przeskocz do treści | przeskocz do menu głównego
Oficjalna strona Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej
| |
A | A | A

Z prezydentem warto rozmawiać

Michał Karnowski: Nie żałuje pani minister tego telefonu do ministra Radosława Sikorskiego? Wybuchła awantura, padły zarzuty o wzywanie ministrów na dywanik, o narażanie autorytetu państwa.

Anna Fotyga: Nie. W pewnym momencie zorientowaliśmy się, że zbliża się seria kilku ważnych i skondensowanych w czasie wizyt zagranicznych szefa polskiej dyplomacji. W tym bardzo ważna wizyta w Waszyngtonie, która rozpoczyna się już 1 lutego. W dniu, w którym minister Sikorski był w Brukseli, dowiedzieliśmy się, co ciekawe z artykułu prasowego, że minister wcześniej udaje się z roboczą wizytą na Ukrainę. A równocześnie trwały przygotowania do rozmowy prezydenta Lecha Kaczynskiego z prezydentem Ukrainy Wiktorem Juszczenką. To spowodowało konieczność przeprowadzenia konsultacji z ministrem Sikorskim.

Co prezydent chciał konsultować?

Przede wszystkim kwestie związane ze sprawami bezpieczeństwa Polski, w tym energetycznego, i polityki wschodniej. Muszę podkreślić, iż ze strony rządu dochodzą do nas bardzo niejednoznaczne sygnały związane z tymi kwestiami. Chodzi o ochronę sektora energetycznego w Polsce i plany współdziałania w Unii w sprawie negocjacji z Rosją, co dla Ukrainy oznacza niebezpieczny sygnał. Są też sprawy rozmów z USA.

To pani dzwoniła do ministra?

Rozmowa była spokojna, bo ja jestem osobą spokojną. Zadzwoniłam do stałego przedstawiciela Polski w UE i poprosiłam o podanie telefonu ministrowi. Wiedziałam, że trwa lunch. Powiedziałam, że prezydent zaprasza. Nie wzywa - podkreślam - ale zaprasza. Nie wyznaczaliśmy sztywnej godziny. Najpierw 20., a potem 21. zgłosił pan minister za pośrednictwem przedstawiciela. A ponieważ tego dnia prezydent pracował do późna w nocy, spotkanie mogło odbyć się jeszcze później. I o tym minister wiedział.

A jednak minister Sikorski musiał porzucić debatę o Serbii i lecieć pilnie do Warszawy.

Nie musiał. Mógł dokończyć spotkanie. Sama wielokrotnie latałam z Brukseli do Warszawy i doskonale wiem, że jest o godzinie 19.10 rejsowy lot do Warszawy. Może pan minister byłby pół godziny później, ale to nie stanowiłoby problemu. Mógł spokojnie zgłosić w Brukseli wszystkie polskie stanowiska, mógł także poprosić o ich przedstawienie stałego przedstawiciela. Minister Sikorski wolał jednak polecieć wcześniej, okrężną drogą przez Hamburg o 16.45. Przy okazji teatralnie komunikując wszystkim powody.

Przedstawiciele rządu twierdzą jednak, że kalendarz ministra Sikorskiego był znany dużo wcześniej?

Może otoczeniu pana ministra, bo nam nie. Ale powiem coś innego. Kilka tygodni temu ustaliliśmy w Kancelarii Prezydenta, jakie kluczowe stanowiska w naszym urzędzie powinny być informowane przez depesze o sprawach związanych z polityką zagraniczną. Zgłosiłam to pisemnie ministrowi. Niestety, niektóre depesze dochodzą tylko w jedno miejsce, inne przychodzą z opóźnieniem, a jeszcze inne w formie notatek analitycznych.

Pani zdaniem to działanie złośliwe?

Wiem, że urzędnicy MSZ potrafią prowadzić różne rozgrywki z otoczeniem zewnętrznym ministerstwa. To cecha instytucjonalna znana od lat. Nie zakładam złej woli ministra. Ale jego rolą jest upewnienie się, że nikt w jego urzędzie nie prowadzi takiej niebezpiecznej gry. Że nikt w MSZ nie wybiera sobie, kogo w Kancelarii Prezydenta i o czym informuje.

Ta rozmowa była naprawdę potrzebna? Prezydent potem sam mówił, że poruszane tematy nie pojawiły się nagle.

