przeskocz do treści | przeskocz do menu głównego
Oficjalna strona Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej
| | |
A | A | A
Czwartek, 25 kwietnia 2013

Wykład prezydenta nt. historycznej pamięci III RP

  |   Ceremonia wręczenia Bronisławowi Komorowskiemu doktoratu honoris causa Uniwersytetu Kazimierza Wielkiego Ceremonia wręczenia Bronisławowi Komorowskiemu doktoratu honoris causa Uniwersytetu Kazimierza Wielkiego Ceremonia wręczenia Bronisławowi Komorowskiemu doktoratu honoris causa Uniwersytetu Kazimierza Wielkiego Ceremonia wręczenia Bronisławowi Komorowskiemu doktoratu honoris causa Uniwersytetu Kazimierza Wielkiego Ceremonia wręczenia Bronisławowi Komorowskiemu doktoratu honoris causa Uniwersytetu Kazimierza Wielkiego Ceremonia wręczenia Bronisławowi Komorowskiemu doktoratu honoris causa Uniwersytetu Kazimierza Wielkiego Ceremonia wręczenia Bronisławowi Komorowskiemu doktoratu honoris causa Uniwersytetu Kazimierza Wielkiego Ceremonia wręczenia Bronisławowi Komorowskiemu doktoratu honoris causa Uniwersytetu Kazimierza Wielkiego Ceremonia wręczenia Bronisławowi Komorowskiemu doktoratu honoris causa Uniwersytetu Kazimierza Wielkiego Ceremonia wręczenia Bronisławowi Komorowskiemu doktoratu honoris causa Uniwersytetu Kazimierza Wielkiego Ceremonia wręczenia Bronisławowi Komorowskiemu doktoratu honoris causa Uniwersytetu Kazimierza Wielkiego

Panie Rektorze,

Panie i Panowie Rektorzy,
Wszyscy Dostojni Goście,
Szanowni Państwo!
 
Po pierwsze, chciałem bardzo serdecznie podziękować całej społeczności akademickiej i jej władzom, szczególnie Senatowi Uniwersytetu Kazimierza Wielkiego w Bydgoszczy, za to najwyższe uniwersyteckie wyróżnienie, jakim jest doktorat honoris causa. Chcę również podziękować za to, że patronuje temu Kazimierz Wielki, jakby nie było, odpowiedzialny za Polskę, który marzył i realizował program jej unowocześniania – jak wiadomo, zastał Polskę drewnianą, zostawił murowaną.
 
Chcę serdecznie podziękować również za to, że promotorem i autorem laudacji jest pan profesor Henryk Samsonowicz, jeden z moich mistrzów w czasie studiów na Wydziale Historycznym Uniwersytetu Warszawskiego. Widocznie tak chciał Pan Historii, żeby nam się to zdarzyło. Żeby się zdarzyło również coś, co zdarza się niesłychanie rzadko: że te relacje mistrz-uczeń z czasu, gdy byłem studentem – wtedy troszkę korzystałem z opieki pana profesora dla moich różnych, niekoniecznie zawsze bardzo dojrzałych pomysłów politycznych – że ten czas zastąpił potem taki moment, w którym miałem wielki honor i zaszczyt być młodszym kolegą pana profesora Samsonowicza w rządzie Tadeusza Mazowieckiego. Upatruję w tym jakiejś szczególnej symboliki, dla mnie niesłychanie ważnej.
 
Równie zaszczytni są obydwaj recenzenci, zajmujący poczesne miejsce w polskiej nauce, ale także w moim życiu i sercu. Profesor Władysław Bartoszewski to mój starosta z obozu internowania z czasów stanu wojennego, to także mój swoisty metr z Sèvres, jeśli chodzi o postawę patriotyczną, o łączenie gorącego patriotyzmu z poczuciem odpowiedzialności i umiaru. To także mój kolejny mistrz, bo proszę Państwa, tak często bywało w historii Polski, że więzienie czy obóz internowania, szczególnie dla więźnia politycznego, potrafiły być swoistym uniwersytetem, zwłaszcza jeśli się je dzieliło z takimi osobami jak Tadeusz Mazowiecki, Bronisław Geremek, Andrzej Drawicz, Aleksander Małachowski, Stefan Kurowski, Stefan Niesiołowski, Wiktor Woroszylski czy Andrzej Celiński.
 
