeba będzie pisać od początku.

Prezydent RP:
Albo trzeba będzie pisać od początku, albo trzeba będzie zastanowić się nad rzeczą, o którą byłem pytany nie tak dawno — czy na przykład odrzucenie traktatu konstytucyjnego jest równoznaczne z wyjściem z Unii Europejskiej?

A jest?

Prezydent RP:
Moim zdaniem nie, ale...

Są tacy, którzy twierdzą, że tak?

Prezydent RP:
Ale są tacy, którzy twierdzą, że to jest decyzja, skoro nie chcecie pracować według tego schematu i tych zasad, no to nie. To jest trochę pytanie zasadnicze wręcz, też na to trzeba sobie odpowiedzieć. Ale ja bym tu nie dramatyzował. Moim zdaniem Europa wielokrotnie wykazywała w sprawach Unii Europejskiej dużo sensu. Ja naprawdę uważam, że ten traktat konstytucyjny może być zaakceptowany przez dwadzieścia pięć państw Unii Europejskiej.

Panie prezydencie, na koniec, wydaje się, że Pana wywiad dla tygodnika „Polityka” to opis Pana wiedzy na temat spraw związanych z PKN Orlen, na temat spraw związanych z różnymi osobami tego dramatu. Natomiast pomijając ten fakt, pojawił się wątek Pana szefa Gabinetu, pana Marka Ungiera, który — zdaniem Komisji Śledczej — może być podejrzany o popełnienie przestępstwa, czyli ujawnienie tajemnicy państwowej poprzez poinformowanie ministra skarbu Wiesława Kaczmarka o tym, że jest on inwigilowany. Co Pan na to?

Prezydent RP:
Przepraszam, zakrztusiłem się nie dlatego, że pan mnie zdziwił tym pytaniem. Znam tę wersję, którą znam. W moim przekonaniu tam nie było żadnego nadużycia prawa i złamania przepisów. Ale, oczywiście, jeżeli prokuratura będzie chciała to zbadać, no to zbada i tyle. Cóż ja mogę powiedzieć? Żyjemy, mam nadzieję, cały czas w kraju praworządnym, choć zgadzam się z opinią pana premiera Mazowieckiego, który powiedział, że jak to wszystko widzi, to to już nie jest sejmokracja, tylko komisjokracja. Bo już w momencie, kiedy komisję żądają zajmowania majątków, za chwilę zatrzymywania ludzi i różnych innych rzeczy, no to mamy do czynienia naprawdę z sytuacją moim zdaniem całkowicie bezsensowną. Ale prokuratura, jeżeli znajdzie powody, żeby sprawą się zająć, zapewne się zajmie. Ja ufam mojemu szefowi Gabinetu, jestem przekonany, że z takim doświadczeniem, mając przez tyle lat kontakty ze sprawami poufnymi, tajnymi, nigdy nie nadużył mojego zaufania. Jest członkiem w moim imieniu Komisji ds. Służb Specjalnych. I bardziej uporządkowanej w tym sensie osoby, to, powiem szczerze, nie znam. Więc spokojnie patrzę na dalszy rozwój wydarzeń. Choć, oczywiście, mam świadomość, że Komisja za cel postawiła sobie, że tak powiem, dobieranie się do mnie, do moich współpracowników. Zajmuje się tym, jak widać, z dużą chęcią. No i tyle. Cóż ja mam na to poradzić?

Czy niepokoi Pana stan zdrowia Jana Kulczyka?

Prezydent RP:
Nie wiem nic o jego stanie zdrowia...

Podobno jest chory, leczy się w Stanach. Wróci do kraju?

Prezydent RP:
Nie, nie, to są pytania, które...

Proszę wybaczyć, Panie prezydencie, ale jeden z członków Komisji Śledczej, pan Zbigniew Wassermann powiada: ja bym na jego miejscu nie wrócił. Pytanie jest na miejscu.

Prezydent RP:
To może porozmawiajmy, czy Arafat wróci do Palestyny, bo właśnie jedzie na leczenie do Paryża. No zachowajmy trochę kultury w tych rozmowach i wypowiedziach. Nie apeluję do pana, tylko do osób, które się wypowiadają. Po pierwsze człowiek jest z natury zdolny do chorowania także, może tak się zdarzyć. Po drugie uważam, że Jan Kulczyk jest człowiekiem, który absolutnie powinien i wierzę, że się pojawi na Komisji. I tego rodzaju nawet wypowiadane z przekąsem uwagi, że kogoś kieruje się na emigrację czy kogoś wysyła się za granicę, to jest po prostu poniżej jakiegokolwiek standardu. Jeżeli to mówi członek Komisji — ja nie słyszałem tej wypowiedzi — jeżeli pan cytuje pana Wassermanna, który w ten sposób mówi, i jeszcze jako były prokurator, to on de facto dyskwalifikuje siebie. Bo za dużo jest przypadków w historii, gdzie właśnie prokuratorzy w ten sposób, że tak powiem załatwiali sprawy. To nie może być prawda o Polsce roku 2004. Pan Kulczyk, jeżeli będzie poproszony, a jest, przez Komisję, powinien się stawić i wierzę, że się stawi. Jeżeli dzisiaj jest chory, to trzeba to uszanować. Ja nie wiem, czy jest chory, bo nie mam żadnych na ten temat przecież informacji, natomiast tego rodzaju uwagi, nawet jeżeli one są podszyte jakimś złym żartem, one są po prostu nie na miejscu. I bardzo bym prosił, żebyśmy traktowali te rzeczy z powagą. Komisja, jeżeli prosi na spotkanie, wyznacza termin, oczywiście, każdy z nas, łącznie ze mną, pojawi się na tej Komisji, żeby powyjaśniać te sprawy i nie dać właśnie materii do tego rodzaju stwierdzeń i zachowań, bo one są moim zdaniem, jak mówię, poniżej poziomu.

Panie prezydencie, dziękuję bardzo za rozmowę.

Prezydent RP:
Dziękuję bardzo, do usłyszenia.



 

Poleć znajomemu


Opuszczasz oficjalny serwis Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej


Dziękujemy za odwiedzenie naszej strony.

Zapraszamy ponownie.