przeskocz do treści | przeskocz do menu głównego
Oficjalna strona Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej
| |
A | A | A
Pierwszy rok w UE: Nie sprawdziły się czarne scenariusze 

Polska dobrze zdała egzamin z przygotowań przedakcesyjnych. I to jest źródło naszego późniejszego sukcesu — podsumowuje rok w Unii Aleksander Kwaśniewski. 

„Puls Biznesu”: Panie Prezydencie, co w pierwszym roku przynależności Polski do Unii Europejskiej zaskoczyło pana najbardziej?
Prezydent RP:
Potwierdziło się to, co mówiłem wcześniej, że Polska została dobrze przygotowana do akcesji. Miałem jednak pewne obawy, iż w kwestiach wymagających „technicznego oprzyrządowania”, jak dopłaty bezpośrednie, fundusze strukturalne, wnioski składane przez samorządy czy rolników —to oprzyrządowanie może w pierwszych dniach nie działać dość sprawnie. Tak się jednak nie stało.
Mimo że — na przykład — po dopłaty bezpośrednie zgłosiło się u nas (w porównaniu z innymi krajami unijnymi) najwięcej rolników — system komputerowy wytrzymał obciążenie i sprawdził się, sprostali oczekiwaniom dobrze przeszkoleni urzędnicy, a wreszcie nadeszły oczekiwane pieniądze.
Żadna z czarnych przepowiedni przeciwników Unii Europejskiej się nie sprawdziła. Po pierwsze: miały nas zalać tanie produkty żywnościowe, a stało się odwrotnie — to nasz eksport skokowo wzrósł.
Po drugie: mimo otwarcia rynku pracy w niektórych krajach unijnych, nie nastąpił odpływ specjalistów z Polski.
Po trzecie wreszcie: prorokowano, iż Polska nie będzie odgrywać w UE istotnej roli politycznej. Okazało się, że odgrywa więcej niż istotną. Słuchano nas z uwagą w sprawie traktatu konstytucyjnego. A już wyjątkowo nasze znaczenie wzrosło po zaangażowaniu się Polski i Unii Europejskiej w rozwiązanie kryzysu, wynikłego w czasie „pomarańczowej rewolucji” na Ukrainie. Okazało się, że Polacy mają dobre rozeznanie na Wschodzie, potrafią być konsekwentni i skuteczni — a właśnie nieskuteczność była dotychczas największą słabością europejskiej polityki zagranicznej i polityki bezpieczeństwa.
Zmiany w Polsce następowały głównie w drodze do Unii, jeszcze przed formalną akcesją. 1 maja 2004 roku stał się głównie granicą symboliczną…
Prezydent RP:
Tak, to prawda. Przypomnę uwagi, jakie stale słyszeliśmy od liderów państw, które na długo przed nami przeszły trudny proces przystępowania do EWG czy Unii i od partnerów z „najstarszej” części wspólnoty. Jedni i drudzy podkreślali, że im więcej zrobimy w okresie przygotowawczym, tym mniej pojawi się problemów po uzyskaniu członkostwa. Unia zna przecież przykłady, kiedy owej „pracy domowej” ktoś nie odrobił starannie... To, że wszyscy uznajemy za najtrudniejszy nasz okres przedakcesyjny, tylko dobrze o Polakach świadczy.
Dobrze odrobiliśmy swoją „pracę domową”. Konkrety — pierwsze z brzegu? Przygotowanie granic państwa, czy też zdobywanie certyfikatów przez firmy ubiegające się o dostęp do wspólnego rynku.
Czy — według pana — udało się pogodzić zachowanie unijnej lojalności z ocaleniem polskiej tożsamości?
Prezydent RP:
Unia wspiera różnorodność europejską, jednym z jej haseł jest „jedność w różnorodności”. Polska udowodniła, że jako największy kraj wstępujący do Unii pozostaje partnerem niezależnym, ale i dość skomplikowanym. Często przecież my sami nie potrafimy przewidzieć rozwoju wypadków na polskiej scenie politycznej.
Z drugiej strony: Polska stwarza unijnym partnerom ogromne możliwości — ze względu na wielkość rynku, zdolności kooperacyjne, a także rolę swoistego eksperta od spraw wschodnich. W czasie kryzysu ukraińskiego początkowo w UE dominowała opinia, iż to sprawa ukraińska i rosyjska. Udało się przekonać Unię, że Ukraina jest właśnie sprawą europejską — i taka myśl zwyciężyła w dokumentach unijnych instytucji oraz stanowiskach poszczególnych liderów, których sam namawiałem do aktywności. Nawet jeśli na początku byli sceptyczni, szybko zmienili zdanie — wraz z postępem przemian na Ukrainie, walczącej w tym momencie swojej historii nie o unijne standardy demokratyczne, lecz — po prostu — o narodową godność.
Panie prezydencie, jakie są cele powiększonej Unii Europejskiej? I jakie możliwości ich osiągnięcia?
