przeskocz do treści | przeskocz do menu głównego
Oficjalna strona Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej
| | |
A | A | A
Poniedziałek, 16 grudnia 2013

Dla "Newsweeka" o internowaniu i stanie wojennym

Prezydent Bronisław Komorowski

Wywiad ukazał się w "Newsweeku" 16 grudnia 2013 roku.

 
JAN SKÓRZYŃSKI: 13 grudnia 1981 r. Jak to było?
 
BRONISŁAW KOMOROWSKI: Policja przyszła 12 grudnia przed północą. W domu spokój, dzieci poszły spać, ja siedziałem w wannie, gdy ktoś załomotał w drzwi. Otworzyła Ania. Było ich trzech, dwóch milicjantów i tajniak, który się przedstawił jako porucznik Wróbel. Przy drzwiach stał łom. Mówią: „Jest pan internowany". Pytam: „Co to znaczy?" A oni: „Panie, my sami nie wiemy. Niech pan się ubiera" - bo byłem w szlafroku. Mówię do żony: „Anka, to co zawsze". Anka dała mi gruby sweter, książeczkę do nabożeństwa, szczoteczkę do zębów, słoik smalcu, bieliznę. Ubrałem się i wychodzę z nimi, bardziej zdziwiony niż przestraszony. Wsiadamy do windy, widzę, że są potwornie spięci. „Co się dzieje?" - pytam. A ubek: „Nie wiemy, każą nam wszystkich aresztować. Niech pan powie, co z tego ma być?"
 
Zawieźli mnie na komendę MO na Mokotowie. Staliśmy w grupkach na korytarzu, zauważyłem m.in. wielu działaczy związkowych. To był znak, że akcja nie jest wymierzona tylko przeciw starej opozycji. Okazało się, że to tylko punkt zborny. Spisali nasze dane, policzyli i wpakowali po kilkunastu do suk. Pojechaliśmy na Białołękę, pokrzykując do siebie, szukając znajomych, wymieniając plotki i opinie.
 
Na miejscu znowu nas spisywali, trzeba było oddać rzeczy jak w więzieniu. Zrobiła się atmosfera bardziej nerwowa. Ale ciągle jeszcze dawał o sobie znać opozycyjny animusz: przyjdą i nas odbiją, komuniści się wycofają, bo nie mogą wygrać z narodem, dziesięć milionów członków Solidarności itd. Noc spędziliśmy w celach. Warunki były okropne, szyba wybita, brakowało desek w pryczach, brudne materace. Rankiem wyprowadzono nas na podwórko, gdzie stał szpaler strażników z tarczami, pałami i szczekającymi psami. Weszliśmy do jakiegoś budynku, gdzie był włączony telewizor, przemawiał gen. Jaruzelski. Wtedy do mnie dotarło, że jest stan wojenny...
 
 Kto siedział w Białołęce?
 
Obok starej ekstremy z opozycji demokratycznej duża liczba działaczy związku. Oni się bardzo bali o kolegów, zakład pracy, rodzinę, więc myśmy z jednej strony trochę szpanowali przed nimi, a z drugiej - staraliśmy się ich pocieszać. Wśród tych kolejarzy i taksówkarzy z Solidarności panował nastrój pewnej pretensji: „W co wyście nas wsadzili, inteligenty!". Staraliśmy się to rozładować, wciągać ich w życie więzienne, instruować, jak się zachowywać podczas przesłuchań, nie zeznawać, itp. Panował lęk o rodziny. Żadnych pewnych wiadomości nie było. Wieści przynosili nowi internowani, których przywożono w kolejnych dniach. Dla mnie bardzo ważne było pojawienie się Leszka Truchlewskiego, kolegi z harcerstwa i z opozycji. Pewnego dnia słyszę jego głos na korytarzu: „Bronek, nic się nie martw, harcerze zaopiekowali się Anką i dziećmi!" Odczułem wielką ulgę. Był to też sygnał, że coś się tam na zewnątrz organizuje - ani rodziny, ani my nie jesteśmy sami.
 
Do kiedy był pan w Białołęce?
 
