przeskocz do treści | przeskocz do menu głównego
Oficjalna strona Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej
| |
A | A | A
Konrad Piasecki: Moim gościem jest zatrzymany przez śnieżycę na rogatkach Warszawy świeżo upieczony doradca ekonomiczny prezydenta Ryszard Bugaj. Dzień dobry.
Ryszard Bugaj: Witam.

Jak się jechało w korku, fatalnie?
Fatalnie, natomiast kierowca doskonały. Macie chyba najlepszy serwis, jaki można sobie wyobrazić.

Mamy połączenie dzięki wozowi reporterskiemu – ujawnimy nieco kuchni.
Tak jest.

Panie profesorze, o co najczęściej pyta pana prezydent?
Wie pan, myślę, że on się interesuje taką ogólną sytuacją - jest zatroskany tym co się dzieje i to autentycznie. Niektórzy mówią, że prezydent to tylko z powodów PR-owskich robi. Może też, ale na pewno nie tylko.

Ale dzwoni do pana po nocach i pyta po ile złotówka, czego się spodziewać?
Nie. On nie gra na giełdzie.

Oj nie gra, nie gra... Spojrzałem wczoraj na jego oszczędności – rzeczywiście niewiele.
No właśnie.

Ale Polacy dziś czytają o czarnych dniach złotówki i pytają, czy nie nadszedł czas na jej obronę, panie profesorze?
Ale myśli pan, że mamy armaty?

Mamy pieniądze w skarbcach Narodowego Banku Polskiego. Możemy nimi chronić złotówkę?
Mamy około 50 miliardów euro – mniej więcej. Ja myślę sobie, że oczywiście bank nie może spekulantom powiedzieć, że nic nie zrobi w tej sprawie i mogą być takie sytuacje, w których powinien coś zrobić. Ale też nasze możliwości nie są takie wielkie. W przeszłości wiele krajów ze znacznie większymi pieniędzmi poległo, kiedy spekulanci się za nich zabrali.

Ale uważa pan, że należy bronić czy nie bronić? Czy jest już taki czas, kiedy frank dochodzi do 3,25 zł, a euro do 5 zł?
Nie. Ja bym jednak tego nie ruszał. Mamy płynny kurs i myślę sobie, że powinniśmy poczekać troszeczkę, mieć silne nerwy. Takie wahania krótkookresowe z punktu widzenia tych ludzi, którzy mają kredyty, są przykre, ale nie stanowią jeszcze dramatu. Takie wahania są największym problemem dla importerów, ale jak kurs rośnie, to dla eksporterów jest lepiej.

Pana zdaniem, dojdziemy do jak niskiego poziomu złotówki dojdziemy?
Nie sądzę, żebyśmy sięgnęli jednak 5 złotych. Te rynki musiałyby oszaleć, bo nie ma w tzw. fundamentach powodów, żeby doszło do takich rzeczy.

A gdybyśmy sięgnęli, to byłby czas na interwencję Narodowego Banku Polskiego?
Trzeba by było się zastanowić nad tym. Jedna z zasad, która jest absolutnie żelazna, to jest taka zasada, że ci, którzy mają wpływ na politykę pieniężną, kursową – ja nie mam takiego wpływu – nigdy nie mówią, co zrobią, żeby spekulanci nie mieli luksusowej sytuacji.

Ale rozumiem, że jest tak, że jeśli dojdziemy do 5 zł, pan będzie doradzał, bo jest pan wszakże także doradcą prezesa NBP, prezesowi Skrzypkowi, żeby sięgnął do skarbca.
Muszę wyjaśnić przy okazji, że tak naprawdę to ja się podjąłem pewnej roboty u prezesa Skrzypka, a u prezydenta to ja tak społecznie, z doskoku trochę.

To przy 5 zł będzie pan radził sięgnąć do skarbca czy nie?
Pan jest bardzo wymagający, a ja na to pytanie na wszelki wypadek nie odpowiem.

Mamy słabnącą złotówkę, rosnące bezrobocie, coraz gorsze wskaźniki gospodarcze… Czy nie jest tak, że ten lekceważony na początku kryzys jednak straszliwie boleśnie przetoczy przez Polskę?
Może nie straszliwie. Ciągle jest tak, że to może być nie tak straszne jak na Zachodzie, ale z całą pewnością sytuacja zasługuje na wielką troskę. Muszę powiedzieć, że jestem bardzo krytycznie nastawiony do tego, co rząd dotychczas robił – ocen, które formułował.

Pan uważa, że cięcie wydatków i wezwanie do zaciskania pasa to nie jest najlepsza z możliwych recept na kryzys?
Myślę, że teraz nie. Myślę, że to może być w ogóle przeciwskuteczne dlatego, że jeżeli te cięcia spowodują na przykład… Nam brakuje popytu – to jest kluczowa sprawa w tej chwili. Jeżeli te cięcia spowodują, że Produkt Krajowy Brutto będzie np. o 1 proc. mniejszy, to znaczy, że de facto do budżetu państwa wpłynie mniej pieniędzy niż na tych cięciach zaoszczędziliśmy. Jest granica panowania nad budżetem państwa, nad decyzjami ministra. W którymś momencie może dojść do takiego, całkowicie chaotycznego szukania pieniędzy. Wtedy to na ogół prowadzi do inflacji.

