przeskocz do treści | przeskocz do menu głównego
Oficjalna strona Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej
| | |
A | A | A
Poniedziałek, 7 lipca 2014

Wywiad Pierwszej Damy dla "Twojego Stylu"

  |   Wywiad Pierwszej Damy dla "Twojego Stylu" Wywiad Pierwszej Damy dla "Twojego Stylu" Wywiad Pierwszej Damy dla "Twojego Stylu"

Twój STYL: Kiedy rozmawialiśmy ostatnio, mniej więcej trzy i pól roku temu, Pani właśnie wprowadzała się do Belwederu. Zapowiadała Pani, że zabierze tutaj swoje meble, żeby było możliwie najbardziej domowo, że chciałaby Pani te oficjalne przestrzenie oswoić. Udało się?

 
Anna Komorowska: Wszystkie meble, które pasowały do wnętrza, zostały tutaj przewiezione, więc czujemy się trochę jak u siebie, na warszawskim Powiślu. Przez salon można przeprowadzić linię po przekątnej - po jednej stronie jest wszystko to, co domowe: kanapy, stół, serwantka, pianino, a po drugiej stronie meble z Belwederu.
 
TS: Dwa światy?
 
AK: Nie mam poczucia, że żyję w dwóch światach. Posiłki w jadalni jemy przy stole, przy którym jadaliśmy w domu. Jest też miejsce, gdzie rano pijemy kawę i czytamy gazety - tam również jest nasz stół z Powiśla. Tak Belweder, nasze czasowe mieszkanie, został udomowiony.
 
TS: Może udało się tej domowej atmosfery trochę przenieść, ale też od naszej ostatniej rozmowy sporo musiało się zmienić. Czego najbardziej Pani brak?
 
AK: Wolnego czasu. Ale też nie powiem, że go w ogóle nie mam. Jest go po prostu mniej. Często brakuje mi poczucia prywatności. Ale też nie w takim stopniu, żeby mnie to przytłaczało. Bywają dni o napiętym programie, wypełnione spotkaniami od rana do późnych godzin wieczornych.
 
TS: Ta poranna kawa przy domowym stole to jedyny moment intymności w ciągu dnia? Mija pół godziny i do wieczora służba państwu?
 
AK: Nie, to nie jest tak, że każdy dzień jest tak intensywnie wypełniony. Znajduję czas, by poczytać, spotkać się z przyjaciółmi, z dziećmi, z wnukami.
 
TS: A czy jest coś w Pani harmonogramie dnia, co wydaje się szczególnie uciążliwe i z czego najchętniej by Pani zrezygnowała?
 
AK: Tak, ale chyba nie chce Pan tego usłyszeć. Bo najmniej mnie pasjonują wywiady i sesje fo­tograficzne. (śmiech)
 
TS: To ja będę się starał...
 
AK: Ależ proszę tego nie brać osobiście.
 
TS: Wspomniała Pani o rezygnacji z prywat­ności. Czy można się do tego przyzwyczaić? Na wakacjach w Budzie Ruskiej na Suwalszczyźnie czuje się Pani swobodnie mimo obiek­tywów sterczących z krzaków?
 
AK: Staram się nimi nie przejmować, bo i tak nie mam wpływu na ich obecność. Ale też w miarę możliwości próbuję się schować.
 
TS: Małżonka prezydenta jeździ, przyjmuje gości, rozmawia - to są rzeczy wymagające odporności. Bardziej wyczerpujące jest wy­stępowanie w roli gospodyni czy w roli gościa towarzyszącego mężowi?
 
AK: Nie ma na to reguły, każda wizyta wy­maga indywidualnego przygotowania. Nawet jeśli program jest napięty, ale wszystko jest starannie przygotowane, to nie odczuwa się zmęczenia.
 
