przeskocz do treści | przeskocz do menu głównego
Oficjalna strona Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej
| |
A | A | A
Krzysztof Grzesiowski: Czy Pan jest teraz w tej fazie przechodzenia z roli aktywnego uczestnika sceny politycznej do roli obserwatora i komentatora, czy to jeszcze za wcześnie?

Prezydent RP:
Nie, to jeszcze miesiąc za wcześnie.

 Pięć tygodni nawet.

Prezydent RP:
Pięć tygodni. W tej chwili uczestniczę w tych decyzjach, które jako prezydent mam obowiązek podjąć. Powołanie rządu to jest za chwilę powołanie wicepremiera w przyszłym tygodniu, a poza wszystkim to jest porządkowanie dorobku i dokumentów, które tutaj po dziesięciu latach są i nie jest tego mało. To wymaga dużo czasu.

 Ale nie jest Pan jeszcze pewnie na etapie pytania: „Warto było”?

Prezydent RP:
Czy warto było?

 Przesiedzieć tu dziesięć lat?

Prezydent RP:
  Nie, w ogóle takiego pytania nie ma, dlatego że mam poczucie naprawdę niezwykle ważnych dziesięciu lat dla Polski, udanych, satysfakcję z tego, co udało mi się zrobić. I to nie jest oficjalny optymizm czy uśmiech, tylko przekonanie. A poza tym przeżywam też niezwykle miłe chwile, bo byłem przyjęty przez prezydenta Litwy, niedawno przez prezydenta Słowacji. I to, co oni mówią o Polsce, o naszej roli, o wsparciu dla ich obecności w NATO, w Unii Europejskiej, sposób, w jaki dziękują polskiemu prezydentowi, to jest wielka satysfakcja, no bo widzi się ludzi naprawdę wdzięcznych, uczciwych, niezawistnych, którzy mówią prawdę, a ta prawda jest dla Polski niezwykle korzystna.
Rozmawiałem z królową brytyjską i Tony’m Blairem w ramach swoich pożegnań londyńskich. To też miło słyszeć, jaką Polska zdobyła pozycję, jak się mówi o Polakach. I też przesłanie z tego płynie ważne, żeby tej opinii nie zmarnować, bo ryzyko jest duże, że my cofniemy się w tej chwili, gdy chodzi o opinię, ocenę Polski.

Gdzie największe?

Prezydent RP:
  Jeżeli nie będzie bardzo precyzyjnych sygnałów, na pewno jest wiele pytań o preeuropejskie stanowisko zwycięskiej partii, czyli PiS-u. Na pewno wielkim echem odbiły się na świecie te stwierdzenia, które zostały zakwalifikowane jako nieprzyjazne Niemcom, Rosji, czyli oskarżenie o germanofobię, o rusofobię. Na pewno nie pomaga budowaniu dobrej opinii o tym rządzie wsparcie dwóch radykalnych, populistycznych ugrupowań – Ligi Polskich Rodzin i Samoobrony.

To wszystko jest obserwowane i są wyciągane z tego wnioski, że w Polsce może nastąpić istotny regres, gdy chodzi o tę politykę, która była prowadzona od szesnastu lat, czyli proeuropejską, pronatowską, bardzo solidną, gdy chodzi o nasze sojusze, na przykład Irak. W sprawie Iraku też przecież ze strony wspierających rząd słychać bardzo różne zdania. Jest sporo zamieszania i to będzie wielki wysiłek i ministra Stefana Mellera, i ministra Sikorskiego, i premiera Marcinkiewicza, no i później prezydenta Kaczyńskiego.

Jak trudno się odkleja etykietki, które na początku kadencji przylepiane są, to wiem coś na ten temat. Ale przyznam szczerze, że tak trudnej, żeby nie powiedzieć – tak niebezpiecznej etykietki, jak w tej chwili jest przyklejana w świecie dla Polski, dawno nie było. I mówię o tym nie, żeby komuś przykrość sprawić, tylko żeby mieć świadomość, żeby ci, którzy obejmują rządy w Polsce, wiedzieli, że punkt startu jest niewygodny.