Do 22 grudnia. Przed Bożym Narodzeniem wywieziono nas śmigłowcami z Bemowa do Mirosławca. Był moment paniki, bo nie wiedzieliśmy, dokąd nas wiozą i dlaczego. Rozpoznaliśmy, że lecimy na północny zachód, a gdy zobaczyłem napis Mirosławiec, wiedziałem, że jesteśmy na Pomorzu Zachodnim; tam była polska wojskowa baza lotnicza, a niedaleko od niej bazy rosyjskie. I do końca napięcie: dokąd nas wiozą, czy nie do Sowietów? Mazowiecki ładnie to potem opisał, że poczuł ulgę, gdy zobaczył orła na czapce wartownika. Jaworze to był wojskowy dom wypoczynkowy, który przystosowano do nowych celów. Po interwencji prymasa od razu zwolnili Andrzeja Kijowskiego i dzięki temu Anka dowiedziała się przez Maję Komorowską z Komitetu Prymasowskiego, że jestem w Jaworzu. Razem z Magdą Bogutą postanowiły nas odwiedzić. Przyjechały do obozu po świętach, jako pierwsze. Pamiętam: stoimy przy budynku, przed nami puste lotnisko polowe, na którym jedynym punktem ruchomym był myszołów włochaty, jak mówił Stefan Niesiołowski. Raptem widzimy, że w śnieżnej zadymce idą dwie dziewczyny w kurtkach turystycznych, kapturach, z plecakami. „Kto to jest? - myślimy. - Może córki oficerów z poligonu". Jedna do nas pomachała i zniknęły. Po półgodzinie przychodzi wartownik: „Komorowski, Boguta do komendanta, macie wizytę, żony przyjechały". Wrażenie było ogromne, i oczywiście duma, że moja pierwsza przyjechała.
 
Jakie wrażenie zrobiło na was Jaworze?
 
Jaworze było specyficznym obozem dla internowanych. W dwóch piętrowych pawilonach były trzyosobowe pokoje, urządzone jak w tanim ośrodku wczasowym w czasach PRL. Pokoje nie były zamknięte, mogliśmy się poruszać po całym pawilonie, zaryglowane były tylko drzwi zewnętrzne. Na posiłki chodziliśmy do stołówki. Jedzenie było dobre i obfite; władze przydzieliły nam stawkę żywieniową oficerów w czasie wojny. Mieliśmy wyrzuty sumienia, że nam tu tak dobrze, a ludzie poza murami pewno nie mają co jeść. Byli nawet tacy, którzy zbierali prowiant, aby wysłać do domu. Rodziny z kolei były przekonane, że głodujemy. Przysyłały nam paczki żywnościowe, jakie się zgodnie z polską tradycją wysyła do więzienia - smalec i cebulę. W efekcie stały wielkie worki cebuli i gigantyczne ilości smalcu, którego nie byliśmy w stanie zjeść.
 
Z kim pan był w pokoju?
 
Z Maćkiem Rayzacherem i Staszkiem Ugniewskim, przewodniczącym Solidarności w Instytucie Badań Jądrowych w Świerku. Maciek jako aktor budził wielkie zainteresowanie pań kucharek i całej obsługi ośrodka. Na początku pilnowali nas zwykli klawisze, zawodowi strażnicy więzienni, wrogo nastawieni. Pamiętam rozmowę z jednym z nich; mówił, że chcieliśmy ich rodziny wymordować - tak ich indoktrynowano, pokazując jakieś listy rzekomo znalezione w biurach Solidarności - a teraz sami będziemy leżeli w jeziorze. Jeden ze strażników pozytywnie się jednak wyróżnił. Siedzimy sobie wieczorem w pokoju, a tu raptem zjawia się klawisz i zwraca się do Rayzachera: „Pan jesteś aktor, ja pana bardzo szanuję i lubię, wiec przyniosłem panu prezent". I pokazuje odlaną domowym sposobem figurkę kominiarza. Maciek wyraził podziw i pyta go, czy nie zrobiłby ryngrafu z Matką Boską. On na to: „Oczywiście, dla pana bardzo chętnie". Maciek wiec proponuje, żeby on wygrawerował z tyłu napis, a my podarujemy to księdzu prymasowi na imieniny, na św. Józefa, razem od internowanych i od strażników. Był to więc chytry zamysł polityczny. Nasz klawisz początkowo nie podjął tego pomysłu, powiedział: „Dla mnie to pan jesteś ważny, znany aktor, a prymas, co mi tam prymas!". Ale Maciek go przekonał i ryngraf został wykonany, żona Maćka i moja Ania przemyciły go i doręczyły prymasowi Glempowi razem z listem podpisanym przez wszystkich internowanych. Ten klawisz podarował nam także na Nowy Rok dwie butelki sowietskoje igristoje.
 
