przeskocz do treści | przeskocz do menu głównego
Oficjalna strona Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej
| | |
A | A | A
Niedziela, 30 września 2012

Wywiad Macieja Piróga w „Menedżerze Zdrowia”

Maciej Piróg

"Menedżer Zdrowia": Powszechne jest przekonanie, że zdrowie jest zbyt cenne, by w tej sprawie bezkrytycznie zaufać wyłącznie lekarzowi. Czy to ozna­cza również, że zdrowie naszego społeczeństwa jest zbyt cenne, by bezkrytycznie zaufać ministrowi zdrowia?

 

Maciej Piróg: Tak. I cieszy mnie, że Ministerstwo Zdrowia zdaje sobie z tego sprawę. Zdrowie publiczne powinno być przedmiotem zainteresowań wielu resortów oraz agend rządowych, samorządów, organizacji pożytku pu­blicznego i wreszcie, a może przede wszystkim, społeczeństwa, czyli nas samych.

 

Przeglądając listę spraw, którymi w Polsce powinien się zająć urzęd­nik czy instytucja odpowiedzial­na za nasze zdrowie, nie sposób się oprzeć wrażeniu, że jest ich tyle, że w zasadzie ten urzędnik powinien zastąpić premiera i prze­jąć władzę w kraju. Zakres tych spraw jest naprawdę imponujący, dotykają one każdej sfery życia.

 

To nie jest tak. Nie ma mowy, by taki urzędnik czy instytucja mieli za­stąpić premiera. Ale co zrobić z tym, że sprawy te wymagają komplek­sowego, holistycznego podejścia? Zignorować? Nie załatwiać? Moim zdaniem potrzebny jest porządny ośrodek doradczy, który sprawami zdrowia publicznego zająłby się cało­ściowo, nie kierując się ograniczenia­mi resortowymi.

 

Czyli między innymi tym, że Mini­sterstwo Zdrowia jest odpowie­dzialne za jak najtańsze leczenie Polaków, co w praktyce sprowa­dza się do przepisywania generyków zamiast najskuteczniejszych leków innowacyjnych? Mimo że ludzie leczeni generykami tra­fiają na renty chorobowe, co ob­ciąża budżet ministra pracy? Ktoś odpowiedzialny za koordynację wysiłków i środków obu mini­sterstw? „Nadminister" zdrowia, pracy i opieki społecznej?

 

Mieliśmy już taki urząd, jak pan to określa, „nadministra". Dwadzie­ścia lat temu szczęśliwie odeszliśmy od tego rozwiązania.

 
Dlaczego szczęśliwie?
 

W kardiologii istnieje zjawisko o nazwie „zespół podkradania". Po­dobny mechanizm obserwujemy w systemie ochrony zdrowia. Kto „podkrada" w ochronie zdrowia? Gdy trzeba komuś obciąć budżet, najpierw zabiera się pieniądze na re­habilitację, profilaktykę i promocję zdrowia. Na końcu natomiast na le­czenie szpitalne. Budżet na leczenie szpitalne, ratowanie życia wbrew po­zorom stosunkowo łatwo obronić, choćby odwołując się do opinii pu­blicznej za pomocą mediów. To dość widowiskowe, spektakularne — opublikować dziennikarski materiał z tezą „człowiek odszedł, bo ratunek nie przyszedł na czas". O wiele mniej spektakularna, mniej widowiskowa jest mrówcza praca nad przygotowaniem materiału, który udokumentowałby, że setki tysięcy ludzkich istnień prze­pada na skutek nadużywania tytoniu, alkoholu, napojów wysokosłodzonych, tłuszczów odzwierzęcych, soli czy braku ruchu. O wiele trudniejsze jest wdrożenie takiego programu. Ma to przełożenie na podejmowanie decyzji w ochronie zdrowia. „Podkradającym" są szpitale, specjalistyka. „Podkradanymi" zaś - podstawowa opieka zdrowotna, zdrowie publiczne. Decyzja o uniezależnieniu budżetu na opiekę społeczną od decyzji ministra zdrowia nie była nierozsądna. Poszedłbym nawet dalej -zaproponowałbym utworzenie re­sortu zdrowia publicznego. Należy uniezależnić fundusze wydawane na zdrowie publiczne jedynie od decy­zji ministra zdrowia, jak to się dzie­je w wielu europejskich państwach. Bo zawsze będzie pokusa, presja, by „podkradać" pieniądze na zdrowie publiczne i przekazywać na lecze­nie wysokospecjalistyczne. Droższe i mniej służące społeczeństwu niż pra­widłowa profilaktyka.

 

Przed wojną nie było w Polsce nawet Ministerstwa Zdrowia. A pan proponuje dwa resorty: zdrowia oraz zdrowia publicznego.

 

Ja tylko zauważam, że dbanie o zdro­wie publiczne nie może być domeną tylko ministra zdrowia, czyli osoby stojącej na czele resortu w takim kształcie, w jakim istnieje on obec­nie. Jest to sprawa warta współpracy międzyresortowej. Przy okazji chciał­bym zauważyć, i proszę, by nie uz­nawano tego za uwagę kąśliwą, że nadal nie mamy ministerstwa zdro­wia, a najwyżej ministerstwo cho­roby. Nasze Ministerstwo Zdrowia przede wszystkim zajmuje się orga­nizacją leczenia chorób, o wiele mniej natomiast dba o to, by Pola­cy byli zdrowi, by starali się nie cho­rować. Takie ministerstwo choroby jest oczywiście potrzebne, ale potrzeb­na jest też instytucja, która nie zaj­mowałaby się chorobami, a właśnie zdrowiem. Niekoniecznie minister­stwo.

 

Kto zatem powinien się tą spra­wą zająć? Premier? Prezydent?

 

Ktoś powinien. Może to być insty­tucja działająca przy Kancelarii Pre­zesa Rady Ministrów. Chciałbym uprzedzić krytyków, gotowych tor­pedować inicjatywę argumentem, że chodzi o tworzenie nowych etatów urzędniczych. Instytucja, o której mówimy, miałaby koordynować wysiłki różnych resortów w zakresie zdrowia publicznego. Źle mi się kojarzy nazwa „komisja wspólna", wolałbym raczej „komitet", który wyniósłby na wyższy poziom sprawę ochrony zdrowia w Polsce. Obecnie zajmują się nią różne resorty, bez odpowiedniej koordynacji, chyba że o taką koordynację zadba premier. Mamy też w Polsce taką instytucję, jak Komitet Ekonomiczny Rady Ministrów. Może potrzebny jest komitet zdrowotny, który zadbałby o to, byśmy mniej chorowali?

 

Rozmawiał Bartłomiej Leśniewski

Poleć znajomemu


Opuszczasz oficjalny serwis Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej


Dziękujemy za odwiedzenie naszej strony.

Zapraszamy ponownie.