przeskocz do treści | przeskocz do menu głównego
Oficjalna strona Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej
| | |
A | A | A
Środa, 1 grudnia 2010

Wywiad Pierwszej Damy dla "Twojego Stylu"

Wywiad z Pierwszą Damą Anną Komorowską ukazał się w miesięczniku "Twój Styl" w grudniu 2010 roku.

 

21 lat. Tak długo pozostawała w cieniu. Żona polityka robiącego karierę dbała o to, żeby jej twarz była nierozpoznawalna. Udawało się do czasu. Nauczycielka, matka pięciorga dzieci i pani domu została pierwszą damą. W pierwszym wywiadzie po wyborach Anna Komorowska opowiada o tym, co bierze ze sobą do Belwederu.

 

Twój Styl: Rodzina z psem? Brzmi znajomo?


Anna Komorowska: Dosyć to popularne, nie tylko w Polsce.


Ale ma także drugie dno. Trzecia deklinacja, zestaw siedmiu wyjątków...


Ach, łacina…


Dlaczego wybrała Pani filologię klasyczną?


Chciałam być nauczycielką. Miałam fantastyczną łacinniczkę w warszawskim liceum Reytana - panią Stefanię Światłowską, zwaną przez uczniów Stefą. Jej sposób nauczania, postawa zaważyły na tym wyborze. Sama dosyć wcześnie zaczęłam uczyć. Byłam na trzecim roku studiów, kiedy koleżanka zaproponowała mi zastępstwo w liceum na Bródnie.


Bardziej Panią interesowała literatura czy język?


Literatura i archeologia śródziemnomorska. Miałam szczęście słuchać wykładów, uczestniczyć w seminariach i zdawać egzaminy u profesora Kumanieckiego. Poza nim inni wielcy uczeni – Lidia Winniczuk, Oktawiusz Jurewicz, Maria Cytowska, Hanna Szelest i jako początkujacy asystent, dziś profesor, Jerzy Axer. Ciekawe studia. Nasz rok, którego opiekunem był profesor Jerzy Wojtczak, uchodził za liczny, bo studiowało na nim aż 10 osób. Kiedy teraz zaproszono mnie na inaugurację roku akademickiego, okazało się, że naukę na filologii klasycznej rozpoczyna aż 90 studentów.


Ambicje naukowe?


Pewne dokonania. W kole naukowym z profesor Lidią Winniczuk tłumaczyliśmy Kwintusa Kurcjusza Rufusa Dzieje Aleksandra Wielkiego, które wyszły w PWN-ie. Dla studentki czwartego roku zobaczyć swoje nazwisko w opublikowanej książce to było coś.


Potem miała Pani jeszcze cokolwiek wspólnego z łaciną?

 

Jako nauczycielka. Udzielałam korepetycji, uczyłam w Reytanie i w Hoffmanowej. Przestałam, kiedy urodziła się najstarsza córka. Ale zawsze dobrze coś sobie przeczytać, rozumieć cytaty, umieć się nimi posługiwać. Choćby podczas ostatniej mszy kanonizacyjnej w Watykanie – przyjemnie, gdy się wszystko rozumie…


„ŁH“ – przypomina to Pani coś?


Oczywiście, uświęcony tradycją tajny znak reytaniaków. To „Ł“ to osławiona postać liceum – groźny nauczyciel historii .


Uczniowie Reytana mieli zwyczaj ryć „ŁH“ gdzie popadnie…


Sama nie ryłam, ale widziałam. Istniała legenda, że w różnych miejscach w Europie można było „ŁH“ zobaczyć. W Europie nie widziałam, w Polsce – tak. Na przykład kiedyś w celi krakowskiego więzienia na Montelupich, gdzie ulokowano na nocleg naszą szkolną wycieczkę...


Reytan wciągał...


