przeskocz do treści | przeskocz do menu głównego
Oficjalna strona Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej
| |
A | A | A
Panie Profesorze. Proponuję byśmy zaczęli od przybliżenia Czytelnikom pojęć, które w trakcie tego wywiadu pojawiać się będą często. Zacznijmy od społeczeństwa opartego na wiedzy. Co je wyróżnia?

Przypomnijmy na wstępie, że w powszechnym użyciu są obecnie dwa nieco odmienne terminy. Często zresztą używane instrumentalnie i bez głębokiego zrozumienia. Pierwszy to „społeczeństwo informacyjne”, a drugi „gospodarka oparta na wiedzy”. Oba te terminy zastąpić można jednym, mówiąc o „społeczeństwie opartym na wiedzy” czy jeszcze krócej, o „społeczeństwie wiedzy”. Zasadność stosowania tego wyrażenia na określenie pewnej dominującej dzisiaj w krajach rozwiniętych tendencji życia społecznego nie jest bynajmniej oczywista. Trzeba bowiem być świadomym faktu, iż wiedza zawsze była istotnym elementem rozwoju. Ostatnie dekady przyniosły jednak niezwykle dynamiczny, niespotykany w dotychczasowej historii wzrost znaczenia wiedzy jako podstawowego nośnika rozwoju – cywilizacyjnego i gospodarczego. Świadomość znaczenia wiedzy jest dzisiaj w krajach rozwiniętych powszechna – co nie oznacza, że jej tworzenie i skuteczne wykorzystywanie jest rzeczą łatwą. Dużym kłopotem jest także fakt, że wiedza jest trudna do statystycznego opisu. Mamy więc poważny problem: wiedza ma dzisiaj niezwykłe wprost znaczenie, a w statystykach narodowych i globalnych jest ona bardzo trudna do prawidłowego ujęcia. Niedawno czytałem artykuł amerykańskiego ekonomisty – laureata nagrody Nobla, który twierdzi, że obecnie wszystkie statystyki gospodarcze są w dużym stopniu zniekształcone, bo tak naprawdę nie potrafią uwzględniać i prawidłowo reprezentować zgromadzonej bądź tworzonej na nowo wiedzy.

Moja żartobliwa definicja społeczeństwa wiedzy jest taka: jest to społeczeństwo, które dzisiaj przygotowuje warunki do tego, by jutro móc tworzyć innowacyjne produkty i usługi, o których jeszcze wczoraj nikt w ogóle nie myślał… a z których wiele już pojutrze może okazać się zupełnie niepotrzebne. Definicja ta ilustrować ma dramatyzm podejmowania strategicznych decyzji rozwojowych w warunkach dużej niepewności co do ich ostatecznego efektu – wywołaną bezwzględną konkurencją potrzebę inwestowania w bazującą na wiedzy, społeczną kreatywność, która nie gwarantuje wprawdzie sukcesu każdej podjętej inicjatywy, ale jako strategia jest najlepszym gwarantem stabilnego rozwoju. I to właśnie natura wszechstronnej i powszechnej wiedzy zmniejsza szanse niepowodzenia każdej strategii rozwojowej, z natury rzeczy obciążonej dzisiaj wielkim ryzykiem.

Jak w takim razie rozumieć „wiedzę”?

Na użytek tej rozmowy podzielmy wiedzę na dwa typy. Po pierwsze mówić można o wiedzy, która już gdzieś istnieje i jest (łatwiej bądź trudniej) dostępna. Problem polega na tym, jak nauczyć się do niej docierać i jak ją wykorzystywać. Wiedzę tę można pozyskiwać na różne sposoby. Można na przykład kupować patenty bądź licencje, można zdobywać wiedzę poprzez studiowanie piśmiennictwa naukowego, można zyskiwać dostęp do wiedzy wchodząc w różnego rodzaju układy partnerskie z osobami i instytucjami posiadającymi wiedzę nam dotychczas niedostępną. Krótko mówiąc jest cały szereg metod pozwalających na zdobycie istniejącej gdzieś wiedzy – z zasady musimy tylko tę wiedzę nieco przetworzyć wg własnych potrzeb i skutecznie zastosować w postaci nowych technologii bądź nowych rozwiązań organizacyjnych.

