przeskocz do treści | przeskocz do menu głównego
Oficjalna strona Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej
| | |
A | A | A
Piątek, 7 października 2011

Tadeusz Mazowiecki: Głosowanie to obywatelska powinność

Wywiad z Doradcą Prezydenta RP Tadeuszem Mazowieckim ukazał sie 7 października 2011 roku w "Gazecie Wyborczej".

 

Dominika Wielowieyska, Jarosław Kurski: Czy prezydent powinien powierzyć Jarosławowi Kaczyńskiemu misję tworzenia rządu, gdyby PiS wygrał wybory?


Tadeusz Mazowiecki: Mam nadzieję, że PiS nie wygra.


Czy prezydent zawsze powinien desygnować na premiera lidera zwycięskiej partii? Nawet jeśli uważa, że to zły kandydat na szefa rządu?


Konstytucja nie zakłada automatyzmu. Istotna jest zdolność do uformowania większości parlamentarnej. Prezydent może mieć swoją tego ocenę, ale powinien ją sprawdzić w politycznych konsultacjach. Będę prezydentowi doradzać, by najpierw porozmawiał z szefami ugrupowań, które znalazły się w nowym Sejmie. W ten sposób będzie mógł się zorientować, czy i kto ma możliwości stworzenia koalicji. To ułatwi mu decyzję.


Boi się pan tych wyborów, panie premierze?


Mam obawy dwojakiego rodzaju. Po pierwsze, frekwencja, po drugie, rezultat wyborów. Sondaże nie dają jasnych odpowiedzi. Kiedy porównuję uczestnictwo w wyborach w innych demokracjach, to Polska niezmiennie - od dwudziestu lat - jest krajem niskiej frekwencji. A przecież głosowanie to obywatelska powinność.


A jak nie ma na kogo?


W polityce nie wszystko się nam podoba w stu procentach. Wybiera się lepsze lub gorsze rozwiązanie. A jak się nie głosuje, to na ogół - poza traktowaniem tego jako protestu - wykazuje się brak troski o własny kraj.


Może ludzie myślą, że Polska jest już na dobrych torach i ktokolwiek by wygrał, nie stanie się nic złego.


Polska stoi na dobrych torach, ale zły wynik wyborów może ją z tych torów wysadzić. Nasz kraj oczekuje dziś od każdego obywatela chwili namysłu, czy mamy się rozwijać dynamicznie, w atmosferze współdziałania i spokoju, czy też popaść w polityczne konwulsje i niepewność w polityce gospodarczej.

 

Czy wygrana PiS mogłaby Polskę wysadzić z dobrego toru? Niektórzy dawni wyborcy PO twierdzą, że PiS zbytnio był demonizowany.


Na torze demokratycznego rozwoju jesteśmy mocno osadzeni. Ale obawiam się straty czasu na wewnętrzne walki. Na to nas nie stać. Europa i świat są w kryzysie i w tym czasie dobrze, żeby Polską kierowała ekipa rozsądna, prorozwojowa, proeuropejska, a nie ekipa, która będzie wzniecać polityczne awantury.

 

A może Kaczyński jako lider ostrej opozycji jest w gruncie rzeczy politykiem racjonalnym? I jeśli doszedł by do władzy, to będzie kontynuował politykę społeczną i gospodarczą?

 

Niech mnie pani do racjonalności tego polityka nie przekonuje! Jest to racjonalność, z której jak diabeł z pudełka zawsze wyskoczy coś nieobliczalnego, co ma odkryć prawdziwe lub urojone układy, lub coś innego równie groźnego, czym można politycznie grać.


Jego rady u progu obecnego kryzysu były błędne, mogły tylko rozregulować naszą gospodarkę. Jego zdolności koncyliacyjne do zawierania koniecznych porozumień we wspólnej walce Europy z tym kryzysem są równe zeru i zawsze noszą znamię buńczuczności.