 W kwestiach związanych z naszą obecnością w Unii, powiada Pan, że najważniejsze z naszego punktu widzenia to wyjaśnienie ostatecznej kwestii traktatu konstytucyjnego, perspektywa budżetowa na lata 2007–2013, no i rozszerzenie Unii na razie o Bułgarię, Rumunię, w horyzoncie czasowym Chorwację i Turcję. A tymczasem dowiadujemy się dzisiaj, że kolejny raz samotnie będziemy protestować przeciwko projektowi popieranemu przez wszystkie inne kraje Unii Europejskiej. Chodzi o budżet na 2006 rok. Informacja za dzisiejszą „Rzeczpospolitą”. Samotnie, 24 głosy za, 1 głos przeciw.

Prezydent RP:
   Ale w kwestii całego budżetu?

 Na rok 2006, budżet Unii Europejskiej na rok 2006.

Prezydent RP:
  Tę wiadomość musiałbym zweryfikować. Dlaczego? Dlatego, że dzisiaj, gdyby mówić o priorytetach politycznych wobec Unii Europejskiej, ja o tym mówię ze wszystkimi i ze mną, sądzę, wszyscy też szczerze rozmawiają, to jest niewątpliwie budżet bardziej niż traktat konstytucyjny, który trzeba, niestety, odłożyć na nieco później, może trzeba zastanowić się nad zmianami w jego treści. Nie mamy odpowiedzi z Francji, Holandii, co oni zamierzają zrobić po nieudanych referendach. Więc tym bym się nie podniecał. Natomiast niewątpliwie budżet na lata 2007–2013 przyjęty teraz jest niezwykle ważny, bo on uruchamia wiele projektów, które szczególnie w nowych krajach europejskich są już przygotowane. I powinniśmy podjąć wszelkie starania i apelujemy do Brytyjczyków, którzy kierują Unią, żeby dokonać tego niezbędnego kroku. I jestem przekonany, że to jest identyczne stanowisko na pewno całej Dziesiątki nowych państw i istotnej grupy państw europejskich.
Problem jest samych Brytyjczyków z rabatem brytyjskim, ale tu wydaje się, że czas dla Tony Blaira być może jest najlepszy może w tej chwili, gdzie jest nie tylko premierem Wielkiej Brytanii, ale jest także szefem Unii Europejskiej, a więc on może pewną ofiarę na ołtarzu integracji europejskiej, dobrej przyszłości Europy złożyć.
Problem jest z Francją, no bo twardo broni dotychczasowych reguł wspólnej polityki rolnej, a jednocześnie przeżywa kłopoty, które niewątpliwie nie wzmacniają pozycji Francji w tych wszystkich dyskusjach.
No, a w Niemczech mamy zmianę rządu i też będzie bardzo wiele zależało od stanowiska, które zajmie pani Merkel i wielka koalicja. Więc sytuacja nie jest łatwa i ja naprawdę obawiam się, że z tego budżetu mogą wyjść nici. Natomiast nie wydaje mi się, żeby poza jakimiś kwestiami bardzo szczegółowymi, dotyczącymi jednej czy drugiej pozycji, Polska występowała osamotniona. Tutaj (...) nie czytałem, więc...

 Nie, to jest rok 2006, gdzie wystarczy większość głosów wśród członków Unii Europejskiej, by zdecydować o takim, a nie innym kształcie. Nie jest to ta perspektywa 2007–2013, ale jest to jakiś sygnał dla pozostałych członków Unii – Polska niepokorna.

