przeskocz do treści | przeskocz do menu głównego
Oficjalna strona Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej
| | |
A | A | A
Środa, 9 listopada 2011

Prof. Roman Kuźniar w artykule dla "Gazety Wyborczej"

Artykuł Doradcy Prezydenta RP Romana Kuźniara ukazał się 9 października 2011 roku w "Gazecie Wyborczej"

 

Dziesiąta rocznica rozpoczęcia wojny w Afganistanie oraz formalnie zakończona operacja militarna w Libii skłaniają do poważnej refleksji nad użytkiem, jaki robimy z naszej zachodniej, nadal miażdżącej przewagi strategicznej nad resztą świata. Chodzi zarówno o efekty bieżące, jak i długofalowe konsekwencje zaangażowania militarnego NATO w operacje, które nie mają związku z bezpieczeństwem jego członków.


Zgadzamy się bowiem, że ani talibowie, ani pułkownik Kaddafi nie byli zagrożeniem dla bezpieczeństwa Zachodu. Wnioski, jakie nasuwają się ze sposobu używania siły przez Zachód, nie są optymistyczne. Przypomnijmy, że mieliśmy także krwawą wojnę w Iraku, w której NATO odgrywało jedynie osłonową rolę wobec zmasowanego ataku wojsk USA i Wielkiej Brytanii.

Arogancja i gorliwość...

Wszystkie te operacje oraz towarzysząca im retoryka wpisują się idealnie w pogląd sformułowany przez Michaela Walzera, najwybitniejszego amerykańskiego badacza związków między wojną a moralnością. W swej znakomitej pracy „Wojny sprawiedliwe i niesprawiedliwe“ pisał, że „powodem przedłużania wojen bywa ów skażony arogancją i gorliwością idealizm demokratyczny, ale bywają nim również duma arystokratyczna, hubris (pycha)wojskowa“.


Do tego poglądu można dodać, że są to przyczyny nie tylko przedłużania wojen, ale także ich rozpoczynania. W przypadku Iraku i Libii podstawowe przyczyny były zresztą nie idealistyczne, lecz materialistyczne, a właściwa Zachodowi „arogancja i gorliwość“ odgrywają znaczącą rolę niemal we wszystkich przypadkach używania siły, nie tylko po zimnej wojnie.


w Afganistanie od początku mamy do czynienia z wyższością logiki wojskowej nad polityczną. W tej wojnie politycy zupełnie abdykowali z roli wyznaczonej im jeszcze przez von Clausewitza. Prymat wiodą wojskowi, którzy zapewniają polityków O tym, że zwycięstwo jest tuż-tuż, wystarczy tylko, abyśmy dorzucili „więcej mocy“. I tak od dziesięciu lat.


O licznych błędach popełnionych w toku tej wojny oraz o jej kosztach wiele ostatnio pisano; ja sam piszę O tym od 2002 r. (!). Misja NATO w Afganistanie, której zadaniem było wsparcie Stanów Zjednoczonych, przekształciła się w przedłużający się bez końca pobyt W tym kraju Conradowskiego, w tym przypadku kolektywnego, pana Kurt za.
Podobnie jak pan Kurtz z „Jądra ciemności“ operacja ISAF (międzynarodowe siły stabilizacyjne w Afganistanie) oderwała się od pierwotnego celu wizyty w tym odległym kraju. Prowadzona jest tylko ze względów doktrynalnych, w celu oduczenia „barbarzyńców“ ich obrzydliwych obyczajów. Przestaliśmy zwracać uwagę na ofiary, które jej towarzyszą.


Sojusz dziwnie odmieniło środowisko, w którym tak długo przebywa. Więcej mówi się o finansowych kosztach, zwłaszcza teraz, gdy Ameryka znalazła się w potężnych tarapatach finansowych. Aspekty moralne i sens wojny zeszły na dalszy plan. W centrum zainteresowania są nasze zdolności wojskowe. Nie możemy darować niektórym, że ich narodowe ograniczenia przeszkadzają im zabijać więcej talibów, którzy utrudniają wprowadzanie naszego porządku.


