przeskocz do treści | przeskocz do menu głównego
Oficjalna strona Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej
| | |
A | A | A
Piątek, 3 czerwca 2011

Wywiad Pierwszej Damy dla "Polski The Times"

Wywiad ukazał się w Magazynie Polska The Times 3 czerwca 2011 r.

 

W sierpniu minie rok, odkąd Pani życie stanęło na głowie...

 

Trochę się zmieniło, nie ukrywam, ale nie tak bardzo.

 

Jak się Pani odnajduje w nowym miejscu i nowej roli? Nadal chodzi Pani z pieskiem na spacer?

 

Chodzę, gdy to możliwe.

 

Potwierdziły się obawy, jakie Pani miała, kiedy mąż kandydował na prezydenta?

 
A miałam jakieś obawy?
 

Z osoby prywatnej stała się Pani osobą publiczną, ciągle pod obstrzałem mediów, na świeczniku. Pani, osobie skromniej, bardzo rodzinnej, chyba za bardzo się do tego nowego nie śpieszyło.

 

Nie obawiałam się zmiany. Byłam tego świadoma od momentu, kiedy mąż podjął decyzję 0 kandydowaniu. Wiedziałam, że nastąpią, 1 tak się stało. Mam jednak dystans do siebie i świata. To, co było i nadal jest aktualne, to obrona prywatności ważnej zawsze w życiu rodzinnym. Przyznam jednak…

 
Tak?
 

…że wyobrażałam sobie, że niektóre sprawy będą o wiele trudniejsze. Okazało się, że to nie taka znów różnica w byciu żoną ministra, marszałka Sejmu czy prezydenta.

 
Media Panią chwalą.
 

To miłe, ale - jak już powiedziałem - potrafię trzymać dystans do tego, co piszą, i nie przejmować się ani nie analizować przesadnie wszystkiego, co przeczytam o sobie w gazetach.

 
Jak wygląda dzisiaj Pani dzień?
 

Każdy dzień jest inny, jednak zawsze niezwykle intensywny. Budzę się dość wcześnie.

Przed rozpoczęciem zajęć mam czas na przejrzenie prasy, słucham radia, cieszę się pięknym widokiem na Łazienki. Staram się codziennie rano popływać w basenie.

Mam sporo obowiązków, w ich wypełnianiu pomaga mi bardzo dobry zespół współpracowników przygotowujących spotkania, wyjazdy krajowe i zagraniczne. Jest ich wiele, czasem są to spotkania indywidualne, a czasem w różnych instytucjach, np. szkołach, domach dziecka, szpitalach. Staram się sama czytać znaczną część korespondencji i zapoznać się z prośbami o patronaty.

 
Co jest dla Pani najbardziej męczące?
 

Chyba ta świadomość, że jest się permanentnie ocenianym. Siłą rzeczy, człowiek zawsze się wówczas trochę usztywnia. Najlepiej funkcjonuje się wtedy, kiedy się wie, że nie jest się nieustannie obserwowanym przez ludzi nie zawsze mu życzliwych.

 

Jak wielu ma Pani doradców, którzy dbają o to, aby sobie Pani radziła w tych trudnych momentach? Wiemy, że zatrudniła Pani stylistkę.

 

Formalnie nie istnieje taka funkcja jak doradca pierwszej damy, ale mam grono osób, z którymi się konsultuję. Korzystam z wiedzy doradców prezydenta głównie w zakresie problematyki społecznej i kultury.

 
A w sprawie makijażu, fryzury?
 

Czasem dobrze jest przejrzeć się nie tylko w lustrze... Wygląd jest oczywiście istotny, w szczególności gdy pełni się funkcje publiczne. Trzeba mieć świadomość, że jest się bacznie obserwowanym i ocenianym.

 

Wahała się Pani, podejmując decyzję o objęciu patronatem pielgrzymki rodzin ofiar katastrofy do Smoleńska?

 

Ani przez chwilę. Nie miałam cienia wątpliwości, że powinnam się w nią zaangażować.

Wiem,że dla rodzin ofiar było to niezwykle trudne doświadczenie znaleźć się w miejscu tragicznej śmierci najbliższych. Chciałam być z nimi i wspierać ich jak najmocniej, zwłaszcza że było tam wiele osób mi bliskich i znanych.

 

Jak widzi Pani dalej swoją rolę i dalszą aktywność? Po doświadczeniach, jakie miała Jolanta Kwaśniewska, pewnie nie myśli Pani o zakładaniu fundacji?