Prezydent RP:
   Polska powinna być bardzo poważnym partnerem i mieć argumenty. Polska, jeżeli będzie niepokorna i będzie pozostawać z jednym głosem przeciwko dwudziestu czterem, no to będzie nieskuteczna i to będzie rzeczywiście Polskę marginalizowało. To znaczy w pewnym momencie można stworzyć taką sytuację, że wszyscy się zgadzają, Polska jest przeciw i to jest taki stały fragment gry, który w dodatku nie ma żadnych konsekwencji decyzyjnych, bo decyzje zapadają w tej dziedzinie większością, jak pan mówi. Tam, gdzie już chodzi o consens, no to, oczywiście, trzeba ważyć swoje weto, bo ono jest do zastosowania w sytuacjach skrajnych, ale przecież niecodziennych. Weto, które stosuje się codziennie, to nie jest żadne weto, to jest po prostu zwyczajna nieodpowiedzialność i rozbijactwo.
Nie wiem, na pewno jest niezwykle dla Polski ważne, żeby ta perspektywa finansowa na najbliższe lata został przyjęta. Mamy tu zrozumienie i poparcie takich krajów, jak Litwa i Słowacja, gdzie byłem ostatnio, rozmawiałem, ale też innych europejskich. Jest kłopot wielkich, to znaczy Wielkiej Brytanii, Niemiec i Francji, ale my powinniśmy absolutnie konstruktywnie działać na rzecz przyjęcia rozwiązania i Polska powinna raczej zachowywać się w takim duchu, jak Marek Belka na ostatnim szczycie w Belgii, który takim stanowiskiem przygotowanym, bardzo szybko przygotowanym i wyrażonym w imieniu nowych krajów, bardzo, że tak powiem zawstydził stare kraje europejskie, no bo powiedział wprost: „Jeżeli wy się tu kłócicie o jakieś drobne sumy, no to my z tych sum możemy zrezygnować, dla dobra Europy i dla dobra tego projektu budżetu jesteśmy gotowi”. No więc poczerwienili się nasi starsi koledzy z Unii Europejskiej, bo przecież nie o to chodzi, no bo od razu było wiadomo, że nie o to chodzi, że spór jest dużo bardziej zasadniczy francusko–brytyjski i na ostatnim szczycie w Brukseli nie udało się go załatwić.
Ale wierzę, że rząd premiera Marcinkiewicza, że minister Meller, który będzie zapewne głównym naszym w związku z nowym podziałem obowiązków i przejściem spraw europejskich do MSZ, będzie twardo walczył po to, żeby jeszcze za prezydencji brytyjskiej można było tą perspektywę finansową przyjąć.
Poza wszystkim politycznie Unia potrzebuje sukcesu. Nieprzyjęty budżet to będzie kolejny słaby dzień w historii Unii i któregoś dnia tych słabych punktów, tych słabych momentów może być tak wiele, że one rzeczywiście stworzą nową jakość i to jakość kryzysową, a to byłoby dla nas wszystkich bardzo źle.

 Czy któraś z decyzji premiera Marcinkiewicza, dotycząca polityki wewnętrznej (już na tym się skoncentrujmy) nie zaniepokoiła Pana?

Prezydent RP:
   To już musimy, takie dyskusje odłożyć na czas, kiedy zakończę prezydenturę, bo będę mógł przecież mówić wtedy jako właśnie trochę komentator, obserwator sceny politycznej, urzędujący prezydent ja powiedziałem...

 Ale jako urzędujący prezydent musi mieć Pan swoje zdanie.

Prezydent RP:
   Nie, oczywiście, że mam swoje zdanie, tylko że nie chciałbym w żaden sposób, żeby to utrudniało współpracę rządu z prezydentem, a więc nie chcę, żeby te głosy były nazbyt krytyczne. Ja wyraziłem swoją opinię po exposé. W moim przekonaniu zarówno miejsce i potraktowanie spraw gospodarczych wydaje mi się póki co niewłaściwe. Pokazanie sposobu finansowania wielu projektów społecznych, które – jak rozumiem – są też ceną za poparcie parlamentarne, które rząd Marcinkiewicza uzyskuje, też jest pytaniem ważnym i nie da się go zbyć takim kalamburem, że nie pytajmy NATO, czy nas stać, tylko pytajmy, czy stać nas na to, żeby było nas nie stać na to. To jest, jakby to powiedzieć, zbyt ogólnie i zbyt, bym powiedział, wykrętnie brzmiące usprawiedliwianie możliwych wydatków.

