przeskocz do treści | przeskocz do menu głównego
Oficjalna strona Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej
| | |
A | A | A
Sobota, 11 grudnia 2010

Świąteczny wywiad Pary Prezydenckiej dla "Gali"

Wywiad z Parą Prezydencką, Anną i Bronisławem Komorowskimi, ukazał się w tygodniku "Gala" 11 grudnia 2010 roku.

 

W Belwederze do wigilijnego stołu zasiądzie w tym roku 20 osób. Po raz pierwszy rodzina państwa Komorowskich spotka się nie w rodzinnym mieszkaniu na Rozbrat, ale w pełnych przepychu komnatach, w których przed laty jadał chociażby marszałek Józef Piłsudski. „Do tej pory, żeby się wszyscy zmieścili, musieliśmy na skos ustawiać stoły. Teraz będziemy mieli mnóstwo miejsca” – mówi prezydent. A co ze Świętym Mikołajem? „Dzieci od dawna wiedzą, że Święty Mikołaj ma wąsy podobne do tych Bronka” – mówi Pierwsza Dama. „Gala” jako jedyna gazeta w Polsce została zaproszona do Belwederu tuż przed świętami. A pierwsza para tylko Annie Kaplińskiej - Struss opowiedziała o tym, jak zmieniło się życie rodziny Komorowskich po wygranych wyborach.

 

O zmroku, w delikatnym świetle latarni, otulony śniegiem Belweder wygląda baśniowo. Trochę jak zagubiony na kresach szlachecki pałacyk. Przekraczając bramę późnym wieczorem, mogłabym przysiąc, że na dziedzińcu, wśród delikatnie prószącego śniegu, słyszę dźwięk dzwoneczków i nawoływania tych, którzy urzędowali tu w czasach marszałka Piłsudskiego. Po chwili orientuję się, że to dźwięk komórki i nawoływania BOR-owców. Jeszcze tylko rutynowa kontrola służb i siadam przy stoliku w Sali Lustrzanej, oczekując Pierwszej Pary. Najpierw do sali wbiega ukochana suczka Pani Prezydentowej – Ponia, zwana Draką. Po chwili pojawia się Pierwsza Dama oraz Prezydent. Aura oficjalności znika, gdy zaczynamy rozmowę. Pan Prezydent sypie anegdotami jak z rękawa, a Pani Prezydentowa ma w sobie wiele ciepła, ale także przenikliwe spojrzenie „wymagającej pani od łaciny”.

 

GALA: Składając sobie życzenia świąteczne rok temu, nie przypuszczaliście Państwo, że następne będziecie sobie składać jako Para Prezydencka w Belwederze...

 

ANNA KOMOROWSKA: Oczywiście, że nie, bo przecież nikt nie przypuszczał, że życie potoczy się w ten sposób. Poza tym, spotykając się przy wigilijnym stole z najbliższymi, raczej życzymy sobie tego, co ważne w wymiarze prywatnym, a nie zawodowym czy publicznym. Niezależnie od tego, gdzie jesteśmy – czy w Belwederze, czy gdziekolwiek indziej – jesteśmy zwykłymi ludźmi.

 

BRONISŁAW KOMOROWSKI: Nie wolno mieć w sobie takiej pychy i arogancji, żeby życzyć sobie wielkich zaszczytów czy ważnych funkcji. Co nie znaczy, że trzeba być człowiekiem lękliwym. To trochę jak z żołnierzem – każdy szeregowiec powinien wierzyć, że nosi buławę marszałkowską w plecaku.


Mijający rok musiał spowodować rewolucję w Państwa życiu!

 

BRONISŁAW KOMOROWSKI: Ależ nie! Życie nas nieustannie zaskakuje! Ja cenię sobie w życiu jego nieprzewidywalność. Zarówno w życiu rodzinnym, jak i w publicznym. Nie chcę za bardzo wchodzić w naszą prywatność, ale powiem tylko, że pojawianie się na świecie naszych dzieci było właśnie czymś radośnie nieprzewidywalnym. A w wymiarze publicznym co chwila coś się wywraca – koalicje, układy, partie i powstaje coś nowego. Mój polityczny świat wywracał się też co parę lat. Taki jest urok demokracji. Proszę pamiętać, że moja perspektywa – szykanowanego człowieka opozycji, który przeszedł na pozycje władzy – z natury rzeczy też musi uwzględniać element zaskoczenia. Jestem człowiekiem transformacji ustrojowej, dlatego umiem podejmować życiowe wyzwania. Jestem w tej machinie państwowej nie od dziś i zmiana jest dla mnie czymś naturalnym.

 

ANNA KOMOROWSKA: Ja starałam się chronić to, co powinno być stabilne, czyli życie rodzinne.

 

A czy miała Pani swoje małe rewolucje?

 

ANNA KOMOROWSKA: Moje dotychczasowe życie postrzegam raczej jako ewolucję, ponieważ zachodzące w nim zmiany nie mają charakteru szokowego. Starałam się przyjmować różne wydarzenia jako naturalną konsekwencję tego, co było wcześniej.

 

Nawet internowanie męża? Takie rzeczy przyjmuje się ze stoickim spokojem?

 

ANNA KOMOROWSKA: Jeśli miało się za lodówką schowek na bibułę, to trzeba się było liczyć z przykrymi konsekwencjami.


Rozumiem, że dziś mówi Pani o tym spokojnie, ale zostawienie małej córeczki i A-miesięcznego synka, żeby odszukać męża w ośrodku internowania i brnąć przez śniegi – to musiało być trudne.

 

ANNA KOMOROWSKA: Łatwe nie było, ale właśnie dzięki spokojowi można było sobie z tym poradzić. Przecież dzieci nie zostawały same. Wspierała mnie rodzina i przyjaciele. Poza tym „wyprawa” z perspektywy Warszawy wydawała się trudniejszą, niż się okazała.

 

Zawsze ma Pani nerwy na wodzy?

 

ANNA KOMOROWSKA: Staram się i czasami się udaje.

1, 2, 3, 4, 5, 6, NASTĘPNA
Poleć znajomemu


Opuszczasz oficjalny serwis Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej


Dziękujemy za odwiedzenie naszej strony.

Zapraszamy ponownie.