 

Każda z pierwszych dam wspierała inicjatywy, które uważała za najważniejsze, i poprzez takie działania, jakie uznała za najodpowiedniejsze. W Polsce podejmowanych jest wiele interesujących, ważnych i pożytecznych akcji, powstaje sporo fantastycznych inicjatyw godnych poparcia i chętnie je wspieram, gdyż mam świadomość, iż patronat prezydenta czy pierwszej damy wiele ułatwia. Przede wszystkim angażuję się w akcje prozdrowotne, inicjatywy propagujące rodzicielstwo zastępcze, aktywizację kobiet na rynku pracy, czytelnictwo, uniwersytety trzeciego wieku. Na razie o zakładaniu fundacji nie myślę.

 

Pierwsze oceny Pani działalności były takie, że bardziej skupia się Pani na wspieraniu męża niż prowadzeniu własnej, wyraźnej aktywności.

 

To zarzut? Rozmawiamy, dlatego że mój mąż został wybrany przez Polaków na prezydenta, a nie dlatego, że jakieś nadzwyczajne dokonania czy cechy charakteru zaprowadziły mnie do Pałacu Prezydenckiego.

Wspieram męża, uzupełniamy się. Mam świadomość, że pewne działania łatwiej jest podjąć żonie prezydenta, np. wspomniane przez panie wyjazdy z rodzinami ofiar katastrofy pod Smoleńskiem czy rozmowy, które doprowadziły do rezygnacji z okupowania sali sejmowej przez pielęgniarki.

 

Radzi się Pani męża czy to raczej mąż przychodzi częściej do Pani po radę?

 

Każdy z nas ma swoje obszary aktywności, czasem są wspólne, poczynając od wizyt przyjmowanych czy składanych, bo są to wydarzenia, w których zazwyczaj uczestniczymy oboje. Ale to nie jest tak, że siadamy wieczorem czy rano i omawiamy nasze kalendarze. Nie mamy zbyt wiele wolnego czasu, więckażdą wolną chwilę staramy się wykorzystać dla rodziny.

 
Ale rzadziej się teraz widujecie?
 

Staramy się na tyle, na ile to jest możliwe, trochę tego czasu dla siebie znaleźć, ale to prawda, że jest go dużo mniej.

 

Jak Pani ocenia prezydenturę męża po tych 10 miesiącach?

 

Bardzo dobrze. Ale znacznie ważniejsze jest to, co myślą Polacy. Każdemu z polityków życzyłabym takich wyników sondaży, jakie ma mój mąż. Uważam, że polityka należy oceniać po tym, czy sprawdza się w trudnych czasach. Początki tej prezydentury przypadły na czas niezwykle trudny.

 

Uważa Pani tak również wtedy, gdy słyszy o jego gafach, jakie wciąż mu się wytyka?

 

Szczerze? Często się z tego śmieję. A z mówieniem o tych gafach jest tak jak z omawianiem lektur na lekcjach, gdy nauczyciel zamiast skupić się na meritum, większość czasu poświęca na roztrząsanie kwestii typu wzór sukienki drugoplanowej bohaterki w mało istotnej dla powieści scenie.

 

Nie przeraża Pani agresja, rynsztokowy język, jaki przez ten ostatni rok zapanował w polityce?

 

Rzeczywiście w naszym życiu nie tylko politycznym zbyt wiele jest języka agresji i -co gorsza -nienawiści, za dużo prostactwa.

 

Uruchomiła Pani w Belwederze scenę, na którą zaprasza kabarety, ale podobno nie wolno im dowcipkować z prezydenta.

 

To nie jest tylko scena kabaretowa. Zaczęło się we wrześniu od koncertu wszystkich polskich uczestników Konkursu Chopinowskiego. Ideą tych koncertów jest prezentacja polskich młodych artystów, których warto promować, muzyków laureatów konkursów krajowych i zagranicznych. Od czasu do czasu występują też kabarety. Ostatnio do Belwederu zostali zaproszeni artyści z Piwnicy pod Baranami.

Były też dowcipy na temat prezydenta i rządu. Belweder stoi, a artyści żyją (śmiech). Warto przypomnieć tradycje występów przedwojennych kabaretów w Belwederze.

 

Zaprzyjaźniła się Pani z kimś ze świata wielkiej polityki? Polubiła szczególnie którąś z żon prezydentów?

 

Spotkanie z każdą pierwszą damą jest niezwykle cenne i wartościowe. Na razie trudno tu jeszcze mówić o przyjaźniach, ale rzeczywiście z niektórymi małżonkami prezydentów utrzymuję częstsze kontakty, i to nie tylko przy okazji oficjalnych wizyt.

 
Na spotkaniach plotkujecie też o swoich mężach?
 