TS: Ale w pewnej chwili Państwo są zostawieni sami sobie. To Pani musi decydować, co robić. Słynna wizyta norweskiej pary królewskiej w Łazienkach - wzięła Pani inicjatywę w swoje ręce, dosłownie przestawiając królową Sonję, żeby stanąć koło niej.
 
AK: Pytanie, jakie ma się podejście do proto­kołu. Niektórzy podchodzą do tego sztywno i uważają, że ludzie są dla protokołu - w przy­padku królowej akurat byłyśmy zgodne, że to protokół jest dla nas. Zresztą większość wizyt, w których uczestniczyłam, czy to jako go­spodyni, czy jako gość, wspominam bardzo do­brze. Od sztywnych zasad protokołu ważniej­sze są bowiem relacje między rozmówcami, na ogół sztywność procedur nie ma wpływu na bezpośredniość rozmowy.
 
TS: Żony głów państw pozostają poniekąd w niewoli garderoby. I muszą nosić stro­je, których pewnie, gdyby nie sytuacja, same nie chciałyby wkładać. Czy tak jest w Pani przypadku?
 
AK: Rzadko. Staram się, żeby w mojej garde­robie były rzeczy, z którymi jestem w zgodzie. To ma znaczenie - kobieta, która dobrze się czu­je w ubraniu, lepiej funkcjonuje. Staram się więc, żeby ubrania, które wkładam, korespon­dowały z moim charakterem. To nawet nie jest tak uciążliwe, ale - fakt! - muszę poświęcać gar­derobie więcej czasu niż kiedyś.
 
TS: Zbiera Pani w tej sprawie dobre recenzje.
 
AK: Tak?
 
TS: Tak.
 
AK: To jest Pan lepiej poinformowany, nie wie­działam. Miło słyszeć.
 
TS: W gazetach czy na portalach plotkarskich często krytykuje się stroje osób publicznych. W Pani przypadku to się właściwie nie zdarza. Rodzi się więc pytanie, czy jest ktoś, kto za tym stoi? Czy ma Pani jakiegoś konsultanta, z któ­rym współpracuje? Czy przeciwnie, głównie nie zgadza się Pani na to, co proponują?
 
AK: Czasami korzystam z porad takiej osoby. Tym bardziej że zakupy nie są moją pasją.
 
TS: Hitem internetu było porównanie Pani kreacji ze strojem Michelle Obamy.
 
AK: Polscy projektanci, polskie sklepy...
 
TS: Odnotowano mantylkę w Watykanie...
 
AK: A to zupełnie inna historia. Ta koronko­wa mantylka, a właściwie - ze względu na jej wielkość - mantyla, jest doświadczona w by­waniu na audiencjach. Należała do Cioci, która podobno zawsze ją zakładała, idąc na audien­cje do Ojca Świętego - mówimy o początkach XX wieku. Teraz mantylki powoli wycho­dzą z watykańskiej mody. Nawet w cza­sie audiencji papieskich.
 
TS: Rozmawialiśmy o zmianach doty­czących Pani. A jak te zmiany odbiły się na rodzinie? Pamiętam, że cała rodzina konsultowała decyzję o kandydowaniu na urząd prezydenta...
 
AK: ...ostro konsultowała, powie­działabym.
 
TS: I czas teraz zapytać o konsekwencje.
 
AK: Konsekwencje... Zmienił się nasz spo­sób spędzania czasu, ale jednak nie tak całko­wicie. Często widzimy się w Belwederze. Kilka razy w miesiącu jemy obiad rodzinny w pełnym składzie, co przy dziewięciu dorosłych osobach i trojgu dzieciach nie jest najgorszą statystyką. Święta zawsze spędzamy razem - zarówno Boże Narodzenie, jak i Wielkanoc. Staramy się pójść wspólnie na spacer, na plac zabaw z wnukami. Mnie się zdarza, nawet dosyć często, pójść nad Wisłę na spacer z psami. Czasami któreś z dzie­ci idzie ze mną. Udaje się nam wyjść rodzin­nie do kina, w większym czy mniejszym gronie, na normalny seans, nie na seans zamknięty. Myślę, że nie jest źle.
 
