przeskocz do treści | przeskocz do menu głównego
Oficjalna strona Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej
| | |
A | A | A
Czwartek, 2 czerwca 2011

Wywiad Pierwszej Damy dla "Zwierciadła"

Dzieci zapewniły, że będą wspierać tatę, ale zdecydowały też, że nie chcą występować publicznie. Bardzo tego pilnują. A ja to cenię. Jednak chyba nie miałabym pretensji, gdyby któreś postanowiło błyszczeć w mediach. Po to mają wolność, żeby mogły wybierać – mówi Pierwsza Dama Anna Komorowska, mama pięciorga dorosłych dzieci.

 

Wielodzietna rodzina, tak jak rodzina z jedynakiem, ma swoje atuty, ale i deficyty. Jedynak może liczyć na wyłączną uwagę rodziców, choć trudniej mu się nauczyć samodzielności. Gdy dzieci jest więcej, wtedy nauka samodzielności przychodzi szybciej, jednak czasu poświęconego konkretnemu dziecku jest siłą rzeczy mniej.

 

Między najstarszą a najmłodszą córką jest dokładnie dziesięć lat różnicy, bo obydwie urodziły się we wrześniu. Tak więc cała piątka przyszła na świat w ciągu dziesięciu lat. No to jest dosyć „skompaktowana” sytuacja [śmiech]. A doba przy wielodzietnej rodzinie się nie wydłuża. Trzeba więc tym czasem gospodarować mądrzej albo do pewnych spraw podchodzić bardziej liberalnie. Z konieczności na pewne rzeczy nie zwracało się uwagi albo schodziły one na dalszy plan, bo trzeba było wybierać to, co najważniejsze.

 

Z perspektywy czasu mogę jednak powiedzieć, że – choć bywało trudno – nic złego dzieciom się nie stało. Te trudności zresztą wymazuje się z pamięci, nie są obciążające. A poza tym – jak to się potocznie mówi – wszystkie dzieci wyszły na ludzi. Wszystkie są zaangażowane społecznie. Dwie córki pracują w organizacjach pozarządowych, więc bardzo często w różnych sprawach się z nimi konsultuję.

 

Jak tę wrażliwość społeczną im zaszczepiliśmy?

 

Oczywiście dzieci wiedziały, że mąż i ja byliśmy w młodości zaangażowani czy to w harcerstwo, czy w działalność opozycyjną. Można więc powiedzieć górnolotnie, że wyssały to z mlekiem matki. Z drugiej jednak strony – pomogło im właśnie to, że są z rodziny wielodzietnej. Szalenie ważne w takiej rodzinie są grupy rówieśnicze. Świadomie szukaliśmy miejsca, w którym, poza domem i rodziną, mogłyby współdziałać z innymi dziećmi.

 

Pamiętam, że pierwszą dwójkę zaprowadziłam na zbiórkę harcerską, ale żadne nie połknęło bakcyla. To była druga połowa lat 80. Razem ze znajomymi, którzy mieli dzieci w podobnym wieku, szukaliśmy sposobów, żeby jakoś zagospodarować im czas. Organizowaliśmy spotkania w domach albo wycieczki w różne miejsca. Potem dowiedzieliśmy się, że w pobliskiej parafii powstaje grupa rodzin, więc do nich dołączyliśmy. I właśnie tam, w Przymierzu Rodzin, nasze dzieci uczyły się działalności społecznej. Najmłodsza, Ela, poszła do KIK-u, ponieważ w Przymierzu Rodzin musiałaby czekać rok na nową grupę (ta akurat wtedy dla dzieci w jej wieku nie powstawała), a ona bardzo chciała coś robić szybciej. Dzieci angażowały się w życie Przymierza Rodzin najpierw jako uczestnicy zajęć, obozów wakacyjnych i zimowisk, na których panowały dosyć spartańskie warunki. Godziliśmy się na to, bo wiedzieliśmy, że uczą się tam wzajemnej pomocy, życia w grupie, myślenia o innych. Gdy weszły w okres licealny, prowadziły grupy dla młodszych dzieci. Każde z nich przeszło taką drogę: od uczestnika do wychowawcy. Ela nadal w KIK-u współprowadzi grupę.

 

Ta potrzeba angażowania się w społeczne akcje została moim dzieciom do dzisiaj. Gdy wybuchła pomarańczowa rewolucja, dwoje wyjechało na Ukrainę jako obserwatorzy. Jak były manifestacje poparcia dla wolnej Białorusi, to w jednej z gazet zobaczyłam na zdjęciu rozentuzjazmowaną córkę. Wiedziałam, że się tam wybiera, no i w gazecie było potwierdzenie [śmiech].

 

Czy czasem protestuję? W najmniejszym stopniu! Bardzo się cieszę z ich zaangażowania. Obserwuję, że w Polsce idea wolontariatu coraz prężniej się rozwija. Naprawdę warto robić coś dla innych. Śmiem twierdzić, że wtedy więcej dostaje się w zamian, że zawsze w jakiś sposób to do człowieka wraca. Trzeba tylko tworzyć wokół wolontariatu lepszy klimat, bo to, że w każdym człowieku drzemie potrzeba dawania, pokazuje co roku Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy pana Owsiaka. Takie akcje uczą też patriotyzmu. Są o wiele skuteczniejsze od rozmów na ten temat. W naszym domu zawsze pamięta się, żeby 3 maja czy 11 listopada wywiesić flagę. Wielokrotnie dzieci same o tym przypominały. Dla nich to naturalne. Nigdy nie marzyły, żeby wyemigrować z Polski. Tu znalazły pracę i tu chcą zostać.