Jacek Rostowski to dobry minister na kryzys?
Zadaje pan trudne pytanie. Nie jestem zachwycony tym co robi minister finansów, który w tak trudnej sytuacji próbuje przywrócić budżet, który został na jego wniosek uchwalony miesiąc wcześniej. To nie jest powód do chwały i medalu.

Powinien odejść, zastanowić się nad dymisją? Widziałby pan kogoś innego, kto by silniej szarpnął cugle ekonomii i wyprowadził Polskę z kryzysu?
Byłem dotąd przekonany, że Jacek Rostowski jest dobrze wykształcony, co nie znaczy, że trzeba się zgadzać z taką polityką, bo oprócz wykształcenia są inne powody i przyczyny, dla których się ocenia ministra. A teraz zacząłem trochę w to wątpić. Wydaje mi się, że w przeszłości mieliśmy ministrów, którzy więcej wiedzieli o realiach gospodarczych. Pan Groniceki, Jerzy Osiatyński, także Leszek Balcerowicz.

Ryszard Bugaj chwali Leszka Balcerowicza, czas umierać. Polacy mówią, że na kryzys najlepszy byłby taki antykryzysowy PO-PiS. Pan też śni po nocach o jakimś porozumieniu politycznym ponad kryzysowym?
Tak, myślę, że to jest w tej chwili Polsce potrzebne. Nigdy nie byłem fanem wspólnego rządu PiS-u z PO. Natomiast jak oni się tak bezustannie leją w każdej sprawie, to nam szkodzi.

Ale w jakiej sprawie oni mieliby się dzisiaj dogadać? W sprawie euro?
Na przykład.

Kiedy wchodzić do strefy euro?
Uważam, że kompromis powinien polegać na tym, że z jednej strony PiS się godzi na zmianę konstytucji już, bez referendum, a z drugiej strony Platforma deklaruje, że nie zrobi tego przed 2015 rokiem, bo trzeba poczekać, aż te rynki finansowe się trochę uspokoją.

Będzie pan podpowiadał prezydentowi, żeby został patronem takiego porozumienia?
Już mu trochę to podpowiadałem.

I?
Ma mieszane uczucia.

Ale nie jest entuzjastą tego pomysłu?
Jego ostatni wywiad pokazuje, że być może zmienia pogląd.

Czyli uważa pan, że nie jest to wykluczone?
Nie powinno to być wykluczone.

Prezydent powinien się stać patronem takiego porozumienia?
Prezydent powinien się stać rzecznikiem ludzi, którzy mogą w tym kryzysie wiele przegrać. Bo tylko on może się chyba w tej chwili podjąć. Dzisiaj wybór wygląda tak: albo podejmiemy taki pakiet antykryzysowy, nie bez ryzyka, bo nie ma dzisiaj nic w polityce gospodarczej, co jest ryzyka pozbawione, ale taki, który da nam szansę obrony tego, że będziemy mieli 2, 3 procent wzrostu.

W tym pakiecie zawarłby pan podwyżkę podatków?
Raczej redystrybucje podatków.

Czyli, mówiąc po ludzku?
Dosypać tym, którzy mają bardzo mało i ująć tym, którzy ciągle mają ogromną bonanzę.

Czyli podwyżka dla najbogatszych i obniżka dla najbiedniejszych?
Dokładnie.

A jak socjalista się czuje u prawicowego prezydenta?
Jeśli można jakoś scharakteryzować prezydenta, powiedziałbym, że to socjalna prawica.

Więc socjaliście u niego łatwiej?
Tak jest.

Mówił pan dwa i pół roku temu: „nie mam złudzeń co do braci Kaczyńskich, zbyt dobrze ich znam, ich autorytarne skłonności”. Powiedział pan to prezydentowi, że ma skłonności autorytarne?
Trochę tak, ale przede wszystkim pisałem bardzo krytycznie.

Nie miał żadnych pretensji?
Nie miał, bo wie, że w tych sprawach mam inne poglądy i myślę, że wbrew tym różnym komentarzom na jego temat, on to szanuje.

Pan, doradzając mu, będzie się starał zapewnić prezydentowi ponowny wybór?
Ja jeszcze nie wiem, czy sam prezydent się zdecydował na ponowne ubieganie się o prezydenturę.

Szef jego kancelarii kiedyś zdradził, że tak.

Jak na razie, to ja wolę – przy wszystkich wpadkach – Lecha Kaczyńskiego, niż Donalda Tuska.

Wierzy pan, że reelekcja jest możliwa?
Zostały jeszcze dwa lata.

I wszystko może się zdarzyć?
Dokładnie.

Dziękuję bardzo.
Kłaniam się.
Poleć znajomemu


Opuszczasz oficjalny serwis Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej


Dziękujemy za odwiedzenie naszej strony.

Zapraszamy ponownie.