przeskocz do treści | przeskocz do menu głównego
Oficjalna strona Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej
| | |
A | A | A
Poniedziałek, 10 listopada 2014

Prezydent w programie "Tomasz Lis na żywo"

Tomasz Lis: Tomasz Lis na żywo, dobry wieczór państwu, dobry wieczór, Panie Prezydencie.

 
Prezydent Bronisław Komorowski: Dobry wieczór Panu i dobry wieczór Państwu.
 
Jutro Święto Niepodległości i za chwilę o tych sprawach w Polsce najważniejszych i dla Polski najważniejszych, ale zacząłbym od tego, co jest najbardziej aktualne. Niektórzy uważają to za epizod, incydent, inni za coś dużo groźniejszego. Historia z trzema posłami PiS-u zdziwiła Pana Prezydenta?
 
Do pewnego stopnia tak, jakby pewną taką ostrością tego przekazu, ale, wie Pan, ja nie chciałbym się przyłączać do chóru pewnie konkurentów politycznych, którzy w tej chwili skaczą tak bardzo spektakularnie po swoich konkurentach z PiS-u, więc powiem może trochę inaczej, powiem w ten sposób, że dla mnie ta historia jest potwierdzeniem zasady, która dotyczy wszystkich środowisk politycznych i wszystkich polityków, że zawsze pycha kroczy przed upadkiem. To jest stara zasada, która dotyczy wszystkich prezydentów, premierów, ministrów, parlamentarzystów. Ale druga jest zasada, która, myślę, że nie jest tak ostro widziana we wszystkich środowiskach, a rzeczywiście w środowisku tych panów posłów pewnie tak. Otóż jest zawsze ogromna pokusa, żeby samego siebie pokazywać jako swoisty wzorzec moralności, kosztem innych, to znaczy, bardzo łatwo się wytyka cudze błędy, bardzo łatwo się jakby przekreśla innych. Wtedy zawsze ten upadek jest bardziej spektakularny i bolesny, jeżeli upada taki moralny czy pseudomoralny metr z Sevres, wzorzec do naśladowania. Trzeba więc uważać, żeby nie przesadzić w polityce z próbą lansowania samego siebie, jako niedościgniętego wzorca moralności politycznej, bo wtedy upadek jest wiele bardziej przykry i bardziej demoralizujący dla wszystkich.
 
Jak Pan Prezydent mówi, że dziwi to Pana Prezydenta do pewnego stopnia, to do pewnego stopnia wynika z obserwacji tej trójki posłów, a szczególnie jednego z nich, czy z tego, czy Pan Prezydent, jako wcześniej Marszałek Sejmu, miał prawo podejrzewać, jaki stosunek do publicznych pieniędzy mają niektórzy przynajmniej parlamentarzyści?
 
To jest zjawisko dotyczące nie tylko Parlamentu, ale każdej instytucji pracy, każdej delegacji. To jest mnożenie okazji, które bardzo często stają się pokusami. Ma pan rację, byłem Marszałkiem Sejmu, przyglądałem się, ale także i działałem w tym obszarze na rzecz systemowych rozwiązań, które by zmniejszały pokusy. I myślę, że to dzisiaj będzie kontynuowane, to co wtedy prowadziłem, na przykład zasadę praktycznie likwidacji zjawiska wyjazdów komisji sejmowych w całości na posiedzenia takie terenowe. To zawsze były różnego rodzaju pokusy, kończyło się często skandalami. To samo dotyczyło wprowadzenia zasady ograniczenia ilości wyjazdów tak, aby zmniejszyć ryzyko turystyki parlamentarnej. To się wtedy w znacznej mierze udało, aczkolwiek problemy pozostały niektóre. Wydaje mi się, że pan Marszałek Sikorski pewni pójdzie w tę samą stronę, to znaczy będzie wprowadzał mechanizmy, które by zwiększały kontrolę środowiska, na przykład klubów parlamentarnych, które płacą cenę za każdy skandal, wywołany nawet przez pojedynczego posła, jakby w pewnej roli takiego filtru, który by pilnował, żeby niepotrzebni nie jechali, a jeśli już jadą, żeby się zachowywali przyzwoicie. Bo aczkolwiek ich Marszałek nie może sięgnąć, przed opinią publiczną się mogą obronić, to jednak własne środowisko zawsze z tego wyciągnie wnioski. Podpis, na przykład, szefa klubu, szefa komisji, szefa delegacji i sprawozdanie z takiego wyjazdu może być chyba nie panaceum, lekarstwem cudownym na wszystko, ale na ograniczenie tego rodzaju zjawisk patologicznych
.
Ale jak Pan Prezydent mówi o tej swoistej profilaktyce, co tu trzeba zrobić, żeby takich historii, takich eskapad nie było, to trochę się zastanawiam, czy nie przyjmuje się, podejmując takie kroki, założenia, że tak naprawdę spora część tych polityków, to jest banda nieodpowiedzialnych dzieciaków, że jak Pan Prezydent mówi, jak się ich wyśle na posiedzenie wyjazdowe, to pewnie będzie skandal, bo potraktują to jak obóz integracyjny.
 
Są sytuacje, które, że tak powiem, poluźniają dyscyplinę. To jest wiadomo. Natomiast te wszystkie sprawy, one bardzo często są kosztem opinii bardzo dobrych posłów, którzy są rzetelnymi ludźmi, którzy pracują rzetelnie, którzy nie nadużywają zaufania, którzy nie kombinują, nie tworzą różnych dziwnych sytuacji, ale taka sytuacja, jak ta, ale także i inne, uderzają bardzo boleśnie i w tych ludzi pracujących ciężko, i dobrze wypełniających swój mandat poselski. Więc nie wolno tego generalizować. Odwrotnie, należy tego rodzaju ryzyka ograniczać. No i starać się, że tak powiem, nazywać rzeczy po imieniu, to znaczy, pokazywać, gdzie, kto jest odpowiedzialny, gdzie coś nie wyszło, coś się stało złego, żeby przypadkiem nie ulec pokusie takiej generalizacji, bo byłoby to ze stratą dla opinii o wielu przyzwoitych ludziach w Parlamencie.
 
No ale właśnie, co by Pan Prezydent powiedział milionom nas, zwykłych ludzi, którzy myślą sobie, tu jakieś ośmiorniczki, tu jakieś wina, tu jakieś rachunki, tu jakaś afera samolotowa, tu afera lotniskowa, tu afera wyjazdowa. Pytanie brzmi, czy nie przekraczamy masy krytycznej, która powoduje, że owszem, pewnie większość jest uczciwych, przyzwoitych, pracowitych, ale…
 
Panie Redaktorze, gdybym powiedział, że jestem bardzo nieszczęśliwy z tego, że dzisiaj nie funkcjonuję w Parlamencie, to bym nakłamał, bo oczywiście, jakąś ulgę odczuwam.
 