Drugi rodzaj wiedzy to wiedza nowa, którą można zdobyć jako rezultat własnych badań naukowych. Z faktu, iż istnieje bardzo dużo nagromadzonej wiedzy, której często nie potrafimy wykorzystać nie należy absolutnie wyciągać wniosku, że nie potrzebne jest tworzenie nowej wiedzy – jest wręcz przeciwnie. Po pierwsze, ludzka potrzeba coraz głębszego rozumienia świata i procesów nim rządzących powoduje, że znaczące środki finansowe poświęcać trzeba na badania nie mające bezpośredniego celu praktycznego. Badania te, zwane poznawczymi, zaspakajają naturalna ludzką ciekawość, rozwijają kreatywność, są kluczowym elementem procesu kształcenia uniwersyteckiego – uważa się zasadnie, że zakres prowadzonych w danym kraju badań tego typu świadczy o jego dalekosiężnej mądrości i poziomie cywilizacyjnego rozwoju. Innym ważnym rodzajem działalności badawczej są badania prowadzone w kontekście przewidywanych zastosowań – często bowiem wiedza akurat nam potrzebna w ogóle nie istnieje, w innych przypadkach dostępne zasoby wymagają zasadniczych uzupełnień i rozszerzeń.

Co dalej dzieje się ze zdobytą wiedzą?

Dotykamy tu problemu gospodarowania wiedzą, czyli zarządzania nią, przechowywania, przetwarzania, przekazywania, wreszcie wykorzystywania. To klucz do rozumienia procesów rozwojowych w krajach sukcesu gospodarczego, a jednocześnie rzecz, która jest u nas bardzo słabo rozpoznana i akcentowana publicznie. W naszych mediach nie toczy się żadna dyskusja na ten temat. Dużo mówimy o tym czy innym polityku, wytykając mu różne, ważne bądź mniej ważne potknięcia. Nie ma w tym oczywiście nic złego – taka debata jest częścią misji mediów, przy jednym wszakże zastrzeżeniu – ona tej misji nie wyczerpuje! Dziennikarze zbyt rzadko pytają polityków o to, jaki oni mają pomysł na Polskę przyszłości – tę za dziesięć czy piętnaście lat. Co zamierzają robić, aby wyrobić sobie pogląd w tym zakresie. Jaka polityka rozwojowa jest nam dzisiaj potrzebna, do jakiego podziału pracy w ramach Unii dążymy jako kraj, kogo, jak i po co powinniśmy kształcić – dziesiątki kluczowych pytań z jednej strony…  i prawie całkowita cisza z drugiej, tej najważniejszej, obywatelskiej, ze strony debaty publicznej stymulowanej przez media. Takie rozmowy praktycznie rzecz biorąc w Polsce w ogóle się nie toczą! W przeciwieństwie do innych krajów, gdzie debata publiczna jest w dużej mierze poświęcona dostosowywaniu sposobów pozyskiwania i wykorzystywania wiedzy do krajowych warunków. A prawda jest taka, że te kraje, które potrafiły znaleźć skuteczny sposób na wytwarzanie i wykorzystywanie wiedzy, czyli stworzyć efektywny system integrujący edukację na wszystkich poziomach (w tym edukacje ustawiczną), działalność badawczą różnego typu, zdolność do generowania innowacji i ich sprawne wdrażanie w sprzyjającym otoczeniu biznesowym, mają kolosalną przewagę nad innymi krajami, które z tym problemem nie potrafią się uporać. I to one właśnie są liderami gospodarczymi świata, efektywnie wykorzystującymi kluczowe cechy społeczeństwa wiedzy. Czyli, wracając do problemu definicji, społeczeństwa uznającego, że wiedza jest głównym czynnikiem jego rozwoju. Czy w świetle powyższych uwag – przy niezwykle niskich nakładach na szkolnictwo wyższe i naukę, przy braku spójnego systemu innowacji, przy ciągle niedoskonałych rozwiązaniach organizacyjnych w całym sektorze badań i rozwoju – możemy pretendować do tego miana? Czy w tych warunkach można mieć nadzieję na spełnienie naszych, tak przecież uzasadnionych, aspiracji cywilizacyjnych i gospodarczych? Mimo wszystko moja odpowiedź na tak postawione pytanie nie będzie, jak zaraz zobaczymy, zupełnie pesymistyczna – ciągle stoimy przed wielką szansą, mamy dużą wiedzę jak tę szansę wykorzystać, tylko podejmowanie niezbędnych decyzji idzie nam powoli…

W jaki sposób wiedza przekłada się na rozwój?