Z drugiej wszakże strony jest kotwica deficytu 30 miliardów złotych, co jest, wiadomością porządkującą. Nie da się przecież powiedzieć inaczej. Na szczęście jest budżet przygotowany przez rząd Belki, który – moim zdaniem – będzie stabilizował sytuację zarówno gospodarczą, jak i rządu, bo nie będzie musiał ten rząd na tym etapie toczyć jakiegoś wewnętrznego boju o kształt budżetu i to będzie chyba zapewniało spoistość ekipie.

To zainteresowanie, zaangażowanie wszystkimi służbami to nie jest niespodzianka, bo to było niewątpliwie wyrażane w programach, można wręcz nawet sądzić, że to jest najważniejsze, co...

 Ale to jest realizowane.

Prezydent RP:
   No, tak, i traktowane jako pewien specprogram. Tutaj widać, że zaangażowanie tych ugrupowań jest wielkie, ale ja przestrzegam, że to jest dalece nie wszystko i że mieszanie w służbach, nawet jeżeli jest uzasadnione, to jeszcze tworzy ani miejsc pracy...

 A czy rozwiązanie Wojskowych Służb Informacyjnych jest uzasadnione, Pana zdaniem?

Prezydent RP:
   Ja uważam, że (i moja rada dla premiera Marcinkiewicza, i także krótko rozmawiałem z panem ministrem Wassermanem) była taka – temu trzeba przede wszystkim się spokojnie przyjrzeć, dlatego że jest czymś głęboko niesprawiedliwym, jeżeli (i to robią również media) o WSI mówi się w kontekście afery FOZZ, która już była, która została osądzona (...). I jeżeli mówimy nawet o ludziach powiązanych z WSI, to w latach osiemdziesiątych, więc to nie jest jedyny argument.

Natomiast dużo ważniejsze jest to, co mówi nasz dowódca kontyngentu w Iraku, co na szczęście pokazało się w telewizji, że ogromna większość sukcesów i w ogóle możliwości bezpiecznego działania naszych żołnierzy w Iraku zależy od dobrej działalności kontrwywiadowczej, czyli działalności żołnierzy i oficerów WSI. My dzisiaj przede wszystkim używamy WSI jako sił zapewniających bezpieczeństwo i niezbędne informacje potężnym jednak, liczącym ponad 4 tysiące ludzi polskim oddziałom czy to w Afganistanie, czy w Iraku, czy na Bałkanach. I tego nie można ot, tak wylać z kąpielą, bo nie lubimy WSI czy nie lubimy generała Dukaczewskiego. To jest za słaby argument.

Po drugie – oczywiście, każda władza ma prawo przyjrzeć się ludziom, z którymi pracuje, natomiast pamiętajmy, że w wojsku myśmy stworzyli zasadę, która – moim zdaniem – jest jednym z większych sukcesów. To jest zasad kadencyjności. Ona dotyczy i szefa Sztabu Generalnego, i zastępców, i dowódców rodzajów sił zbrojnych. Ustawowo wprowadziliśmy zasadę kadencyjności, trzy lata z możliwością powtórzenia jeszcze o trzy lata, to się odbywa według jasnych reguł, wszyscy wiedzą, co ich czeka. I – moim zdaniem – odchodzenie od zasad kadencyjności musi mieć bardzo poważne uzasadnienie. Rozumiem, że w przypadku szefa WSI będzie konieczność, czy jest kadencyjność, która nie chce być respektowana przez nowego ministra, ale na to trzeba znaleźć wtedy rozwiązanie, które będzie dobre i akceptowane także przez samego generała Dukaczewskiego, a jednocześnie pozwoli WSI normalnie działać. Nie możemy sparaliżować tych wojsk wobec obecności 2 tysięcy blisko żołnierzy w Iraku, bo tam codziennie coś się dzieje i oni muszą wiedzieć, ci z WSI, że mają zadanie, że mają przyjść z wiadomościami, że mają pomóc po prostu...