Ciężko być wychowawcą tej trudnej grupy?
 
Ale, jeszcze raz chcę powiedzieć, chciałbym przestrzec przed taką prostą generalizacją i próbą wrzucenia do jednego worka wszystkich parlamentarzystów. Oraz przed próbą powiedzenia, że parlamentarzyści są gorsi, niż my wszyscy inni. Bo wie Pan, z delegacjami i na poziomie gminy, i na poziomie zakładów pracy, pewnie redakcji tak samo, różnie bywało i różnie być będzie.
 
Ale my oczekiwalibyśmy, że reprezentanci narodu będą…
 
Więc właśnie. Albo my i także dziennikarze będą traktowali w ten sposób parlamentarzystów, jako ludzi obdarzonych szczególnym zaufaniem społecznym, a więc także do pewnego stopnia chronionych, wtedy będzie można o wiele więcej wymagać. Będzie można więcej żądać. Albo się traktuje też trochę jak taki worek treningowy do zadawania mocnych ciosów, to wtedy i te proporcje krytyki i ochrony powinny być inne. Ja uważam, że parlamentarzyści w swojej masie są ludźmi wybranymi przez wyborców z jakąś refleksją, z myślą, że chce się wybrać jak najlepszych. Generalnie oddają to, zachowują się tak, jak od nich wymagają tego właśnie wyborcy. Jak sprzeniewierzają się wyborcom, płacą za to cenę w czasie wyborców i to jest bat bardzo silny. Ale to także bywa jakąś wielką zachętą do przyzwoitego zachowywania się w różnych sytuacjach. Bo jednak wyborcy, w moim przekonaniu, dobrze pamiętają, kto, w wymiarze indywidualnym, jak się zachowywał i to albo nagradzają, albo karzą. Wybory są tym momentem, kiedy jest i nagroda, i kara jednocześnie stosowana.
 
Panie Prezydencie, jutro piąty 11 listopada w czasie Pana kadencji. Chyba inny, niż te poprzednie, ze względu na kontekst międzynarodowy?
 
No wie Pan, ja w swojej karierze jakby takiej politycznej miałem tych 11 listopada wiele. I miałem takie, za które szedłem do więzienia, więc już mnie tak bardzo nie wystraszyły te pierwsze święta 11 listopada z początku mojej kadencji, gdzie były właśnie i brutalne zachowania, i próba wyrzucania niektórych poza obszar patriotyzmu polskiego.
 
Nawet i Pana.
 
Nawet i mnie również, oczywiście. Więc ja to przeżyłem, przetrwałem i dzisiaj jestem szczęśliwy, że po raz trzeci pójdziemy w marszu  Razem dla Niepodległej, pójdziemy po raz trzeci, mam nadzieję, że będzie to święto radosne, podkreślające to, co nas wszystkich łączy, przy wszystkich różnicach. Bo przecież zapraszam na to wydarzenie ludzi o bardzo różnych poglądach, o różnych przynależnościach partyjnych, ludzi zupełnie poza partiami, ludzi, którzy po prostu chcą z całym bagażem tradycji rodzinnej uczestniczyć w Święcie Niepodległości, bo niepodległość czują w dalszym ciągu we własnych sercach, jako coś pięknego, kolorowego, biało-czerwonego.
 
To Pan Prezydent mówi o tym kontekście zewnętrznym, a ten kontekst międzynarodowy, bo ta niepodległość, która w zasadzie wydawała się pewna, oczywista, niezmienna, dana raz na zawsze, dziś taka się nie wydaje. Przynajmniej nie w tym stopniu, co rok temu. Jakie tu byłoby przesłanie, czy jakie jutro przesłanie usłyszymy?
 
Wie Pan, oczywiście każde święto 11 listopada, Święto Niepodległości, jest okazją do powiedzenia o sprawach także trudnych, o wyzwaniach, zagrożeniach, ale w tym przypadku możemy mówić zupełnie uczciwie, tak patrząc sobie nawzajem prosto w oczy, ze nigdy Polska nie była aż tak bardzo bezpieczna, jak w tej chwili. Nigdy w swojej historii, przynajmniej od kilkuset lat. Co nie znaczy, że nie mamy kłopotu za wschodnimi granicami Polski czy Ukrainy. Tak, mamy kłopot, ale nigdy jeszcze nie byliśmy wyposażeni w tak silne narzędzia bezpieczeństwa i obrony, jak Sojusz Północnoatlantycki, jak nowoczesna, z każdym rokiem coraz bardziej nowoczesna i skuteczna Armia Polska, i jak silne podstawy ekonomiczne naszego bezpieczeństwa, naszej obronności, bo polska gospodarka się rozwija, zwiększa się atrakcyjność Polski jako partnera w integracji świata zachodniego i w NATO, i w Unii Europejskiej, więc można powiedzieć, że z jednej strony mamy prawo, a nawet obowiązek, przyglądać się z niepokojem, wyciągać daleko idące wnioski z tego, co się dzieje na Ukrainie i na wschód od Ukrainy, ale z drugiej strony możemy sobie powiedzieć, myśmy te nasze dwadzieścia pięć lat wolności wykorzystali dobrze, lepiej, niż inni.
 
Panie Prezydencie, ale myślę, że Kowalski, Malinowski, którzy nas teraz słuchają, to mogą sobie powiedzieć, no tak, Prezydent z racji urzędu, obowiązków, uspokaja, stabilizuje sytuację. Ale jednocześnie słyszymy, że tutaj część wojsk będzie przerzucanych na tę wschodnią flankę, słyszymy o jakichś wielkich manewrach na terytorium Polski. Z całym szacunkiem dla NATO, to jest raczej dowód trudnej sytuacji, a nie tego, jak bardzo jesteśmy bezpieczni.
 
Nie, ja nic nie słyszałem o żadnym przerzucaniu wojsk na wschodnie granice.
 
Minister Siemoniak mówił.
 
Bo dzisiaj nie decyduje o tym, gdzie jest garnizon, tylko decyduje o zdolności bojowej to, jak szybko może się wojsko przemieścić. Powietrzem, drogą lądową, każdą inną, czy morską. To decyduje o wartości nowoczesnych sił zbrojnych. Więc tutaj żadnej paniki w Polsce nie ma. Jest trwająca, i, co jest ważne, od wielu już lat, powiem, od 2001 roku, od kiedy wprowadziłem zasadę dwóch procent produktu krajowego brutto na obronność i głęboką reformę Polskich Sił Zbrojnych, jako Minister Obrony Narodowej, od tego czasu trwa wielki wysiłek na rzecz nowoczesności systemu obronnego. I nie robimy tego dlatego, że dzisiaj czy wczoraj, czy rok temu zrobiło się niebezpiecznie na wschód od Ukrainy, tylko dlatego, że konsekwentnie stawialiśmy na własne poczucie bezpieczeństwa, między innymi poprzez mocną pozycję w NATO i mocne, nowoczesne własne siły zbrojne.
 
