przeskocz do treści | przeskocz do menu głównego
Oficjalna strona Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej
| |
A | A | A

PAP: Panie Prezydencie, jak Pan ocenia pierwszy rok członkostwa Polski w Unii Europejskiej, jakie były sukcesy, a jakie porażki?

Prezydent RP: 
Był to bardzo udany rok i dlatego mam kłopoty w wymienieniu porażek. „Czarne scenariusze”, jakie przeciwnicy integracji prezentowali choćby w kampanii referendalnej, nie sprawdziły się. Polski nie zalały tanie produkty spożywcze z Europy Zachodniej, z Polski nie uciekli pracownicy o wysokich kwalifikacjach, struktury biurokratyczne okazały się sprawne i przygotowane do unijnej współpracy, czego najlepszym dowodem jest przekazanie dopłat bezpośrednich do prawie 1,4 miliona gospodarstw rolnych.
Żadne dramatyczne przepowiednie się nie sprawdziły. To mnie cieszy.
Sukcesy? Pierwszy - Polska pokazała, że umiała się przygotować do integracji. Odrobiła pracę domową przed wejściem do UE, co dało nam efekt w postaci absorbcji środków unijnych, w postaci przyjęcia różnych form finansowego wsparcia. Polska pokazała, że jest gospodarczo dynamiczna, o czym świadczą choćby wyniki handlu zagranicznego, ogromny wzrost polskiego eksportu do UE i pozytywny, dodatni bilans handlowy. Polska tę swoją pracę domową wykonała dobrze.

Po drugie, cieszę się, że obywatele polscy korzystają z szans unijnych. Mówię tu np. o rolnikach i dopłatach bezpośrednich, o samorządach. Przedstawiciele sejmików wojewódzkich mówią, że są "ofiarami" sukcesu. Ofiarami dlatego, że pieniędzy jest mniej niż projektów. Nieprawdziwe okazało się przekonanie, że Polacy nie wykażą należytej aktywności.

Trzeci sukces to istotny wzrost pozycji politycznej Polski. Tu szczególnie jest ważne polskie zaangażowanie w rozwiązanie kryzysu ukraińskiego. My przedstawiliśmy Unii właściwą diagnozę, pokazaliśmy, że jesteśmy kompetentni, jeśli chodzi o analizę sytuacji oraz środki, które zaproponowaliśmy. Okazaliśmy się też skuteczni, jeśli chodzi o wykonanie.

UE, która w wyniku naszych propozycji włączyła się w rozwiązanie kryzysu, ma powody do satysfakcji. Pokazaliśmy, że coś takiego, jak wspólna polityka zagraniczna UE może istnieć.

A na pewno na początku tego kryzysu w części krajów UE istniało przekonanie: dobrze - zaryzykujmy. Jak będzie porażka, to będzie winna Polska, a jak będzie zwycięstwo, to Unia będzie miała satysfakcję. W sprawach polityki, szczególnie tej wschodniej, wykazaliśmy się kompetencją i skutecznością. To nie zdarza się często.

PAP: A porażki?

Prezydent RP:
Porażki? Tu miałbym kłopot...

PAP: Czy za porażkę uznałby Pan to, że mało jest polskich urzędników na wysokich stanowiskach unijnych?

Prezydent RP:
Być może można to uznać za pewną porażkę, że nie ma jednej, czy dwóch osób więcej piastujących jakieś ważne funkcje w UE. Ale wierzę, że to będzie się zmieniało. W strukturach unijnych pracuje przecież tylu młodych, zdolnych Polaków, że i my dojdziemy w końcu do znaczących pozycji w administracji.

PAP: Grozi nam, że pierwszy rok poszerzonej UE może zakończyć się odrzuceniem przez Francję Traktatu Konstytucyjnego, co w opinii wielu może zaszkodzić jedności Unii...

Prezydent RP:
Dziś nie rozstrzygałbym wyniku referendum w sprawie Traktatu Konstytucyjnego we Francji. Nie spisywałbym jeszcze Francji na straty. Moim zdaniem, w kampanii referendalnej, sprawy wewnętrzne tego kraju jednak muszą ustąpić myśleniu europejskiemu.

PAP: Ale jeśli tak się stanie?