Zdarza się, że rozmawiamy też o nich, ale przede wszystkim skupiamy się na tematach związanych z naszymi krajami, ich historią, kulturą, aktualnymi problemami. Prawie zawsze poruszamy kwestie relacji z dziennikarzami (śmiech).

 
Narzekacie, że są zbyt wścibscy?
 

Raczej mówimy o tym, jak z nimi współistnieć.

 
Którą wizytę najlepiej Pani wspomina?
 

Trudno powiedzieć. Takie wizyty to nie czas odpoczynku, ale ciężka praca. Trzeba wstać wcześnie, program zawsze jest napięty, ale owszem jest także element przyjemności -poznania kultury kraju, w którym się gości, nowych ludzi. Trudno mi jednak wskazać jakąś wyjątkową wizytę, która szczególnie utkwiła mi w pamięci.

 

Znalazła Pani czas, aby zaangażować się w naszą akcję „Szkoła bez przemocy". Dlaczego?

 

To ważna akcja. Obserwujemy przecież, na jak wiele zagrożeń narażone są młodzież i dzieci, i każdy pomysł, który te zagrożenia zniweluje, powoduje, że warto się w to zaangażować. Taka akcja to także przeciwdziałanie agresji, o której mówiłyśmy wcześniej.

 
Lubiła Pani chodzić do szkoły?
 

Lubiłam. Lubiłam towarzystwo, niektórych nauczycieli. Wielu z nich pamiętam do dzisiaj, to byli dobrzy pedagodzy, wychowawcy, zachęcali mnie do nauki, nie zniechęcali. Lubiłam łacinę, język polski, wf., geografię, historię.

 

Wygląda na to, że wszystkie przedmioty Pani lubiła. Jest wśród Pani nauczycieli ktoś, kogo nazwałaby Pani swoim mistrzem?

 

Miałam dużo szczęścia do dobrych nauczycieli.

 

Jak szkoła z Pani czasów, a następnie z czasów Pani dzieci, różni się od dzisiejszej?

Tak jak dawny świat różni się od dzisiejszego, tak i szkoła się zmieniła. Te zmiany następują niezwykle szybko, stąd czasem trudno wypracować mechanizmy, które mogłyby przeciwdziałać złym zjawiskom w szkole.

Między moją najstarszą a najmłodszą córką jest 10 lat różnicy i mogę powiedzieć, że skala szkolnych problemów, nawet w tak wydawałoby się krótkim czasie, bardzo się zmieniła. Dzisiaj dużo się mówi o tym, jakie dzieci mają prawa. Niestety - niewiele o tym, jakie mają obowiązki. Świat dorosłych zrobił wiele złego w kwestii obniżenia albo usunięcia autorytetów. Szkoła nie wykorzystuje potencjału nauczycieli, którzy mogą być dobrzy w konkretnej dziedzinie. Niekiedy i sami rodzice stają w opozycji do nauczycieli, zamiast podejść do sprawy pragmatycznie. Pomyśleć, że nauczyciele i rodzice to sojusznicy, którzy mają razem służyć temu, aby dziecko wzrastało jak najlepiej.

 

W jaki sposób, będąc mamą piątki dzieci, budowała Pani wśród nich swój autorytet? Świadomie czy zdając się na intuicję i spontaniczność?

 

Myślę, że człowiek posiada wrodzone cechy czy predyspozycje do budowania autorytetu. To nie jest łatwe, choć oczywiście częściowo można to wzmacniać. Ale nie pokuszę się o przedstawienie planu na zbudowanie autorytetu (śmiech). Moim zdaniem najważniejsze jest, aby zobaczyć w każdym człowieku, że choć niekoniecznie jest uosobieniem wszelkich cnót, to posiada w sobie cośdobrego, bo przecież od każdego można się czegośnauczyć. No, od prawie każdego. W budowaniu autorytetu nie wolno zapominać o szacunku dla drugiego człowieka.

 
Czego nauczyły Panią własne dzieci?
 

Relacja między obiektem wychowującym a obiektem wychowywanym zawsze działa na zasadzie sprzężenia zwrotnego. Z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że dzieci nauczyły mnie cierpliwości i pokory.

 
Jaki jest Pani przepis na dobrą szkołę?
 

Przede wszystkim dobra współpraca rodziców z nauczycielami, wzajemne zaufanie między nimi oraz świadomość, że się nie stoi po dwóch stronach barykady, ale ma się wspólny cel. Rodzice powinni wpajać dzieciom, że nauczyciel nie jest ich wrogiem, ale sprzymierzeńcem. Z drugiej strony, jeżeli nawet coś złego wydarzy się w szkole, nie należy tego ukrywać i udawać, że nic się nie stało, tylko z troską, ze zrozumieniem przeanalizować sytuację i wyciągnąć wnioski, żeby w przyszłości nie popełniać tych samych błędów.