Panie Prezydencie, ja przyznaję tutaj z pokorą, bo mieliśmy tę rozmowę, kiedy rozmawialiśmy ostatni raz tu, w Belwederze, to było przed świętami Bożego Narodzenia w zeszłym roku, i ja w zasadzie tak próbowałem prowokować Pana Prezydenta, czy w ogóle jest sens aż tak wielkie wydatki czynić na zbrojenie, a Pan mówił, że jest. Ale czy w świetle realności tych zagrożeń ze wschodu, to czy 1,95, 1,85 czy 2, to ma jakiekolwiek znaczenie?
 
To ma ogromne znaczenie, bo ja Panu powiem, gdy byłem Ministrem Obrony Narodowej, Polska wtedy weszła, już była członkiem Sojuszu Północnoatlantyckiego, i byliśmy w stanie wydawać na modernizacje techniczne sił zbrojnych zaledwie kilkanaście, czy nawet 10% budżetu obronnego, co oznaczało, że nasze siły zbrojne z roku na rok się starzały i traciły na znaczeniu. Dzisiaj wydajemy prawie 23%, co oznacza, że mamy przyrost nowoczesności. Więc tu jest jakby główny problem, żeby nie dopuścić do staczania się sił zbrojnych w odmęty przestarzałego sprzętu, przestarzałego szkolenia i tak dalej. I Polska dzisiaj nie musi się zbroić na ura, bo robimy to spokojnie, systematycznie, od kilkunastu lat.
 
Tylko ze względu na ura.
 
No, ze względu, ewentualnie, na ura, możemy troszkę przyspieszyć, i przyspieszamy, zwiększając finansowanie z 1,95 do 2% PKB rocznie, co przy wzroście gospodarczym rzeczywiście daje porządny poziom finansowania, na miarę, powiedziałbym, ambitnych krajów europejskich. Nie na miarę Stanów Zjednoczonych, nie na miarę Rosji, nie na miarę wieku innych potęg, które budują właśnie swoją pozycję głównie w oparciu o siły militarne, siły wojskowe. My budujemy naszą polską pozycję w oparciu o nasz rozwój gospodarczy, o wzmacnianie pozycji w integrującym się świecie zachodnim, a więc stawiamy na Unię, na NATO, na integrację całego świata zachodniego po obu stronach Atlantyku. Budujemy także w oparciu i Polskie Siły Zbrojne, i powiem Panu tyle, jeśli utrzymamy ten wysiłek przez następne lata i będzie wzrost gospodarczy, to niewątpliwie polska armia, polski system obronny, będzie nas plasował w absolutnej czołówce krajów europejskich, nowoczesnych, dysponujących nowoczesnymi siłami zbrojnymi, takimi, które pozwalają być ważnym i liczącym się partnerem w ramach Sojuszu Północnoatlantyckiego. I krajem zdolnym do ewentualnej riposty, ewentualnego działania na wszelki wypadek zagrożenia zewnętrznego.
 
Panie Prezydencie, jutro będziemy świętować ten 11 listopada 1918 roku, kiedy odzyskaliśmy niepodległość. Przeciętą potem brutalnie i gwałtownie, najpierw przez atak Niemiec, a potem w ramach paktu Ribbentrop-Mołotow, cios w plecy z drugiej strony, czyli Rosja Sowiecka. Dzisiaj Prezydent, już nie sowieckiej, Rosji, mówi, że w ’39 roku dostaliśmy to, na co zasłużyliśmy. To nie mówi rozhisteryzowany historyk, publicysta, to mówi przywódca potężnego państwa, z którym graniczymy. Jak Pan na to reaguje?
 
Widać, że jest wychowankiem chyba nie wydziału historycznego Uniwersytetu Łomonosowa, no bo, gdyby był, to pewnie by wiedział, że wprost taka logika prowadzi do tego, że i Związek Radziecki dostał to, na co zasłużył, na przykład 22 czerwca ’41 roku, kiedy Hitler napadł na Związek Radziecki, a potem był głód i śmierć straszliwa mieszkańców Leningradu, a potem Stalingrad i tak dalej, i miliony zniszczonych istnień ludzkich. To jest obłędny sposób widzenia historii, raczej dokonywany przez człowieka, który jest głęboko zaangażowany politycznie, a nie naukowo w historię, więc spuśćmy nad tym zasłonę milczenia, albo przynajmniej nie próbujmy tego interpretować jako poważnej dysputy naukowo-historycznej, to jest czysto polityczny zabieg.
 
Naukowo-historycznej nie, ale to jest może tym groźniejsze, biorąc pod uwagę, kto to mówi.
 
Tak, oczywiście, ale przy okazji można powiedzieć, to jest absurd kompletny. Oczywiście, to jest efekt jakiejś trochę rywalizacji polsko-rosyjskiej, która jest odwieczną rywalizacją, ale ona może być bardziej czy mniej przyzwoicie prowadzona, bo o co chodzi? Rosjanie święcie wierzą w to, że wojna zaczęła się dopiero 22 czerwca ’41 roku, czyli od napaści, niecnej napaści Hitlera na świetlany Związek Radziecki Stalina. No, my wiemy, że druga wojna światowa zaczęła się 1 września ’39 roku, od napaści na Polskę Hitlera, a potem Stalina. Francuzi, Brytyjczycy myślą o tym, że zaczęła się 3 września ’39 roku, od akcji udzielenia niepełnej, nieskutecznej, politycznej, a nie wojskowej pomocy Polsce walczącej z Niemcami hitlerowskimi. Trochę spór o to, dlaczego wybuchła druga wojna światowa, oraz spór o to, kto jakie ma w tej wojnie zasługi, jest sporem nie tylko historycznym, ale i politycznym. Rosja bardzo chętnie zapomina o tym okresie współdziałania Hitlera i Stalina, my im to przypominamy. Tak, jak całemu światu zachodniemu przypominamy, że Polska walczyła od 1 września ’39 roku do maja ’45 roku, a więc najdłużej ze wszystkich krajów koalicji antyhitlerowskiej.
 
A teraz, przeskakując do dzisiaj, Panie Prezydencie, pamiętam przed Pałacem Prezydenckim parę lat temu, Pan z Prezydentem Miedwiediewem, wtedy Pan mówił, Rosja, ważny partner. Jakby Pan miał użyć jednego słowa, kim jest dzisiaj dla nas Rosja?
 
Tak się nie da chyba jednym słowem, za duży kraj, żeby jednym słowem go określać.
 
A trzema słowami?
 