Zresztą obserwowaliśmy tę racjonalność w czasie tzw. IV Rzeczypospolitej. Nieustanne polityczne turbulencje, dzielenie ludzi na patriotów i nie patriotów, podejrzliwość i duszna atmosfera w kraju, niechęć do sąsiadów, dystans wobec całej Europy... Od roku opozycja Kaczyńskiego to w istocie nie opozycja, to rokosz przeciwko instytucjom demokratycznym państwa polskiego. Przecież prezes PiS nie akceptuje wyników demokratycznych wyborów prezydenckich.

 

Jarosław Kaczyński mówi, że jako premier bronił interesu narodowego, a Donald Tusk jest uległy wobec możnych tego świata i UE.

 

To gołosłowne gadanie. Nie ma on żadnych dowodów na tę uległość. Prawdziwym powodem jest to, że polityka ta mu się nie podoba, bo nie on ją tworzy. Tusk buduje pozycję Polski w Unii zdolnością porozumiewania się. Rząd Kaczyńskiego tej zdolności nie miał. Polska była wtedy izolowana, postrzegana jako zamykający się i nieprzewidywalny kraj, z którym nie można się układać. I Kaczyński się nie zmienił.


Świadczy o tym jego ostatnia wypowiedź o Angeli Merkel. Zasugerował, że została wybrana na kanclerza w jakiś tajemniczych okolicznościach. Nie dopowiada, jakie ciemne siły wyniosły ją do władzy, ale jest to rodzaj dziwnej insynuacji pod adresem Merkel. Kaczyński niszczy nasze relacje z sąsiadem, świadomie obraża przywódcę ważnego kraju w UE.


Posługiwanie się insynuującymi niedopowiedzeniami czy dwuznaczności a mi należy od dawna do jego języka politycznego. Zatruwały one już nieraz polskie życie publiczne. Tym razem zostały skierowane na zewnątrz. To szkodliwe i nieodpowiedzialne w ustach człowieka, którego licząca się część Polaków chce widzieć u steru państwa.


Środowiska prawicowe uważają, że Tusk nie walczy z korupcją i klęczy przed Rosją.


Walka z korupcją jest potrzebna i się odbywa, ale nie na pokaz, jak to było za rządów Kaczyńskiego. Jeśli chodzi o stosunki z Rosją i wymyślony przez niego zarzut „białej flagi“, to jest on nieprawdziwy i obliczony na schlebianie anty rosyjskim nastawieniom. Przeciwnie, udało się odmrozić te stosunki na polu gospodarczym i historycznym.


Mieliśmy uchwałę Dumy uznającą zbrodnię katyńską i powołanie komisji ds. trudnych. Niestety, część Polaków uwierzyła w absurdalne teorie o zamachu smoleńskim, od których Kaczyński się nie odciął. Nie wolno grać na resentymentach anty rosyjskich. Nam potrzebna jest trzeźwa ocena sytuacji.


PiS przedstawia się jako jedyna partia broniąca wartości bliskich Kościołowi.

 

Gdy w latach 90. Krzysztof Kozłowski pytał ks. Józefa Tischnera, czy wpisywać wartości chrześcijańskie do ustawy, to Tischner mu powiedział: „Wiesz, jedyne miejsce, gdzie one są skodyfikowane, to Kazanie na Górze. Tam jest jedno przesłanie: »Błogosławieni pokój czyniący«“.

 

Wartości chrześcijańskie to łączenie i jednoczenie ludzi. O Jarosławie Kaczyńskim można mówić wiele rzeczy, ale na pewno nie to, że jego przesłanie to przesłanie o pokoju łączącym, a nie dzielącym ludzi.

 

Jednak wielu katolików w PiS wierzy. Pod krzyż na Krakowskim Przedmieściu przychodziły starsze panie tylko po to, aby się pomodlić, i były wyśmiewane przez młodzież, czuły się poniżone. To u części Polaków wzmogło poczucie oblężonej twierdzy. Co pan by powiedział tym wyborcom PiS?


Powiedziałbym im, że nie wyśmiewamy się z nich i szanujemy ich obawy, ale ich nie podzielamy. Kościół musi być świadkiem chrześcijaństwa w świecie takim, jakim on jest, w świecie rozwijającym się, a nie w świecie zamkniętym na rozwój.


A postrzeganie ludzi o innych poglądach politycznych jako wrogów wiedzie na manowce i niszczy wspólnotę Kościoła.