Operacja libijska stała się prawdziwym świętem hipokryzji. Państwa, które przez dziesięciolecia popierały stare reż i my Afryki Północnej, a samego Kaddafiego, jeśli nie całowały po rękach, to zapraszały do ustawiania namiotów w swoich ogrodach prezydenckich, postanowiły nagle przejść na stronę wolności i praw człowieka. Błędy w początkowej ocenie arabskiej wiosny (zwłaszcza w Tunezji) postanowiono naprawić tanim kosztem, a nawet z zyskiem, angażując NATO woba lenie Kaddafiego. Warto przypomnieć, że liczba ofiar rebelii w Bengazi była początkowo znikoma, znacznie mniejsza niż liczba ofiar protestów w Egipcie, nie mówiąc o Syrii. Wielu osobom umknął artykuł w„The New York Times“, który korygował liczbę ofiar walk w Libii. Przedstawiciele władz przejściowych w Libii, a za nimi liczni zachodni politycy umówili się na 25 tys. zabitych.


Zachodnie organizacje pozarządowe oraz Czerwony Krzyż mówią o 800-1000ofiarach. Interwencję podjęto i prowadzono z otwartym zamiarem obalenia Kaddafiego. Świadczyły O tym liczne wypowiedzi i rodzaj prowadzonych akcji militarnych, co było bardziej niż oczywistym odejściem od rezolucji Rady Bezpieczeństwa. Nie może także dziwić, że wyrażone głośno pragnienie ministra spraw zagranicznych jednego z zachodnich mocarstw, aby Kaddafi został zabity, trzy dni później zostało spełnione.


Takie nadużycie mandatu Rady Bezpieczeństwa gwarantowało powstanie w niej anty zachodniej opozycji składającej się z tych, którzy „dali się ograć“ w procesie negocjowania libijskiej rezolucji. Przekonaliśmy się o tym przy okazji niedawnej rezolucji w sprawie reakcji na krwawe represje reżimu Asada wobec demonstrantów żądających jego ustąpienia. Krokodyle łzy niektórych zachodnich dyplomatów były w tej sytuacji zupełnie nieprzekonujące. Zwłaszcza że tymczasowe władze libijskie wcześniej otwarcie zapowiedziały uprzywilejowane traktowanie wyzwolicieli w procesie przyznawania koncesji na wydobycie ropy naftowej oraz wielkich kontraktów na „odbudowę“Libii.


Źródłem niechęci „wschodzących krajów“ do przyjścia z pomocą strefie euro na ostatnim szczycie G20 w Cannes było zdaniem obserwatorów zaangażowanie Francji w konflikt w Libii.

...oraz ich konsekwencje

Znakomity francuski analityk w dziedzinie bezpieczeństwa Franćois Heisbourg pisał kilka tygodni temu w „Le Monde“, że najpoważniejszą i najtrwalszą konsekwencją tej operacji była odmowa uczestniczenia w niej większości państw europejskich. Polska była W tym gronie. Warszawa odmówiła wysłania kilku samolotów wojskowych pomimo wyraźnych namów ze strony inicjatorów. Słusznie, bowiem i tym razem rzecz nie była w absolutyzowanych zdolnościach wojskowych.


Libia Kaddafiego była łatwa do pokonania nawet przez pojedyncze mocarstwo Europy Zachodniej. Nie przypadkiem celem wcześniejszych operacji był słaby Afganistan talibów i słaby Irak Husajna. O Syrii się nie myśli, bo to kraj nieporównanie silniejszy, ale poza tym bez ropy.


We wszystkich tych konfliktach doszło do porzucenia moralności na rzecz łatwej retoryki praw człowieka. W toku tych operacji nabyliśmy nieznośnej lekkości zabijania. Ofiary być muszą, bo przecież chodzi o wolność i prawa człowieka. Na szczęście, co zauważa również Heisbourg, operacja libijska nie była prowadzona po amerykańsku, czyli z zastosowaniem logiki „miażdżącej siły“, dzięki czemu udało się uniknąć większej liczby ofiar.


Powyższe przypadki pokazują, że gruntownego przemyślenia wymaga strategia angażowania NATO i UE poza własnymi granicami. Żywiołowe posługiwanie się NATO czy UE w odniesieniu do strategicznych czy energetycznych interesów mocarstw poza Europą może prowadzić do pęknięcia w obu instytucjach. Państwa nie mające takich interesów mogą nie chcieć używania wspólnych instrumentów jako listków figowych w celach, które nie są związane z bezpieczeństwem w Europie czy strefie atlantyckiej. Złe ich użycie czy nadużycie będzie je także delegitymizować w oczach społeczności międzynarodowej. Mocarstwa powinny na własny rachunek podejmować operacje militarne wynikające z ich interesów strategicznych i innych, zgodne z ich tradycją i doświadczeniem. w interesie wszystkich powinno być jednak zachowanie wiarygodności i zwartości wspólnych instytucji bezpieczeństwa i obrony na sytuacje zgodne z ich mandatem i prawem międzynarodowym.