Mogę powiedzieć tak, że z Prezydentem Miedwiediewem były bardzo ciekawe rozmowy, bo takie odnosiłem wrażenie, że jest głęboko zainteresowany, nie pozornie, ale rzeczywiście, modernizacją Rosji. Że tam widzi wielkość Rosji.
 
To już mamy za sobą ten czas.
 
A ja uważam, że każdy polityk, ja także, powinien myśleć w kategoriach wielkości własnego kraju, wielkości własnego narodu. Ja tę wielkość widzę w odważnym uczestnictwie w integracji europejskiej, w rozwoju gospodarczym, także w sile militarnej. A Miedwiediew widział w potrzebie modernizacji Rosji.
 
Ucieka Pan Prezydent od odpowiedzi.
 
Na czym polega nieszczęście Rosji, że kto inny zdefiniował wielkość Rosji, jako powrót na ścieżkę budowy imperium czy strefy wpływów i budowy wielkości armii rosyjskiej…
 
A w związku z tym Rosja dla nas jest…
 
Dlatego zwiększono w ostatnich latach o 100% poziom  finansowania rosyjskich sił zbrojnych i warto o tym pamiętać. Rosja jest zbyt dużym krajem, żeby powiedzieć, że to już wszystko jest przesądzone raz na zawsze. Ja nie tracę nadziei, że Rosja wróci kiedyś na ścieżkę modernizacji, bo inaczej nic nie będzie z wielkości Rosji, będą same kłopoty. Rosja może być wielka i bezpieczna dla reszty świata, jeśli wróci na ścieżkę modernizacji ustrojowej, ekonomicznej i każdej innej.
 
A zgodzi się Pan Prezydent, że dzisiaj jest ona bardziej zagrożeniem, niż partnerem?
 
Tak, oczywiście. Polsce nikt nie musiał tego tłumaczyć, to myśmy musieli tłumaczyć reszcie świata zachodniego, że czas, że tak powiem, pozbyć się złudzeń co do tego, że Rosja się na tyle już zmieniła, że staje się właśnie pożądanym partnerem, który nie stwarza zagrożeń. Rosja może być partnerem i to trzeba Rosji mówić, to jest nawet partner pożądany. Ale pod jednym wszelakoż warunkiem, że będzie można z nim współpracować w sposób bezpieczny. To żaden partner, jeśli się go drugi partner boi.
 
Panie Prezydencie, z jednej strony dzisiaj Niemcy, Minister Spraw Zagranicznych Niemiec Steinmeier mówi, że boją się znowu eskalacji wojny, z drugiej strony władze rosyjskie MSZ deklaruje, że właściwie nie uznaje wyników tych pseudowyborów w zeszłą niedzielę. Pan też ma jakieś dane wywiadowcze. Na jakim etapie my jesteśmy? Czy jesteśmy bardziej na etapie, że za chwilę może być ta realna eskalacja, czy spodziewamy się scenariusza…
 
Wie Pan, na tym jest największy kłopot, że znowu wróciła sytuacja, w której Rosja jest krajem nieprzewidywalnym i rosyjska polityka jest nieprzewidywalna. To jest największy problem całego świata zachodniego, ale i także samej Rosji, samych Rosjan. Myślę, że nie ma dzisiaj nikogo, kto mógłby powiedzieć, stawiając wszystkie pieniądze, z głęboką pewnością siebie, że będzie tak, albo tak. Widać, że w Rosji brakuje stabilności, także w zakresie jasno wytkniętego celu, który mógłby być zaakceptowany przez świat zachodni także, jako cel normalny i pożyteczny. Więc Rosja się gdzieś miota od tak, powiem, zajmowania Krymu, prowadzenia wojny na Ukrainie wschodniej, po wysyłanie sygnałów o gotowości powrotu do jakiejś równowagi w relacjach ze światem zachodnim. Nikt tej polityki za Rosję nie zmieni chyba, że właśnie polityka sankcji i polityka powstrzymywania Rosji przed kolejnymi aktami agresji na sąsiadów. To robimy, świat zachodni to robi, i daje to efekty, w moim przekonaniu, takie, że Rosja już dzisiaj odczuwa skutki. Ekonomika rosyjska, pieniądz rosyjski, a to przemawia do wyobraźni i polityków rosyjskich, i obywateli rosyjskich. Zacznie przynajmniej niedługo przemawiać w sposób istotny. Więc chyba tędy droga. Ale miejmy nadzieję, że jest możliwa korekta wewnętrzna polityki rosyjskiej, powrót na ścieżkę ambicji narodowych ulokowanych w modernizacji.
 
Panie Prezydencie, za parę dni wybory samorządowe, proszę powiedzieć, dlaczego Pan jest przeciwko ograniczeniu kadencji, na przykład prezydentów miast, do dwóch?
 
Nie, nie jestem, tylko uważam, że nie należy tego robić… Jeśli to będzie wynikało z pewnej dyskusji z samorządowcami…
 
Wynika chyba.
 
Nie jestem tego wcale pewien.
 
Ale ci samorządowcy, ci prezydenci nie będą za tym, żeby było rozwiązanie…
 
Samorząd stanowi bardzo ważny rezerwuar, źródło, bardzo dobrych kadr politycznych. Więc jeżeli chce się ograniczyć ilość kadencji dobrych wójtów, burmistrzów, prezydentów, to warto im chyba stworzyć możliwość jakiegoś dalszego funkcjonowania w świecie polityki.
 
To sami sobie muszą stworzyć.
Nie, to nie jest takie proste. Na przykład w niektórych krajach senaty pełnią taką rolę reprezentantów, tak, jak w Niemczech, landów na przykład. Są struktury parlamentarne, w których łatwiej się odnajdują przedstawiciele władz samorządowych, i w moim przekonaniu warto o tym myśleć.
 
Panie Prezydencie, ale mamy wielu prezydentów, którzy kandydują na czwartą, piątą kadencję, to przecież to przestaje mieć cokolwiek wspólnego z regułami demokracji.
 
Nie zawsze. Jeżeli Pan uważa, że ci ludzie, którzy głosują na swojego sprawdzonego prezydenta, nie uczestniczą w akcie demokratycznym, to ja się z Panem nie zgadzam.
 
Panie Prezydencie, przecież realnie ci ludzie nie mają żadnych poważnych rywali.
 
Bo Pan zakłada, że ludzie nie wiedzą, co robią.
Ludzie wiedzą, tylko mają taki wybór, że tak naprawdę nie ma alternatywy.
 