Prezydent RP:
Gdyby Francja odrzuciła Traktat, na pewno wymagałoby to wspólnej refleksji Unii Europejskiej nad tym, co trzeba zrobić dalej. Jestem przekonany, że Unia 25 - a za chwilę 27 czy 28 krajów - potrzebuje Traktatu opisującego, jak współpracować w tej powiększającej się rodzinie.
Przy tym nie traktuję unijnej konstytucji jak Biblii, jak czegoś niewzruszalnego, co raz przyjęte, będzie obowiązywać bez zmian przez dziesiątki lat. Traktat jest zbiorem doświadczeń UE na obecnym etapie jej rozwoju. To dokument, który pomoże zorganizować się Unii 25 państw. Nie chodzi więc o rezygnację z dotychczasowego dorobku, a jedynie o weryfikację niektórych rozwiązań, które okazały się zbyt skomplikowane, zbyt biurokratyczne, przewlekające podejmowanie decyzji itd.

Dla mnie dodatkowo paradoksalnym byłoby odrzucenie tego Traktatu właśnie przez Francję, bo on jest bardzo francuski - od Konwentu kierowanego przez Giscarda dEstaing, poprzez stanowisko Francji w kwestii trybu podejmowanie decyzji w Radzie UE, czyli odejście od systemu nicejskiego - poprzez twardy sprzeciw Paryża wobec propozycji włączenia do preambuły odwołania do tradycji chrześcijańskiej.

PAP: Jakie byłyby skutki odrzucenia przez Francję unijnej konstytucji?

Prezydent RP:
Byłby to niewątpliwie kłopot, ale jeszcze nie tracę nadziei.

PAP: O wyniku francuskiego referendum mogą przesądzić sprawy wewnętrzne Francji...

Prezydent RP:
Istotnie, dziś ogromne znaczenie w debacie francuskiej mają sprawy wewnętrzne, czyli rozczarowanie rządem. Ale mam takie poczucie, że Francuzi, im bliżej referendum, będą widzieli Traktat w kontekście europejskim, a nie tylko wewnętrznym. Gdy emocje opadną, a sądzę, że opadną, może się okazać, że Francuzi, którzy są współtwórcami koncepcji UE i integracji europejskiej, jednak będą ważyć głosy nieco inaczej. Złość na swoich polityków ustąpi odpowiedzialności za Europę.

PAP: Jeśli jednak odrzucą, czy Polska powinna odłożyć ratyfikację Traktatu?

Prezydent RP:
Pierwsi muszą zareagować Francuzi. Jeżeli Traktat zostałby odrzucony, miałoby to konsekwencje polityczne wewnątrz Francji. Trzeba więc poczekać, co powie i uczyni Francja. Mogą przecież zdecydować się na powtórzenie referendum.
Po drugie, ważna będzie reakcja UE na decyzję Francuzów. W tej dyskusji Polska będzie uczestniczyć.

Nie zgadzam się z takim sposobem myślenia, że skoro Francja wyrzuca Traktat do kosza, to mamy już wolne ręce i nie musimy się na jego temat wypowiadać. Polska jest zbyt ważnym krajem Unii, żeby nie wypowiedzieć się w sprawie Traktatu. Nie możemy sobie ułatwiać zadania w ten sposób, że coś za nas załatwił ktoś inny.

Europa ma prawo oczekiwać tu od Polski jasnego stanowiska. Czy ono będzie wyrażone przez parlament czy przez referendum - to kwestia wyboru drogi ratyfikacji. Ja jestem zwolennikiem referendum.

Jeśli Francja przyjmie Traktat, Polska powinna się wypowiedzieć w jego sprawie na jesieni. 

PAP: Czy nie obawia się Pan Prezydent, że w Polsce będzie podobnie i sprawy wewnętrzne, spory polityczne zdominują dyskusję o Traktacie?

Prezydent RP:
We Francji poza skrajną prawicą i poza komunistami, większość sił politycznych opowiada się za Traktatem, a jednocześnie wynik referendum jest niepewny. Dlatego, że głosować idzie ta część społeczeństwa, która nie ufa partiom politycznym, znajduje się poza polityką - i to ona będzie decydować.