Sprawy, które omawiano, były istotne. Pozwoliły doprecyzować stanowisko polskie. Już we wtorek pan minister w wywiadzie telewizyjnym zaprezentował opinię, że zniesienie polskiego weta do rozmów Unia - Rosja należy połączyć z deklaracją na temat trwałości i efektywności zniesienia rosyjskiego embarga na polskie mięso. A także z bezpieczeństwem energetycznym. To przecież stanowisko prezydenta i poprzedniego rządu. Cieszę się, że minister zmienił zdanie, bo wcześniej mówił, iż po rosyjskich gestach wobec Polski możemy od razu odwoływać polskie weto. A więc warto, jak widać, konsultować się przed ważnymi spotkaniami z prezydentem.

Nigdy minister Sikorski nie zwrócił się z taką prośbą?

Nie zauważyłam.

A pan prezydent, jego urzędnicy, informują MSZ o własnych wizytach?

Często prosimy o pomoc, informację ministerstwo. Mimo iż widać, że ta współpraca nie jest bezproblemowa. U niektórych urzędników widać wahanie, czy można nam pomagać, zawieszenie w głosie.

Jak pani patrzy na relacje polsko-rosyjskie? Wybiera się tam premier, wydaje się, iż udało się osiągnąć ocieplenie.

W mediach tak to wygląda. Ale cena za to wrażenie była duża. Wrócę do tego stanowiska ministra Sikorskiego w sprawie weta i embarga na polskie mięso. Ono nas cieszy, bo jest podobne do stanowiska rządu Jarosława Kaczyńskiego. Ale po tej wypowiedzi trzeba poczekać na reakcję Rosji. Nie sądzę, by była ona ciepła.

Ocieplenie z Rosją jest niemożliwe?

Nie jestem naiwna. Wiemy, jakie jest nastawienie władz rosyjskich, znamy stanowisko tamtejszych mediów. Ważne, by nie znaleziono innych partnerów w tym rządzie. Przecież nie jest tajemnicą, że bardzo się niepokoimy wypowiedziami przedstawicieli ministerstwa rolnictwa na temat relacji polsko-rosyjskich czy wicepremiera Pawlaka na temat spraw energetycznych. Szkoda, że ten rząd wykonał tak wiele chaotycznych ruchów. Bo to medialne ogłaszanie ocieplenia, te wszystkie wolty podważyły zaufanie do Polski. Ukraina, państwa południowego Kaukazu w tym Gruzja, ale także Czechy to widzą. I to de facto zmniejsza naszą pozycję w Unii Europejskiej. Efekty są średnie. Może się okazać, że mniejsze niż sądzi polska opinia publiczna.

Przecież zniesienie embarga na polskie mięso przez Rosję jest faktem.

Realnie embargo nie zostało zniesione. Bo zostało nałożone na wszystkie polskie produkty mięsne, a zniesione tylko na kilka podmiotów. Rosjanie wydali koncesje zaledwie kilku zakładom. Takie osiągnięcia mogliśmy mieć w każdej chwili. Ale to nie jest relacja partnerska. My chcemy, by polskie podmioty korzystały z praw przysługujących wszystkim przedsiębiorstwom w Unii. Nie jest dobrze, gdy służby obcego państwa wybierają sobie, które zakłady mogą produkować na jego rynek.

Służby specjalne?

Nie użyłam słowa "specjalne". Służby rosyjskie, sanitarne także.

Może Rosjanie po prostu sprawdzają, które zakłady spełniają ich normy?

Mieliby do tego prawo, gdyby najpierw znieśli embargo, a potem przeprowadzili kontrolę. Tę logikę jednak odwrócono: najpierw wskazali zakłady, które mogą eksportować, a dopiero potem obiecali znieść embargo tylko na ich produkty. W przypadku innych państw Unii jest inaczej.

Wspomniała pani o niebezpiecznych sygnałach dotyczących bezpieczeństwa energetycznego. Jakiś przykład?

Choćby zapowiedzi czynione w Moskwie o możliwości podpisania między Polską a Rosją umowy o ochronie i popieraniu inwestycji. Ile polskich firm i zakładów dysponuje kapitałem pozwalającym na inwestycje w Rosji? Raczej niewiele. Ile rosyjskich firm choćby z branży energetycznej jest w stanie zainwestować w Polsce? Sporo. A przecież wiemy, iż Rosjanie od bardzo dawna dążą do zdominowania sektora energetycznego krajów ościennych. Przy tych sygnałach zaczynam niepokoić się o rafinerię w Możejkach, której zakup przez PKN Orlen był ważnym elementem pojednania polsko-litewskiego. To wspólne przedsięwzięcie jest dla Rosji solą w oku. Do tej pory udawało nam się je chronić, także przez wspólne stanowiska obu rządów na forum Unii Europejskiej. Teraz nie zauważam wysiłków strony polskiej. I Litwa czuje się mniej bezpiecznie.

Czy nadal ministrowie rządu Donalda Tuska jak rozumiem chodzi tu głównie o szefów MON i MSZ, mogą spodziewać się takich próśb o spotkanie?