Dam jeden przykład. Gdyby sięgnąć do statystyk OECD sprzed np. 25 lat, to okazałoby się, że PKB na głowę mieszkańca w krajach takich jak Portugalia, Hiszpania, Grecja czy - uwaga – Irlandia bądź Finlandia był podobny – na poziomie zbliżonym do 70% średniej ówczesnej Unii Europejskiej. Te same statystyki w chwili obecnej, po upływie jednej generacji, wyglądają już zupełnie inaczej. Irlandia – ponad 130% średniej Unii Europejskiej, Finlandia ponad 120%, Hiszpania mniej więcej 100%, a Grecja i Portugalia – bez zmian, czyli ok. 70% średniej. Oczywiście średnia Unii poszła znacznie do góry, więc nawet w tych biedniejszych krajach sytuacja uległa znacznej poprawie. Widać jednak wyraźnie, że w dzisiejszych czasach prowadzenie mądrej polityki, skoncentrowanej na rozwoju, pozwala na dokonanie skoku jeszcze niedawno zupełnie niewyobrażalnego. Uczono nas przecież, że bogactwo narodów tworzy historia. Trzeba mieć kolonie, imperium, surowce. Kiedyś to była prawda. Dzisiaj świat jest inny. Mądre wykorzystywanie wiedzy (bo to właśnie, choć w ramach odmiennych modeli rozwojowych, zadecydowało o sukcesach Irlandii i Finlandii!) powoduje, że w ciągu jednej generacji można z kraju relatywnie ubogiego stać się krajem bogatym. Kolejne pokolenie Polaków ma teoretycznie szansę żyć w jednym z najbogatszych krajów Unii Europejskiej! To nie są mrzonki bez uzasadnienia – Finlandia jedną generację wstecz była relatywnie biednym krajem, miała w wielu sprawach problemy (bezrobocie, dominacja jednej gałęzi przemysłu) większe niż Polska w tej chwili. Jej mądra, prorozwojowa polityka doprowadziła do tego, że dzisiaj jest obiektem zazdrości wszystkich. Mówiąc krótko – aby wykorzystać nasza obecną szansę musimy być w podobny sposób mądrzy. Co to znaczy? Tylko tyle i aż tyle: trzeba prawidłowo zidentyfikować rzeczywiste nośniki rozwoju kraju i umieć dopasować do nich cała politykę państwa.

Jak to osiągnąć? Czy są wzorce, które możemy stosunkowo prosto zastosować w Polsce?

Niestety istniejących wzorców nie da się bezpośrednio skopiować. Musimy – uznając specyfikę oczekiwań naszych rodaków, twarde zasady ekonomii rządzące rozwojem i niezwykły dynamizm naszych czasów – znaleźć formułę najbardziej dla nas odpowiednią. Przecież Finlandia i Irlandia wybrały w ostatnich dwu dekadach istotnie różne drogi rozwoju. Każdy z tych krajów miał inny pomysł na swój rozwój, ale oba bazowały na znalezieniu skutecznego sposobu wykorzystywania wiedzy. Model fiński polegał na tym, żeby przeznaczyć duże pieniądze na badania i prace rozwojowe, zwracając szczególną uwagę na właściwą selekcję obszarów, w które warto inwestować. Model irlandzki był inny – tam badań własnych prowadzono niewiele, ale wykorzystując wielką diasporę irlandzką w USA stworzono niezwykłe możliwości napływu inwestycji zagranicznych i rozwoju innowacyjnego przemysłu. Sukcesy krajów azjatyckich polegały z kolei najczęściej na umiejętnym wykorzystywaniu istniejącej, wytworzonej gdzie indziej wiedzy podstawowej, co wymagało zbudowania silnego sektora badań stosowanych i umiejętnego wdrażania nowych technologii. Naszym wielkim problemem jest wybranie strategii najwłaściwszej w naszych warunkach. Według mnie pierwszym, niejako wstępnym warunkiem, jest postawienie na rozwój kreatywności społecznej. Zarówno kreatywności ludzi jak i kreatywności organizacji – w szczególności przedsiębiorstw. Dzisiejsze wyzwania są tak złożone, że stawianie na wszechstronną, gruntowną edukację wszystkich Polaków, wsparte rozwojem nowoczesnej infrastruktury i skutecznym systemem regulacji rynkowych, jest jedyną inwestycją, która nie może okazać się chybiona.