W Polsce o losie konstytucji europejskiej także zdecydują ci, którzy dziś w życiu partyjnym nie uczestniczą. Ci, którzy brali udział w referendum europejskim.

Jestem przekonany, że po roku obecności w Unii, przy poważnej dyskusji o Traktacie - która pokaże się, co on porządkuje, że nie jest dokumentem "na wieki wieków" i nie zmniejsza naszego wpływu na decyzje unijne - ta większość, która dwa lata temu była za integracją z UE, ponownie zagłosuje na "tak".

PAP: Jeśli referendum zostanie połączone z wyborami - czy to prezydenckimi czy parlamentarnymi - Traktat będzie włączony w grę polityczną.

Prezydent RP:
Traktatu nie da się wyłączyć z gry politycznej, nawet gdybyśmy mieli samo referendum, gdyby nie było wyborów. Kwestie europejskie są przecież różnie traktowane przez partie. Np. Platforma Obywatelska jest w sprawie Traktatu wewnętrznie pęknięta, tak jak była pęknięta w sprawie słynnego hasła "Nicea albo śmierć".

Do tych osób, które głosowały w referendum europejskim za wejściem Polski do Unii, zwracam się z pytaniem: "po roku powiedzcie, jak oceniacie integrację i zastanówcie się, czy ten Traktat jest przeszkodą, czy pomocą żeby Unia była lepiej zorganizowana?"

PAP: Czy opowiada się Pan za przeprowadzeniem referendum w sprawie Traktatu jednocześnie z pierwszą turą wyborów prezydenckich, czy w jakimś innym terminie?

Prezydent RP:
 Mówimy o pierwszej turze wyborów prezydenckich, bo ta na pewno będzie. W 2000 roku nie było przecież drugiej tury. Aby referendum było stanowiące wymagana jest ponad 50% frekwencja. Połączenie z wyborami prezydenckimi, które zawsze miały frekwencję powyżej 50 proc., ma więc swój sens.

Ma to swój sens także polityczny. Niektórzy mówią, że wtedy problem Traktatu zginie w walce personalnej między kandydatami do prezydentury. Niby tak. Ale z drugiej strony, kandydaci na prezydenta nie mogą uniknąć wypowiedzenia się na temat konstytucji europejskiej. Mogę więc sobie wyobrazić połączenie referendum z pierwszą turą wyborów prezydenckich. 





PAP: Panie Prezydencie, czy jest Pan pewien, że premier złoży dymisję 5 maja tak, jak to wcześniej zapowiadał? Słychać opinie, że Marek Belka waha się jeszcze. 

Prezydent RP:
 Premier się waha. W rozmowach, jakie z nim prowadzę, staram się wyperswadować pomysł dymisji. Trzeba przyjąć proste i korzystne dla państwa zasady, które są zapisane w konstytucji. 5 maja Sejm ma wszelkie możliwości podjęcia decyzji o samorozwiązaniu. Jeżeli taką decyzję podejmie, to wybory odbywają się w czerwcu, a jeżeli nie, to w konstytucyjnym terminie, czyli jesienią.

Różnica między tymi terminami nie jest jakaś zasadnicza, a Polska potrzebuje normalności, stabilności. Musi mieć rząd, który nie byłby w stanie dymisji, w stanie pełnienia obowiązków. Musi po prostu swoje zadanie dokończyć. To jest moja argumentacja wobec profesora Belki.

Jeśli Sejm nie podejmie decyzji o samorozwiązaniu, to jestem zdecydowanie przeciwny, aby skracać kadencję poprzez przyjęcie dymisji rządu i cezurę związaną z wykorzystaniem konstytucyjnych "trzech kroków" powoływania nowego premiera. To by nas naraziło na śmieszność, pokazywało Polskę jako kraj, w którym nie wiadomo z kim rozmawiać.

Namawiam premiera - jeśli decyzja Sejmu będzie taka, że wybory odbędą się w konstytucyjnym terminie, czyli na jesieni - aby pełnił swoją misję do tego czasu. Nie wiem, na ile psuje to premierowi plany polityczne, bo być może psuje. Natomiast oczekuję, żeby stanął na wysokości zadania. Nasza odpowiedzialność polega na tym, aby sprawy zostały odpowiednio zakończone i przekazane następcom.