Byłam bardzo związana ze szkołą, miałam w niej i w reytaniackiej drużynie harcerskiej – Czarnej Jedynce, wielu znajomych. Moi najbliżsi to jednak przede wszystkim szczep harcerski na Dolnym Mokotowie. Trafiłam tam w podstawówce, a instruktorką byłam jeszcze na studiach. Z dziewczynami z drużyny przyjaźnimy się i spotykamy regularnie do dzisiaj.


Męża poznała Pani w harcerstwie?


Tak, w 1970 roku. Właśnie w tym szczepie.


Odpowiedzialna drużynowa, piękna dziewczyna, inteligentna, z dobrej szkoły... Miała Pani tłum adoratorów? Miłości?


Bez przesady. Naprawdę nie szalałam uczuciowo. Nie lubię o tym opowiadać.


Kiedy poznała Pani męża, wiedziała już, że jest zaangażowany w opozycję?


Wśród moich znajomych nie było to rzadkie. Powszechne było poczucie, że uczestniczy się w czymś ważnym, to nobilitowało. Myślę zresztą, że w tym duchu udało nam się potem wychować dzieci – angażują się społecznie, przeszły przez Przymierze Rodzin czy Klub Inteligencji Katolickiej. W obu stowarzyszeniach to starsi wychowują młodszych. Jak w harcerstwie.


Rodzice pochwalali te Pani opozycyjne znajomości?


Każdemu rodzicowi zależy na tym, żeby dziecko było szczęśliwe... Moi rozumieli, że można iść swoją drogą, zawsze pozostawiali mi swobodę wyboru. W czasie choroby i po śmierci taty mieszkaliśmy z mężemu mojej mamy. Odbywało się tam bardzo dużo spotkań, a w piwnicy trzymaliśmy jakąś bibułę, czcionki drukarskie. Mama wiedziała. Przystała na to bez sprzeciwu.


Jaki był Pani dom?


Ciepły, życzliwy, troskliwy, choć bez luksusów. Mam młodszą siostrę, krótko po maturze wyjechała do Anglii. Rodzice nie protestowali – uważali, że każda z nas dokonuje wyborów sama. Obserwowali, ale pozostawiali nam duży margines wolności. Pamiętam jak tata przyjechał na mój pierwszy obóz harcerski. Trafił niefortunnie - kuchnia, w której miałam dyżur nie odniosła tego dnia szczególnych sukcesów kulinarnych. Tata zauważył, że to wielka sztuka przypalić kompot...


Raz sprawdził jak dziecko sobie radzi, czy potem jeszcze Panią odwiedzał?


Razem z moją siostrą pojechali na rajd motorowerowy po Polsce i wtedy odwiedzili mnie na obozie. Tata pożyczył motorower jednemu z kolegów, który zabrał na niego Bronka i trochę poszarżowali po lesie. Motorower trzeba było reperować. W ten sposób tata poznał mojego przyszłego męża.


Ale potem przedstawiła go Pani bardziej oficjalnie?


Zaczął pojawiać się u nas w domu. Początkowo przychodził jako kolega. Zupa grzybowa z łazankami chyba znacznie podniosła moje akcje. Wszystko potoczyło się bardzo naturalnie – przyszedł miły kulturalny człowiek - o czym tu mówić? Była ciekawość, otwartość i serdeczność moich rodziców wobec kogoś, kogo pokochała ich córka. W drugą stronę zresztą też tak było.


Ślub brała Pani pod koniec studiów.…


Tak, byłam na piątym roku. Pobraliśmy się u św. Antoniego na Senatorskiej. Przed ślubem na całe studenckie wakacje pojechaliśmy do pracy do Austrii. Tam wpadliśmy na pomysł ślubu w Jerozolimie - to było takie nasze marzenie, No, ale w końcu zwyciężył rozsądek - doszliśmy do wniosku, że pieniądze przeznaczymy na mieszkanie.

 

1, 2, 3, 4, NASTĘPNA
Poleć znajomemu


Opuszczasz oficjalny serwis Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej


Dziękujemy za odwiedzenie naszej strony.

Zapraszamy ponownie.