Ale hierarchia też zdaje się zamykać w warownej twierdzy. Po zniszczeniu pomnika w Jedwabnem władze Kościoła milczały, a w sprawie kabaretowego satanisty biskupi bez przerwy protestują.


W sprawie tego satanisty mam takie samo zdanie jak Jakub Wygnański i Zbigniew Nosowski: nie podoba mi się jego obecność w telewizji publicznej. To prawda, że w sprawie zbezczeszczenia pomnika w Jedwabnem zabrakło głosu Kościoła, ale przypomnę, że na ostatnich obchodach w Jedwabnem mocne i piękne przemówienie wygłosił biskup Cisło. To, jak ufam, był miarodajny głos Kościoła. Nikt nie powinien mieć wątpliwości, że Kościół nie pochwala bezczeszczenia pomników.


Ostatnio było nie tylko Jedwabne, ale i inne przykłady niszczenia pomników, gesty nienawiści, swastyki malowane w miejscach publicznych, hasła antysemickie. Incydenty czy wzbierająca fala?


Nawet jeśli uznajemy je za incydenty, nie zwalnia to nikogo, szczególnie polityków, z obowiązku głośnego potępiania takich ekscesów. Terrorysta Breivik nie jest przecież przedstawicielem masowego ruchu w Norwegii, a jednak doprowadził do strasznej tragedii. Dlatego przestrzegam polityków, szczególnie PiS, przed tolerowaniem takich zachowań czy wręcz usprawiedliwianiem ich. Wspieranie tzw. kiboli, uczynienie z nich swego sojusznika w walce z rządem jest niebezpieczną grą i ośmiela te grupy coraz bardziej.


Kibole bijący piłkarzy, atakujący spokojnych kibiców, wznoszący antysemickie hasła nagle poczuli, że mogą mieć swoich protektorów, którzy W razie kłopotów z wymiarem sprawiedliwości poręczą za nich.


Prawica twierdzi, że to Platforma wznieca wojnę polsko-polską, emitując spot, w którym pokazuje walczących ki boli i agresywnych „obrońców“ krzyża. W ten sposób poniża cały elektorat PiS, bo przedstawia ich jako bandytów i ludzi chorych z nienawiści. I prowokuje takie zdarzenia jak morderstwo działacza PiS w Łodzi.


Ależ to postawienie całej rzeczy na głowie. Liderzy Platformy nie poręczali za ludzi, którzy wykazują się agresją wobec PiS, nie bronili ich. Tymczasem posłanka PiS poręcza za osobę oskarżoną o rozbój tylko dlatego, że człowiek ten źle mówi o rządzie Tuska.


Jarosław Kaczyński mógł sam potępić ludzi, którzy krzyczeli pod Pałacem Prezydenckim, że Komorowskiemu i Tuskowi należy się kulka w łeb, którzy życzyli śmierci Annie Komorowskiej. Ale nie zrobił tego, bo to jest niewygodne. Nie chciał zniechęcać swojego twardego elektoratu.


Tymczasem Bronisław Komorowski i Donald Tusk zawsze wyraźnie mówili, że są przeciwni agresji, składali kwiaty w miejscu zbrodni w Łodzi. Niedobre, jątrzące zachowania mogą mieć miejsce po różnych stronach politycznej sceny, ale ważne jest, jak liderzy na nie reagują.


Wojna polsko-polska będzie nadal trwała?

 

Prezes PiS mówi, że zakończyć ją może tylko jego dojście do władzy. To w istocie jest zapowiedzią kontynuowania tej wojny. Ja mam na to pogląd zgoła odmienny. Przy znaczącym udziale mediów utrwalono w Polsce przekonanie, że istnieją dwie równorzędnie obciążone i na śmierć zwalczające się siły - PO i PiS. Taki pogląd daje o sobie znać i teraz, niemal w każdej debacie wyborczej. Mniejsze partie też używają tego obrazu, walcząc z zabetonowaniem sceny politycznej. A przecież tak nie jest! Winy nie są równorzędne, nie można ich dzielić po połowie.