 

Pani nie spotkała na swojej drodze - zarówno jako uczennicy, jak i potem matki ucznia - nauczyciela, z którym miała problem?

 

Spotykałam lepszych i gorszych nauczycieli, ale nie było sytuacji, w których musiałam z nimi wojować. Rodzice zawsze powinni stać za swoim dzieckiem, ale zdarza się i tak, że dziecko w domu jest aniołem, a diabłem w szkole. Jeśli czułam, że ktoś z nauczycieli ma coś do powiedzenia, słuchałam.

Bądźmy szczerzy, nie zawsze jesteśmy obiektywni w ocenie naszych dzieci.

Dlatego też nigdy nie przybierałam postawy osoby, która wie wszystko najlepiej o swoim dziecku, chętnie słuchałam także tego, jak widzą je inni.

 

To dobry pomysł, aby dzieci zaczynały edukację od szóstego roku życia?

 

Wydaje mi się, że uspołecznianie dzieci od samego początku jest dobrą sprawą.

Niech to będzie ta piaskownica czy klubik małego dziecka. Ważne, aby ta troska o rozwój dziecka była świadoma i uwzględniała jego potrzeby, a nie stała się spychologią, byle jakim spędzeniem czasu i chęcią, aby to dziecko jak najszybciej położyć spać.

 

Z najnowszych badań przeprowadzonych na zlecenie naszego wydawnictwa, a dotyczących przemocy w szkole, wynika, że prawie połowa rodziców uważa, że jeśli dziecko dobrze się uczy, to nie trzeba chodzić na wywiadówki. Pani chętnie chodziła na wywiadówki?

 

(śmiech) Chodziłam dosyć długo, przez cały okres edukacji moich dzieci, przez 22 lata. Było tak, że dzieci w czterech różnych klasach, w tej samej szkole, więc te wizyty załatwiałam w pakiecie, poświęcając jeden dzień w miesiącu, aby porozmawiać ze wszystkimi czterema wychowawcami.

Do tego dochodziły zebrania rady szkoły, gdzie też byłam zaangażowana.

 

Nie ma Pani wrażenia, że dziś rodzice, zbyt zapracowani, sprawę wychowania swoich dzieci zrzucają na szkołę, sami niezbyt się tym interesując?

 

To wygodne podejście, kiedy człowiek mówi: Muszę się skupić na zarabianiu pieniędzy, a szkoła niech się zajmie moim dzieckiem. Tylko że jeśli podejmujemy decyzję o byciu rodzicem, liczmy się z jej konsekwencjami, szukając wsparcia, a nie zastępstwa.

 

Często w diagnozach, jakie się stawia, badając problemy współczesnej szkoły, spotykamy się z uproszczeniami. Jedni mówią: Mamy złą młodzież. Inni - że mamy złych nauczycieli. Jeszcze inni winią rodziców, bo ci widzą swoje dzieci wyłącznie w pozytywnym świetle. Jak jest Pani zdaniem?

 

Mamy i dobrą, i złą młodzież, tak jak są dobrzy i źli nauczyciele czy rodzice. Ale to nie jest tak, że widzę w szkole samo zło. Jest bardzo wielu świetnych nauczycieli, dużo dobrych szkół i fantastycznej młodzieży.

 

Aktualnie na świecie - w USA, we Francji czy w Izraelu - problem przemocy w szkole stał się sprawą priorytetową dla rządu i to rząd szuka systemowych rozwiązań. Pani wychowywała dzieci w trudnych czasach. Jakie wówczas były zagrożenia i jak Pani sobie z nimi radziła?

 

Istotne jest, żeby sobie uświadomić, po co się dziecko wychowuje. Przede wszystkim powinno być przygotowane do nawiązywania relacji z otoczeniem, aby jak najlepiej funkcjonować we współczesnym świecie. Dziecko należy obserwować, aby poznać, co może mu zagrażać, i o tym trzeba z nim rozmawiać. Wychowując dzieci, nie mówiłam im jednak tylko 0 tym, że ten świat jest pełen grozy i że jeśli tylko wyjdą z domu, to ich spotkają same złe rzeczy. Trzeba dziecko wychowywać tak, aby wiedziało, że świat jest też piękny i może w nim znaleźć cudowne rzeczy, wspaniałych ludzi. Ważne jest uczyć je otwartości.

 

Pozwalała Pani 15-letniej córce wyjechać pod namiot z rówieśnikami?

