przeskocz do treści | przeskocz do menu głównego
Oficjalna strona Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej
| |
A | A | A
Prezydent nie musi być efekciarski

Okoliczności rocznicowe, kalendarzowe cezury kadencji polityków oraz wybieralnych gremiów politycznych wyzwalają w publicystach, analitykach i komentatorach skłonność do ferowania ocen i formułowania diagnoz. Opinie większości zabierających głos opierają się na przeświadczeniu, że rok 2006 nie był dobry ani dla Polski i Polaków, ani dla Lecha Kaczyńskiego. I wtedy - jako naturalna konsekwencja tych defetystycznych konstatacji - pojawiają się rady zarówno dla Polski, jak i dla Lecha Kaczyńskiego osobiście. Żeby poprawił, usprawnił, zdynamizował, był bardziej lub mniej widoczny, a to w polityce krajowej, a to w zagranicznej, a to w polityce w ogóle. Rafał Matyja w swoim artykule podąża tym samym tropem. Dokonuje analizy modeli sprawowania urzędu prezydenta przez poprzedników Lecha Kaczyńskiego, czyli Lecha Wałęsę i Aleksandra Kwaśniewskiego, a na koniec przedstawia model - oczywiście w jego mniemaniu - optymalny, który sprowadza się do postulowania tego, co prezydent powinien zrobić, żeby być bardziej dostrzegalnym uczestnikiem i kreatorem polskiej sceny politycznej.

Zaklinanie rzeczywistości

Szukając powodów rzekomej pasywności Lecha Kaczyńskiego, autor wskazuje na dwa główne i najbardziej w jego mniemaniu istotne źródła. Pierwszym miałoby być otoczenie prezydenta, czyli ministrowie jego kancelarii, drugim - brak woli samego Lecha Kaczyńskiego, aby być politykiem spektakularnie aktywnym. Ta diagnoza prowadzi Matyję do wniosku, że obecny model władzy wykonawczej, będącej rezultatem wyborów w 2005 roku (czyli większość rządowa i prezydent z tego samego obozu), trzeba zastąpić innym, opartym na koabitacji. Zatem, skoro prezydent został wybrany zgodnie z konstytucją na pięcioletnią kadencję, należy zmienić większość rządową.  Postulat autora artykułu, choć efektowny, wydaje się bardziej chwytem publicystycznym niż dojrzałą i udokumentowaną tezą poważnego politologa, za jakiego uważam Rafała Matyję. Trudno odczytać intencję autora co do ustanowienia instytucjonalnej - i hipotetycznej - rywalizacji Jana Rokity-premiera z Lechem Kaczyńskim-prezydentem. Czy wiąże się to z nadzieją autora na nowe wybory parlamentarne czy na nową partię polityczną o profilu centroprawicowym? Nie wiem też, a - prawdę powiedziawszy - szczerze wątpię, czy taki prosty zabieg, u którego podstaw powinien leżeć przede wszystkim zamysł polityczny, a potem dopiero formalnoprawny, byłby wystarczającą podstawą do realizacji zakładanego przez Matyję scenariusza. Projektowanie rywalizacji politycznej wydaje się jednak zbyt daleko posuniętym zaklinaniem rzeczywistości, która bywa bardziej finezyjna i nieoczekiwana niż marzenia publicystów.