 

Dzieci powinny przede wszystkim wiedzieć, że są kochane. Ale mądrą miłością, a nie taką, która na wszystko pozwala. Można dyscyplinować tłumaczeniem, zakazywaniem, ale najważniejsze są jasno postawione granice. Dają poczucie bezpieczeństwa. Szerokość tego „korytarza”, po którym dziecko może się poruszać, musi być dostosowana do jego wieku. Im starsze, tym „korytarz” szerszy.

W dużej rodzinie, jak w każdej grupie, są konflikty. Zawsze trzeba wtedy szukać kompromisu. Sposoby łagodzenia zaognionych sytuacji bywały różne, w zależności od stopnia mojego zmęczenia. Na pewno gdy starsze dzieci były małe, wszystkim bardziej się przejmowałam, czasem ostro reagowałam. Potem zwiększał się mój dystans do problemów, których przecież nie ubywało. W sytuacji konfliktowej potrafiłam powiedzieć: „wychodzę do drugiego pokoju, a wy się dogadajcie”. I się dogadywały! 

 

W tak dużej rodzinie ciągle ktoś pisał klasówkę, zdawał egzamin, maturę, kolokwium. Mówiłam: „wy się uczcie, a ja będę się denerwować”. Taki był podział. Ale z drugiej strony – nie zdać matury to też żaden dramat. One wiedziały, że świat się z tego powodu nie zawali. Starałam się wbić im do głowy, że każdy sam ponosi konsekwencje tego, co robi. Nie uczysz się? No to potem masz gorsze wyniki, a jak masz gorsze wyniki, to masz ograniczone możliwości w wyborze studiów. Wszystko jest w twoich rękach.

 

Bardzo zależy im na tym – i to jeden z sukcesów naszego wychowania – żeby zapracować samodzielnie na swoją drogę zawodową. Nie chcą być kojarzone z tatą. Nigdy nie prosiły o pomoc w załatwieniu czegokolwiek. O tym, że znalazły pracę, dowiadywaliśmy się po fakcie.

Kiedy mąż zastanawiał się nad kandydowaniem na urząd prezydenta, przedyskutowaliśmy w rodzinie wszystkie obciążenia, jakie się z tym wiązały. Dzieci zapewniły, że będą wspierać tatę, ale też poinformowały, że nie chcą udzielać się w mediach. Prosiły, żeby nie wciągać ich w żadne publiczne akcje. Bardzo tego pilnują. A ja to cenię. Ale też chyba nie miałabym pretensji, gdyby któreś miało ochotę błyszczeć w mediach. Po to mają wolność, żeby mogły wybierać. Śmieję się, że się ujawnią dopiero wtedy, jak wywołają jakiś skandal. 

 

Dzisiaj, mając to doświadczenie, jakie mam, w niektórych sprawach na pewno postąpiłabym inaczej. Czasami byłam nadgorliwa, czasami za bardzo folgowałam. Ale to trochę jałowe rozważania, bo matka to nie monolit, też jest w procesie, też się uczy.

 

Jestem dumna z tego, że nasze dzieci mają właściwą hierarchię wartości. Z czego jeszcze? Z tego, że są samodzielne, myślące, że im się nie najgorzej udaje i w sensie rodzinnym, towarzyskim, i zawodowym, i że – mam wrażenie – są szczęśliwe. Ale żeby była jasność: nigdy nie uważałam, że moje dzieci są najpiękniejsze, najzdolniejsze, najmądrzejsze. Ważne, aby były dobrymi ludźmi i były dobre w tym, co robią.

 

Nasze dzieci też czasem nas zaskakiwały. Z nauką bywało różnie. A potem okazało się, że te, którym szło gorzej, świetnie sobie radzą. Każdy ma swoje tempo rozwoju, trzeba tylko cierpliwie czekać i bacznie obserwować; czasem, jeśli trzeba, pomagać.

 

Cieszę się, że mają ze sobą dobry kontakt. Dwoje najmłodszych mieszka z nami, starsza trójka już dawno jest na swoim. Przynajmniej raz w tygodniu wszyscy się spotykamy, a w podgrupach – częściej. Dzieci pomagają sobie jak potrzeba, ciocie i wujkowie opiekują się półroczną Hanią, córką syna, i dwuletnim Stasiem, synkiem jednej z córek.

 

Żałuję, że mam tak mało czasu dla wnuków. Ale obiecuję sobie, że będziemy razem pływać, jeździć na rowerze, czytać książeczki, które już kompletuję. Z przyjemnością patrzę, jak dobrze nasze dzieci radzą sobie w roli rodziców. Moja rola jest uzupełniająca. To jednak oni wychowują, a nie dziadkowie. Jednak bycie babcią to fantastyczne uczucie.

 

Nasze dzieci z założenia, ale i konieczności, były wychowywane do samodzielności. Miały obowiązki, na przykład sprzątanie swoich pokojów, ja ich w tym nie wyręczałam. Musiały wychodzić z psem, pomagać młodszemu rodzeństwu, czasem pójść z małym bratem czy siostrą w wózku na spacer. I jakoś się z tego powodu zbytnio nie buntowały. A gdy starsi zrobili prawo jazdy, to nawet sami wychodzili z inicjatywą, żeby młodsze gdzieś podwieźć. Coś dzięki rodzeństwu traciły, ale też coś zyskiwały. Wektory działają w dwie strony. Mam jednak pewność, że plusów jest więcej. Taka rodzina jak nasza to duża wartość.     


opracowała Alina Gutek    

 

Poleć znajomemu


Opuszczasz oficjalny serwis Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej


Dziękujemy za odwiedzenie naszej strony.

Zapraszamy ponownie.