przeskocz do treści | przeskocz do menu głównego
Oficjalna strona Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej
| |
A | A | A

Sprawa Waldemara Pawlaka to drobiazg w porównaniu z kalibrem sprawy Krzysztofa Bondaryka.

Z prof. Andrzejem Zybertowiczem, doradcą prezydenta Lecha Kaczyńskiego ds. bezpieczeństwa państwa, socjologiem z UMK w Toruniu, rozmawia Paweł Tunia

Przywołując wypowiedź szefa ABW Krzysztofa Bondaryka, zwrócił Pan uwagę na zaniedbania polskich służb specjalnych z połowy lat 90. dotyczące bezpieczeństwa państwa. Czy powołanie komisji śledczej w tej sprawie dzisiaj, po 15 latach, pozwoliłoby ukarać winnych tych zaniedbań?
- Cytowałem wypowiedź Krzysztofa Bondaryka z października 1996 roku. Po kilku latach pracy w UOP ujawnił on poważne zaniedbania kontrwywiadowcze, polegające na niesporządzeniu katalogu kontaktów między funkcjonariuszami SB a służbami sowieckimi. Gdy Bondaryk ujawnił wtedy tę sprawę - i media, i politycy przeszli nad tym do porządku dziennego. Czy w sensie prawnym dzisiaj można byłoby odpowiedzialnych za tę sprawę znaleźć, nie wiem. Natomiast w sensie politycznym ustalenie i napiętnowanie osób odpowiadających za te zaniedbania byłoby jak najbardziej zasadne.

Sprawa Bondaryka, który dzisiaj jest szefem Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, a wcześniej pracował w spółkach związanych z Zygmuntem Solorzem, wobec którego firm ABW prowadziła postępowania, i brak reakcji premiera Donalda Tuska pokazują pewną bezradność wobec zjawiska konfliktu interesów. Czy w krajach Europy Zachodniej zagrożenie tego rodzaju konfliktami jest mniejsze?
- Zagrożenie zapewne jest nie mniejsze niż u nas, ale w krajach o większej pluralizacji mediów szanse ujawnienia i przeciwdziałania są większe. Konflikty interesów w społeczeństwie dynamicznym są nie do uniknięcia. Podobnie jak w społeczeństwie, które ma otwarte granice, nie do uniknięcia jest narkomania. Natomiast dobra jakość instytucji publicznych te zjawiska ogranicza. Oznaką niskiej jakości jest prezentowanie przez media spraw trzeciorzędnych zamiast istotnych. Oferuje się obywatelom emocje zamiast wiedzy. Ostatnio ekscytowano społeczeństwo konfliktem interesów Waldemara Pawlaka. W grę wchodzi instytucja ważna społecznie, jaką są Ochotnicze Straże Pożarne, jednak z punktu widzenia bezpieczeństwa państwa nie jest to rzecz pierwszoplanowa. Jednocześnie media od ponad roku przemilczają o wiele bardziej rażący i znaczący konflikt interesów szefa największej tajnej służby, Krzysztofa Bondaryka. Pracując przez szereg lat w firmach Zygmunta Solorza i pobierając wynagrodzenie wielokrotnie wyższe niż jego pensja jako szefa służby, nadzoruje on dziś ABW, która prowadziła postępowania związane z firmami Solorza. Sprawa Waldemara Pawlaka to drobiazg w porównaniu z kalibrem sprawy Krzysztofa Bondaryka. Odwołanie Pawlaka dla premiera Tuska może być trudnym ruchem, ponieważ mogłoby zagrozić trwałości koalicji rządowej. Jednak odwołanie Bondaryka wymaga tylko jednego pociągnięcia piórem. Dlaczego o tym konflikcie interesów się nie dyskutuje, nie analizuje jego skutków? Dlaczego Donald Tusk stosuje - mówiąc jego własnym językiem - zaniżone standardy, w sytuacji gdy nominacja lub odwołanie urzędnika państwowego, jakim jest szef ABW, zależy od nikogo innego jak tylko od samego premiera (przynajmniej w sensie prawnym). Czyżby losy koalicji zależały też od Krzysztofa Bondaryka? Rzecz warta zastanowienia.

Mówił Pan w swoim wystąpieniu, że wiedząc o konflikcie interesów, możemy zorientować się, które instytucje mają szansę działać sprawnie...
- Jeśli np. wiemy, że Trybunał Konstytucyjny orzekał w sytuacji, kiedy jego członkowie podlegali konfliktowi interesów, to mamy obiektywną miarę tego, iż TK nie jest w pełni wiarygodnym organem. To nie jest subiektywna ocena, to jest zobiektywizowane kryterium stosowane w nowoczesnych procesach decyzyjnych. Urzędnik publiczny nie może wyrokować we własnej sprawie. Jeśli przykładowo TK orzekał co do reguł poprawnego dokumentowania współpracy z tajnymi służbami PRL, a w jego składzie były osoby, które bezpośrednio lub przez osoby najbliższe były związane z tymi służbami PRL, to wiemy, że z powodu konfliktu interesów bezstronność TK była mało prawdopodobna. 

Jak społeczeństwo może się skutecznie bronić przed skutkami konfliktu interesów?
- Po pierwsze, musimy poznawać standardy i procedury wypracowane w tych krajach, gdzie demokracja funkcjonuje dłużej. Tam wyborcy, politycy i badacze nabrali pewnej mądrości w tych sprawach. Po drugie, trzeba domagać się od mediów, by ujawniały sytuacje, w których politycy, pełniąc urzędy publiczne, mają interes prywatny w tym, żeby pewnych zadań nie wykonywać należycie. Opinia publiczna nie powinna ekscytować się sprawami mało znaczącymi, podnoszonymi przez postacie typu Janusza Palikota. Nie powinna dać się zwodzić argumentom w rodzaju, że z powodu samobójstwa w celi mordercy Krzysztofa Olewnika należy zaraz odwołać ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ćwiąkalskiego. Naprawdę ważne było to, że prof. Ćwiąkalski jako adwokat sporządzający opinie prawne dla bogatych biznesmenów, wobec których prokuratura toczyła postępowania także za jego rządów, wytworzył w Ministerstwie Sprawiedliwości konflikt interesów. Nawet jeśli minister Ćwiąkalski sam nie zrobił nic niewłaściwego jako minister sprawiedliwości, to podlegli mu prokuratorzy nie mieli zapału, żeby należycie prowadzić postępowania wobec niedawnych klientów zwierzchnika wszystkich prokuratorów ministra sprawiedliwości - prokuratora generalnego.

Dziękuję za rozmowę.

Poleć znajomemu


Opuszczasz oficjalny serwis Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej


Dziękujemy za odwiedzenie naszej strony.

Zapraszamy ponownie.