TS: Jak reagują ludzie, kiedy Państwo wchodzą do kina?
 
AK: Różnie, ale mamy też swoją strategię. Na ogół wchodzimy już przy zgaszonym świe­tle, bo jeszcze BOR musi wejść, robi się więk­sza grupa. Niedawno byłam w kinie z córkami, weszłyśmy, kiedy jeszcze paliły się światła, i sie­dząca obok pani żałowała, że nie może zrobić zdjęcia, mówiąc, że nikt jej nie uwierzy, że była na jednym seansie z żoną prezydenta.
 
TS: A znajomi, przyjaciele? Więcej się ich zrobi­ło przez ten czas czy mniej?
 
AK: Trzeba wykorzystywać każdą chwilę i dbać, żeby nie stracić tych przyjaźni czy zna­jomości, które mamy od wielu lat. Ze znacz­nie mniejszą częstotliwością, ale staramy się podtrzymywać te kontakty. Czasu na zawie­ranie nowych znajomości nie ma zbyt wiele, ale jestem na nie otwarta, lubię poznawać ludzi.
 
TS: Zdaje się, że wciąż utrzymują Państwo tra­dycję domowych kolęd...
 
AK: Tak. To domowy zwyczaj od czasu, kiedy mieszkaliśmy na Powiślu - zapraszaliśmy na ko­lędowanie przyjaciół. Właściwie lista osób, któ­re zapraszamy, utrzymuje się, choć oczywiście z czasem naturalnie się powiększa - ktoś się oże­nił, ktoś ma synową, czyjeś dzieci wyrosły i przy­chodzą ze swoimi dziećmi...
 
TS: Pani sama ma już troje wnuków.
 
AK: Na razie. Następne w drodze.
 
TS: Babcia to jest ktoś taki, kto zawsze ma czas, do kogo się przychodzi, ktoś, kto daje smakołyk wbrew zakazom rodziców. Udaje się być taką babcią?
 
AK: Babcią rozpieszczającą? Nie.
 
TS: A jaką?
 
AK: Trochę wymagającą... Ale z tymi wymaga­niami nie mogę przesadzać, bo mam konkuren­cję w teściowych moich dzieci. (śmiech) Te bab­cie spędzają z wnukami o wiele więcej czasu niż ja. Nie mogę więc być zbyt surowa. Myślę, że udaje się nam mieć swoje sprawy z wnukami. I nasze tajemnice, i nasze rytuały. Ale nie jestem chyba pierwsza do rozpieszczania.
 
TS: Czego Pani wymaga od małych dzieci?
 
AK: Na przykład katuję je mówieniem „dzień dobry" czy „dziękuję". Ale chyba najgorszy czas mamy już za sobą.
 
TS: A kiedy wnuczek, wnuczka przy­chodzi do Belwederu i pierwsze, co widzi, to pałac? To dosyć niecodzienny widok dla przedszkolaka - tutaj sobie wisi na przykład Olszynka Grochowska Januarego Suchodolskie­go, Kościuszko...
 
AK: Te obrazy są na dole - owszem, przycho­dzimy tu od czasu do czasu i oprowadzamy wnuki po Belwederze, ale nasze życie rodzin­ne skoncentrowane jest w górnej części pałacu, w części mieszkalnej. Tam dzieci mają swo­ją półkę z książkami, szafkę z zabawkami, konia na biegunach. Na koniu siedzi pies, na psie gęś i bocian, już bez nogi. Oprócz tego w okolicy garażuje mały rowerek, w deszczo­we dni można jeździć po przestronnym hallu. Wnuczka lubi czasami zejść na dół przed posąg Marszałka Piłsudskiego. Kiedyś mówiła, że to bę­dzie jej mąż. Chłopcy nadal salutują, podchodząc do Marszałka. W kącie ogrodu jest piaskownica i huśtawki, więc można się tam bawić.
 