Jeśli będzie taka potrzeba, to oczywiście tak. Pan prezydent może prosić ministra, z którym współdziałanie jest zapisane w konstytucji. Ale czasami potrzebne może być spotkanie także z innymi ministrami, bo dzisiaj znaczna część polityki wewnętrznej jest związana z polityką zagraniczną.

Wicepremier Grzegorz Schetyna w "Dzienniku" stwierdza, że to premier będzie decydował, czy dany minister ma posłuchać prośby o stawienie się w Pałacu Prezydenckim.

Tę zapowiedź uważam za skandaliczną.

Zacytuję wicepremiera Schetynę: "Nie będzie wzywania na dywanik".

Pomijając już uprawnienia konstytucyjne, doświadczenie prezydenta w zakresie polityki zagranicznej jest dużo większe i prezydent potrafi oceniać powagę sytuacji.

Co będzie, jeśli jednak ministrowie będą odmawiali?

No cóż, przyjdzie mi tylko wyrazić ubolewanie, bo to znaczyłoby, iż przedstawiciele rządu działają niezgodnie z polską racją stanu. Jak niebezpieczna jest taka sytuacja, widzieliśmy już w czasie katastrofy samolotu CASA. Przecież prezydent właśnie startował. A nieznane były przyczyny wypadku pod Mirosławcem. To było narażenie prezydenta, ale i premiera, który też lata samolotami rządowymi, na poważne ryzyko. Zwłaszcza w Polsce, która prowadzi wiele operacji stabilizacyjnych i pokojowych.

Sugeruje pani, że tuż po katastrofie nie można było wykluczyć zamachu terrorystycznego?

Zawsze należy brać pod uwagę czarne scenariusze. Nie wszczęto procedur bezpieczeństwa. To szokujące.

Do kogo powinien był zadzwonić minister obrony narodowej Bogdan Klich?

Myślę, że bezpośrednio do prezydenta.

Nie ma telefonu.

Wielokrotnie przebywając na rożnych kontynentach, nie miałam żadnego problemu z natychmiastowym skontaktowaniem się z najważniejszymi osobami w państwie. Każda z tych osób jest przecież chroniona przez Biuro Ochrony Rządu. I każdy funkcjonariusz BOR jest w stanie natychmiast skontaktować się z tym funkcjonariuszem, który jest przy danej osobie. Wystarczy poprosić.

Będzie u nas tarcza antyrakietowa?

Myślę, że będzie. Choć to są trudne negocjacje, a na dodatek wUSA trwa kampania wyborcza. Moim zdaniem należałoby jednak te negocjacje zakończyć możliwie szybko. Bo ta inwestycja podwyższa znacząco bezpieczeństwo Polski.

A system obrony przeciwlotniczej?

Też. Liczę, że w końcu i minister Sikorski, i premier Tusk podzielą nasze zdanie w tej sprawie. Proszę zerknąć do archiwów i przypomnieć opinii publicznej, jak bardzo Niemcy w swoim czasie zabiegali o amerykańskie bazy wojskowe na swoim terytorium. To niweluje niedobre wrażenie, że jesteśmy ciągle traktowani jak strefa wpływów Rosji. Polska suwerenność musi być pełna.

Kilkanaście dni temu minister Sikorski żartował, że nie sądzi, by się pani na tym znała.

Mogłabym odpowiedzieć wieloma złośliwościami, ale wolę tego nie robić.

To jest dobry szef dyplomacji?

Pozwoli pan, że nie odpowiem.

Jak pani przyjmuje fetowanie Tuska na europejskich salonach. I te komentarze: bo nie ma już Kaczynskiego.

Stosunek do premiera Kaczynskiego i do mnie wynikał i z układu politycznego panującego w Europie, i z gry interesów. Nie chodziło ani o język, ani o charakter, lecz o skuteczne stawianie spraw leżących w naszym interesie. O to, że my nie poprzestawaliśmy na pięknych mowach, ale pilnowaliśmy, by w odpowiednim momencie nasze postulaty zgłosić i przeprowadzić. Media często tego nie widziały, a to była prawdziwie skuteczna polityka. Ona polegała na realnej zmianie stanowiska Unii. I Unia się zorientowała, że skończyła się zabawa, a zaczęła prawdziwa gra. No i muszę przyznać, że nasi koalicjanci - LPR i Samoobrona - nie ułatwiali nam zadania. Udało nam się jednak przedstawiać naszą sytuację językiem zrozumiałym dla zachodnich demokracji.


Poleć znajomemu


Opuszczasz oficjalny serwis Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej


Dziękujemy za odwiedzenie naszej strony.

Zapraszamy ponownie.