Na kreatywność składa się wiele rzeczy: odpowiednia edukacja na wszystkich poziomach, nowoczesny system badań – poznawczych i ukierunkowanych na zastosowania, efektywny system wdrażania innowacji czy wreszcie tworzenie instrumentarium prawnego regulującego funkcjonowanie rynku oraz całej atmosfery społecznej sprzyjających przedsiębiorczości. Z punktu widzenia wymagań przyspieszonego, innowacyjnego rozwoju wszystkie te elementy u nas szwankują. Państwo ciągle w niedostatecznym stopniu wspomaga, w szczególności naturalne dla wielu z nas, skłonności do bycia kreatywnym – czyli skutecznym w obliczu nowych wyzwań. Na szczęście są zwiastuny zmian na lepsze – i to jest moją nadzieją. Wśród nich wymienić trzeba takie inicjatywy jak projekty bardziej proinnowacyjnego wykorzystywania bardzo dużych funduszy strukturalnych UE, różne i liczne działania na rzecz zbliżenia do siebie środowisk naukowców i przedsiębiorców, rządową inicjatywę tzw. wędki technologicznej, promującej zintegrowane podejście do procesów innowacyjnych czy wreszcie obietnice stałego zwiększania środków na szkolnictwo wyższe i badania.

Czy nasze problemy mają swoje źródło w systemie szkolnictwa?

Wśród wielu czynników wpływających na rozwój szkolnictwo wyższe odgrywa rolę szczególnie ważną. Przypomnijmy – w ostatnich 17 latach liczba studiującej młodzieży wzrosła prawie pięciokrotnie (sukces absolutnie bez precedensu!), ale budżet szkolnictwa wyższego i, co szczególnie bolesne, liczba nauczycieli akademickich – niewspółmiernie mniej. Nie trzeba być specjalistą od polityki edukacyjnej żeby dostrzec w tym poważny problem społeczny – aby nie dopuścić do istotnego obniżenia standardów kształcenia niezbędne są szybkie i odważne decyzje. Ponadto sektor szkolnictwa wyższego jest u nas bardzo rozdrobniony - w Polsce działa w tej chwili dobrze ponad 400 wyższych uczelni. Było to zapewne wskazane na początku okresu transformacji jako żywiołowa odpowiedź na stworzone właśnie wtedy warunki do zakładania prywatnych uczelni. Obecnie jednak powinien zacząć się proces integracji – należałoby na przykład zacząć myśleć o tworzeniu uczelni zlokalizowanych na paru kampusach pod merytorycznym przewodnictwem uczelni wiodących, tych najlepszych w kraju. Mamy wspaniały potencjał kilkunastu uczelni, które mają wszelkie szanse, żeby być czołowymi uczelniami europejskimi, ale nimi nie są. Nie są dlatego, że pieniądze są rozdzielane wszystkim, bez dostatecznie wyraźnych preferencji dla najlepszych. Trzeba znaleźć sposób, który da szanse najlepszym uczelniom stać się uczelniami elitarnymi, w tym naprawdę dobrym sensie tego słowa. Nie eliminując z procesu selekcji nikogo na drodze decyzji administracyjnych. Trzeba po prostu stworzyć warunki prawdziwej rywalizacji na programy nauczania, oraz konkurencji dla wykładowców i studentów. Tak funkcjonują uczelnie w wielu krajach – są te wiodące, i reszta, w zdecydowanej większości kształcąca jedynie na poziomie licencjackim, znacznie tańszym, bo nie wymagającym prowadzenia najkosztowniejszych, zaawansowanych badań. Nie jest przyjemnie, gdy czytamy statystykę, według której Uniwersytet Jagielloński i Uniwersytet Warszawski są w czwartej setce najlepszych uczelni świata, nawet jeśli metodologia tworzenia tego rankingu budzić może poważne zastrzeżenia i prawda jest zapewne nieco dla nas korzystniejsza. W takich statystykach dużą rolę grają jednak np. nakłady na głowę studenta. Nie muszę dodawać, że są one w Polsce bardzo niskie. Ponosimy w ten sposób znaczne szkody społeczne – mamy bowiem naprawdę znakomitych profesorów, którzy potrafią bardzo dobrze uczyć, nie stwarzamy im jednak do tego realnych możliwości. Nie jest żadna pociechą, że problem powyższy dotyczy większości krajów europejskich – w Unii działa ponad 2000 uczelni (w tym ponad 400 naszych, a więc, w stosunku do populacji, znacznie powyżej średniej unijnej!)), podczas gdy Stany Zjednoczone mają niewiele ponad 300 uczelni przyznających stopnie od licencjatu wzwyż.