 

Nasze dzieci dosyć wcześnie zaczęły wyjeżdżać bez nas, ale pod opieką dorosłych, studentów, czasem licealistów, którzy organizowali im czas, i to w sposób, który myśmy, jako rodzice, akceptowali. Prowadzili je, ucząc funkcjonowania w grupie, radzenia sobie w konfliktach z rówieśnikami, w negocjowaniu sporów, ale też uczyli wspólnego działania. Ważne jest, aby dziecko wiedziało, że świat to znacznie większa społeczność niż tylko mama, tata czy babcia.

 
Nie jest Pani zwolenniczką bezstresowego wychowywania?
 

Dziecku nie można pozwalać na wszystko, to oczywiste. Ono potrzebuje granic i należy mu je wytyczać. Dziecko powinno postępować tak, jak samo by chciało, aby z nim postępowano. Sprawa wydaje się prosta - nie można krzywdzić innych i to nasze dziecko musi wiedzieć.

 

A jak jest wychowywany Pani wnuk Staś? Czy widzi Pani, że córka czerpie z wzorów Pani sposobu wychowywania, czy wybrała zupełnie inną drogę?

 

Nasz wnuk Staś ma niespełna dwa lata i widzę, że w procesie jego wychowywania pewne rzeczy są powielane. Wolno mu wiele, jeśli chodzi o możliwość eksplorowania świata, ale są granice. Uważam, że moja córka i zięć dobrze i mądrze wychowują swego syna.

 
Pani się w ten proces wychowania nie wtrąca?
 

Podejście mamy zbieżne, ale uważam, że to rodzice wychowują. Ale jeśli wnuk jest u nas, to rygory są poluzowane (śmiech).

 

Wtedy Staś może skakać po łóżkach i jeść słodycze bez opamiętania?

 

Nie, nie, na takie rzeczy nie pozwalamy. Musimy trzymać jedną, wspólną linię wychowania. Odstępstwa dotyczą raczej tego, że idzie spać godzinę później.

 

Jakie rady w wychowywaniu dzieci wzięła Pani sobie do serca od swojej mamy?

 

Moja mama zawsze powtarzała, że wszystkie dzieci trzeba kochać tak samo i równo je traktować, aby nie miały poczucia niesprawiedliwości.

 
Zatem całej piątce kupowała Pani jednakowe lizaki?
 

Nie wszystkim, jedno z dzieci miało alergię (śmiech). Ale zawsze starałam się, zresztą do tej pory mam trudność np. przy wyborze prezentów. Muszą być sprawiedliwe pod względem atrakcyjności i ceny.

 

Nie żałowała Pani w żadnym momencie życia, że zrezygnowała z pracy zawodowej, aby wychowywać dzieci?

 

Nie żałowałam. Był zresztą czas, że jako mama pięciorga dzieci pracowałam.

 

Nie wszyscy jednak - z różnych przyczyn, najczęściej ekonomicznych - mogą w pełni poświęcić się wychowywaniu dzieci, jednocześnie pracując. Jak Pani widzi rolę państwa, ale też prezydenta i pierwszej damy, aby tym rodzinom pomagać?

 

To rodzice decydują, czy poślą dziecko do żłobka, aby obydwoje mogli pracować zawodowo. Na pewno ze strony państwa wsparcie rodziny jest bardzo potrzebne, ale chodzi o to, by było to mądre wsparcie.

 

Kobiety boją się, że po urodzeniu dziecka nie będą miały szans powrotu do pracy, i rzeczywiście często tak się dzieje.

 

Tak, to jest istotny problem. Trzeba szukać rozwiązań satysfakcjonujących i mamy, i pracodawców. Wiem, że rośnie grupa przedsiębiorstw, które z tym sobie radzą, i niektóre z nich są zgłoszone przez pracownice do konkursu „Firma Przyjazna Mamie". Powoli więc zmiany idą w dobrą stronę.

 
Największe marzenie pierwszej damy?
 
Wakacje.
 
I pewnie wyjazd na ukochaną Suwalszczyznę.
 
Zgadły panie.
 

Uczniowie również nie mogą się ich doczekać. Czego by Pani im życzyła z okazji zbliżającego się końca roku szkolnego?

 

Żeby te najbliższe miesiące były dla nich czasem dobrym i mądrze wykorzystanym. Aby wróciły do szkoły z bagażem pięknych doświadczeń, nowymi znajomościami, przyjaźniami, żeby coś ciekawego zobaczyły. I żeby nic złego ich nie spotkało.

 

Poleć znajomemu


Opuszczasz oficjalny serwis Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej


Dziękujemy za odwiedzenie naszej strony.

Zapraszamy ponownie.