Tadeusz Mazowiecki wspominał o szokującej odmienności Jaworza od innych ośrodków internowania. To uprzywilejowanie intelektualistów w stosunku do robotników było jego zdaniem zabiegiem władz zmierzającym do wytworzenia nieufności i podziałów w Solidarności.
 
Najprawdopodobniej tak było. Fakt, że elitę trzymają w tak dobrych warunkach, a zwyczajnych robotników, którzy siedzieli gdzie indziej, maltretują, był dla nas problemem. W pewnym sensie znajdowaliśmy się w złotej klatce. Janusz Szpotański trafnie określił to jako rozpinanie na pluszowym krzyżu.
 
W Boże Narodzenie wystosowaliście w tej sprawie list do ministra spraw wewnętrznych. Pisaliście: „Położenie naszych kolegów przebywających w aresztach i więzieniach, z których nas wywieziono do Jaworza, jest nieporównywalnie trudniejsze. Widzimy w tym próbę świadomego dzielenia nas na lepszych i gorszych. Protestujemy przeciwko temu podziałowi. Jeśli stworzenie takich samych warunków wszystkim nie jest możliwe, gotowi jesteśmy dzielić los pozostałych naszych kolegów".
 
W Jaworzu znajdowało się około 80 osób, głównie z elity kulturalnej i politycznej: Władysław Bartoszewski, Bronisław Geremek, Tadeusz Mazowiecki, Jacek Bierezin, Anka Kowalska, Halina Mikołajska. Mnie zawieźli do Jaworza być może dlatego, że interweniowała w mojej sprawie Maja Komorowska, znana aktorka. Ale było też trochę młodych działaczy opozycyjnych - Grzegorz Boguta, Andrzej Rosner, Jan Walc - więc może trafiłem tam z tego klucza. Dla nas to była cudowna szkoła, prawdziwy więzienny uniwersytet, możliwość nawiązania kontaktów, skonfrontowania poglądów i pomysłów z ludźmi o wiele bardziej doświadczonymi. Nie sądzę, żeby gen. Kiszczak tak to sobie wykalkulował, raczej chciał, żeby do środowisk elitarnych szły sygnały, że w obozach internowania nie jest źle, szanują więźniów, dobrze ich karmią i respektują wszystkie potrzeby.
 
Także religijne, prawda?
 
Oczywiście natychmiast zaczęliśmy artykułować żądania. Pierwsze dotyczyło mszy. To był naturalny teren konfrontacji z władzą komunistyczną - my chcemy mszy, bo jesteśmy po dobrej stronie mocy, a tamci są źli, bo nie pozwalają na mszę. Zgłosiłem to żądanie wraz z Maćkiem Rayzacherem. Po paru dniach zostaję wezwany do komendanta i odbywa się taka rozmowa: „Panie Komorowski, jak pan jesteś taki kościółkowy, to pan tu mszę zorganizujesz. Macie księdza". Drzwi się otwierają, ja kamienieję. Staje przede mną pułkownik Ludowego Wojska Polskiego, wprawdzie w koloratce, ale też w czarnych okularach – zupełnie jak Jaruzelski. Zastanawiam się z przerażeniem, jak na to zareagują internowani koledzy, a szczególnie grupa, która nie była blisko Kościoła, ale w warunkach obozu, stanu wojennego, narodowego uniesienia bardzo się do niego zbliżała. Myślę sobie: „Jezus, Maria, cała robota na nic. Przecież oni ze względów politycznych odrzucą mszę odprawianą przez takiego księdza". To był ks. Zygmunt Gola, kapelan XII Dywizji w Szczecinie, postać niezwykle barwna i kontrowersyjna. Ponownie zetknąłem się z nim już jako wiceminister obrony narodowej w 1990 r. Gdy zmieniłem tablice na Grobie Nieznanego Żołnierza, eliminując wątki komunistyczne i wprowadzając prawdziwą tradycję oręża polskiego, on te stare tablice wziął do kościoła św. Agnieszki w Krakowie, gdzie był proboszczem, i odpowiednio je wyeksponował.
 
