przeskocz do treści | przeskocz do menu głównego
Oficjalna strona Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej
| | |
A | A | A
Środa, 8 kwietnia 2009

Wywiad Piotra Kownackiego dla "Dziennika"

Piotr Gursztyn: Czy fakt i data wręczenia odznaczeń dla historyków z IPN to manifestacja ze strony Prezydenta?

Piotr Kownacki: Decyzja o tym, by odznaczyć grupę pracowników IPN, zapadła około dwóch miesięcy temu. Termin wręczenia też mniej więcej wtedy był ustalony. Natomiast Prezydent w ostatnich dniach zdecydował o podwyższeniu rangi odznaczeń.

Na skutek ostatniej awantury wokół Instytutu?

Prezydentowi chodziło o to, by dać wyraz poparcia dla IPN. Zresztą przy okazji wręczenia odznaczeń miał mocne przemówienie. O odwadze potrzebnej do głoszenia prawdy, o tym, że jest w Polsce kategoria ludzi, o których można napisać każdą złą rzecz, i o tym, że są ludzie, o których można pisać tylko dobrze.

Kto jest adresatem tej manifestacji?

Manifestacja jest po to, by ją każdy zobaczył. A wszyscy wiedzą, kto atakował IPN.

Ale to może być "prezent", który zaszkodzi Instytutowi. Prezydent dał argument zwolennikom mitu, że IPN jest instytucją PiS-owską, zawłaszczoną przez jedną opcję.


Jak ktoś chce uderzyć, to zawsze znajdzie kij. Każdy fakt da się zinterpretować negatywnie. Ordery w Polsce nadaje Prezydent. Nikt inny. Więc miał nie odznaczać pracowników IPN, ponieważ ktoś pomyśli, że to partyjna instytucja? To absurd.

Zapewniam pana ministra, że argument z orderami będzie krążył bardzo długi czas.


Pewnie pan ma rację, ale jeżeli mielibyśmy się kierować w swoich działaniach obawą, że ktoś to nieżyczliwie skomentuje, to nic byśmy nie zrobili. Prezydent jednak chciał dać wyraz swojego poparcia. Ale czy to jest szkodliwe dla IPN? Ci, którzy walczą z IPN, nie przestaliby tego robić i bez tego.

Lech Wałęsa skomentował to tak, że Prezydent stanie za te odznaczenia przed Trybunałem Stanu.


Przyjmuję do wiadomości, ale to absurd.

A propos Trybunału. Wróćmy do szczytu NATO. Czy może pan potwierdzić, że zrekonstruowany przez reporterów "Dziennika" fragment notatki z rozmowy Tusk - Rasmussen jest prawdziwy?


Czytałem tę notatkę. Z niej nie jest zdjęty gryf tajności, więc nie mogę mówić o jej treści. Natomiast mogę powiedzieć, że czytając medialne rekonstrukcje, miałem wrażenie, że jest to bardzo wierne.

Słowa Tuska nie są jednoznacznym poparciem dla Rasmussena.

Nie ma zdania w rodzaju "zapewniam pana o swoim poparciu" ani nie ma zdania "proszę nie liczyć na moje poparcie". Nikt nigdy nie twierdził, że takie sformułowania padły. Proszę przypomnieć sobie, co mówił Prezydent, i co ja mówiłem. Pan Prezydent mówił, że może nieco przerysowana czy przesadzona była interpretacja Rasmussena, ale usprawiedliwiona. A ja mówiłem, że nie dziwię się, że on po tej rozmowie nabrał przekonania, iż może liczyć na polskie poparcie.

To naprawdę nie wygląda jednoznacznie.

Nigdy nie mówiłem, że jest tam zdanie "ja pana popieram". Oprę się na tym, co opublikowały media. Są tam trzy elementy. Pierwszy: "Polska jest przewidywalnym członkiem NATO". To znaczy, że nie zrobi żadnej niespodzianki. "Polska będzie działała konstruktywnie" - a więc nie będzie niczego blokowała. I wreszcie: "jest pan ceniony, w Polsce pana szanują". To trzeci element odpowiedzi na pytanie o poparcie. Jeżeli mówimy: nie zablokujemy, nie będzie niespodzianki, oraz że jest pan świetny, to co to jest?

Ale czy w piątek, kiedy Prezydent decydował o kształcie swojego przemówienia i -jak sam powiedział - oparł się o słowa Rasmussena o poparciu ze strony Tuska, to czy nie zaufał zanadto duńskiemu premierowi? Skąd wiedział, że nie jest to nadinterpretacja Rasmussena?