Z kolei profesor Franciszek Ziejka uosabia w moich oczach to wszystko, co jest najpiękniejsze w tradycji krakowskiej. To jeden z najdzielniejszych strażników naszego narodowego dziedzictwa – i tego duchowego, i materialnego – o czym najlepiej świadczy jego praca na rzecz ratowania historycznej substancji Krakowa. Obu recenzentom dziękuję z całego serca.
 
Radość z zaszczytu, jakim jest doktorat honoris causa tej uczelni, wynika też z naturalnego, wielkiego szacunku dla nauki i dla tradycji uniwersyteckiej. Chociaż jestem historykiem z wykształcenia, tak się życie potoczyło, że wybrałem działanie. Tu muszę przyznać się Państwu do myśli, które mi towarzyszyły, gdy przed paroma dniami wręczałem nominacje profesorskie czterem moim kolegom z Wydziału Historycznego, z różnych okresów. Widziałem, jak można pozostać do końca wiernym tej wielkiej miłości, jaką jest historia. Miałem też ogromną satysfakcję, że wręczałem nominacje profesorskie ludziom o bardzo różnych dzisiaj poglądach i sympatiach – mam nadzieję, że mi to wybaczą – od profesora Jana Żaryna po profesora Andrzeja Żbikowskiego, po drodze był profesor Wojciech Fałkowski. Miałem ogromną satysfakcję, bo dla mnie to był symbol mówiący o tym, że można być wiernym historii, zgłębiać ją, łącząc różne, odmienne pasje polityczne i poglądy. Ostatecznie historia jest jedna i nikt jej nie zmieni. To ona nas może zmieniać – czasami na lepsze, czasami na gorsze. I przyznam się, że z pewną nostalgią i zazdrością patrzyłem na kolegów.
 
Laudacja profesora Samsonowicza i uwagi zawarte w recenzjach profesorów Bartoszewskiego i Ziejki stały się dla mnie inspiracją i zachętą, aby korzystając z przywileju i pięknego obyczaju uniwersyteckiego, jakim jest wykład doktora honoris causa, w takim uświęconym tradycją stroju, aby ten wykład poświęcić miejscu i znaczeniu historii w III Rzeczypospolitej.
 
Ktoś może zapytać, dlaczego unikam terminu „polityka historyczna”. Tego określenia rzeczywiście staram się unikać. Jest ono w obiegu zarówno publicystycznym, politycznym, jak i naukowym. Jest w języku publicystów i polityków wypowiadających się w tej sprawie szczególnie wtedy, kiedy budzi ona emocje. Nie ukrywam, że nie przepadam za tym terminem. Niesie on już w nazwie zapowiedź pewnej manipulacji, instrumentalnego wykorzystywania przeszłości dla osiągnięcia doraźnych celów politycznych. Czyni z historii służebnicę polityki, podczas gdy ja bardziej widzę historię tej polityki mistrzynią.
 
Historia jako służebnica polityki oznacza rozmienianie narodowych sreber na drobne pieniądze. Nie jest rolą historii bycie polem politycznych bitew. Nie jest rolą historii bycie narzędziem do pognębienia politycznych rywali. A tak właśnie potrafi być ona używana w ramach tzw. polityki historycznej – i u nas, i poza granicami Polski również.
 
Dla mnie historia, wspólne jej przeżywanie przez miliony Polaków, jest czymś więcej niż zwykłym paliwem polityki. Jest niezbędną częścią wspólnego fundamentu, na którym są wzniesione losy ludzi o bardzo różnych poglądach i sympatiach. Jest fundamentem, na którym osadzamy naszą narodową i obywatelską wspólnotę, nasze suwerenne, demokratyczne i solidarne polskie państwo, z takim trudem budowane i odzyskiwane parokrotnie.
 
Dlatego właśnie kiedy po 1989 roku, po dziesięcioleciach komunistycznego uzależnienia Polski Ludowej od Moskwy, odbudowywaliśmy to nasze wolne i suwerenne polskie państwo, właściwie na każdym kroku odwoływaliśmy się do historii. Czyniliśmy to trochę spontanicznie, trochę bez większej refleksji. Czyniliśmy tak dlatego, że to właśnie historia była jednym z najważniejszych budulców odbudowywanej i zagospodarowywanej suwerenności. I pewnie było dużo przesady w różnego rodzaju świętowaniach, upamiętnieniach, ale – proszę Państwa – to trochę jest tak, jak z pociągami czy samochodami, które jadą i gdzieś jest albo szlaban, albo STOP. I przez kilkadziesiąt lat musi się zebrać wielu czekających, wiele sytuacji wymagających przejścia na drugą stronę, do świadomości narodowej. Tak było po 1989 roku, gdy podniesiony szlaban powodował, że jedno za drugim wydarzenie nawiązujące do historii trafiało w społeczne oczekiwania i potrzeby.
 