Więcej, ja uważam, że ludzie wiedzą, co robią, wybierają sprawdzonego prezydenta, o którym mogą wiedzieć rzeczy dobre i złe, ale jakoś jest gwarancją stabilności. Oczywiście, ma Pan rację o tyle, że warto iść w kierunku także odblokowywania różnych zaśniedziałych układów w samorządach i w moim przekonaniu jest do tego przyjęty kierunek, dlatego, że 75% wybieranych w Polsce radnych nie ma żadnej legitymacji partyjnej, albo przynajmniej jej nie pokazuje, nie kandyduje z list partyjnych. Co to będzie oznaczało? Że w dalszej perspektywie tak silne lobby samorządowe w polskim Parlamencie obecne, w każdym klubie parlamentarnym, każdej partii politycznej, będzie trochę inaczej funkcjonowało. Partie polityczne być może wtedy podejmą próbę jakiejś korekty ustroju samorządów. Ale ja nie chciałbym, żeby reforma się sprowadzała tylko do…
 
Ale dlaczego? Pan Prezydent może powiedzieć…
 
Moja ustawa jest w Sejmie, tylko Parlament z różnych powodów się nie spieszy z przyjęciem ustawy.
 
Panie Prezydencie, ale na tej samej zasadzie…
 
Bo chodzi o to, żeby nie iść w stronę rozstrzygnięć tylko takich, że ograniczamy kadencje, tylko, według mnie, trzeba iść w kierunku pogłębienia samorządności, także w wymiarze, na przykład, finansowym, także dania możliwości większego gromadzenia środków finansowych przez samorząd w wyniku prowadzonej własnej polityki. To jest większe uobywatelnienie samorządów, trochę się dzisiaj mówi o budżetach obywatelskich, ale one są trochę politycznymi, wyborczymi gadżetami, podczas gdy to powinny być mocne instrumenty na rzecz procesu całego uobywatelnienia, czy drugiego, czy trzeciego nawet rzutu głębokiej reformy pogłębiającej samorządność w Polsce.
 
Ale czy to nie jest, Panie Prezydencie, tak, że Pan wie, że skoro Prezydent Rzeczypospolitej, niezależnie od tego, czy ma 80% poparcia, tak jak Pan, czy jeszcze miały więcej, to jednak ma dwie kadencje, a nie pięć albo brak jakichkolwiek ograniczeń, to Pan nie występuje za tym samym rozwiązaniem w wypadku samorządowców, bo za parę miesięcy kampania prezydencka, będzie Pan jeździł po gminach, miastach i lepiej mieć takich, co witają chlebem i solą?
 
Panie Redaktorze, ja Panu proponuję, niech Pan zaprosi prezydentów dużych miast, niech Pan im to powie, że taka jest wola Narodu, żeby zmniejszyć im ilość kadencji. Ja, oczywiście, nie jestem tu najlepszym przykładem, bo prezydent ma ograniczoną ilość kadencji…
 
To jest Pan właśnie doskonałym przykładem, że mimo to, mimo wielkiego poparcia, są dwie kadencje.
 
Ja życzę Panu powodzenia w tym, tylko musi Pan wiedzieć…
 
Ale to nie samorządowcy będą o tym decydować.
 
Dlatego Panu mówię, będą o tym decydowały kluby parlamentarne, w których coraz jest mniej ludzi o przeszłości samorządowej, więc będą pewnie też mniej skrępowane różnego rodzaju zobowiązaniami wobec własnych samorządowców. Tu gdzieś musi się toczyć delikatna gra o wpływy pomiędzy partiami politycznymi a samorządowcami niezorganizowanymi w partiach i to jest normalne w demokracji. Ja stawiam na pewną równowagę, na pogłębienie samorządności jako całości i w ramach tego można myśleć o ograniczeniu ilości kadencji, po to, żeby właśnie nie dopuszczać do takiego zaśniedzenia, czy zasiedzenia wprost układów personalnych, ale warto też myśleć o tym, żeby odblokować samorządy, ludzi najbardziej sprawdzonych w samorządach, dać po prostu realną możliwość funkcjonowania z korzyścią dla całości w polityce centralnej.
 
Panie Prezydencie, Pan ma w najnowszym sondażu 80% poparcia. 80% Polaków akceptuje Pana działalność. To oczywiście nie spadło z nieba, to jest efekt Pana pracy, ale z drugiej strony, to jest kapitał polityczny, którego chyba żaden polityk w tym dwudziestopięcioleciu nie miał. I myślę sobie, czy to nie jest jednak tak, że przywództwo wymagałoby, żeby wykorzystać ten kapitał? I zaangażować się w coś, co pewnie popularności Panu nie przyniesie, ale co byłoby może pójściem pod prąd?
 
Wie Pan, to taki dosyć, powiedziałbym, uproszczony sposób widzenia, że jak ma się kapitał społeczny, to po to, żeby go stracić.
 
Nie, po to, żeby go wykorzystać. Przekonując publikę do rzeczy, które są ważne, a może niepopularne.
 
Trzeba wiedzieć, jaka jest pozycja ustrojowa prezydenta. Oczywiście, z tych 80% zaufania jestem bardzo dumny, bardzo szczęśliwy, bardzo serdecznie dziękuję za to, ale chcę powiedzieć tak, jest ustrojowo przypisana rola prezydenta. Prezydent może te swoje 20% czy 50, czy 80% zaufania zużywać w ten sposób, żeby podstawiać nogę rządowi i budować swoją popularność, na przykład blokując niektóre niepopularne, a potrzebne dla Polski decyzje.
 
Już widzieliśmy taką prezydenturę, wiedzieliśmy, że popularności się tak nie buduje.
 
Ale może też, i ja się staram w ten sposób zachowywać, ja te swoje poparcie społeczne stawiam do dyspozycji w tym sensie, że oczekuję i mówię rządowi, nie będę blokował żadnych reform, jeśli uznam je za słuszne. Zachęcam, tylko pytanie jest o to, czy jest ta strona, która tego rodzaju wyzwania udźwignie.
 
To proszę powiedzieć, widzi Pan tę stronę, która chce dźwigać i dźwignie?
 
Tak, ja mówiłem o tym wielokrotnie, mówiłem o tym 4 czerwca, w rocznicę dwudziestą piątą odzyskania wolności, że chcę tego, aby partia reform państwa polskiego, którą ja widzę w różnych partiach politycznych - to nie jest jedna partia - chciałbym, żeby ona była żywsza, żeby ona była bardziej odważna, żeby potrafiła funkcjonować na zasadzie zdolności do współdziałania w sprawach najważniejszych dla Polski. Sformułowałem taki program paropunktowy, który jakby, w moim przekonaniu, dotyka strategicznie ważnych dla Polski kwestii, i wokół tych kwestii…
 
I czy te pięć miesięcy później Pan Prezydent ma wrażenie, że te rzeczy zostały podjęte?
 