PAP: Czy z Pana rozmów z premierem wynika, że złoży on dymisję?

Prezydent RP:  Rozmawiamy. To jest bardzo inteligentny człowiek odpowiedzialny i otwarty. Umówiliśmy się na kolejną rozmowę, jeszcze przed 5 maja.

Jeśli Sejm zdecyduje, że wybory odbędą się w terminie konstytucyjnym, to oczywiście pojawi się pytanie: co dalej. Krąży po Sejmie jakaś idea, która jest całkowicie niepoważna - konstruktywnego wotum nieufności i utworzenia rządu technicznego na trzy miesiące. Mówimy więc o bardzo krótkim okresie do tego wakacyjnym. Poza tym jest to kosztowne, bo ci, którzy odchodzą z rządu, muszą dostać odprawy, i obecni ministrowie, i następni członkowie rządu.

Opowiadam się za, stabilizowaniem kraju, a do stabilizowania potrzebny jest rząd. Ten rząd istnieje, pracuje właściwie, ma zadania do wykonania. A że będzie to niektórym utrudniało polityczną aktywność, to co ja na to poradzę? Wszystkiego pogodzić się nie da.

Jestem zdecydowanie przeciwny dymisji rządu. A jeżeli premier podałby się do dymisji, jestem przeciwko jej przyjmowaniu. Chyba, że zostaną mi przedstawione jakieś argumenty zupełnie innego rodzaju.

PAP: Ale czy Pan Prezydent w ogóle nie przyjąłby dymisji, czy tylko do czasu zakończenia obrad szczytu Rady Europy w Warszawie 16-17 maja, jak Pan wcześniej zapowiadał?

Prezydent RP: Wiele jest elementów niepewności. Tym bardziej proponuję stąpać twardo ziemi. 5 maja zapadnie decyzja Sejmu. Jestem bardzo ciekaw, jak będzie wyglądało głosowanie nad skróceniem kadencji, szczególnie ze strony tych, którzy zapowiadali wielokrotnie, że opowiadają się za samorozwiązaniem Sejmu.

PAP: Jak Pan ocenia postęp w tworzeniu się nowej formacji demokratycznej, budowanej przez Władysława Frasyniuka i Jerzego Hausnera? Czy to ugrupowanie ma szansę stać się realnym graczem na scenie politycznej?

Prezydent RP: Istnieje elektorat centrowy, z dużym poczuciem instynktu państwowego, odpowiedzialności, związany ze środowiskami polskiej inteligencji, która dobrze życzyła demokratycznej opozycji przed 1990 r., a potem była związana z Unią Demokratyczną. Jest też elektorat centrolewicowy, czy liberalno-lewicowy, który głosował na SLD.

Elektorat ten jest i potrzebuje reprezentacji. W nowym ugrupowaniu działa wiele postaci cennych, także historycznych, bardzo istotnych dla polskiej państwowości. Pora byłaby jednak, żeby coś się skonkretyzowało. Nadzwyczaj niepokojące jest to, że mijają tygodnie, stan oczekiwania przedłuża się, a gdy mówimy o nazwie tego ugrupowania, to nawet nie wiemy, jaka ostatecznie jest. Mam obawę, że to trwa trochę za długo. Ale niewątpliwie dla takiej partii jest miejsce na scenie politycznej.

PAP: Kto powinien być wspólnym kandydatem lewicy na prezydenta? Lider SdPl Marek Borowski, czy związany z SLD marszałek Sejmu Włodzimierz Cimoszewicz?

Prezydent RP: 
To bardzo dobrzy kandydaci. Kiedyś wymieniałem ich wśród piątki lewicowej, którą uważam za spełniającą kryteria prezydenckie. Rozumiem, że lista kandydatów lewicy jest dzisiaj ograniczona do tych dwóch nazwisk. Trzeba tylko w pewnym momencie dokonać trafnego wyboru: takiego kandydata, który będzie miał większe możliwości odegrania roli w wyborach i powalczenia o zwycięstwo.

Uważam, że pierwsze sondaże są bardzo obiecujące, szczególnie dla Włodzimierza Cimoszewicza. Marek Borowski więcej powiedział o swoim kandydowaniu, a Cimoszewicz, który jeszcze nie podjął decyzji, w tych badaniach ma 12-15 proc. poparcia.