Msze w każdym razie wywalczyliśmy i utarł się zwyczaj, że raz przyjeżdżał ks. Gola, a w co drugą niedzielę bp Ignacy Jeż z diecezji koszalińsko-kołobrzeskiej. Starszy, łagodny człowiek, szalenie miły, pełen zrozumienia dla internowanych, który miał za sobą cztery lata obozu koncentracyjnego w Dachau. Na msze do biskupa chodzili wszyscy - wierzący, ateusze i agnostycy. Na gruncie przeżycia religijnego następowało zbliżenie, ludzie o bardzo różnych poglądach i drogach życiowych stapiali się w jakąś całość, może nie jednolitą, ale przesyconą wzajemnym szacunkiem.
 
Z kim jeszcze z zewnątrz - poza rodzinami - mieliście kontakt?
 
Do obozu przyjeżdżali lekarze wojskowi; jeden był zafascynowany akupunkturą, o której się uczył podczas misji wojskowej w Wietnamie. Dentysta przyjmował w dowództwie poligonu drawskiego, w Olesznie. Jeździliśmy tam na leczenie zębów. Raz dostaliśmy przy tej okazji informację od żołnierzy, że trwa proces wojskowych, którzy odmówili wykonania rozkazu i ataku na strajkujące zakłady w Białogardzie. Maciek Rayzacher nawiązał kontakt z dentystą i za jego pośrednictwem wysyłaliśmy grypsy. Wiele lat później, gdy byłem ministrem obrony narodowej, dowiedziałem się, że ów dentysta był współpracownikiem wywiadu wojskowego...
 
Przyjeżdżali też do nas fryzjerzy. Od nich się dowiedzieliśmy, że na tym samym poligonie drawskim jest drugi ośrodek internowania, gdzie uwięzieni zostali partyjni konkurenci Jaruzelskiego, członkowie Biura Politycznego PZPR z ekipy gierkowskiej. Okazało się, że nasze żony jeżdżą do nas w odwiedziny razem z żonami bonzów partyjnych, którzy siedzą w Głębokiem. Fryzjerzy strzygli zarówno ich, jak i nas, wiec byli świetnym źródłem plotek. Lubili opowiadać o tym drugim obozie; tam siedzieli ludzie im znani - Edward Gierek, Zdzisław Grudzień, Piotr Jaroszewicz, a my byliśmy dla nich szarą masą solidarnościową. Jeden opowiadał mi kiedyś z oburzeniem: „Siada Gierek na krześle, więc ja go normalnie pytam jak każdego: jak strzyc? A Gierek patrzy na mnie i mówi: Co pan udaje, że pan nie wie, jak ja się strzygę. To jest szykana! Pan chciał mnie obrazić!" Uważał, że każdy w Polsce wie, jaki typ jeżyka nosi pierwszy sekretarz partii.
 
W Jaworzu kwitło życie towarzyskie. Prócz tego każdy sobie szukał jakiegoś zajęcia. Jedni pisali dzienniki. Zwłaszcza Waldek Kuczyński twierdził, że należy wszystko utrwalić. Ja też notowałem na okładce Pisma Świętego. Zginęło mi, niestety. Inni malowali, rysowali, pisali artykuły. Bronek Geremek chodził z fajką i pisał jakąś naukową dysertację. Uzdolnieni manualnie produkowali ryngrafy, krzyżyki, symbole solidarnościowe. Ja wyklepałem kawałek mosiężnego pręta, oszlifowałem, wyrównałem i zrobiłem dwa krzyżyki, które mam do dzisiaj - jeden dałem synowi. Posiłki w stołówce były okazją do spotkań z kolegami z drugiego pawilonu i dyskusji politycznych. Były rozmowy na temat sytuacji w kraju, ale i kłótnie na tym tle. Podstawowy dylemat: należało działać ostrzej czy raczej ostrożniej i mądrzej. Podziały wcale nie były proste. Roztrząsaliśmy np. wystąpienie Jacka Kuronia na Komisji Krajowej, gdy zaproponował powołanie rządu narodowego. Umiarkowani czy radykałowie - wszyscy ulegaliśmy podobnym mitom, lękom i nadziejom.
 