TS: A dzieci? Wciąż są bardzo „harcerskie". Bez zadęcia, z potrzebą pracy społecznej, robie­nia czegoś dla wspólnego dobra. Niedzisiejsze.
 
AK: Myślę, że w Polsce jest spora grupa młodych ludzi, którym zależy nie tylko na swoich spra­wach. Moje dzieci nie są tu chyba nadzwyczaj­nymi wyjątkami.
 
TS: To skromna odpowiedź. Ale w końcu nie słyszy się, że prezydentowicz po pijanemu wje­chał w drzewo...
 
AK: ... i mam nadzieję, że się nie usłyszy.
 
TS: ...albo że ktoś urządził urodziny na tysiąc osób w modnej restauracji. Ta opowieść wokół Państwa dzieci nie istnieje.
 
AK: Bo one tak nie żyją. Oprócz tego, że to zu­pełnie nie ich styl, wiedzą, że gdyby coś podob­nego im się przytrafiło, reakcja byłaby o wie­le mocniejsza niż w przypadku innych dzie­ci. Zresztą zanim mąż został prezydentem, też takich rzeczy nie robiły, więc myślę, że pod tym względem nic się nie zmieniło. Przy tym żyją pełnią życia, mają swoje pasje i świetnie je realizują. Raczej nie są to ludzie siedzący ci­chutko w kącie.
 
TS: To jednak nie takie znów powszechne. Jakaś tajemnica pedagogiczna?
 
AK: Dzieciom składa się różne oferty - ade­kwatne do ich wieku i indywidualne. Ważne, żeby dzieci nie przeciążyć. Ale i nie chować w lęku przed światem. Młody człowiek musi wie­dzieć, że nie może pójść za wszystkimi oferta­mi, że musi umieć wybierać i - co jest bardzo istotne - musi mieć świadomość konsekwencji własnych wyborów. Myślę, że rodzice mają przez pewien czas dziecko niejako w „depozy­cie". I trzeba to dziecko wypuścić w świat, bo ono musi samo funkcjonować i sobie radzić. A rolą rodzica jest przygotowanie do tego. W wychowaniu ważne jest, żeby dziecko miało poczucie bezpieczeństwa i czuło się kochane. Musi też umieć funkcjonować w grupie. W przypadku rodzin wielodzietnych łatwiej to wynieść z domu, bo siłą rzeczy trzeba się docie­rać, negocjować, szukać kompromisów i umieć współżyć z rodzeństwem.
 
TS: Kiedy Państwo wychowywali, to z preme­dytacją dopuszczali Państwo bolesną konse­kwencję? Że jak włożysz rękę do ognia, to mu­sisz się oparzyć?
 
AK: Mając pięcioro dzieci, nie zawsze da się dopilnować wszystkiego, więc nieraz musiały się w życiu sparzyć. Ale ostrzegać trzeba. A co potem z tym zrobią, to już inna sprawa.
 
TS: W wyborach 4 czerwca '89 nie wzięli Pań­stwo udziału, uważając to za ten rodzaj kom­promisu, którego się nie zawiera. Bardzo wielu ludzi zresztą nie wzięło z tego powodu udziału w tych wyborach. Żałowali Państwo?
 
AK: Natychmiast po głosowaniu. Dzisiaj jestem o te 25 lat mądrzejsza i wiem, jak ważną spra­wą jest kompromis. Radość z wyników wybo­rów czerwcowych miałam wielką, ale natych­miast poczułam dyskomfort, że się sama do tego nie przyczyniłam.
 
TS: Coś się zyskuje, coś się traci, dostając taką porcję wolności i tak błyskawiczną przemianę. Co zyskaliśmy - chyba wiemy. A co straciliśmy Pani zdaniem?
 