Jeśli wybory będą odbywać się w normalnej, rzeczowej atmosferze, to bój o prezydenturę stoczą między sobą przedstawiciele centroprawicy i centrolewicy. To są dwa bloki opinii publicznej, które na tyle wyraziście się różnią, żeby wśród takich kandydatów dokonał się wybór.

W tegorocznych wyborach prezydenckich nie ma tak wyrazistego kandydata czy kandydatów, jak w poprzednich. To będą pierwsze wybory, kiedy będzie można mówić o swoistym peletonie kandydatów. A różnica jednego procenta głosów może zadecydować, kto wejdzie do drugiej tury.

Po prawej, i po lewej stronie w miarę upływu czasu będzie więc rosło przekonanie, że większe szanse na obecność w II turze daje mniejsza niż się dziś mówi liczba kandydatów.

Wydaje mi się, że lewica powoli dojrzewa do rozstrzygnięcia, czy może mieć jednego, wspólnego kandydata w wyborach prezydenckich. Warunkiem jest jednak, że Włodzimierz Cimoszewicz zgłosi swoją kandydaturę.

PAP: Czy Pan go namawia do kandydowania?

Prezydent RP: Tak, namawiam go, bo jest dobrym i przygotowanym kandydatem. Ma ogromne doświadczenie w sprawach międzynarodowych, w których polski prezydent ma duże uprawnienia. Ze wszystkich wymienianych kandydatów Cimoszewicz wydaje się najbardziej przygotowany do tej międzynarodowej roli. U kandydatów ważna jest znajomość mechanizmów polityki zagranicznej, ludzi, języków obcych. We współczesnym świecie nie da się po polsku rozmawiać ze wszystkimi. Do tego Włodzimierz Cimoszewicz ma duże doświadczenie w pracy państwowej – jest Marszałkiem Sejmu, był premierem, był ministrem spraw zagranicznych, był też ministrem sprawiedliwości. Jestem również przekonany, że właśnie on jest w stanie najbardziej zintegrować wyborców lewicy, centrolewicy a nawet centrum.

PAP: Czy po rozmowach z liderami partii lewicowych wierzy Pan jeszcze we wspólną listę lewicy w wyborach parlamentarnych?

Prezydent RP: Rozmowy na temat tej listy są trudne i żmudne. Odbywają się wśród ludzi, którzy dobrze się znają, którzy po rozejściu się, są bardzo rozgoryczeni, krytyczni wobec siebie, tak jak małżeństwa po rozwodzie.

Ale wśród tych emocji coraz częściej pojawia się polityczna racjonalność. Jej przejawem jest propozycja, aby lewica wystawiła wspólnych kandydatów w wyborach do Senatu. To już jest właściwie przesądzone.

Wydaje mi się, że jest duża szansa, aby był jeden kandydat w wyborach prezydenckich. Oceniam, że zarówno Włodzimierz Cimoszewicz, jak i Marek Borowski mają wewnętrzne przekonanie, że w którymś momencie trzeba będzie podjąć tę decyzję. Zresztą Marek Borowski wyrażał takie przekonanie w publicznej wypowiedzi. A myśli tak, jak sądzę, i Cimoszewicz.

Najtrudniej będzie ze wspólnymi listami do Sejmu. One są wynikiem uzgodnień w okręgach, a w części okręgów możliwości współpracy ugrupowań lewicowych są bardzo ograniczone, żeby nie powiedzieć żadne.

Angażuję się w tę sprawę, bo wywodzę się z lewicy i dla mnie czymś osobiście przykrym jest fakt, że lewica tak bardzo roztrwoniła udzielone jej poparcie, że zawiodła wielu wyborców. Byłoby źle, gdyby lewicy nie byłoby w nowym parlamencie. To jest kwestia równowagi politycznej i społecznej, reprezentacji poważnej części elektoratu.

PAP: Czy opowiada się Pan za przeprowadzeniem wyborów parlamentarnych i prezydenckich w jednym dniu?

Prezydent RP: Kluczowa jest: racjonalność polityczna i możliwości organizacyjne. Z rozmów z ekspertami wynika, że to jest politycznie wątpliwe, a organizacyjnie trudne i ryzykowne. Trzeba pamiętać, że list parlamentarnych będzie bardzo dużo i wielu będzie też kandydatów na prezydenta.