 Czyli pan by w tej chwili WSI nie ruszał, gdyby to od Pana zależało?

Prezydent RP:
   Ja bym nie ruszał WSI z powodu afery FOZZ albo innego typu afer, o których się mówi, a które są sprzed lat dwudziestu, piętnastu...

 Nie no, przecież Pan wie, Panie Prezydencie, że chodzi o to, żeby coś z tą służbą zrobić. Nie weryfikowana po 1989 roku w odróżnieniu od służb specjalnych cywilnych to jest ten podstawowy argument.

Prezydent RP:
   No dobrze, ale to w takim razie weryfikacja może... Ja w ogóle uważam, że same weryfikacje powinny być albo prowadzone niemalże codziennie w stosunku do kompetencji, jakie ludzie mają, bo po prostu sprawdza się, to pracuje, a nie sprawdza się, to nie pracuje. Natomiast wszystkie weryfikacje, które mają charakter polityczny, mają charakter polityczny. W związku z tym jedna miotła miecie jedno, a przyjdzie za cztery lata nowa miotła, będzie wymiatała drugie. Tylko że w ten sposób nigdzie jeszcze ani stabilności służb, ani jasności kryteriów, ani właśnie tej kadencyjności nie udało się stworzyć.

To, czego ja bronię i do czego przekonuję partnerów, to to, że myśmy stworzyli w wojsku (nie mówię tu o WSI, mówię o całym wojsku) naprawdę przejrzyste zasady kadencyjności, kadr, wymiany kadr. I proszę zauważyć, że od wielu lat nie ma z tym żadnych problemów. Nie ma problemów, kto przychodzi na szefa Sztabu Generalnego, na dowódcę wojsk lądowych. Po prostu są przygotowani, są zastępcy, którzy mogą sądzić, że będą następcami. Ten, kto przychodzi na stanowisko, wie, że ma trzy lata. To jest niezwykle porządkujące. Ja bym wręcz sugerował tego rodzaju zasady również w innych służbach mundurowych. Myślę, że w policji bardzo by się przydała zasada kadencyjności, myślę, że w Straży Granicznej by się przydała, dlatego że my mamy, niestety, w Polsce sytuację, że każda ekipa przychodzi, obsadza swoimi, którzy na początku otrzymują najwyższe oceny, no bo jak może być inaczej, a za cztery lata odchodzą, bo już następcy uważają, że byli zupełnie do niczego.

 Można to było, Panie Prezydencie, załatwić podczas ostatnich czterech lat od ostatniej kadencji Sejmu, ostatnich rządów Sojuszu Lewicy Demokratycznej.

Prezydent RP:
   Ja apelowałem o to i bardzo naciskałem poszczególnych ministrów spraw wewnętrznych. Szykowano się do takiego projektu, tłumacząc jednak bardzo wieloma kłopotami. Moim zdaniem błąd, oczywiście, że trzeba było to zrobić, dlatego że to, co zrobiliśmy w wojsku to też się stało za tej kadencji, niezwykle porządkuje ta formację.
I więcej państwu powiem – jestem przekonany, że dzisiaj gdyby na tle natowskim czy na tle europejskim oceniać polską armię, polskich dowódców, oficerów, to oni będą w czołówce. To nie jest też komplement, to jest potwierdzone także Irakiem, także Afganistanem, także naszą działalnością w strukturach dowodzenia NATO tu, w Europie. Po prostu mamy dobrych, kompetentnych dowódców i trzeba też im dać możliwość działania, a nie oglądania się, jaki sztandar partyjny wisi na gmachu, bo to dopiero będzie błąd.

 No tak, ale ten sztandar to nie jest pomysł tej koalicji, tego rządu. On już wcześniej łopotał i miał różne barwy.