Z tęsknoty za PO - PiS

Rozumiem, że ukrytą intencją tezy Rafała Matyi jest chęć powrotu części intelektualistów do tęsknot powyborczych z 2005 r. Rzeczywiście większość Polaków chciała koalicji PiS z PO, ale mimo to nie można z tych niezrealizowanych i należących do historii planów czynić narzędzia oceny prezydentury Lecha Kaczyńskiego. Trudno się także zgodzić z dosyć specyficzną metodą oglądu rzeczywistości, która polega na tym, że własne tęsknoty, będące w dużej mierze emocjonalnym odzwierciedleniem myślenia życzeniowego, przekłada się na wnioski, które z tą rzeczywistością nie mają nic wspólnego. Anglosasi ten sposób rozumowania określają „wishful thinking”. Melchior Wańkowicz tłumaczył to jako „chciejstwo”. Jeśli przyjąć założenie, że większość Polaków myśli racjonalnie, to tę samą ocenę należy odnieść do większości polskich polityków. Dwie kwestie trzeba i autorowi artykułu, i czytelnikom zatem uświadomić. Po pierwsze, koabitacja nie jest i nie musi być jedynym gwarantem demokracji, podobnie jak niemusi być dla niej zagrożeniem. Istnieje na to wystarczająco dużo dowodów w najnowszych dziejach politycznych demokracji europejskich. Po drugie, formacje polityczne zdobywają władzę w demokratycznych wyborach nie po to, aby ją lekkomyślnie tracić. Zatem nawoływanie polityków do dobrowolnego zrzekania się władzy, mimo że posiadają mandat do jej sprawowania, wydaje się pomysłem dziwnym.

 Tym dziwniejszym, że na końcu tej drogi jawi się mgławicowa wizja Rafała Matyi, że ewentualny rywal Lecha Kaczyńskiego, który byłby reprezentantem innej większości, zdynamizuje działania prezydenta. Nie potrafię sobie wyobrazić trzeźwo myślącego polityka, który dobrowolnie rezygnuje ze sprawowanej władzy dla czystej gry lub w celu zweryfikowania pewnej hipotezy. Autor zdaje się zapominać, że taki sposób myślenia już raz sprawdziliśmy - w 1993 roku, kiedy to Lech Wałęsa, rozwiązując Sejm, chciał być jedynym punktem odniesienia, jedyną przeciwwagą dla układu postkomunistycznego, a dwa lata później przegrał wybory z Aleksandrem Kwaśniewskim. Gdyby sięgnąć nieco dalej w przeszłość, można by pozwolić sobie na opinię, że konstrukcja tezy Matyi przypomina - przy wszystkich różnicach kontekstów, intencji i celów - formułę "wasz prezydent - nasz premier". Podsumowując tę część rozważań publicysty, chciałbym posłużyć się uogólnieniem. Politolodzy, analitycy i komentatorzy życia politycznego mają prawo, a nawet obowiązek formułować opinie o kształcie i wartości życia politycznego. I jeśli podejmuję polemikę z tekstem Matyi, to właśnie dlatego, że to prawo respektuję. Chciałbym jednak, aby intencje autorskie były artykułowane w sposób wyrazisty i aby to, co jest hipotezą, spekulacją, grą intelektualną było w sposób jednoznaczny sygnalizowane. Jeśli tak nie jest, poruszamy się w obszarze political fiction i narażeni jesteśmy na niebezpieczeństwo pomieszania planów realnego i wirtualnego.

Nieestradowy prezydent

Trudno też zgodzić się z zaproponowanym przez Matyję trybem oceny prezydentury Lecha Kaczyńskiego. Autor artykułu powiela nieprawdziwy obraz prezydenta, który rzekomo tylko wtedy staje się aktywny, kiedy ma wroga. Lechowi Kaczyńskiemu wróg nie jest potrzebny. Potrzebna mu jest natomiast obiektywna ocena jego osoby i sposobu sprawowania funkcji prezydenta RP. Obiektywne fakty, które charakteryzują prezydenturę Lecha Kaczyńskiego i pozwalają na jej korzystne porównanie z poprzednimi, przeczą gołosłownym opiniom kolportowanym nie tylko przez niektórych publicystów, ale także przez nie do końca już czynnych polityków. Prezydent skupia się na pracy, która może nie przynosi spektakularnych, "estradowych" - rzekłbym - efektów, ale jest działaniem organicznym, rzetelnie realizującym zadania, które na głowę państwa nakłada i do których upoważnia Konstytucja RP. Liczba i doniosłość inicjatyw legislacyjnych prezydenta, rozległość kontaktów międzynarodowych realizowanych w trakcie wizyt zagranicznych i podczas pobytów gości zagranicznych w naszym kraju, osobisty, aktywny i stanowczy udział w rozwiązywaniu konfliktów społecznych, opinie polityczne i społeczne wyrażane w imieniu Polski w wywiadach dla mediów krajowych i zagranicznych - to składa się na prawdziwy obraz i oddaje skalę aktywności Lecha Kaczyńskiego. Nie trzeba zmieniać większości sejmowej, aby obiektywnie dokonać oceny jego prezydentury.