To ogromna trudność dla komisji wyborczych. Trzeba rozmawiać z członkami PKW czy nie obawiają się oni tego wszystkiego - liczenia, przekazywania wyników, upływu czasu, wątpliwości wyborców. Ludzie, których znam, a którzy pracują w komisjach obwodowych twierdzą, że w obecnych składach komisje obwodowe nie dadzą sobie z tym rady.

Trzeba sobie jasno powiedzieć, czy nie byłoby bardziej racjonalnie, gdyby wybory parlamentarne odbyły się pierwsze, co dawałoby czas obywatelom na krótką refleksję przed wyborami prezydenckimi. Ale to na razie rozważania, a nie decyzje.

PAP: Niektórzy obawiają się, że wyborcy nie będą chcieli pójść do urn dwukrotnie w tak krótkim czasie.

Prezydent RP: Ten argument jest słaby. Najwyższa frekwencja zawsze była w II turze wyborów prezydenckich, wysoka w I turze, a najniższa w parlamentarnych. Gdyby więc wybory prezydenckie nastąpiły po parlamentarnych, to efekt zmęczenia byłby dość ograniczony. 





PAP: Opinia publiczna jest podzielona w sprawie Pana wyjazdu do Moskwy. Część popiera Pańską decyzję o wyjeździe, część uważa, że powinien Pan świętować w kraju z polskimi kombatantami. Według byłego ministra spraw zagranicznych prof. Władysława Bartoszewskiego, do Moskwy powinien pojechać premier.

Prezydent RP: Zaproszenia na moskiewskie uroczystości mają charakter personalny. Pomysł wysłania kogokolwiek innego nie wchodzi w grę. Jedzie albo nie jedzie prezydent. Osoby, do których skierowano zaproszenie decydują o tym same.

Polska była obecna na wszystkich frontach II wojny światowej. Jako prezydent uczestniczyłem w uroczystościach 60. rocznicy bitwy o Monte Cassino, w obchodach upamiętniających lądowanie aliantów w Normandii, byłem w Bredzie na szlaku walk Brygady Pancernej gen. Maczka wyzwalającej Holandię, byłem na wielu mogiłach polskich żołnierzy w kraju i na całym świecie.

Teraz jest moment, w którym powinniśmy być 9 maja na obchodach 60. rocznicy zakończenia II wojny światowej. Powinniśmy oddać hołd tym, którzy walczyli na Wschodzie - także Polakom. 18 marca tego roku byłem na uroczystościach 60. rocznicy powrotu Polski nad Bałtyk i zdobycia Kołobrzegu. Nie zauważyłem tam żadnego z tych polityków parlamentarnych, którzy teraz pouczają mnie, gdzie powinienem być 9 maja.

Zakończenie II wojny światowej oczywiście nie przyniosło wolności całej Europie; niektórym krajom przyniosło niestety tylko ograniczoną suwerenność, a niektórym - jak państwa bałtyckie - wręcz utratę suwerenności.

Nie jadę do Moskwy, by oddać hołd tym, którzy aresztowali polskich patriotów, wywozili ich i mordowali, instalowali stalinowski system terroru i zniewolenia. Swoją obecnością pragnę podziękować tym wszystkim, którzy walczyli z faszyzmem, czynili to z najczystszych pobudek, złożyli ofiarę. Na terenie Polski zginęło przecież 600 tysięcy żołnierzy Armii Czerwonej, ludzi różnych narodowości.

To jest sens obecności w Moskwie. Mam nadzieję, że ci, którzy dziś tyle mówią o polskich kombatantach, wykażą kulturę i wrażliwość, aby uszanować także tych, którzy przyszli z I i II Armią Wojska Polskiego.

PAP: Pojawia się coraz więcej opinii, że intencją moskiewskich obchodów tak na naprawdę nie jest uczenie ofiar faszyzmu; a jeśli już - to ofiar Wojny Ojczyźnianej (tak w Rosji nazywa się II wojnę światową, która dla Rosjan trwała od czerwca 1941 r. do maja 1945 r.) oraz gloryfikacja Związku Radzieckiego.