Prezydent RP:
   W niektórych miejscach tak, ale w wojsku nie, w wojsku nie. Trzeba przyznać, że gdy chodzi o kadencję SLD od 2001 roku, to tu było ogromnie dużo stabilności. Ta stabilność zresztą przejawiała się choćby od tego, że przez cztery lata był ten sam minister i ten sam zastępca. Tego w całej historii szesnastu lat nie było i to jest zasługa Szmajdzińskiego i Zemke, obu panów, którzy niewątpliwie byli przewidywalni, o, tak bym powiedział, to byli kompetentni, przewidywalni ministrowie, którzy bardzo wiele spraw istotnych uporządkowali. Chodzi o to, żeby z tego dorobku niczego nie uronić.

 Czy widzi Pan potrzebę istnienia i działania Urzędu Antykorupcyjnego w tej wersji, którą powoli poznajemy?

Prezydent RP:
  Po pierwsze – niech ta wersja byłaby zapisana i żebyśmy mogli cokolwiek więcej powiedzieć, bo tu jesteśmy w takim rozdarciu. To już jak się mówi o korupcji, to nie ma właściwie rozsądnego człowieka, który powie, że nie trzeba z korupcją walczyć czy korupcji nie mamy, czy ona nie jest dolegliwością poważną. Ja tylko przypominam, że korupcja, bo tu też wpadamy w taką jednostronność, nie jest problemem wyłącznie polskim. Korupcja to jest problem współczesnego świata, współczesnej gospodarki, znane afery korupcyjne miały miejsce i we Francji, i w Niemczech, i w Stanach Zjednoczonych...

 I w wielu krajach takie urzędy istnieją, a u nas tymczasem nie.

Prezydent RP:
   W niektórych istnieją, w innych nie istnieją. A więc po pierwsze odpowiedź na pytanie, czy walczyć z korupcją, tak, zdecydowanie.
Teraz – jakich instrumentów użyć? Mamy tych instrumentów w Polsce niemało, bo my nie jesteśmy krajem, gdzie nie działa Prokuratura, która nie może działać w sprawach korupcji, czy Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Czy jest konieczne powoływanie kolejnego urzędu? Ja mam wątpliwości. On musiałby być bardzo precyzyjnie zaprojektowany, włącznie z bardzo trudną kwestią kontrolowania samego Urzędu Antykorupcyjnego, bo przecież jeżeli znalazłoby się tam, nie daj Boże, kilka osób, które nie będą działały, walcząc z korupcją, a dadzą się skorumpować, no to cała idea zostanie zniszczona bardzo szybko. Musiałby być bardziej precyzyjny i bardziej jasno określony podział obowiązków między Prokuraturę, ABW, taki Urząd.

Jest bardzo wiele poważnych pytań merytorycznych, żeby właśnie nie stworzyć kolejnego urzędu, który dodatkowo (i też uważam, że te obawy są istotne) może stać się orężem politycznym, że w pewnym momencie tu nie będzie chodziło o żadną walkę z korupcją, tylko będzie chodziło o dokuczanie przeciwnikom politycznym, no bo ten Urząd powstaje jako przecież element pewnej koncepcji politycznej jednej z partii i takie obawy też trzeba rozwiać. To nie jest tak, że oponenci tego projektu nie mają prawa pytać, czy ten Urząd nie będzie upartyjniony i użyty jednostronnie przez jedną partię przeciwko innym środowiskom politycznym. Jest więc wiele pytań.

Jak mówię, walka z korupcją tak. Czy ten Urząd? Rozumiem, musi być projekt, musi być ustawa, ta ustawa będzie dyskutowana w Sejmie. Zapewne będzie to już podpisywane przez następnego prezydenta. Natomiast nie zawsze jest tak, że problem, który jest, da się rozwiązywać, tworząc kolejny urząd. To przypomina stare czas, gdzie na wszystkie kłopoty, włącznie z gradobiciem, zwoływano egzekutywę.