AK: Na pewno trochę listków z drzewa marzeń opadło. Może nie wszystko wygląda tak pięknie, jak sobie wyobrażaliśmy, jeżeli w ogóle wyobra­żaliśmy sobie przyszłość w sposób skonkretyzo­wany. Koszty tej transformacji są duże i chciało­by się, by jej beneficjentów było więcej. Ale też patrząc na inne kraje byłego obozu socjalistycz­nego - nie jest źle. Polsce się udało. A czy mogło to się odbyć mniej boleśnie, z mniejszymi strata­mi? Pewnie mogło. Rozwarstwienia są wszędzie. I myślę, że u nas akurat nie największe. Na pew­no chciałoby się, żeby w Polsce sfera ubóstwa była teraz dużo mniejsza...
 
TS: Sądzi Pani, że kobiety po '89 roku zostały docenione?
 
AK: Nie wiem, jak to można zmierzyć. Mam, prawdę powiedziawszy, więcej pytań niż odpo­wiedzi. Rzeczywiście po '89 roku na stanowi­skach rządowych czy w parlamencie było mniej kobiet. Ale nie jestem pewna, czy wów­czas, w '89 roku, kobiety chciały angażo­wać się w politykę. Wiem, że często pro­ponowano im różne funkcje, a one mó­wiły „nie". Może było trochę za wcześnie, może miały za mało wiary, że mają odpo­wiednie kwalifikacje, że sobie poradzą.
 
TS: Co w takim razie uważa Pani za naj­ważniejszą zmianę w życiu Polek po '89 roku?
 
AK: Że mają dużo większe możliwości, tak samo zresztą jak mężczyźni. I że udział kobiet w życiu publicznym stale się powiększa.
 
TS: A co ma dziś robić kobieta, która urodziła dziecko i nie stać jej na opiekunkę, a do przed­szkola jej dziecka nie przyjęli? Paradoks '89 roku polega na tym, że zakładowych przed­szkoli mamy mniej. A kobiet w takiej sytuacji jest bardzo dużo. Ja wiem, że żona prezyden­ta nie ma inicjatywy ustawodawczej, ale może być potężną lobbystką. Widzi tu Pani jakąś rolę dla siebie?
 
AK: Wspieramy z mężem konkretne inicja­tywy. Stąd idea konkursu „Dobry Klimat dla Rodziny" - jego celem jest wyróżnienie i upo­wszechnienie tych działań samorządów, które wprowadzają rozwiązania przyjazne rodzinom. Przy okazji różnych spotkań zachęcam praco­dawców, by dawali młodym rodzicom, zwłasz­cza matkom, możliwość łączenia pracy z wy­chowaniem dzieci, np. poprzez wprowadzanie elastycznego czasu pracy. Warto jednak zaznaczyć, że nie zawsze potrzebne są konkretne regulacje ustawowe, ważniejsze jest nastawie­nie do rodziców chcących jednocześnie praco­wać. Mamy wiele rozwiązań prorodzinnych, teraz powinniśmy naci­skać, aby powstawało ich jeszcze więcej.
 
TS: Pani patronat ob­jął także polską kuchnię. To sprawa tylko z pozo­ru mało ważna. Zaczęło się od albumu Wykwintna kuchnia polska. Nie dość, że Pani patronowała tej książce, to jeszcze zamie­ściła tam własne przepi­sy. Nawiasem mówiąc chy­ba jedyne, które daje się zrealizować w warunkach domowych.
 