Zdecydowanie nie zgadzam się z poglądem, często prezentowanym w naszych debatach polityczno-historycznych, że w latach 90. odwróciliśmy się plecami od naszej historii. Owszem, byli i tacy, co chętnie zapominali o swojej gorliwości, z jaką na przykład budowali PRL. Ale my – ludzie „Solidarności” – o historii pamiętaliśmy na każdym kroku. Czerpaliśmy z historii pełnymi garściami, bo to ona dostarczała nam wzorów, jak na nowo urządzić własne, suwerenne, odzyskane państwo.
 
Pamiętam to doskonale z własnego doświadczenia. W kwietniu 1990 roku z nominacji premiera Tadeusza Mazowieckiego zostałem wiceministrem obrony narodowej, i to na dodatek do spraw wychowawczo-społecznych. Zadaniem moim i całej nowej ekipy w MON było przeprowadzenie armii polskiej, będącej przed 1989 rokiem jednym z istotnych filarów PRL-u, do Polski niepodległej i demokratycznej. Robiliśmy to, przywracając dawne, historyczne instytucje i tradycje Wojska Polskiego, także te z czasów II Rzeczypospolitej. Nie sposób tu powiedzieć o wszystkim. Ja nigdy nie zapomnę wzruszenia na widok pierwszego egzemplarza codziennej gazety Wojska Polskiego – „Polski Zbrojnej”. Jako student korzystałem z jej przedwojennych egzemplarzy i nawet nie marzyłem wtedy, że będę miał swój udział w jej zmartwychwstaniu. Moja radość była tym większa, że pojawienie się „Polski Zbrojnej” oznaczało odesłanie na śmietnik historii „Żołnierza Wolności” – mówiąc językiem publicystycznym: szmatławca, przy pomocy którego w stanie wojennym usiłowano nas, internowanych, reedukować w obozie w Jaworzu. Jak tu się było nie cieszyć, zwłaszcza że moją decyzją redaktorem naczelnym „Polski Zbrojnej” został Jerzy Ślaski, były żołnierz Armii Krajowej i WiN-u, uczestnik słynnego rozbicia więzienia UB w Puławach, który jednocześnie był kadetem, człowiekiem kochającym całym swoim polskim sercem polskie wojsko i wojskową tradycję polską. Ważne jest to, że wielu było takich ludzi jak Jerzy Ślaski. Tacy ludzie, przywracając wojsku tradycję, przywracali jednocześnie armię narodowi.
 
Ważnym wydarzeniem o symbolicznym znaczeniu była zmiana tablic na Grobie Nieznanego Żołnierza. Stare, głoszące chwałę nieomalże tylko Ludowego Wojska Polskiego, trafiły do muzeum. Na nowych zapisano całość militarnej, patriotycznej polskiej tradycji – na zasadzie uzupełnienia, a nie eliminowania. Bardzo się tu przydały moje kontakty z emigracją, z wychodźstwem żołnierskim. Ukoronowaniem tego procesu był światowy zlot kombatantów polskich. Odbyła się wtedy defilada, na którą wielu żołnierzy czekało przez całe życie, właśnie pod odnowionym Grobem Nieznanego Żołnierza. Defilada, na którą ci najbardziej dla Polski zasłużeni czekali i w końcu się doczekali. Opiekowali się wtedy nimi aktualni żołnierze. Niemal namacalnie budowany był most między starą i nową armią, armią Polski wolnej i demokratycznej, między armią Drugiej i Trzeciej Rzeczypospolitej.
 
Można by takie posunięcia wymieniać bardzo długo, byłaby to długa lista. Ale nie sposób choćby nie wspomnieć jeszcze o kilku: o przywróceniu dawnego Święta Żołnierza Polskiego w dniu 15 sierpnia, o zmienionej przysiędze wojskowej, o zmienionych patronach jednostek wojskowych.
 