Czyli wątpi pan w celowość?

Prezydent RP:
  Mam wątpliwości. Celowość, wie pan, niewątpliwie trzeba uczynić coś, co przynajmniej dałoby obecnym instytucjom możliwość skutecznego działania. I wydaje się, że tutaj nastąpił wielki postęp. Przecież nie było Urzędu Antykorupcyjnego, a mimo to mamy ileś spraw o tym charakterze prowadzonych także już w sądach. Czyli to nie jest tak, że ten Urząd powstaje, ponieważ Prokuratura czy Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego nie może sobie z tym dać rady. To, rozumiem, ma być (...).

 One mają wiele innych zadań i nie mogą skoncentrować się na tej jednej. A to byłaby instytucja tylko i wyłącznie od jednej sprawy.

Prezydent RP:
   No to zobaczymy, jak ten projekt będzie wyglądał.

 Był Pan zaskoczony liczbą głosów podczas głosowania nad wotum zaufania dla Kazimierza Marcinkiewicza?

Prezydent RP:
   Nie, nie, spodziewałem się, że tak właśnie to będzie. To już od dłuższego czasu zapowiadało się, że ta koalicja parlamentarna powstaje. Moim zdaniem, jest niezwykle ryzykowna.

 No właśnie, jak długi żywot pan jej wieszczy?

Prezydent RP:
  Ja oceniam, że pierwszy poważny kryzys tej koalicji musi nastąpić przy budowaniu budżetu na rok 2007, czyli to jest druga połowa roku 2006, dlatego że wtedy już nie da się nie odpowiedzieć na kilka pytań związanych z systemem podatkowym, z ulgami podatkowymi, z wydatkami, z utrzymaniem ograniczonego deficytu budżetowego, a więc nad dyscypliną wewnętrzną tego budżetu. Proszę pamiętać, że to będzie się działo także w kontekście zbliżających się wyborów samorządowych, które będą pewno jesienią przyszłego roku, więc...

 Pojawiły się głosy, żeby wiosną zorganizować.

Prezydent RP:
   Nie wiem, czy to konstytucyjnie jest możliwe.

 Podobno nie bardzo, ale tu chodzi o Warszawę, żeby komisarz w Warszawie tak długo nie rządził, a z drugiej strony Prawo i Sprawiedliwość jest na fali...

Prezydent RP:
   No wie pan, jak ja mówię, że konstytucyjnie jest to niemożliwe, a pan mówi – nie bardzo, no to wie pan, to ja myślę, że w Polsce...

 Panie Prezydencie, Konstytucja jest pewnego rodzaju dokumentem, oczywiście, należy go przestrzegać, ale można od czasu do czasu coś zmienić.

Prezydent RP:
   Wie pan, pan jest zbyt poważnym redaktorem, żeby nawet żartem takie uwagi...

Nie wierzy Pan w takie rzeczy?

Prezydent RP:
   Nie, nie, pan, mówię, jest zbyt poważnym redaktorem, żeby takie uwagi nawet żartem wypowiadać. Konstytucja jest ustawą zasadniczą. Jeżeli Konstytucja zabrania, to nie wolno. Jeżeli Konstytucja jest nie do końca jasna, to jest Trybunał Konstytucyjny, który powinien to wyjaśnić. Moim zdaniem przyspieszanie, skracanie kadencji samorządów w całej Polsce dlatego, że PiS jest na fali, to jest argument niekonstytucyjny. Skracanie kadencji samorządów w całym kraju dlatego, że w Warszawie prezydent miasta, zresztą świadomie, a nie przypadkowo, wygrał wybory prezydenckie, no to wiedział, co czyni i wiedział, jakie są konsekwencje tego ruchu. I to, że Warszawa będzie miała może jedne wybory, a po paru miesiącach drugie wybory, no to jest cena decyzji, którą podjął Lech Kaczyński.