Nostalgia za okresem ZSRR jest w Rosji bardzo silna, w poniedziałek w orędziu o stanie państwa wygłoszonym przed Radą Federacji i Dumą Państwową prezydent Putin nazwał rozpad Związku Radzieckiego "największą katastrofą geopolityczną XX wieku".

Prezydent RP: Sam jestem ciekaw wystąpienia prezydenta Putina 9 maja. Przecież nie będzie ono skierowane tylko do prezydenta Polski, ale do obecnych w Moskwie przywódców całego świata. Nie mam wątpliwości, że prezydent Putin wypowie się w sposób , który uwzględni zarówno wrażliwość własnego społeczeństwa, jak i przywódców byłej koalicji antyhitlerowskiej, państw Unii Europejskiej i wszystkich innych państw – w tym również byłych państw nieprzyjacielskich. Powie zapewne o ofiarności, odwadze, stratach i zasługach. Nie wierzę, żeby było to wystąpienie burzące porządek moralny w ocenie historii.

Taki ton może się pojawiać na różnych wewnętrznych seminariach, spotkaniach naukowych, czy nawet może to być tak wypowiadane, jak ostatnio w Dumie, ale nie wobec przedstawicieli tych państw.

PAP: Czy wystąpienie prezydenta Putina w Dumie nie jest sygnałem mówiącym o tym, co możemy usłyszeć w Moskwie? 

Prezydent RP:
Nie wiem. Sądzę, że w tej sprawie trzeba sobie jasno powiedzieć: o ile część Rosjan może tak myśleć, to nie myślą tak wszyscy.

Na pewno nie uważają tak ci, którzy dzięki upadkowi ZSRR mogli wybić się ostatecznie na niepodległość i suwerenność - myślę o Polsce - uzyskać tę niepodległość, jak Litwa, Łotwa i Estonia, czy zjednoczyć się - mówię o Niemczech.

Myślę, że prezydent Putin w tym kręgu - a sądzę że spokojnie można mówić i o Stanach Zjednoczonych - nie uzyska zrozumienia dla takiej tezy, bez względu na to jak nie byłaby ona słuszna w świadomości wielu milionów Rosjan, dla których Związek Radziecki był powodem do dumy, którzy mieli łzy w oczach, gdy przedstawiciele ZSRR zdobywali złote medale olimpijskie.


PAP: Ale gdyby w Moskwie 9 maja doszło do próby rewizji historii, to osoby, które nie zgadzają się z tym poglądem nie będą miały tam szansy zabrać głosu. 

Prezydent RP: Ale po 9 maja jest 10 maja, jest rok 2005, rok 2006, i kolejne lata... Będziemy mieli wiele okazji by powiedzieć prawdę i prezentować swoje oceny. 9 maja jest tylko wydarzeniem rocznicowym, które moim zdaniem, nie będzie przebiegało w ten sposób. W interesie rosyjskim nie leży aby tego dnia skonfliktować Rosję na płaszczyźnie historycznej z większością świata.

Gdybym miał przewidywać, to 9 maja prezydent Putin będzie mówił oczywiście o ofierze złożonej podczas II wojny światowej. Ale przede wszystkim będzie chciał mówić o Rosji współczesnej, która jest ważnym uczestnikiem życia międzynarodowego; będzie nas przekonywał, że Rosja rozwija się demokratycznie, że chce stać na straży fundamentalnych wartości: pokoju, bezpieczeństwa, walki z terroryzmem. Spodziewam się raczej takiego przemówienia.

PAP: Bez względu na to, czy na Placu Czerwonym Władimir Putin wypowie się w innym duchu niż w Dumie, faktem jest, że polityka rosyjska wobec Polski, czy krajów bałtyckich jest dla nich często upokarzająca. 

Prezydent RP:  Myślę, że jeszcze trochę potrwa zanim głos rosyjski będzie bardziej podobny do głosu byłego członka Biura Politycznego Aleksandra Jakowlewa (w kwietniu Jakowlew został odznaczony Krzyżem Komandorskim Orderu Zasługi Rzeczpospolitej Polskiej-PAP), który tu w Pałacu Prezydenckim mówił, że pakt Ribbentrop-Mołotow był aktem zdrady, a ofiary Katynia w istocie są dziećmi tej zdrady. To są sformułowania, które gdyby padły ze strony polskiej pewnie zostałyby uznane za nadzwyczaj ostre i nieprzyjazne, a mówił to Aleksander Jakowlew - więc tacy Rosjanie też są.