Niedawne doświadczenia zasługują na uwagę przy kształtowaniu polityki bezpieczeństwa i obrony UE. Przecież operacja libijska powinna być od początku operacją Unii Europejskiej, ale z niejasnych powodów pro europejski dotychczas Paryż zdecydował się na NATO. Po zimnej wojnie Unia stała się nie tylko wspólnotą bezpieczeństwa dla państw członkowskich, ale do 2008r. zapowiadała się obiecująco jako całościowy system bezpieczeństwa oddziałujący korzystnie na swoje otoczenie.


To przecież, wydawałoby się, najmniej do tego powołana UE pod przewodem Francji zdołała wpłynąć na zakończenie konfliktu na Kaukazie w sierpniu 2008r. Bardziej predestynowane do reakcji na tamten konflikt NATO, USA czy OBWE niemal zupełnie wtedy nie drgnęły. Kryzys finansowy 2008 r., dług publiczny, a ostatnio problemy z euro na skutek niewypłacalności Grecji zatrzymały rozwój wspólnej polityki bezpieczeństwa i obrony. Traktat lizboński i baron essa Ashton na czele CSDP (wspólna polityka bezpieczeństwa i obrony) nie zwiększyły skuteczności UE w tej dziedzinie. Lady Ashton wydaje się nawet gwarancją upragnionego przez Londyn niedorozwoju polityki bezpieczeństwa i obrony UE.

Ku nowej strategii bezpieczeństwa UE

Dobrym pretekstem do rewitalizacji myślenia i działania na rzecz zwiększonej roli UE w tej dziedzinie powinny być prace nad nową strategią bezpieczeństwa UE. Sojusz Atlantycki zrobił to w listopadzie ubiegłego roku. Aktualnie obowiązująca strategia Unii pochodzi z 2003 r. Jeśli Polsce w czasie jej prezydencji udałoby się rozpocząć dyskusję na ten temat, to prace mogłyby ruszyć na wiosnę przyszłego roku, a pod koniec 2012 r. moglibyśmy mieć nowy dokument.


Ostatnie doświadczenia powinny sprzyjać koncentracji rozważań raczej na sensie (celach, sposobach, definicji zwycięstwa) użycia siły w określonych okolicznościach niż na zdolnościach militarnych. Ich znaczenie było z powodów biznesowych demonizowane.


w Afganistanie dysponujemy gigantyczną przewagą (najpotężniejszy sojusz w historii świata kontra 20-30tys. średniowiecznych bojowników), a od 10 lat grzęźniemy tam coraz głębiej. W operacjach pozaeuropejskich militarny Blitzkrieg nie zapewnia długofalowego zwycięstwa ani stabilności. Nie wiemy, czym będzie Libia za dwa-trzy lata -drugą Somalią, Libanem czy względnie stabilną autokracją bez Kaddafiego? Dziś wszystkie scenariusze są możliwe. Niekiedy łatwe zwycięstwo jest wstępem do długofalowych kłopotów.


Być może wzmocnienie polityki bezpieczeństwa i obrony UE (CSDP)okaże się niemożliwe. Na przykład dlatego, że dla Paryża i Londynu wystarczające może być porozumienie o zacieśnieniu współpracy strategicznej podpisane przez oba kraje w ubiegłym roku, a scementowane wspólną operacją libijską. Być może nie wszyscy członkowie Unii będą zainteresowani wzmocnieniem CSDP i trzeba to będzie robić według formuły wzmocnionej współpracy, którą dopuszcza traktat lizboński. Wcześniejsze inicjatywy ministra Radosława Sikorskiego mieszczą się w tej logice. Tak czy inaczej obecny impas i brak jasności powinny zostać przełamane.


Polska uważana przez wielu europejskich ekspertów za jednego z czterech najpoważniejszych graczy w tej sferze (oprócz Francji, Wielkiej Brytanii i Niemiec) ma prawo do inicjowania poważnej debaty na ten temat. Jeśli aspirujemy do roli współgospodarza integracji europejskiej, nie powinniśmy się obawiać zadawania trudnych pytań ani zabiegania odoprowadzenie do wspólnej na nie odpowiedzi.

 

Poleć znajomemu


Opuszczasz oficjalny serwis Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej


Dziękujemy za odwiedzenie naszej strony.

Zapraszamy ponownie.