Prezydent znał notatkę już przed wyjazdem. W niej nie ma wyrażenia "popieram" ani "nie popieram". Natomiast wcale się nie zdziwił, że Rasmussen, powołując się na tę właśnie rozmowę, powiedział, że Tusk obiecał mu poparcie.

Czy zdaniem Prezydenta powinny być jakieś konsekwencje skandalu wokół szczytu?

Zwykle dziennikarze, pytając o konsekwencje, myślą o konsekwencjach prawnych. Nie wydaje mi się, by były podstawy do tego. Natomiast należy zrobić wszystko, by rząd wreszcie zgodził się na współdziałanie z Prezydentem. Kancelaria Prezydenta dostała pismo o tym, by popierać ministra Sikorskiego w jego aspiracjach do kandydowania na sekretarza generalnego NATO. Natychmiast uruchomiliśmy działania, Prezydent wydal polecenia, sam się wypowiedział, że dobrze by było, gdyby Polak objął to stanowisko. Tak Prezydent rozumie współdziałanie.

I dlaczego nic z tego nie wyszło?

Bo potem okazuje się, że to wszystko było grą, że wcale nie chodziło o to. Tylko zapomniano powiedzieć o tym Prezydentowi. Okazuje się, że jest jakieś stanowisko rządu, ale chciałbym wiedzieć, kiedy zostało uchwalone i dlaczego nie możemy go dostać na piśmie. Dlaczego nie ma protokołu posiedzenia rządu, kiedy podejmowano to stanowisko? Bo tego stanowiska nie ma. Prezydent rzekomo miał wstrzymać decyzję o wyborze sekretarza. To byłoby olbrzymim skandalem. Proszę sobie wyobrazić, że Prezydent na uroczystej sesji NATO, w 60. rocznicę jego utworzenia, w obecności prezydenta Obamy (a to pierwszy szczyt, w którym on bierze udział) skutecznie blokuje. I co? Przychodzą przedstawiciele innych krajów i pytają: o co panu chodzi? A Prezydent musiałby odpowiedzieć, że nie wie, o co mu chodzi, że musi kogoś spytać, bo wie tyle, że ma zablokować.

Opinia publiczna jest zbulwersowana awanturą wokół szczytu. Czy Prezydent komentował to oburzenie?


Szczerze mówiąc, nie wiem. Moja ocena jest subiektywna, ale nie mam żadnej wątpliwości, że zaczęło się od wypowiedzi premiera Tuska, który zarzucił Prezydentowi złamanie instrukcji rządu. Proszę zwrócić uwagę na brak konsekwencji tamtej strony. Minister Sikorski rozdał dziennikarzom notatkę, mówiąc, że to jest instrukcja. Komentatorzy, także ci niezaprzyjaźnieni z Prezydentem, powiedzieli, że to żart, bo to tylko pismo wicedyrektora departamentu. Więc minister oświadczył, że to nie instrukcja, bo były nią te zdania, które wypowiedział w samolocie. Natomiast inni przedstawiciele rządu po dziś dzień mówią o instrukcji, którą miał złamać Prezydent, mając na myśli tę notatkę. Zarzut, że Prezydent złamał stanowisko rządu, jest bardzo poważnym zarzutem, bo Prezydent ma obowiązek współdziałania. Nie można oczekiwać, że Prezydent i jego otoczenie nie będzie reagować. Wyszła kłótnia, wszyscy są zażenowani. Ale tu po raz pierwszy, sądząc po reakcji opinii publicznej, chyba nie udała się propagandystom rządu ich akcja, by zwalić wszystko na Prezydenta.

A zarzut rządu, że Prezydent zbyt szybko wycofał się z negocjacji? Mógł ugrać stanowiska w sekretariacie NATO lub stacjonowanie jednostek NATO w Polsce.

Dlaczego nikt nie powiedział Prezydentowi, że toczą się jakieś negocjacje? Trudno oczekiwać, że Prezydent będzie biegał i wypytywał, czy rząd ma jakieś pomysły.

Prezydent leciał jednym samolotem z szefami MON i MSZ.


Nawet oni nie twierdzą, że coś powiedzieli. A poza tym, gdzie są te negocjacje? Jakie było stanowisko Polski na Radzie Ambasadorów? Przecież nie zaczyna się negocjacji od zablokowania decyzji przez Prezydenta. Turcja chciała coś ugrać, więc na długo przed szczytem Turcy mówili, co chcą w zamian za nieblokowanie wyboru sekretarza. Gdzie były polskie działania? Nie było ich. Jest nieprawdą, że toczyły się jakieś negocjacje. To argument wymyślony post factum.

Poleć znajomemu


Opuszczasz oficjalny serwis Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej


Dziękujemy za odwiedzenie naszej strony.

Zapraszamy ponownie.