W jaki sposób zwiększyć nakłady na szkolnictwo wyższe? Czy studia płatne są dobrym rozwiązaniem?

W interesie nas wszystkich szkolnictwo wyższe musi otrzymywać z budżetu państwa znacznie więcej środków niż obecnie – na razie nie ma innych znaczących źródeł finansowania w tym zakresie. Środki unijne i opłaty za różne formy studiowania to ważne dodatki, ale nie zmieniają one ogólnego obrazu niedofinansowania tego sektora. Dodajmy, że wystarczy porównać stosunek środków budżetowych przeznaczonych na szkolnictwo wyższe i naukę do wydatków np. na dofinansowywanie nierentownych zakładów przemysłowych czy choćby obronność kraju (skądinąd bardzo ważną) w Polsce i krajach o porównywalnym do naszego poziomie rozwoju (nie mówiąc o najbardziej rozwiniętych), aby zrozumieć, że te kluczowe dla naszej przyszłości dziedziny nie są u nas traktowane priorytetowo. Opłaty za studia … To oczywiście trudny problem społeczny, problem rozumienia równości szans. Bezpłatne studia są zapisane w konstytucji, co jest oczywistym dowodem wagi, jakie Państwo przywiązuje do problemów edukacji. Sytuacja jest jednak paradoksalna, bo po pierwsze wszystkie w zasadzie uczelnie z konieczności uzupełniają swoje budżety opłatami od studentów – za studia niestacjonarne, za lektoraty, za powtarzanie danego przedmiotu, po drugie zaś dlatego, że oczywiście żadna nauka nie jest tak naprawdę bezpłatna. Jest to tylko kwestią tego, skąd pochodzą pieniądze. Tak zwane bezpłatne studia w moim przekonaniu – i to jest przekonanie, które podziela wielu specjalistów, u nas i w krajach mających podobny dylemat (np. w Niemczech) – często ustawiają w niekorzystnej sytuacji tych, których ten zapis konstytucyjny ma bronić. Życie w dużych miastach, gdzie ma siedzibę większość uczelni, jest na tyle drogie, że młodzi ludzie z małych miast, z biedniejszych rodzin nie są w stanie nawet pomyśleć o studiach w takich ośrodkach. Odsetek studiujących dzieci z takich rodzin jest w Polsce ciągle zbyt niski. Sytuacja jest więc taka, że z budżetu pieniądze w dużej mierze idą na edukację dla dzieci z bogatszych rodzin, bo biedniejszych w ogóle na to nie stać. Czyli biedniejsze rodziny, które też płacą podatki, dopłacają do wykształcenia bogatszych dzieci. Pozornie godna poparcia zasada ‘bezpłatnego’ szkolnictwa wyższego jest więc niekoniecznie dobrym rozwiązaniem. Alternatywą byłoby wprowadzenie umiarkowanych opłat, przy jednocześnie rozbudowanym systemie stypendiów, który pokrywały koszty nauki wszystkich dzieci z biedniejszych rodzin. Nie odważyłbym się dzisiaj powiedzieć, że to jest na pewno najlepsza droga wyrównywania szans młodzieży z biedniejszych rodzin (i poprawy budżetów uczelni) – ale sprawa wymaga wg mnie dokładnej i szybkiej analizy.

Panie Profesorze – czy warto zostać naukowcem?

Z prawdziwą nauką jest jak ze sportem – tak naprawdę liczą się tylko najlepsze wyniki. Moja rada dla młodych ludzi – jeśli ktoś czuje, że nie podoba mu się zastany świat, jeśli ktoś czuje, że ma odwagę przeciwstawiania się utartym poglądom, jeśli ktoś nie boi się, że przez ileś pierwszych lat będzie wprawdzie na uczelni bądź w instytucie badawczym zarabiał mniej niż gdzie indziej, a rekompensować mu to będzie tylko pasjonująca praca – to jest materiałem na uczonego. To jest zawód bardzo trudny, ale i niezwykle satysfakcjonujący. Wszyscy ludzie, którzy mają potrzebę, żeby być w życiu oryginalnymi, którzy nie boją się stawić czoła światowej konkurencji intelektualnej, którzy mają potrzebę odważnego artykułowania swoich poglądów, którzy cenią sobie kontakty z młodzieżą – znajdą w nauce niezwykłą przygodę i wspaniały zawód. A z czasem często także i satysfakcję materialną, bo po latach pracy uznani uczeni potrafią sobie całkiem dobrze dawać radę także i w tym zakresie. Ale fakt pozostaje faktem – początek jest w naszych warunkach bardzo trudny.