W Jaworzu internowano dużą grupę animatorów Towarzystwa Kursów Naukowych, które przed Sierpniem organizowało wykłady niezależnego Uniwersytetu Latającego, a także członków Pen Clubu. Może dlatego bardzo szybko w obozie zorganizowano serię odczytów i wydarzeń kulturalnych.
 
Na przykład Tomek Umiński i Stefan Niesiołowski prowadzili wykłady o biologii: Tomek o ptakach, a Stefan o motylach i mrówkach. Halina Mikołajska robiła wieczory poezji, Szpotański deklamował swoją twórczość. Ja wystąpiłem 14 lutego na spotkaniu z okazji czterdziestej rocznicy powstania AK, które nosiło tytuł „Pamięć i spuścizna". Zaproponował mi to Władek Bartoszewski, który był starostą obozu. Miałem koreferat razem z prof. Bartoszewskim, co było wielkim wyróżnieniem. On występował jako historyk i uczestnik podziemia akowskiego, a ja prezentowałem punkt widzenia młodego pokolenia, żeby pokazać przepływ idei i celów niepodległościowych. Było też dokształcanie językowe. Bronisław Geremek uczył mnie francuskiego, ale wiele nie nauczył. Maciek Rayzacher zaproponował utworzenie teatru. Przygotowaliśmy inscenizację III części „Dziadów", sceny w więzieniu. Tadeusz Mazowiecki był Duchem, Andrzej Drawicz grał Frejenda, Wiesiek Kęcik kaprala, no a ja - Konrada. Spektakl wystawi-liśmy na korytarzu, pod kiblami; graliśmy w koszulach więziennych z napisem ZK, przemyconych z Białołęki. Bezwiednie grali także strażnicy, którzy pilnując nas, stanowili element spektaklu. Postanowiliśmy kontynuować nasze zapędy aktorskie i Maciek wziął na tapetę „Nie-Boską komedię". Mnie obsadził, po znajomości, w roli Hrabiego. Pankracym był chyba Wiesiek Kęcik. Pilnie się przygotowywaliśmy do tego spektaklu, ale komuna nam wszystko popsuła. Można to zapisać po stronie: „represje". Co byliśmy już prawie gotowi do występu, to zwalniali jakiegoś aktora. Trzeba było uzupełniać obsadę, zaczynać próby od nowa, aż w końcu mnie zwolnili, co sprawę zakończyło, no bo jak wystawić „Nie-Boską komedię" bez Hrabiego? Sławek Kozłowski, ekonomista z UMCS z Lublina, dał pewnego dnia wykład o wyższości ekonomii socjalizmu nad kapitalizmem na przykładzie Jugosławii. Wielu ludzi wtedy tak myślało - późniejsi ministrowie, premierzy, specjaliści od gospodarki. Wszyscy brnęli w socjalizm - tylko lepszy. Ja byłem na to uodporniony. Wydawałem w podziemiu książki o wolnym rynku, a z domu wyniosłem przekonanie, że własność prywatna jest lepsza niż państwowa. Dyskusje na ten temat były na tyle ostre, że w obozie powstał nieformalny klub zwolenników kapitalizmu, do którego należały cztery osoby: prof. Stefan Kurowski, ja jako jego wydawca, Maciek Rayzacher jako mój kumpel i Stefan Niesiołowski jako prawicowy radykał. Chodziliśmy we czwórkę po spacerniaku i dyskutowaliśmy o wyższości kapitalizmu nad socjalizmem... Ta anegdota odzwierciedla ówczesny stan poglądów, które przez ostatnie trzydzieści lat ogromnie ewoluowały nie tylko w wymiarze ogólnospołecznym, ale też w wymiarze myśli politycznej.
 