Samodzielni doradcy

Chciałbym też odnieść się do opinii Rafała Matyi na temat otoczenia prezydenckiego i jego wpływu na sposób sprawowania urzędu. Autor - nie wiem, czy świadomie - jako otoczenie prezydenta traktuje zarówno parlamentarną reprezentację PiS, jak i ministrów w rządzie i ministrów w Kancelarii Prezydenta. Wprowadza w ten sposób pewne zamieszanie, a nawet zaprzecza sam sobie, kiedy raz zarzuca otoczeniu prezydenta, że nie spełnia kryteriów samodzielności, kreatywności i merytorycznego przygotowania, a kilka akapitów dalej ubolewa, że "potencjał Pałacu Prezydenckiego wydaje się niewykorzystany". Trzeba wyjaśnić, że za współpracowników prezydenta należy uważać pracowników jego kancelarii. Nie wywodzą się oni - wbrew opinii autora artykułu - wyłącznie z Najwyższej Izby Kontroli czy Urzędu Miasta Stołecznego Warszawy. Nie wszyscy są też członkami PiS i nie wszyscy są bezkrytycznymi zwolennikami programu tej partii. Wszyscy natomiast mają poważny, dobrze udokumentowany dorobek zawodowy i stosowne do rangi sprawowanych funkcji wykształcenie. Grono najbliższych współpracowników prezydenta to także doradcy, którzy są nie tylko ludźmi o samodzielnych, wyrazistych i niezależnych poglądach, ale także powszechnie cenionymi autorytetami społecznymi, politycznymi i intelektualnymi. Prezydent Kaczyński korzysta również z opinii wybitnych polskich intelektualistów reprezentujących szeroko pojęte nauki polityczne, prawne i humanistyczne, którzy spotykają się z nim na comiesięcznych całodniowych debatach w Lucieniu. Trudno więc, jak sądzę, mówić o mierności i niskim przygotowaniu merytorycznym prezydenckiego zaplecza i odizolowaniu głowy państwa od opinii różnorodnych i niejednobrzmiących.

Ukształtowany polityk

Szanse pięcioletniej kadencji Lecha Kaczyńskiego widzi Rafał Matyja w możliwości zrealizowania się scenariusza, w którym prezydentura w ostatnim okresie będzie miała charakter konfliktowy i rywalizacyjny. Ja natomiast szanse tej kadencji widzę przede wszystkim w realizowaniu konstytucyjnych obowiązków prezydenta RP, a nie w przejmowaniu niektórych funkcji rządu czy parlamentu, co zdaje się sugerować Rafał Matyja. Szanse upatruję również w efektywnym, a nie efektownym i efekciarskim sprawowaniu tego urzędu. Nie podzielam poglądu, że prezydent powinien poświęcić uwagę wypracowywaniu nowej koncepcji prezydentury. Do sprawowania urzędu przystąpił jako polityk doświadczony i uformowany, który miał już koncepcję wypełniania swoich obowiązków i teraz konsekwentnie ją realizuje, bacząc na pożytek państwa, a nie na efekty politycznego marketingu. Wystarczająco wyraziście "pokazuje własne przekonania, twardy charakter i polityczną siłę".

Poleć znajomemu


Opuszczasz oficjalny serwis Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej


Dziękujemy za odwiedzenie naszej strony.

Zapraszamy ponownie.