Większość absolwentów wybiera jednak drogę kariery zawodowej - często kończąc tym samym edukację. Czy pięcioletnie studia dobrze przygotowują do pracy?

Z powodów, o których wspomniałem wyżej jakość studiów w Polsce, statystycznie rzecz biorąc, powinna być przedmiotem poważnej troski całego społeczeństwa – konkurowanie z zagranicznymi uczelniami w tym najważniejszym dla przyszłości kraju cywilizacyjnym wyścigu jest możliwe tylko przy zasadniczym wzroście poziomu finansowanie szkolnictwa wyższego i badań naukowych. Ale zapewne równie ważnym problemem jest dopracowanie się w pełni spójnego systemu edukacji ‘na całe życie’, czyli właściwe skorelowanie wykształcenia ‘standardowego’ – szkoła podstawowa, gimnazjum, liceum, studia – z absolutnie niezbędną dzisiaj formą edukacji ustawicznej, trwającej całe życie zawodowe, a także – już raczej z przyzwyczajenia i dla przyjemności – po osiągnięciu wieku emerytalnego. Rozumiemy przez to stałe uczestnictwo w różnorodnych kursach szkoleniowych, kształcenie na odległość za pomocą Internetu, dokształcanie w miejscu pracy. Istnienie takiego modelu kształcenia, umożliwiającego ‘dopasowywanie’ umiejętności pracownika do zmieniających się wymagań rynku pracy, pozwala także na lepsze wykorzystanie czasu spędzanego na uczelni – wiedza tam nabywana może mieć wtedy bardziej szeroki charakter, lepiej przygotowując do różnorodnych sytuacji i kilkukrotnych zmian zawodu, będących naturalną konsekwencją dynamiki dzisiejszych czasów. W Polsce nie jest na przykład, niestety, szeroko znane pojęcie uniwersytetu korporacyjnego, które jest standardem w krajach rozwiniętych i które oznacza istnienie całego systemu stałego kształcenia pracowników w miejscu pracy.

Jak rozumieć pojęcie „innowacji”?

Innowacja to nie jest to, co ktoś (np. sam ‘innowator’) za innowację uważa. Innowacją jest to, co sprawdza się w warunkach konkurencji rynkowej. To jest bardzo ważne rozróżnienie. W Polsce jest bardzo dużo osób, które mają potencjał i chęć tworzenia innowacji, ale nigdy nie trafiają z nimi na rynek. Nie ma bowiem dostatecznie łatwego dostępu do kapitału potrzebnego do rozwinięcia działalności innowacyjnej i wielu innych potrzebnych rozwiązań organizacyjnych, które by skutecznie wspomagały odważnych. Problemem są też różne uprzedzenia utrudniające przebicie się innowacjom z Polski na rynkach innych krajów. W Europie ciągle nie ma jednolitego rynku badań i innowacji. W Stanach Zjednoczonych każdy naukowiec bądź przedsiębiorca mający dobry pomysł ma do dyspozycji cały wielki rynek amerykański. W Europie wszystkie kraje mają de facto swoje własne systemy finansowania badań i wdrażania innowacji, słabo ze sobą powiązane – ogranicza to konkurencję i zasięg oddziaływania, a w efekcie skuteczność całego systemu.

Mówimy o ujednoliceniu rynku. Czy w jego kontekście istnieje problem emigracji młodych naukowców?

