przeskocz do treści | przeskocz do menu głównego
Oficjalna strona Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej
| | |
A | A | A
Poniedziałek, 30 maja 2011

Tomasz Nałęcz: Obama ma autentyczną charyzmę

Też pod wrażeniem uroku Obamy?

 

Tak. Myślę, że tak, jak cała Polska.

 

Co ma w sobie takiego ten prezydent Stanów Zjednoczonych, że nawet mężczyźni - i to w sile wieku - stają się dziwnie rozmarzeni, jak o nim mówią?

 

W historii i w polityce mówi się: "charyzmę". Autentyczną charyzmę. Nie "miękką" charyzmę, którą ma wielu polskich polityków, tylko autentyczną charyzmę.

 

I z bliska ta charyzma jakoś daje o sobie znać?

 

Wydaje mi się, że tak. Rozmawiałem z wieloma osobami, które zetknęły się z prezydentem tak, jak widzieliśmy na ekranach telewizorów - przez podanie ręki. Każdy był przekonany, że prezydent go zapamiętał, że prezydent go dostrzegł.

 

Że leciał do Ameryki i myślał o nim tylko.

 

To ogromna umiejętność. Ale też chyba jest autentyczny w tym lubieniu ludzi. Bo to chyba na tym polega.

 

Myśli pan, że Obama był równie zachwycony polskimi politykami, jak oni nim?

 

Trudno mi powiedzieć. Na pewno częściej spotyka różnych polityków niż polscy jego rozmówcy prezydenta Stanów Zjednoczonych. Więc myślę, że ta relacja nie była symetryczna.

 

Niemiecka prasa pisze o tym, że był wyobcowany i zmęczony. Odniósł pan takie wrażenie?

 

Nie, nie odniosłem. Natomiast jak czytałem te komentarze, to świetnie pamiętałem, że prezydent Obama jeszcze nie był w Niemczech, więc...

 
Z zazdrości wszystko!
 

Nie tyle z zazdrości, co z takiego pewnego chyba jednak rozżalenia. Natomiast to też warto pamiętać, że prezydent Obama był w Polsce, a w Niemczech jeszcze nie był.

 

Nie jest tak, że na tej wizycie i na komentarzach po tej wizycie mocnym cieniem położyła się nieobecność Lecha Wałęsy podczas spotkania z Obamą? Bo jak się przeczyta dzisiaj zagraniczną prasę czy posłucha tych pierwszych komentarzy, to w bardzo wielu właśnie na to się zwraca uwagę.

 

To można było z góry przewidzieć, że nieobecność Lecha Wałęsy na tym spotkaniu zostanie odnotowana. Bo ileż osób w Polsce rozpoznaje zagraniczna prasa? Poza tym to rzeczywiście było wydarzenie, świadczące i o polskiej wolności, i o wielkości Lecha Wałęsy, bo naprawdę tylko w wolnym kraju może taka sytuacja zaistnieć. A trzeba być Lechem Wałęsą, żeby nie przyjść na spotkanie z prezydentem Obamą.

 

Lech Wałęsa stawiał jakieś żądania? Bo wiem, że prezydent Komorowski z nim rozmawiał. Próbował go namówić. Było twarde żądanie: "Ma być tak i tak, i wtedy przyjadę"?

 

To jest dla mnie zupełnie niezrozumiała sytuacja, bo przecież pierwotna koncepcja tego spotkania była dla Lecha Wałęsy niezwykle honorowa. Też rzecz się nie rozbiła o rozmowę w cztery oczy z prezydentem Obamą, bo przecież z tego, co mówi prezydent Komorowski - i co jest też stanowiskiem ambasady amerykańskiej - z tym, zdaje się, nie było problemu.

 

Może błędem było umieszczenie Lecha Wałęsy w szerokim gronie? Może liczył na spotkanie w cztery oczy z Barackiem Obamą i tyle.

 

Ale przecież tym więcej znaczy aktor, im bardziej doniosłe jest tło, na którym występuje, a przecież to nie miało być tak, że Lech Wałęsa miał być jednym z kilkudziesięciu, tylko miał być osobą numer jeden - oczywiście nie licząc gospodarza i głównego gościa.

 

Ale on stawiał jakiś warunek, pod jakim miał się pojawić w Pałacu Prezydenckim?

 

W gruncie rzeczy nie.

 
Coś mu się nie podobało.
 

W gruncie rzeczy szczerze powiedział: "Nie pasuje mi". I myślę, że to było szczere sformułowanie. Powinniśmy to uszanować. Gdyby Lech Wałęsa zawsze zachowywał się w sposób zgodny z konwenansem i z taką chłodną logiką sytuacji, to pewnie nie byłoby Solidarności.

 

Urok urokiem Baracka Obamy, ale coś z tej wizyty, poza zauroczeniem, pozostało?