Wokół tych kwestii ja jestem skłonny angażować, ryzykować wszystkie moje procenty poparcia i zaufania, ale…
 
Ja pamiętam, że wtedy Premier Tusk powiedział, że to było uzgodnione. Więc chciałem się zapytać, rząd nie dokładnie ten sam, ale czy dzisiaj, pięć miesięcy później, ma Pan poczucie, że tak, te sprawy idą do przodu?
 
Wie Pan, mam dzisiaj poczucie takie, że zasiałem jakieś ziarno sprzyjające temu, żeby po wyborach, samorządowych, prezydenckich, parlamentarnych, łatwiej odbudowywać pozycję i wolę działania tej partii reform rozsianej pomiędzy różnymi klubami parlamentarnymi.
 
Czyli mamy rok stagnacji przed sobą?
 
Trzeba być realistą, w demokracji nie można oczekiwać, że politycy pójdą kompletnie wbrew swoim interesom wyborczym, że partie polityczne zaprzeczą woli walki o władzę, to jest niemożliwe. Trzeba dzisiaj pokazywać, co jest do zrobienia, aby zrobić to w sprzyjających okolicznościach.
 
Czyli rok stagnacji?
 
Nie, bez przesady, jest masę kwestii, które można rozwiązywać dzisiaj, jestem pewien, że Pani Premier Kopacz z wieloma kwestiami się zmierzy, to są przecież kwestie tak ważne, jak na przykład kwestie naszej obecności w Unii Europejskiej, zasad dotyczących polityki energetycznej i tak dalej, to są kwestie arcyważne. Ale niewątpliwie w tych obszarach, które pokazałem, jest sporo rzeczy do podjęcia. Dopisałbym między innymi tę potrzebę wielkiej, nowej, pogłębiającej samorządność także reformy systemu samorządowego. Tych spraw jest wiele, je się da udźwignąć tylko w wyniku współdziałania prezydenta i rządu. I w wyniku uzyskania choćby cichej akceptacji, przynajmniej nie kontestacji, przez liczącą się część opozycji. Do tych kwestii zaliczam na przykład sprawę euro.
 
Czy pierwszy i drugi warunek są spełnione, czy nie?
 
Tak. Pierwszy jest na pewno.
 
A drugi?
 
Nad drugim trzeba pracować i trzeba zadbać o to, żeby taki układ zaistniał po wyborach parlamentarnych, żeby Polacy zechcieli wybrać tych, którzy odważnie mówią także o potrzebnych zmianach, nie kamuflują tych zmian.
 
Czyli których, Panie Prezydencie?
 
W obszarze polityki demograficznej, w obszarze pogłębionego uczestnictwa w integracji europejskiej…
 
Myślałem, że Pan w odniesieniu do euro mówi konkretnie.
 
Ja mówię właśnie, w pogłębieniu naszej obecności w integracji europejskiej, to jest także pytanie o strefę euro. Liczę na to, że…
 
Której Polacy chcą coraz mniej.
 
To jest właśnie pogłębienie naszego bezpieczeństwa. Dalszą reformę sił zbrojnych, i tak dalej, i tak dalej. Wie Pan, Polacy oczekują, w moim przekonaniu, tego, że z nimi się będzie prowadziło dialog. Że będzie się ich do czegoś przekonywało. I oczywiście trzeba zrozumieć to, że dzisiaj mówią, w wymiarze ekonomicznym to jest ryzyko.
 
Ale któż ma lepszą pozycję do tego, niż Pan Prezydent?
 
Rząd ma, partie polityczne mają taką samą pozycję, ja też. Tylko różnica polega na tym, że ja o tym mówię, a inni milczą.
 
Panie Prezydencie, gdy te dwa i pół miesiąca temu pojawiła się ta informacja, gdy już wiedzieliśmy, że Donald Tusk jedzie do Brukseli, mówili koniec świata,  w każdym razie koniec Platformy, za chwilę to się wszystko wysypie. A drudzy mówili, nie, że będzie odświeżenie układu politycznego. Dzisiaj już mamy od paru tygodni nowy rząd, nowego premiera, nową Panią Premier. Niechętnie Pan recenzuje, bo i niechętnie Pan…
 
Wie Pan, rolą Prezydenta jest współdziałać, współpracować, zachęcać, ułatwiać, a nie być komentatorem politycznym, bo to trochę nie po to Polacy wybierają Prezydenta, żeby komentował.
 
A Pan podzielał te obawy wtedy?
 
Ja zaproponowałem swoją pewną wizję działania, uwzględniającą to, że mamy dzisiaj trudny, mamy teraz okres trzech wyborów, bardzo istotny, trzech kampanii wyborczych i jestem przekonany, że znajdujemy, absolutnie będziemy znajdowali coraz więcej obszarów wspólnych, ale jeszcze raz chcę powiedzieć, to nie może dotyczyć tylko i wyłącznie rządu. Aczkolwiek rząd zawsze ma kluczowe znaczenie. To musi dotyczyć także całej sceny politycznej, uwzględniającej i koalicję rządzącą, ale i przynajmniej część opozycji. Bo niektóre wyzwania są tak poważnymi wyzwaniami, że ich się bez współdziałania tak szerokiego, jak na przykład w ’89 czy ’90 roku nie da udźwignąć. Wtedy wielkie reformy państwa polskiego były możliwe, ze względu na bardzo szerokie zaplecze, jakie tworzył nie tylko obóz Solidarności, ale i wszystkie praktycznie liczące się siły polityczne. Są takie sprawy, bezpieczeństwo, polityka demograficzna, czyli przełamanie kryzysu demograficznego, uczestnictwo w pogłębionej integracji europejskiej, które można rozwiązywać tylko i wyłącznie poprzez budowę szerokiego porozumienia, wykraczającego poza pytania o politykę rządową.
 
Panie Prezydencie, kiedy Pan… Nie, ja nie zapytam, kiedy Pan powie, że Pan kandyduje, bo Pan powie, że jeszcze nie pora, a i tak wszyscy wiemy, że Pan kandyduje.
 
Nie, ja Panu powiem. Ja, oczywiście, po pierwsze chciałbym dokończyć moją kadencję w jak najlepszym stylu, z jak najlepszym efektem, więc dlatego się nie spieszę z deklaracjami.
 
A kiedy będzie właściwy moment?
 
Kalendarz polityczny, który jest w jakiejś mierze w rękach Marszałka Sejmu, bo to on wyznacza, w określonych ramach…
 
Ale to wiadomo, przełom maja i czerwca będą wybory.
 
Oczywiście, to jest według mnie luty, to jest w lutym wszyscy będą musieli się deklarować, bo zacznie bić ten zegar, wyznaczający terminy wyborcze, i to będzie także mnie dotyczyło.
 
A nie jest Pan zmartwiony tym, że najwyraźniej wszyscy się Pana boją? Co to za wybory?
 
Ja nie jestem taki straszny ani taki groźny i nie sądzę, że boją się. Jakoś nie odczuwam.
 