Problem ten towarzyszy Polsce „od zawsze”. Kiedyś decyzje o wyjeździe były dramatyczne, bo wyjeżdżało się bez możliwości powrotu. Teraz dzięki swobodzie poruszania się ludzie wyjeżdżają i mogą wrócić. Pytaniem jest: czy wrócą? Myślę, że nie powinniśmy robić żadnych akcji pod hasłem „nie wyjeżdżajcie z Polski”, tylko działać zgodnie z myślą „jedźcie, ale wracajcie do Polski”. Doświadczenia, które się zdobywa za granicą są bowiem nie do przecenienia. Moja generacja może tylko zazdrościć np. studentom, mającym w tej chwili tak wiele możliwości atrakcyjnych wyjazdów. Dojdziemy zapewne niedługo do tego, że nie będzie u nas studenta poważnej uczelni, który przynajmniej jednego semestru nie spędził za granicą. Pomaga w tym realizacja tak zwanego procesu bolońskiego, prowadząca do ujednolicania wymogów akademickich i ułatwiająca studiowanie na różnych uczelniach w różnych krajach w ramach jednego cyklu studiów. Działa to też w drugą stronę – wymusza bowiem na nas konieczność otwarcia się na ludzi z zewnątrz – to wielka wartość sama w sobie. W Polsce jest ciągle zbyt mało zagranicznych studentów i bardzo niewielu profesorów pochodzących z krajów o tradycyjnie wysokim poziomie szkolnictwa. Aby uczynić nasz system bardziej atrakcyjnym dla studentów i wykładowców z zagranicy musimy sprawić, żeby był bardziej konkurencyjny – to oczywiście także wspomniana kwestia nakładów na szkolnictwo wyższe i naukę oraz organizacji tych sektorów. Pamiętajmy – o naszej przyszłości zadecydują najzdolniejsi młodzi ludzie chcący pracować w Polsce. Musimy znaleźć sposób na to, żeby tak się stało. Główna batalia na całym świecie toczy się dzisiaj o to, żeby tworzyć jak najkorzystniejszy profil zawodowy społeczeństwa, by brać udział w międzynarodowym podziale pracy na najbardziej korzystnych warunkach. A to oznacza między innymi, że specjalną uwagę zwracać należy na stwarzanie atrakcyjnych miejsc pracy dla młodych zdolnych ludzi. My tego ciągle niestety nie potrafimy robić. Brakuje nam realnych możliwości tworzenia małych, innowacyjnych przedsiębiorstw. W chwili obecnej w Polsce praktycznie niewyobrażalna jest kariera twórców Appla, czy innych firm założonych w przysłowiowym garażu. Uniemożliwiają to m.in. kłopotliwe procedury rejestracji i rozliczania działalności firmy, brak środków dla prawdziwie innowacyjnych – a więc obarczonych ryzykiem – pomysłów zgłaszanych prze małe i średnie przedsiębiorstwa, a także brak powszechnej wiary, że takie sukcesy w ogóle mogą się w Polsce wydarzyć. Stworzenie warunków do promowania przedsiębiorczości u młodych ludzi jest absolutnym kluczem do rozwoju. Jeśli młody człowiek, który spędził pewien czas za granicą, zdobył nowe umiejętności i zarobił trochę pieniędzy, dostrzeże w Polsce szanse na to, żeby stworzyć firmę, której państwo będzie sprzyjać, jest bardzo prawdopodobne, że przyjedzie do kraju i ją założy. Teoretycznie rzecz biorąc szanse na szybki rozwój firmy są przecież w tej chwili większe w Polsce niż w wielu starych krajach unijnych. Ale w praktyce... Przecież nie ma dla przykładu żadnego nieusuwalnego powodu, żeby nie można było zarejestrować firmy siadając na pół godziny przy komputerze! Sprawa jest jasna – musimy zrobić wszystko, by zacząć się wreszcie jawić jako kraj, który oczekuje na przedsiębiorczych, młodych ludzi. Jest to też oczywiście kwestia promocji.

Druga rzecz, która przyciąga najzdolniejszych młodych ludzi to różnorodne formy kształcenia podyplomowego, a w tym niezwykle ważne studia doktoranckie otwierające drogę do kariery naukowej. Jest bardzo wiele ponadprzeciętnie zdolnych osób, które wyjeżdżają po prostu dlatego, że w Polsce nie są w stanie utrzymać rodziny rozpoczynając realizację swoich naturalnych ambicji – intelektualnych bądź biznesowych. Stworzenie atrakcyjnych warunków pracy dla tych najwartościowszych dla kraju młodych ludzi po to, aby albo nie wyjeżdżali w ogóle, albo żeby nawet wyjechali, ale mieli gdzie wracać jest absolutnym kluczem do naszej przyszłości.

Jak to zrobić?