AK: Nie jest Pan odosob­niony w tej ocenie. Z książ­ki, a właściwie albumu, jako matka chrzestna je­stem dumna. Powstała z rzeczywistej potrzeby - przyjmując gości, chcia­łam mieć kanon polskich potraw na wszystkie pory roku, żeby można było po­kazać różnorodność naszej kuchni. Stąd moje zapro­szenie dla kucharzy z pol­skiej czołówki, którzy ukła­dali przepisy. Album został doceniony, dostał między­narodową nagrodę w kon­kursie Gourmand World Cookbook Awards w Pary­żu, co jest powodem do dumy. Po każdej uroczystej kolacji przedstawiam go­ściom szefa kuchni, któ­ry nadzorował jej przygo­towanie, i razem wręcza­my w prezencie angielską wersję tego albumu. Zale­ży mi też na tym, żeby po­kazywać regionalne zróż­nicowanie kuchni polskiej. I w Pałacu Prezydenckim przy okazji spotkań 3 maja, 15 sierpnia czy 11 listopa­da tak właśnie się dzieje. Na osobnych stołach po­kazujemy kuchnie poszczególnych regionów. Na dożynkach prezydenckich w Spale podobnie - regiony mają szansę zaprezentować się od strony kulinarnej.
 
TS: Z albumu, o którym mówimy, wynika, że jest Pani wciąż kuchennym praktykiem
 
AK: W tej chwili praktykiem w zawieszeniu - tu w Belwederze nie mam czasu i bardzo rzadko mi się to udaje. Czasami nawet tęsknię za gotowaniem. Ale kiedy jesteśmy na Suwalszczyźnie, to co innego. Wtedy gotuję z przyjemnością.
 
TS: A co?
 
AK: Różnie. Albo ryby złowione przez mojego męża w pobliskim jeziorze, albo grzyby, które zbierzemy, albo coś, co kupię na targu w Sejnach, czy w Suwałkach. W albumie zresztą jest prze­pis na lina. To stamtąd. Nie piekę tylko sękacza. Zawsze u gospodyń, u sąsiadek można kupić.
 
TS: Wszyscy, którzy wspominali Państwa dom z lat 80., zgodnie mówili, że u Państwa zawsze była zupa i że Pani w czasie opozycyjnych spotkań za­wsze wnosiła wazę. Jest jakaś zupa, w której osią­gnęła Pani mistrzostwo?
 
AK: Przyznam, że niezbyt kurczowo trzymam się prze­pisów. Moja kuchnia jest wynikowa - rozglądam się, co jest albo co zostało i co należy wykorzystać, a jeśli wydaje mi się, że to pasu­je - to gotuję. Mój mąż się śmieje, że pomidorowa ugo­towana w jednym tygodniu nie jest taka sama jak ta za dwa tygodnie. Ale z grubsza na pewno można ją nazwać pomidorową. (śmiech)
 
TS: Ćwierćwiecze przemian cywilizacyjnych w Polsce objęło także kuchnię.
 
AK: Tak. Ze względu na do­stępność produktów, ła­twość ich zdobycia, ale też i na zmiany w podejściu do gotowania. Mniej tłuszczu, mniej smażenia...
 
TS: Zdarzyło się Pani ja­kieś kulinarne olśnienie podczas przyjęć u rodzin panujących, prezydentów?
 
AK: Szczerze? Propozycje polskich kucharzy przed­stawione w albumie na­prawdę nie są gorsze niż to, co zdarzało nam się jadać podczas oficjalnych wizyt. Naprawdę nie mamy po­wodu się wstydzić.
 
TS: To dyplomatyczna od­powiedź?
 
AK: Nie, to nie dyploma­cja, ale głębokie przeko­nanie, że tak jest. Bardzo smakowało mi to, co poda­no nam w Chinach, świet­na jest kuchnia w Japonii, zaskakująco udana w Turcji... Zresztą gospodarze starają się pokazać od najlepszej strony. Ale też siłą polskiej kuch­ni jest jej różnorodność. Moim zdaniem - gramy w ekstraklasie.
 
Rozmawiał ŁUKASZ MODELSKI
Poleć znajomemu


Opuszczasz oficjalny serwis Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej


Dziękujemy za odwiedzenie naszej strony.

Zapraszamy ponownie.