A co będzie głównym wątkiem tej kampanii, według Pana? Co powinno być?
 
No, to każdy sobie już układa, każdy trzyma za pazuchą własne pomysły.
 
A jakby Pan Prezydent powiedział, głosujcie na mnie i dajcie mi następnych pięć lat, bo…
 
Ja myślę, że właśnie ja jestem trochę w takiej sytuacji, w której zawsze będą mnie oceniali ludzie już nie wedle tego, co ja powiem, co zrobiłem, albo jak się zachowywałem. To trochę jest pytanie do kogo innego, z jakim przyjdzie programem, bo ja swój program, w moim przekonaniu, konsekwentnie realizuję od pierwszych dni, kiedy wybory wygrałem. Realizuję i jak widać, trafia to do przekonania ogromnej większości Polaków, co mnie cieszy, co mnie zobowiązuje także do tego, żeby serio traktować dokończenie tego zamysłu, tego stylu uprawiania polityki.
Pan Prezydent mówi o lutym, wybory to przełom maja i czerwca, więc gdzieś po drodze wypadnie piąta rocznica katastrofy smoleńskiej. Z tych deklaracji Pana Prezydenta, jak się w nie wczytać, to ja rozumiem, że pomnik tak, ale nie przed wyborami i nie na Krakowskim. Czy dobrze odczytuję Pana słowa?
 
Nie, nie. Wie Pan, to do mnie się zwróciły rodziny z prośbą o podjęcie tego tematu, tej sprawy. Ja odczuwam potrzebę przyspieszenia, że tak powiem, gojenia się ran, które są efektem nie tylko samej katastrofy, ale przede wszystkim konfliktu politycznego, który wokół tej kwestii zaistniał. Ale też chcę być rzetelny, to znaczy, ja się podejmę tego zadania, jeśli uznam, że jestem w stanie to udźwignąć. Jeśli uznam, że mogę mieć za sobą liczącą się część opinii publicznej.
 
A czy dzisiaj ktokolwiek jest w stanie to udźwignąć?
 
Liczącą się część także tych rodzin ofiar katastrofy smoleńskiej. Jeżeli uznam, że to jest niemożliwe, to uczciwie powiem, że jeszcze sytuacja do tego nie dojrzała. Dlatego też wszelkie rozmowy na ten temat z samorządem warszawskim odłożyłem do czasów po wyborach samorządowych, a wszelkie decyzje, w moim przekonaniu dotyczące kwestii trwałego upamiętnienia w Warszawie, powinny omijać rafy terminów wyborów prezydenckich i innych. Więc stąd jest moja pewna wstrzemięźliwość, co nie znaczy, że jeśli się podejmę tego zadania, to nie będę zdeterminowany. Będę bardzo zdeterminowany.
 
A to nie będzie z powrotem wejście na pole minowe, jakie właściwie zafundowano Panu przed Krakowskim?
 
Sam mnie Pan przed chwilą namawiał, żeby wykorzystać 80% zaufania, teraz Pan mnie przestrzega przed polem zaminowanym.
 
Nie przestrzegam, tylko opisuję teren.
 
Wszyscy o tym wiedzą. Kiedyś w rozmowie ze mną bardzo ciekawie tę sprawę ujął Pan Marszałek Ludwik Dorn. Z którym różne mamy fazy naszej znajomości, z dawnych lat, z niedawnych. Powiedział coś takiego, jako socjolog. Sprawa się, jak on to powiedział, może to nie najładniej zabrzmi, ale otorbiła, w sensie takim, że przestaje być bardzo odczuwana na co dzień. Ale jest jednak głębokim podziałem społeczeństwa czy narodu, jest w moim odczytaniu pewnym zagrożeniem dla tego, nad czym powinien pieczę sprawować Prezydent, czyli nad zagrożeniem dla wspólnoty, bo dzieli ludzi. Więc jeśli tak jest, to może warto po tym polu minowym spróbować przejść w stronę taką, żeby podział, dzisiaj głębiej ukryty, ale istniejący, jakoś rozbroić. Po to, żeby wrócić do klimatu z czasów żałoby. Takim miejscem rzeczywiście, które dla mnie się kojarzy ze wspólnotą żałoby, wspólnotą pozytywnego przeżycia bólu narodowego po tej śmierci tych dziewięćdziesięciu sześciu osób, to jest miejsce, gdzie była msza żałobna, na placu Józefa Piłsudskiego, tam, gdzie stał i stoi krzyż papieski, gdzie jest pamięć po pogrzebie, pożegnaniu Prymasa Wyszyńskiego.
 
I to by było najlepsze miejsce, według Pana Prezydenta?
 
Ja Panu mówię, gdzie widzę ten obszar taki, gdzie można próbować odbudować wspólnotę, nawiązując do konkretnych wydarzeń. Czy to zostanie podzielone przez rodziny, ten punkt widzenia, nie wiem. Rozmawiałem z niektórymi i będę te rozmowy kontynuował. Jak podejmę się tej roli, to zawiadomię opinię publiczną. Na razie rodzinom uczciwie powiedziałem, że szanuję ich wniosek do mnie, ale to, czy się podejmę, będzie zależało od tego, czy to uznam za realne do zrobienia.
 
To o pomniku, którego jeszcze nie ma. Jutro odwiedzi Pan Prezydent parę pomników, które stoją jak najbardziej, w tym jedna z tych wizyt budzi kontrowersje. Dostał Pan zapewne list od ludzi, którzy uważają, że jeden z tych pomników powinien Pan ominąć. Być może szczególnie tydzień po otwarciu Muzeum Historii Żydów Polskich, czyli pomnik Romana Dmowskiego, który jak najbardziej, można powiedzieć, celebrował antysemityzm, choć brzydko to zabrzmi, w każdym razie w najmniejszym stopniu się nie przeciwstawiał, za gettem ławkowym był jak najbardziej. To może ten jeden przystanek ominąć?
 
Wie Pan co, są oczywiście ludzie i na skrajnej prawicy, i na skrajnej lewicy, którzy uwielbiają prowadzić grę…
 
Ci przeciwko Dmowskiemu są na skrajnej lewicy?
 