Prezydent RP:
Unia znajduje się w ważnej i trudnej chwili, bo wspólnota dwudziestu pięciu państw jest wyzwaniem. Po roku istnienia „25” można jednak ocenić, że ten eksperyment jest udany. Stąd bierze się moja teza, że UE nie powinna bać się dalszych akcesji. Rynek 450-milionowy równie dobrze może objąć 500 mln ludzi, dlatego wkrótce dołączą Rumunia i Bułgaria, prowadzi się dyskusje o Chorwacji oraz — znacznie trudniejsze — o Ukrainie. I o Turcji, stanowiącej wyjątkowe wyzwanie — jako kraj islamski, ale i jako pomost między Europą a Azją.
Inny problem wiąże się z koniecznością odpowiedzi przez Unię Europejską na pytanie, czy jest ona w stanie utrzymać zasadę solidarności — dotychczas unijny fundament. Wyrównywanie różnic przez prostą alokację środków jest trudne, bo jeśli gdzieś mają być one wydatkowane, to ktoś przecież musi je wytwarzać... Ale Unia nie ma innego wyjścia, jak podtrzymywać dotychczasową solidarność, dlatego że ewentualne pozwolenie na pogłębianie się różnic w poziomie rozwoju — już nawet nie tylko w samej Unii, ale w ogóle w Europie — prowadzi nieuchronnie do konfliktów.
Inna sprawa to strategia lizbońska. Jak doprowadzić do tego, by europejską wspólnotę cechowała odpowiednia dynamika? To m.in. problem największych państw — Niemiec i Francji, notujących od kilku lat wzrost gospodarczy bliski zera; to też problem globalnej konkurencyjności gospodarek regionalnych; to również problem starzenia się społeczeństw.
W tym kontekście rozszerzanie Unii Europejskiej nie stoi w konflikcie ze strategią lizbońską, a raczej stwarza jej szanse. A przesuwanie produkcji do nowych państw członkowskich wydaje się nieuchronne — po prostu: decyduje ekonomia, czyli kosz- ty pracy, pomoc publiczna, bliskość rynków. Wymienione trzy priorytety Unii Europejskiej — rozszerzenie, solidarność i konkurencyjność — są rzeczywiście trudne do pogodzenia, ale nie stoją przecież we wzajemnej sprzeczności.
Czy nasze przystąpienie do Unii Europejskiej zmieniło stosunki polsko-amerykańskie?
Prezydent RP:
Nasza akcesja do UE zbiegła się z polsko-amerykańskim zbliżeniem polityczno-wojskowym i sprawą Iraku. Stany Zjednoczone bez zastrzeżeń i ze zrozumieniem uznały naszą drogę do UE.
W kategoriach globalnych Ameryka konkuruje z Unią Europejską, ale akurat udział naszej gospodarki nie ma jeszcze w tym wyścigu większego znaczenia. Głównymi unijnymi eksporterami na rynki globalne, czyli rywalami USA, pozostają Niemcy, Francuzi, Brytyjczycy i Włosi. Z tego punktu widzenia, nie my jesteśmy „na pierwszej linii frontu”.
Panie prezydencie, dlaczego właściwie tak ważna jest ratyfikacja Traktatu Ustanawiającego Konstytucję dla Europy? Przecież Unia nieźle działa, stosując się do traktatów wcześniejszych, kilka razy zresztą znowelizowanych, ostatnio w Nicei…
A co będzie po kolejnych rozszerzeniach Unii? Czy Unia będzie zdolna do konkurowania, jeśli nie uporządkuje swoich reguł i struktur? Dlatego nie można skończyć na zasadach nicejskich — należy wszystko uporządkować dokumentem lepiej regulującym istnienie UE na obecnym etapie.
Prezydent RP:
Nie uważam zbioru reguł przygotowanego przez Konwent, następnie zaakceptowanego z małymi poprawkami oraz podpisanego 29 października 2004 r. przez Radę Europejską na rzymskim Kapitolu, za niezmienną „biblię”. Konstytucja organizuje życie Unii Europejskiej na dziesięć, może kilkanaście lat. I będzie podlegała weryfikacjom czy zmianom — dlatego że dzisiaj na wiele pytań nie ma odpowiedzi, a UE jest wspólnotą dynamiczną.
Dokument ów zbiera wiele kwestii bardzo istotnych, a dotychczas rozproszonych — m.in. kwestie praw człowieka i praw obywatelskich, a także stosunków między państwami a kościołami. Skupiliśmy się na braku odniesienia w preambule do tradycji chrześcijańskich, a tymczasem sam słyszałem od kardynała Angelo Sodano — pozostał watykańskim sekretarzem stanu — że Stolica Apostolska generalnie jest z zapisów merytorycznych zadowolona. Byliśmy zgodni, iż tradycje chrześcijańskie, rzecz jasna, powinno się przywołać, bo bez nich trudno mówić o historii Europy. Nie przekonaliśmy — choćby Francji.
