przeskocz do treści | przeskocz do menu głównego
Oficjalna strona Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej
| |
A | A | A
Uczył czytać, nie pisać

W 1972 roku zdałam na podyplomowe studia dziennikarskie. Zaprzyjaźniłam się tam z dwiema innymi Ewkami – Szymańska i Zadrzyńską. Kapuściński był naszym profesorem. Pamiętam pierwszy wykład. Podniecone stałyśmy na korytarzu: zaraz zjawi się ten, co napisał „Gdyby cała Afryka” – naszą ukochaną książkę. Nagle podchodzi śniady facet w białym golfie i w spodniach dzwonach: „W której sali zajęcia z Kapuścińskim?”. Myślałam, że to pan od wf! Wykład o Che Guevarze i Ameryce Łacińskiej też nie zrobił na nas wrażenia. Ten wielki Kapuściński tak mówi? Nic z tego nie łapaliśmy. Potrzeba nam było wstępu, a potraktował nas jak ludzi, którzy mają wiedzę. Stąd brało się rozczarowanie. Jeszcze nie wiedzieliśmy, że można spytać: „A kto to ten Che?”. I on nie prychnie, nie wyszydzi.

Mówił: „Nigdy nie krytykuję młodych dziennikarzy, bo łatwo ich zniechęcić”. Więc nie nauczył nas pisać, ale czytać. Uczył „Cesarzem”, „Chrystusem z karabinem na ramieniu”, „Wojną futbolową”, a jak z moimi Ewkami byłyśmy już stare dziewiątki – to „Imperium”.

Dzięki niemu piłam pierwszą whisky. Mieszkał na Woli, po sąsiedzku. Deprawował nas. Jak wracał do Polski, wpadał z colą i butelką Ballantinesa. Słuchaliśmy, jak opowiada o Angoli.
Po studiach patrzyłyśmy z podziwem na Ryśka, teraz naszego kolegę. Miał życiorys dziennikarski i obywatelski. Nam się taki życiorys nie pisał. Był spokój, keczup i musztarda z zagranicy. Ale dzwoniły mi w uszach słowa Wojtka Giełżyńskiego: „Najważniejsze to się nie zagapić”. Giełż opowiadał, jak raz na Foksal w siedzibie SDP rozdawano nagrody, wszystkie sławy się zebrały. Nagle ktoś mówi: „Coś się dzieje w Ursusie” – to był 1976 rok. Nikt się nie ruszył.

Ta historia brzmiała mi w głowie, gdy jechałem z mężem do Stoczni Gdańskiej na strajk. Było tam dużo zagranicznych dziennikarzy, polskich z początku niewielu. Pamiętam, że się trzymaliśmy razem i zachowywaliśmy dość podobnie. Każdy wszystko zapisywał. Rysiek, co nas zdumiało, nie notował. Rozglądałam się za nim. Widziałam go pod płotem, na murku, pod drzewem, jak siedział ze stoczniowcami i gadał.

Teksty nie powstawały. Kto by je drukował?

Według stoczniowców byliśmy bezużyteczni. Żeby się jakoś wytłumaczyć, napisaliśmy oświadczenie dla komitetu strajkowego. „Chcemy tu być, bo uważamy, że tak należy. A nie piszemy, bo naszych relacji nikt nie chce” – o to mniej więcej chodziło. Dość zachowawczy głos – tak dziś to widzę.

Pamiętam, jak stoimy pod drzewkiem i się podpisujemy pod tym kwitem. Ten strach. Jeden dziennikarz nie wytrzymał, wyrwał kartkę z własnym podpisem i zaczął zjadać. Rzuciliśmy się: „Oddawaj!”. Trzeba ją było odtworzyć. I pamiętam radość, kiedy w tej grupie Rysiek się pojawił. Wszyscy poczuli, że są po dobrej stronie. Dla mnie złożyć swój mały podpis obok jego nazwiska to był zaszczyt.

Kurczę! Nic nie notował, a napisał najlepszy reportaż o strajku.
Poleć znajomemu


Opuszczasz oficjalny serwis Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej


Dziękujemy za odwiedzenie naszej strony.

Zapraszamy ponownie.