Ja mówię, gdzie są. Którzy uwielbiają prowadzić grę na zasadzie, wypchnijmy kogoś poza obszar wspólnoty. Wypychamy. To tak prawica mówiła, wy nie jesteście patriotami. Inni mówią, wy nie jesteście demokratami, was tu nie powinno być. Podczas gdy, kto dzisiaj się zastanawia, czy jakiś król piastowski był chodzącą cnotą, czy też wyłupywał oczy własnym kuzynom? No, był królem Polski i nikt go, że tak powiem, z pocztu królów polskich nie wyrzuci. To po co wyrzucać kogoś, kto ma zasługi ewidentne dla odzyskania niepodległości w ’18 roku? To jest jakieś dziwne podejście, bo przecież lewica ma szczególną wrażliwość, tak przynajmniej deklaruje, zawsze za wszystkimi wykluczanymi. To czemu sami chcą wykluczyć kogoś z historii? Gdzie tu jest logika w postępowaniu? Logika w postępowaniu państwa polskiego w tej kwestii jest taka, żeby przyciągnąć wszystkich do wspólnego świętowania, pomimo różnic. Nie ma co kamuflować tych różnic. One były, można w każdym ruchu politycznym znaleźć różne rzeczy brzydkie, nieszlachetne, a nawet paskudne, tym niemniej nie można, nawet rzeczy, które nam się nie podobały, albo nie podobają, [wykluczać]. Ja i moja rodzina jesteśmy z zupełnie innej tradycji. Zasługi dla Ojczyzny w tamtym, historycznym momencie odzyskiwania wolności trzeba uszanować. Gdyby ktoś chciał wyrzucić poza obszar patriotyzmu polskiego Romana Dmowskiego, to wie Pan, co by robił? To by wyrzucił połowę społeczeństwa polskiego, bo w tamtym czasie to połowa społeczeństwa polskiego była właśnie po stronie Romana Dmowskiego. Roman Dmowski nie jest bohaterem mojej bajki, ale ja szanuję fakt, że był i jest bohaterem polskiej bajki dla liczącej się części opinii publicznej wtedy i dziś.
 
Panie Prezydencie, jeszcze a propos tych jutrzejszych wydarzeń, na Pana nosa politycznego, spokojnie jutro będzie? Bo jak tu jechałem do Belwederu, to metalowe bramki już były szykowane przy Ambasadzie Rosyjskiej.
 
Ja mam taką nadzieję, bo wydaje się, że już żadne środowiska skrajne nie mają nadziei, że właśnie innych wypchną poza obszar obchodów patriotycznych, bo tu się umocniło centralne myślenie takie, w kategoriach tego, że możemy trochę iść bardziej na prawo, trochę bardziej na lewo, ale generalnie idziemy środkiem polskiej drogi. To się umocniło i jutro Razem dla Niepodległej będzie marszem, gdzie będą ludzie o bardzo różnych poglądach politycznych. Od lewicy po prawicę. I to już uwzględniają ci, którzy chcieli widzieć w tym szansę na zadymę, na jakieś demonstrowanie przeciw komuś. No, będą demonstracje innego typu, każdy ma do tego prawo. Ja sądzę, że jednak opinia publiczna, która wyraźnie wskazuje, komu sekunduje i jakich obchodów oczekuje, jest wskazówką dla ludzi o bardziej zapalczywych charakterach politycznych i że oni to uwzględnią. Ja myślę, że żadnych ekscesów nie będzie, ale jeśli będą, to już sobie policja z nimi poradzi.
 
Panie Prezydencie, powiedział Pan takie ładne zdanie jakiś czas temu, że z historią jest trochę jak z tą piłką nożną, czyli niewykorzystane sytuacje się mszczą. Ostatnio, jak widzieliśmy z Niemcami, mamy dwie i wykorzystujemy dwie, więc nie jest źle, ale tak już powoli podsumowując to dwudziestopięciolecie, te obchody rocznicowe, o których mówiliśmy tutaj rok temu , w tym samym miejscu, to ma Pan poczucie, że jesteśmy na dobrej drodze, żeby wykorzystywać te sytuacje w następnym dwudziestopięcioleciu, czy tak trochę przespaliśmy?
 
Tak, wie Pan, bardzo wiele od nas zależy. Ja Panu powiem tak, jesteśmy po raz pierwszy, po raz pierwszy od wielu, wielu lat, a nawet wieków, w sytuacji, w której być może będzie tak, że nie będziemy musieli co pokolenie zaczynać od zera, albo prawie od zera, od nowa. Bo co jest problemem? To, że cały świat zachodni, bezpieczniejszy, spokojniejszy, bogatszy, między innymi taki jest, bo tam się nawarstwia praca pokoleń. To się dokłada do pracy dziadków, rodziców swoją własną pracę i to się nawarstwia. U nas historia Polski była taka, że co pokolenie praktycznie trzeba zaczynać od nowa. I teraz, być może, jesteśmy od wielu, wielu lat po raz pierwszy w takiej sytuacji, że mija dwudziestopięciolecie, a więc jedno pokolenie, i może się zacząć ta polska praca, polski wysiłek nawarstwiać. Praca pokolenia na pracę pokolenia. I tędy wiedzie droga do absolutnie nowej pozycji polski w świecie, do lepszego życia Polaków, i to jest coś nowego. Posłuchajmy swoich rodziców, swoich dziadków, a kto pamięta, to jeszcze pradziadków. Oni zawsze mieli przekonanie, że jest jakieś fatum, że ich praca pójdzie z dymem, pójdzie na marne. Że ich dzieci czy ich wnuki będą musiały zaczynać od zera. My nie. Ja mam świadomość, że będzie się nawarstwiało.
 
Panie Prezydencie, bardzo Panu dziękuję. Jutro, pogodę sprawdziłem, ma być czternaście, piętnaście stopni, słonecznie.
 
Widzi Pan, to nawet nie tylko badania opinii publicznej, ale jeszcze pogodynka nam sprzyja, bardzo dobrze.
 
Już mieliśmy Króla Słońce we Francji, to Prezydenta Słońce w Polsce. Panie Prezydencie, bardzo Panu dziękuję. Jutro marsz, Bieg Niepodległości też jest o jedenastej jedenaście.
 
Zapraszam serdecznie. Mam nadzieję, że będzie i przyjemnie, i wesoło, będzie nam towarzyszył - odkrycie jest, że tak powiem - odremontowane, cadillac kupiony dla Marszałka Piłsudskiego, on tak, wie Pan, Panie Redaktorze, niewiele mniejszy od tego samochodu Baracka Obamy, którym tu się cieszyliśmy 4 czerwca.
 
Ale Pan Prezydent nie usiądzie za kierownicą?
 
Nie, będzie Marszałek Piłsudski jechał. Zgodził się na taką rolę, zdaje się, pan Daniel Olbrychski. Bardzo mu serdecznie za to dziękuję.
 
To bardzo, Panie Prezydencie, dziękuję za rozmowę, a Państwu życzę miłego, pięknego, słonecznego dnia i fajnych, uśmiechniętych, najważniejsze, obchodów Święta Niepodległości. Dziękuję pięknie, dobranoc Państwu.
 
Dziękuję serdecznie.
Poleć znajomemu


Opuszczasz oficjalny serwis Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej


Dziękujemy za odwiedzenie naszej strony.

Zapraszamy ponownie.