Trzeba stworzyć system, który premiuje kreatywność ludzką oraz kreatywność organizacji, w tym oczywiście przedsiębiorstw. Przedsiębiorstwo jest złożonym organizmem, w którym trzeba znaleźć sposób tworzenia efektu synergicznego mając do dyspozycji umiejętności i kreatywność poszczególnych ludzi. Najlepszym nośnikiem tej kreatywności są właśnie młodzi, zdolni ludzie.

Tak naprawdę za zachętą dla młodych ludzi kryje się konieczność uproszczenia systemu procedur regulujących działanie firm, stworzenie realnych możliwości dostępu do różnych form kapitału podwyższonego ryzyka, wprowadzenie bezpłatnego sytemu szkoleń w zakresie przedsiębiorczości, większej aktywności instytucji wspierających młodych przedsiębiorców, zachęt podatkowych na początku działania firmy…  A z drugiej strony – stworzenie szansy na spróbowanie swych sił w pracy naukowej – nie tylko po to, aby później zostać naukowcem, ale po to, by uzupełnić swoje wykształcenie na poziomie np. doktorskim – nowoczesny rynek pracy wymaga znaczącego odsetka tak wykształconych obywateli! Zauważmy wreszcie, że społeczeństwo informacyjne jest społeczeństwem, które potrafi wyszukiwać, tworzyć, przekazywać i chronić informacje. I do tego, żeby to robić skutecznie potrzebne są nowe technologie informatyczne. Nie mam oczywiście nic przeciwko temu, abyśmy domagali się inwestycji np. drogowych – czy aż taką wagę powinniśmy przykładać do budowy strasznie drogich autostrad, to inna sprawa. Denerwuje mnie na przykład, że nikt nie wpada na pomysł, żeby do szerokiej debaty publicznej wprowadzić problem „dróg dla informacji”, czyli infostrad. Zapewnijmy wszystkim tani, powszechny dostęp do Internetu, przeznaczając na to środki zaoszczędzone na budowie, na pewnym odcinku, drogi szybkiego ruchu zamiast autostrady – myślę, że byłoby to dla kraju znacznie bardziej korzystne! I mówię to jako kierowca, który uwielbia wygodnie jeździć samochodem, a w tym roku z Helu do Warszawy jechał dwanaście godzin. Odczułem na własnej skórze, jak katastrofalny jest stan polskich dróg. Ale takie doświadczenia nie zwalniają nas od przeprowadzania szczegółowych analiz porównawczych i wyborów inwestycji społecznie najbardziej opłacalnych.

Czy jedną z prób zainicjowania debaty o sprawach pomijanych są spotkania organizowane pod patronatem Pana Prezydenta w ośrodku w Lucieniu?

Oczywiście, aczkolwiek mam wrażenie, że Pan Prezydent w pełni świadomie nie chce nadawać im rozgłosu. Uważam, że jest to bardzo cenna inicjatywa. Polega ona na tym, żeby w spokojnych warunkach, zapraszając ludzi o różnych poglądach, dyskutować o ważnych problemach współczesności w oderwaniu od bieżącej problematyki. Wszystkim nam potrzebna jest czasem spokojna refleksja, pozbawiona elementów bieżącej gonitwy myśli. Z drugiej strony mimo, iż spotkania te mają w zamierzeniu charakter akademicki, niektóre debaty okazują się dotykać problematyki ważnej bynajmniej nie tylko dla ludzi nauki. Bo jakże inaczej określić debatę na temat np. polskiej i europejskiej tożsamości, która w oczywisty sposób dotyka problemów ważnych dla każdego z nas – jaki model Unii jest dla nas najkorzystniejszy, jak zachować niezbędną w wielu obszarach życia autonomię naszych decyzji w towarzystwie wielu silniejszych ekonomicznie partnerów, w jaki sposób zapewnić skuteczność prowadzenia naszej unijnej polityki. Myślę, ze Pan Prezydent, który jest bardzo aktywnym uczestnikiem tych debat na równych prawach ze wszystkimi, ma satysfakcję z tych rozmów. Bardzo ważne jest też to, że odbywają się one w pewnym oddaleniu od Warszawy, gdzie są warunki do prawdziwej refleksji intelektualnej. Zachęcałbym wszystkich do podjęcia wysiłku znalezienia dla siebie takiego miejsca refleksji – to świetny sposób na rozwijanie własnej kreatywności i autonomii myślenia, o wadze których tyle mówiłem powyżej.
Poleć znajomemu


Opuszczasz oficjalny serwis Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej


Dziękujemy za odwiedzenie naszej strony.

Zapraszamy ponownie.