Bardzo ważnym elementem przywracającym armii jej narodowe, historyczne tradycje było także odbudowanie Ordynariatu Polowego Wojska Polskiego. I chciałbym o tym otwarcie i bardzo mocno powiedzieć właśnie tu, przemawiając do społeczności Uniwersytetu Kazimierza Wielkiego. Często się bowiem w naszym kraju myli klerykalizację z narodową, patriotyczną misją Kościoła. Często się bowiem w naszym kraju myli to, co może być obciążeniem, i to, co może być wielkością. Właśnie znajomość historii przekonuje, jak ta misja była ważna na ziemiach polskich w XIX i XX wieku, kiedy brakowało własnego państwa, bądź pełnej suwerenności, jak w PRL-u. W tych najtrudniejszych czasach to właśnie Kościół był najważniejszym bastionem polskości i postaw patriotycznych.
 
Nikt, kto zna polską historię, nie będzie chyba posądzał Józefa Piłsudskiego o chęć klerykalizacji polskiej armii. A przecież to on, i to już w zaraniu niepodległości, był ojcem Ordynariatu, choć formalną decyzję, rzecz jasna, podjął ówczesny papież. Nie wyobrażał sobie Piłsudski polskiego wojska bez Boga i kapelanów, sam pozostając agnostykiem. Zabiegał o to już w I Brygadzie Legionów, nie bacząc na sprzeciwy i grymasy swoich wywodzących się z PPS współpracowników.
 
Czas nie pozwala na przypomnienie wszystkich tych działań, ale raz jeszcze chcę bardzo mocno podkreślić, że czterolecie rządów „Solidarności”, czyli lata 1989–1993, to był okres intensywnego wykorzystywania budulca historii w wielkim dziele budowania i umacniania suwerennego, demokratycznego i solidarnego państwa polskiego. To był także okres ważnego sporu politycznego o proporcje udziału i rolę historycznej pamięci w zachodzących przemianach.
 
W 1993 roku, w roku wyborów parlamentarnych, wygrała – jak to wtedy mówiono – postkomunistyczna lewica. Nie traktowała ona narodowej historii jako patriotycznego depozytu. Bardziej widziała w niej obciążenie swoistej komunistycznej hipoteki i wyrzut sumienia, o którym chyba chciała jak najszybciej zapomnieć. Stąd wśród ówczesnej lewicy ogromna popularność hasła: Wybierzmy przyszłość!, jednoznacznie przecież sugerującego, że przeszłość jest tylko obciążeniem i że w ogóle można wybierać między przeszłością a przyszłością, tak jakby one nie stanowiły całości. Lider tej formacji otwarcie deklarował: Wprowadzony zostanie zakaz burzenia pomników, nie będziemy zajmować się zmianami nazw ulic, [...] nie zajmiemy się także sprowadzaniem do kraju kolejnych nieboszczyków. Nie wiem, kogo miał na myśli, ale być może chodziło o prochy dowódców Armii Krajowej, o przedwojennych prezydentów, o dowódców polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie. Z taką postawą, z takim poglądem, w sposób zasadniczy się nie zgadzałem i nie zgadzam. Politycznie podzielony i ogłuszony wyborczą klęską obóz „Solidarności” nie potrafił się tej propagandzie przeciwstawić. Najlepszym tego dowodem stało się zwycięstwo lewicy w wyborach prezydenckich z 1995 roku, ale również wygrane pod sztandarem z takim właśnie zawołaniem następne wybory.
 
Jest w tym coś dziwnego, ale można to zrozumieć, bo przecież z drugiej strony stawiano swoistą, nieudolną kopię historycznych już zachowań, historycznych wartości. Na przykład Bezpartyjny Blok Współpracy z Rządem – historycznie piękny, ale kompletnie niepasujący do wyzwań współczesności. Decyzje wyborcze Polaków, jak powiedziałem, można zrozumieć, ale solidarnościowym elitom można się tylko dziwić, że i one uległy wtedy perswazji o bezużyteczności historycznej pamięci w naszym życiu publicznym i politycznym. Do takiego wniosku prowadzi choćby rzut ona na sztandarowe hasła wyborcze Akcji Wyborczej Solidarność. W 1997 roku AWS poszła do wyborów pod hasłem: Nowoczesna gospodarka. I inne tego rodzaju hasła, odwołujące się tylko i wyłączenie do problemów współczesności. Trudno oprzeć się wrażeniu, że AWS przyjęła rywalizowanie na polu wyznaczonym przez swoich postkomunistycznych rywali. I trudno nie widzieć w tym także przyczyn jej porażki. Nie udało się wygrać przyszłości bez spokojnego, zakotwiczonego w tradycji i historii programu zmian. W pewien sposób „Solidarność” uległa wtedy pokusie ucieczki od historii, być może w poczuciu zachwiania proporcji, o których mówiłem, z początku lat 90.
 