Nawiązał pan wówczas znajomość z Tadeuszem Mazowieckim?
 
Dla mnie Mazowiecki to był półbóg. Wcześniej go nie znałem. Gdy został przywieziony do Jaworza ze Strzebielinka, był półżywy po długim transporcie. Spotkaliśmy go na korytarzu i powiedzieliśmy, że tu jest zupełnie dobrze, nic mu nie grozi. Szybko odtajał. Obóz był dla mnie okazją do rozmów z nim i słuchania jego sposobu argumentacji. Mazowiecki był niesłychanie kulturalnym człowiekiem, przestrzegającym dobrych manier, dyscypliny słowa i zachowania, a nawet stylu ubierania się. Ten lekko staromodny styl mi odpowiadał.
 
Na wiosnę w obozach internowania rozpoczęło się namawianie działaczy Solidarności do wyjazdu za granicę.
 
Jednocześnie krążyły plotki, że będą deportować, wyrzucać na siłę z Polski. Na przykład na podstawie wiadomości o wizycie przewodniczącego Rady Państwa Henryka Jabłońskiego w Libii zrodziło się przekonanie, że deportują nas do Francji przez Libię. Atmosfera była ciężka. Władza ludowa zachęcała do wyjazdu żony internowanych, a przez nie naszych kolegów. Najłatwiej poddawały się żony działaczy związkowych. Zapewne najbardziej się bały i miały mniejsze zaplecze środowiskowe, wiedziały też, że na Zachodzie jest lepsze życie. Zaczęły się więc wyjazdy. Ja sobie nie wyobrażałem życia poza Polską, a wyrzucenie z kraju byłoby dla mnie największą karą. Ta perspektywa na tyle mnie przeraziła, że zacząłem myśleć o ucieczce z obozu. Zaplanowałem już, w którym miejscu przeskoczę przez płot, jak dojdę do stacji itd. Przez Ankę przesłałem kolegom działającym w konspiracji pytanie, czy uciekać, i dostałem bardzo rozsądną odpowiedź, m.in. od Piotrka Krawczyka, który sam się ukrywał: „Ty sobie, Bronek, daj spokój, bo będziesz tylko kłopotem. Będziemy musieli ci załatwić mieszkanie, legendę, utrzymywać cię, Anka się będzie denerwować, to nie ma sensu". Ta logika była mocna. Myślę, że wielu internowanych zastanawiało się, czy wiać, i otrzymało taką samą odpowiedź - że staniemy się tylko obciążeniem. W kwietniu 1982 r. umarł mój dziadek i Maja Komorowska poprosiła bezpartyjną wicemarszałek Sejmu Halinę Skibniewską o wyjednanie przepustki dla mnie na pogrzeb. To byłaby także szansa na zobaczenie się z żoną i dwójką malutkich dzieci - Tadzik miał wówczas rok, a Zosia dwa i pół roku. Dostałem tę przepustkę 18 kwietnia i pojechałem na pogrzeb. Po paru dniach zostałem wezwany na przesłuchanie. Z jednej strony była perswazja, z drugiej próba wysondowania, jak się będę zachowywał, jeżeli mnie zwolnią. Myślę, że władze przystępowały już wtedy do rozładowywania obozów dla internowanych. Ode mnie chcieli usłyszeć zapewnienie, że nie będę łamał prawa, czytaj: nie zejdę do podziemia. Ponieważ wiedziałem już, że nie będę się ukrywał, więc starałem się nie sprawić wrażenia, że zaraz będę do nich strzelał. Profilaktycznie chcieli mnie nastraszyć. Z Anką też rozmawiali. Spodziewali się, że jako matka małych dzieci wywrze na mnie presję w tym duchu. Anka odmówiła. Do Jaworza już nie wróciłem.
Poleć znajomemu


Opuszczasz oficjalny serwis Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej


Dziękujemy za odwiedzenie naszej strony.

Zapraszamy ponownie.