przeskocz do treści | przeskocz do menu głównego
Oficjalna strona Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej
| | |
A | A | A
Niedziela, 31 sierpnia 2014

Wystąpienie Prezydenta RP w ECS w Gdańsku

Jestem naprawdę szczęśliwy i wzruszony, że mogę uczestniczyć w szczęśliwym zakończeniu ważnego etapu powstawania Europejskiego Centrum Solidarności.

 

Byłem tutaj pięć lat temu i miałem honor uczestniczyć w uroczystości wmurowania kamienia węgielnego i po pięciu latach cieszę się, że mogę uczestniczyć w tym momencie, który oznacza, że rozpoczyna się już etap działania na rzecz kształtowania wiedzy, na rzecz kształtowania także i postaw, poglądów następnego pokolenia polskiego i nie tylko polskiego.

 

Jestem pewien, że to niezwykłe miejsce. Także ta niezwykła architektura, w której jesteśmy, która łączy przecież i tradycję Stoczni Gdańskiej, która była bramą ku polskiej wolności i łączy tradycję tych czasów najtrudniejszych, najstraszniejszych, bo dziś wiąże się z tymi krzyżami stoczniowymi, przypominającymi śmierć stoczniowców w grudniu siedemdziesiątego roku.

 

Cieszę się, że we wnętrzu tego Centrum jest tyle wątków związanych z różnymi drogami prowadzącymi ku polskiej wolności, że jest to także ten moment przypomnienia i działań opozycji przedsolidarnościowej, że jest przypomnienie ludzi, którzy starali się działać w tych najtrudniejszych czasach, szukając tej formy jak najskuteczniejszego funkcjonowania. Cieszę się również, mimo że to jest trochę wspomnienie i czasami przez łzy i radość przez łzy, że jest miejsce na wspomnienie o tych, którzy w okresie nocy stanu wojennego także o tej wolności nie zapomnieli, nie zwątpili, na jej rzecz pracowali.

 

Cieszę się, że jest także miejsce wspomnienia i jakiegoś pewnie gromadzenia także wiedzy, wspomnień, informacji związanych z obozami internowania. W związku z tym chciałem, panie dyrektorze, zostawić na pamiątkę, zostawić dla Europejskiego Centrum Solidarności, coś, co przetrwało gdzieś w moich szufladach z czasów pobytu w obozie internowania w Jaworzu. To był niezwykły obóz. Nie był to typowy obóz, bo to była tworzona trochę złota klatka po to, aby właśnie odróżniać inteligentów od robotników, wyznaczać inny los dla doradców solidarnościowych, a inny dla działaczy związkowych. Ale tam też było niełatwo, więc szukaliśmy różnych sposobów na to żeby przetrwać, żeby nie zwątpić, żeby wykorzystać ten czas, pusty, zły czas, na budowanie w sobie woli dalszego działania, nie tylko trwania, ale także budowania w sobie źródeł nadziei.

 

Chciałem przekazać panie dyrektorze coś, co dostałem wtedy w obozie internowania z myślą o całym obozie. To jest krzyż, taki krzyż, nie wiem jak to pewnie księża biskupi, arcybiskupi powiedzieć, taki powiedziałbym polowy, bo on był przewożony w teczce i można było go szybko złożyć i można było odprawiać mszę taką prawie polową. To przywiózł do Jaworza znany, bardzo szanowany dominikanin ojciec Jacek Salij i zostawił nam to. Zostawił wiedząc doskonale, że w tym obozie są różni ludzie o bardzo różnych poglądach, o bardzo różnych postawach, o bardzo różnych światopoglądach i bardzo różnym stosunku także do wiary, do Pana Boga. Zostawił to w przekonaniu, że to nam wszystkim dobrze zrobi, wspólna modlitwa w sytuacji trudnej i właśnie w sytuacji głębokiego zróżnicowania.

 

To są sprawy intymne, nie chcę za dużo o tym opowiadać, ale ten krzyż rzeczywiście gromadził ludzi o bardzo różnych postawach życiowych, ale połączonych marzeniem o wolności, połączonych marzeniem o sprawiedliwej, dobrej Polsce, połączonych nadzieją, że to od nas zależy, czy tę wolność w końcu wywalczymy.

 

Tu prosiłbym, żeby ewentualnie, i mego przyjaciela Maćka Rayzachera poprosić; on opowie może więcej szczegółów. Ażeby nie kończyć tak bardzo "na cokole", to powiem tyle, że to jest ciekawy fragment życia obozów internowania, kiedy właśnie ta wspólnota tworzyła się w bardzo różnych, na bardzo różnych zasadach, ale tworzyła się w sposób niesłychanie głęboki. Może zakończę jednak jakąś anegdotą z życia wziętą, żeby nie było tak strasznie poważnie.

 

Jak to było wtedy w dobrym zwyczaju to od razu internowani wszyscy zwracali się do komendanta, także ja, że koniecznie chcemy, prosimy o księdza, prosimy o mszę. I pewnego dnia wzywa mnie komendant ośrodka internowania i mówi: "Panie Komorowski, pan jesteś taki kościołkowy, no to macie tego księdza. Niech pan tu zorganizuje mszę.". Ja szczęśliwy wchodzę do sąsiedniego pokoju i ręce mi opadły. Bo kto stoi? Stoi pułkownik. W koloratce, ale pułkownik. Okres stanu wojennego i jeszcze, proszę państwa, na moje nieszczęście, w ciemnych okularach. W ciemnych okularach! Ja pamiętam ten moment: "Boże, jak ja teraz pójdę do tych moich kolegów", z którymi gdzieś ta wspólnota się tworzyła, ale tam byli agnostycy, niewierzący, wierzący, przeróżni. Myślę: "Jak ja im powiem, że przyjechał, okazuje się, kapelan wojskowy i to jeszcze w ciemnych okularach, przypominających postać, jakby która nas tam wsadziła do tego obozu internowania?".

 

Ale odbyła się pierwsza msza i, proszę państwa, to też było niezwykłe przeżycie. Potem nas odwiedzał także ksiądz biskup (Ignacy) Jeż z Koszalina. Odwiedzał, też odprawiał msze, ale wtedy była to pierwsza, to było także, nie ukrywam, pierwsze spotkanie moje z duszpasterstwem wojskowym. Niezwykłe, ciekawe, brzemienne w skutki, ale warte przypominania. To też był ważny element życia obozowego. Panie dyrektorze, niech to zostanie. Nie wiem, jak się zdobędę to opiszę to może jakimś listem.

(PAP)

Poleć znajomemu


Opuszczasz oficjalny serwis Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej


Dziękujemy za odwiedzenie naszej strony.

Zapraszamy ponownie.