Dostrzegli to politycy i publicyści z szeroko pojętego obozu postsolidarnościowego i wyciągnęli z tego wnioski. Stąd druga dekada III Rzeczypospolitej przynosi prawdziwy renesans zainteresowania historyczną pamięcią Polaków. Wiele się wtedy mówi i pisze właśnie o potrzebie prowadzenia nowej polityki historycznej. I można by temu tylko przyklasnąć, gdyby nie szybkie i instrumentalne wykorzystanie tego ożywienia dla uczynienia z historii jednego z taranów tak zwanej IV Rzeczypospolitej. Nie będę tego wątku kontynuował, bo szkoda odświętnego i radosnego klimatu tego spotkania na toczenie politycznych polemik.
 
Podkreślę, że należę do osób, które bez historii nie wyobrażają sobie naszego życia – osobistego, rodzinnego, ale także narodowego. To kod historii jest fundamentem naszej indywidualnej i zbiorowej tożsamości. Stąd wielkie znaczenie pamięci historycznej, stanowiącej bardzo ważny element polskiej tożsamości narodowej. Jest to szczególnie istotne dla naszej podmiotowości w zacieśniającej więzy gospodarcze i polityczne, a także mentalnościowe Unii Europejskiej.
 
Ważnym elementem pamięci historycznej winna być jej wspólnotowość. Pamięć o przeszłości, szacunek dla jej dokonań powinny w stopniu maksymalnie możliwym łączyć Polaków. O historii powinniśmy mówić bez zapiekłości, bez intencji sadzania adwersarzy politycznych w „historycznej oślej ławce”. Odwoływanie się do historii nie może być instrumentalnym zabiegiem służącym doraźnym interesom politycznym. To nie może być maczuga do wzajemnego okładania się w politycznych bijatykach. Wolna od hagiografii pamięć historyczna, wolna na tyle, na ile jest to możliwe, musi być też spłatą długu wobec tych, których w czasach komunistycznych skazano na zapomnienie. Dlatego z taką determinacją docieramy dzisiaj do stalinowskich dołów śmierci i przeistaczamy je w narodowe cmentarze – od miejsc spoczynku ofiar zbrodni katyńskiej po Łączkę na warszawskich Powązkach.
 
Ważne jest zresztą nie tylko to, aby docenić zasługi i upamiętnić narodowych bohaterów. Nie mniej liczy się dążenie, by wiedza o nich stała się trwałym elementem naszej zbiorowej pamięci i doświadczenia. Stąd budowanie przeze mnie kompromisu w niełatwym, ostrym sporze o nauczanie historii. Stąd moje wsparcie dla rozwiązania, by licealny blok „Ojczysty Panteon i polskie spory” był obowiązkowy.
 
I na koniec jedno jeszcze wyznanie. Kocham historię i nie wyobrażam sobie bez niej życia. Ale pamięci o historii w najmniejszym stopniu nie traktuję jako ucieczki przed wyzwaniami, jakie niesie teraźniejszość i przyszłość. Wręcz przeciwnie: w historii widzę przede wszystkim punkt oparcia dla potężnej dźwigni pracującej na rzecz naszej współczesności i przyszłości. Bo żeby wiedzieć, dokąd się idzie, żeby wiedzieć, gdzie jest cel, do którego zmierzamy, trzeba wiedzieć, skąd się przychodzi. Historia jako źródło doświadczenia indywidualnego i zbiorowego nie musi przeszkadzać w dążeniu do nowoczesności, do głębokiej modernizacji z myślą o dniu dzisiejszym i o przyszłym. Modernizacja prowadzona w zgodzie z historyczną wrażliwością, z tradycjami rodzinnymi, regionalnymi czy ogólnonarodowymi to szansa na sukces. Modernizacja na kontrze do tradycji i historycznych doświadczeń jest możliwa, ale na ogół bardzo kosztowna i mało skuteczna. Potwierdza tę tezę na przykład doświadczenie Piotra Wielkiego czy bolszewików. My mamy inne wzorce i inne wybieramy metody. Namawiam do myślenia o historii jako o dźwigni na rzecz przyszłości. Dziękuję serdecznie za uwagę.
Poleć znajomemu


Opuszczasz oficjalny serwis Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej


Dziękujemy za odwiedzenie naszej strony.

Zapraszamy ponownie.