Inaczej rozmawia się z prezydentami krajów, które w ciągu ostatnich 15 lat uzyskały suwerenność, weszły do Unii Europejskiej, do NATO i mają poczucie sukcesu, a inaczej z prezydentem kraju, który z ponad 200-milionowego mocarstwa, stał się krajem ponad 100-milionowym, pozbawionym znaczącej części terytorium i patrzącym, jak w wielu miejscach jego wpływy dalej się ograniczają.

Nie spodziewamy się jakichś cudów, nagłej zmiany stanowisk i przełknięcia tych wszystkich gorzkich pigułek za jednym razem. Oczekujemy, że Rosja będzie chciała traktować Polskę, Czechy czy Węgry w identyczny sposób, jak inne kraje Unii Europejskiej - bez szczególnego wyróżniania, ale też bez jakichkolwiek upokorzeń, czy gorszego traktowania.

Tego powinniśmy się trzymać. I nie powinniśmy też dawać powodów czy pretekstów do usprawiedliwiania różnych działań polską nieprzychylnością, polskimi obsesjami, polską antyrosyjskością.

Na Zachodzie już są przedstawiane takie opinie, że Polska nie może być ekspertem w sprawach wschodnich i w relacjach Unia-Rosja, bo w swoich opiniach jesteśmy jednostronni, a wręcz obsesyjni. Zaś w kraju czasem mam wrażenie, że niektórzy, raczej nieświadomie, taką rosyjską koncepcję realizują, by nas przedstawić, jako tych, którzy myślą w sprawach rosyjskich emocjami, a nie racjonalnie.

Takie opinie nie padają w świecie na zupełnie niepodatny grunt. Są tacy, którzy chętnie słuchają ocen mówiących, że nasza historia jest tak brzemienna w skutki, iż racjonalność w zachowaniach będzie występowała dopiero w następnych pokoleniach. To jest ocena niesprawiedliwa, choć dla nas niebezpieczna.

PAP: Po doniesieniach prasowych o zaproszeniu do Moskwy trzech dyktatorów: Kim Dzong Ila, Aleksandra Łukaszenki i Saparmurada Nijazowa, poprosił Pan MSZ o konsultacje z partnerami z UE i NATO. Jest jakaś formuła postępowania na wypadek np. przypadkowego spotkania z Łukaszenką?

Prezydent RP: Konsultacje pokazały jedno: wszyscy uznają, iż to gospodarz zaprasza. Z tego, co wiem, wątpliwości wyrażane są tu także przez te kraje, na opinii których Rosji bardzo zależy. Stąd informacja - ale nie będę tu wchodzić w szczegóły - że część tych gości będzie miała wtedy jakieś inne zajęcia, Kim Dzong Il nie przyjedzie.

A co się robi w takich niezręcznych sytuacjach? Po prostu: gdy nie wiesz jak się zachować – to zachowuj się przyzwoicie, jeśli z kimś się nie rozmawia – to się nie rozmawia. Zresztą z częścią z tych osób trudność polega obiektywnie na tym, że nie ma za bardzo ani jak rozmawiać, ani o czym.

W Watykanie na uroczystościach pogrzebowych Jana Pawła II, ze względu na układ alfabetyczny, blisko siebie znaleźli się prezydenci Iranu, Syrii i Izraela. I w tym nie było żadnego "watykańskiego spisku".

Jeśli w Moskwie będzie ustawienie według alfabetu rosyjskiego, to można sobie wyobrazić, jak będziemy stali. Wiele też zależy od tego, kto reprezentuje dany kraj: głowy koronowane są w pierwszej kolejności, następnie są prezydenci, potem premierzy. Czasem zdarzają się sytuacje kłopotliwe, ale nie są to sytuacje dramatyczne. Słowem: nie dramatyzujmy tego, co dramatem nie jest i nie powinno być.
Poleć znajomemu


Opuszczasz oficjalny serwis Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej


Dziękujemy za odwiedzenie naszej strony.

Zapraszamy ponownie.