I tutaj naprawdę nie naginajmy prawa i nie udawajmy, że robimy coś dla wygody ludzi, bo łamanie Konstytucji dla wygody ludzi to jest zwyczajne bezprawie i to nic wspólnego z wygodą nie ma. Są przepisy, moim zdaniem, je trzeba respektować, kadencja samorządów kończy się za cztery lata, czyli we wrześniu przyszłego roku. I więcej panu powiem – że te samorządy jednak w dużej mierze w tym naszym całym rozgardiaszu politycznym one odgrywają rolę stabilizującą w ogromnej większości miast. Więc tym bardziej nie należy tego marnować.

 Ale powiedział Pan, Panie Prezydencie, o możliwych kłopotach tej koalicji w 2007 roku przy okazji uchwalenia budżetu w roku 2006 na 2007 rok, zgoda. Ale co dalej ewentualnie może nastąpić?

Prezydent RP:
   To już jest proroctwo bardzo daleko wykraczające. Moim zdaniem, może się odbywać lepienie tej koalicji, może być to związane albo już z wejściem na drogę koalicji formalnej, tzn. że znajdą się w rządzie przedstawiciele tych dwóch partii, które dziś w Parlamencie popierają. Trudno mi sobie wyobrazić, powiem szczerze, jakiś zwrot w stronę Platformy Obywatelskiej, ale mogę sobie wyobrazić, że przy głębszym kryzysie tego rządu będzie oferta wobec Platformy, żeby weszła do koalicji, nawet przejmując najważniejsze urzędy rządowe. Ale to już teraz takie spekulacje sobie urządzamy, bo co będzie pod koniec przyszłego roku czy na początku 2007 to jest...

To już nie Pan.

Prezydent RP:
   To znaczy nie to, że ja, ale myślę, że w ogóle we współczesnym świecie przewidzieć jest trudno. Jakby pan mnie zapytał, czy na koniec 2006/2007 Tony Blair będzie premierem Wielkiej Brytanii, też bym miał kłopot, żeby to powiedzieć, mimo że kadencja jego będzie trwała. Więc co dopiero mówić o Polsce, gdzie...

 Tak, czy piłkarze wyjdą z grupy eliminacyjnej w Mistrzostwach Świata, też dobre pytanie, i będą grali dalej? Ale może na to pytanie będzie Pan, Panie Prezydencie, w stanie odpowiedzieć na koniec naszej rozmowy. Otrzymał pan od szczecińskiego Komitetu SOS dla Radia Maryja prośbę o nadanie Orderu Orła Białego ojcu Tadeuszowi Rydzykowi.

Prezydent RP:
   Po pierwsze – jeżeli wniosek taki wpłynie formalnie, to, oczywiście, kapituła go rozpatrzy, bo taki jest nasz obowiązek. Jeżeli pan chce znać moje zdanie, to ja jestem zdecydowanie przeciwny. Uważam, że Radio Maryja i ojciec Rydzyk czynią wiele szkód, i to jest stanowisko moje bardzo zdecydowane. Ja już nie chcę mówić o sposobie przedstawiania polskiej rzeczywistości, polskiej demokracji, o stosunku do poszczególnych ludzi w Polsce, włącznie ze mną. Powiedzieć, że to było obraźliwe, to byłoby mało powiedzieć. No więc w moim przekonaniu to radio, które powinno być w pierwszej linii tych, którzy szerzą dialog, miłosierdzie, dobry stosunek do bliźniego, jest nienawistne, jest niesprawiedliwe. To, co czynili z Lechem Wałęsą, w ogóle nieograniczenie, gdy chodzi o oskarżenia personalne i o walkę polityczną, którą to radio prowadzi, to wszystko jest prostą odpowiedzią, czy uważam, że kandydat się nadaje na tak wysokie odznaczenie, czy nie.

 
Poleć znajomemu


Opuszczasz oficjalny serwis Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej


Dziękujemy za odwiedzenie naszej strony.

Zapraszamy ponownie.