Jeśli po jednej stronie jest PiS, to po drugiej z pewnością nie sama Platforma, lecz wszyscy, którzy chcą Polski bardziej życzliwej i otwartej, zdolnej do współdziałania, niezamykającej się w podejrzeniach, obsesjach i lękach. Tam jest sfera walki i wykluczenia z polskości i patriotyzmu. Tu - sfera różnic mniej lub bardziej ostrych, ale normalnych w demokratycznym ładzie społecznym. Takie jest też nowe pokolenie i rozumnej prawicy, i uwolnionej od postkomunizmu lewicy oraz chrześcijańskiego czy tradycjonalistycznego centrum. Takie jest nowe polskie pokolenie w ogóle i dlatego ono tej walki na śmierć i życie w polsko-polskich sporach nie rozumie i nie podziela.


Kiedy jednak sprowadza się to do odrzucania polityki w ogóle, to warto, by ludzie młodego pokolenia mieli świadomość tego, jaka dla naszego rozwoju i dla całej atmosfery życia publicznego jest waga wyboru, przed którym stoimy 9 października.


Nie jest pan rozczarowany rządami PO, że zbyt wolno modernizuje Polskę? Sam prezydent Komorowski powiedział, że będzie po wyborach zachęcał premiera do zmian reformatorskich.

 

Osiągnęliśmy bardzo wiele. Ci, którzy są rozczarowani tym, że tempo zmian reformatorskich było niedostateczne, powinni zadać sobie pytanie, czy wynik wyborów w ogóle dalsze zmiany reformatorskie umożliwi. I do czego mogłaby się przyczynić ich bierność w wyborach.


Trzeba też oceniać ten rząd sprawiedliwie. Jak się jedzie przez Polskę, to widać, że to jest inna Polska. Hasło „Polska w budowie“ jest prawdziwe. Oczywiście chcielibyśmy szybciej, lepiej, więcej, zwłaszcza jeśli chodzi o infrastrukturę, w której jednak też coś się dzieje.


Ten rząd wiele zrobił. Polska w czasie światowego kryzysu nie wpadła w zapaść. Mamy przyrost dochodu narodowego. To poważny sukces, choć trzeba być przygotowanym na to, że nadejdą miesiące i lata, które mogą być trudne. Dobrze wykorzystaliśmy dla rozwoju regionalnego fundusze unijne. Otwieramy szkoły dla sześciolatków tak jak to jest w wielu krajach. Nie zamykam oczu na nierówności społeczne. Przyszły rozwój powinien je złagodzić. I tu widzę ewolucję przekonań Tuska jako premiera. On nie odszedł od liberalizmu, od zasady wolnej gry rynkowej w gospodarce, ale zaczął dostrzegać koszty społeczne. I to mu zapisuję na plus.


A jak pan ocenia Tuska jako polityka z perspektywy ostatnich kilkunastu lat? Odszedł z Unii Wolności po ostrym konflikcie z pana środowiskiem. Zakładając PO, przypieczętował koniec UW. Wtedy nie był pan o nim dobrego zdania.


Ubolewam nad tym, co wtedy się stało, ale to jest rozdział zamknięty. I jak to zwykle bywa, wina nie była tylko po jednej stronie. Dziś Tusk dojrzał jako polityk i jest prawdziwym przywódcą. Potrafi ważyć słowa, potrafi podejmować trudne decyzje. Potrafi stawić czoła argumentom przeciwników, ma ogromną zdolność kontaktu z ludźmi, co pokazuje, jeżdżąc teraz po kraju i odbywając niełatwe rozmowy z wyborcami. Potrafi stawić czoła argumentacji i artystów, i kibiców. To nie są zdolności na pokaz, bo za tym stoi wewnętrzna dojrzałość. Będę na niego głosował z pełnym przekonaniem, że głosuję na dobrego premiera.


Czy jeszcze pięć lat temu wygłosiłby pan te wszystkie pochwały?
 

Ważne, że teraz je wygłaszam.
 

Poleć znajomemu


Opuszczasz oficjalny serwis Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej


Dziękujemy za odwiedzenie naszej strony.

Zapraszamy ponownie.