A zatem: konstytucja jest potrzebna, bo stwarza lepsze warunki do skutecznego podejmowania przez UE decyzji, zachowując prawo ochrony własnych interesów. Ze wszystkich podanych powodów Konstytucji dla Europy się nie obawiam i uważam, że traktat powinien wejść w życie.
Tymczasem Francuzi mogą już 29 maja zbiorowo wyrazić zdanie odwrotne…
Prezydent RP
: Nie wiem, co się stanie, jeśli Francja odrzuci traktat... Byłoby to dla mnie zaskoczenie i konfuzja, bo jeśli Konstytucję dla Europy w ogóle można przypisywać jakiemuś krajowi i określić, czyim wizjom jest ona najbliższa — to właśnie Francji! Nie tylko dlatego, że Valery Giscard d’Estaing był szefem Konwentu, ale to przecież Francuzi do końca oponowali przeciw zapisowi o tradycjach chrześcijańskich i twardo walczyli, by reguł nicejskich nie ciągnąć dłużej niż przez obecną kadencję Komisji Europejskiej. Jeśli francuskie społeczeństwo 29 maja zagłosuje przeciwko traktatowi, to głównie wypowie się mocno w sprawach wewnętrznych...
Nam zależy na francuskim „tak”.
A czy nie powinno się ujednolicić samego trybu ratyfikowania traktatu przez poszczególne państwa?
Prezydent RP:
Europa ma różne tradycje i to dobrze, że pewne państwa ratyfikują go parlamentarnie, a inne — w drodze referendum. Podobna różnorodność dotyczy wyborów głów państw i stanowi o sile europejskich tradycji demokratycznych. Nie tworzymy przecież Stanów Zjednoczonych Europy.
Panie prezydencie, czy argumenty przeciw Konstytucji dla Europy, które zapewne wrócą przed referendum ratyfikacyjnym w Polsce, mogą wywrzeć skutek? I czy należy się martwić biernością społeczeństwa?
Prezydent R
P: Bierności należy bać się zawsze, bo za nienaturalną uważam sytuację, gdy w wyborach czy referendum bierze udział zaledwie połowa uprawnionych obywateli. Tego nie rozumiem i — mimo wielu przeczytanych analiz socjologicznych — pozostaje to dla mnie tajemnicą: dlaczego akurat Polacy, którzy tak wiele uczynili dla demokracji w Europie, nie korzystają z możliwości wolnego wyboru swej władzy? Przecież nikt nie może zarzucić, że nie ma dostępu do mediów czy informacji. Nie wiem, czy taka bierna postawa jest połączeniem „splendid isolation” z tradycyjną polską przekorą, czy manifestacją skrajnego indywidualizmu? W dojrzałych demokracjach europejskich także obserwujemy proces zmniejszania się frekwencji wyborczej, ale tam przebiega on na poziomie 2/3 uprawnionych i więcej.
Przymierzymy się wreszcie konkretnie do terminu referendum konstytucyjnego?
Prezydent RP:
Najwyższy czas, by zdecydować. Chociaż, jeśli Francja powiedziałaby 29 maja „nie”, to trzeba byłoby przyjrzeć się konsekwencjom takiego rozstrzygnięcia. Pytanie zasadnicze brzmi: jak zareagowałaby na to Unia Europejska. No i co zdecydowaliby sami Francuzi — czy np. powtórzyliby głosowanie za pół roku nad tym samym tekstem, czy znaleźliby inne rozwiązanie prawne.
Nie wykluczajmy jednak możliwości, że Francuzi jednak — np. stosunkiem 50,2 do 49,8 proc. — przyjmą ten traktat.
Prezydent RP:
Niezależnie jednak od rozstrzygnięcia we Francji, musimy w Polsce poważnie o traktacie rozmawiać. Oczywiście będą siły polityczne, które powiedzą „nie, bo nie”... Jestem jednakże przekonany, że dla Polaków głosowanie nad przyjęciem Konstytucji dla Europy w krótkim czasie po akcesji pozostaje sprawą potwierdzenia naszej obecności w UE, rodzajem konfirmacji — jesteśmy w końcu zadowoleni z tej Unii czy nie?! Skoro 7-8 czerwca 2003 r., przy niezłej jak na nasz kraj 59-proc. frekwencji, ponad 3/4 wyborców poparło przystąpienie Polski do Unii Europejskiej, no to nie ma racjonalnych powodów, by dzisiaj wyborcy głosowali przeciw traktatowi. Naprawdę ryzykowna jest teza, że Unia licząca 25, 28 czy jeszcze więcej państw może sprawnie działać według obowiązujących dziś zasad. Jeśli zatem potraktujemy Konstytucję dla Europy jako dokument, który ma pomóc w zorganizowaniu się rozszerzającej się Unii, to należy uznać go za następny, ważny krok. I przyjąć jej tekst! 

Rozmawiali: Jacek Ziarno, Jacek Zalewski, Andrzej Nierychło

Poleć znajomemu


Opuszczasz oficjalny serwis Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej


Dziękujemy za odwiedzenie naszej strony.

Zapraszamy ponownie.