 

Ależ oczywiście. Pozostał fakt, że jednak Europa Środkowa to ważny region dla prezydenta Stanów Zjednoczonych, bo - nie oszukujmy się - przecież zaproszenie składane normalnie zawsze przy okazji takiej wizyty jak prezydenta Komorowskiego w Waszyngtonie w grudniu, zostało bardzo szybko przyjęte właśnie pod wpływem tej argumentacji, że w maju będzie szczyt prezydentów Europy Środkowej.

 

Ale to jest właśnie też tylko taki dyplomatyczny splendor, natomiast niewiele mamy konkretów.

 

Nie jest to dyplomatyczny splendor. Przede wszystkim jest to jednak dowód, że nasz region liczy się w polityce amerykańskiej, że tego regionu Stany Zjednoczone nie poświęcają dla relacji z innymi. A poza tym myślę, że sytuacja w Afryce Północnej uświadomiła prezydentowi Stanów Zjednoczonych, że warto jednak takie wzory hołubić i wspierać się na takich wzorach.

 

Jest chociaż konkretny termin następnego spotkania? 2013, padała taka data, ale nie wiem, na ile ona jest serio.

 

Pamiętajmy, że zaczyna się okres bardzo ważny dla prezydenta Stanów Zjednoczonych, to znaczy wybory.

 
W 2013 nie musi być prezydentem.
 

Nie, nie. Mnie chodzi tylko o to, że przecież kalendarz prezydenta Stanów Zjednoczonych i tak zawsze będzie napięty, teraz szczególnie, więc jeśli nie zaistnieją jakieś szczególne okoliczności to ja bym specjalnie nie liczył na wizytę jeszcze w tej kadencji.

 

Termin 2013 otwarcie Muzeum Historii Żydów Polskich to jest data, której możemy się trzymać.

 

Złożona spontanicznie obietnica, bardzo ważna, wysłuchana nie tylko w Polsce, ale i w Stanach Zjednoczonych. Ja sobie nie wyobrażam, żeby prezydent Obama tej obietnicy nie dotrzymał, mamy to jak w banku.

 

A czy nie uważa pan, że to, że ostatnim punktem wizyty było spotkanie z rodzinami ofiar katastrofy w tym z prezesem Kaczyńskim, to było z punktu widzenia obozu prezydenckiego, że tak powiem, błąd taktyczny?

 
Dlaczego?
 

No bo takie ostatnie wrażenie, które pozostało, podobno bardzo ważne dla polityków i nie tylko, to jest ten list czy memoriał wręczany przez Jarosława Kaczyńskiego i spotkanie z nim.

 

Ależ i prezydentowi Komorowskiemu i kancelarii zależało na tym spotkaniu. Bo zależy nam przecież na tym, żeby ta wizyta wypadła jak najlepiej i to, że prezydent USA pamięta o ofiarach katastrofy, że składa kwiaty, że spotyka się z tymi rodzinami, to właśnie gest pod adresem i tych rodzin, ale i Polski, więc to jak najbardziej potrzebne.

 

Ten memoriał Jarosława Kaczyńskiego nie odebrano jako jakiegoś zgrzytu?

 

Znaczy nie chcę łyżki dziegciu tutaj do tego dodawać, bo to przecież bardzo udana wizyta, także w tym punkcie. Memoriał jak memoriał, najpewniej nie ma w nim takich treści, które by oczekiwał np. Antoni Macierewicz, bo Jarosław Kaczyński się jak na razie nie pochwalił się treścią memoriału. I nie sądzę, że jak dzisiaj pójdę do pracy, to on będzie odczytywany przez gnomadów z tego namiotu.

 

Czy prezydent ma swojego faworyta w walce o fotel szefa IPN-u?

 

Nie ma. Ponieważ prezydent jest autorem zmiany tej ustawy, jest rada IPN-u, są tam znakomici fachowcy z różnych środowisk, niech wybierają.

 

I ostatnie pytanie. Czy jest pomysł rzeczywiście poważnie brany pod uwagę, żeby złożyć projekt, który wykreśla z kodeksu karnego to publiczne znieważenie prezydenta, jako coś co jest zagrożone karą do 3 lat więzienia.

 

Prezydent jest absolutnie do tego nie przywiązany.

 

Ale złoży projekt ustawy w Sejmie, która skreśla ten punkt z kodeksu karnego?

 

To raczej powinna być inicjatywa poselska. My w Polsce nie przepadamy za rozwiązaniami, że ktoś się o swoją sprawę upomina, więc prezydent gorąco wesprze taką inicjatywę, ale nie sądzę, żeby występował z taką inicjatywą, ale zobaczymy.

 
A jak trafi na jego biurko to podpisze?
 
Bardzo szybko.

 

Poleć znajomemu


Opuszczasz oficjalny serwis Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej


Dziękujemy za odwiedzenie naszej strony.

Zapraszamy ponownie.