przeskocz do treści | przeskocz do menu głównego
Oficjalna strona Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej
| |
A | A | A
 
Kiedy myślę o wydarzeniach sprzed 25 lat, mam wrażenie, że "Solidarności" nie dało się wówczas uratować. Ówczesna władza nie była bowiem nastawiona, na kompromis, a samo istnienie związku likwidowało system komunistyczny w dotychczasowym kształcie. Gdy działała "Solidarność", istniały, owszem, komisariaty, koszary, ale istota komunizmu - kierownicza rola partii wobec społeczeństwa - była w zaniku.

Nie czułem zawodu, że postanowienia Komisji Krajowej o strajku generalnym w razie wprowadzenia stanu wojennego pozostały na papierze. Przecież na ulice wyjechały setki czołgów, transporterów opancerzonych i dział samobieżnych. To byłoby starcie rzeszy nieuzbrojonych ludzi z armią uzbrojoną w ostrą amunicję. Mogłoby się skończyć tylko wielką tragedią. Porównując sierpień 80 z grudniem 81, trzeba pamiętać, że w 1980 r. nie było wojska na ulicach, a władza komunistów była w stanie rozkładu. PZPR trawił ogromny kryzys, ludzie mieli dość kierowania partią przez Gierka i Jaroszewicza. W społeczeństwie istniało głębokie poczucie konieczności zmian.

Na jesieni 1981 r. tych nastrojów zabrakło; nastąpiło też znaczące przewartościowanie aparatu władzy - partia gwałtownie straciła na znaczeniu, a zyskała armia i policja. Jeszcze trzy tygodnie przed wprowadzeniem stanu wojennego wyraziłem przekonanie, że "Solidarność" jest już na ostatniej prostej - że musi dojść do starcia. Po cichu przyznawałem, że nie widzę scenariusza na zwycięstwo.Wiedziałem, że trzeba czekać. Okres późniejszych siedmiu lat walki podziemnej to różne momenty - takie, w których niezłomnie wierzyłem w zwycięstwo, i takie, w których przestawałem w nie wierzyć. Najtrudniejszy był chyba rok 1985, kiedy po chwilowym porywie wywołanym ogólnospołecznym wstrząsem po morderstwie ks. Popiełuszki podziemie powoli zaczęło się kurczyć.

A jednak w tym samym czasie nastąpiły przełomowe zmiany w Rosji, które dawały nam nadzieję. Pod koniec 1985 r. było już wiadomo, że Michaił Gorbaczow nie będzie drugim Gierkiem - nie narozrabia, nie naobiecuje i nie zniknie. I doczekaliśmy haseł "głasnosti" i "uskorienija". W 1986 r. ogłoszono ograniczoną amnestię dla więźniów politycznych, później 11 września szerszą amnestię "kiszczakowską". Łączyło się to z komediową wręcz akcją ujawniania działaczy - przychodzili policjanci i mówili "ty jesteś działaczem", myląc się przy tym haniebnie. Widać już było wtedy, że ich rozpoznanie opozycji jest szalenie mizerne.

Patrząc dziś na grudzień 1981 r., nie jestem przekonany, czy poszliśmy wtedy najlepszą z dróg. Nie wiem, czy w sytuacji, gdy ZSRR rezygnował z interwencji, silny opór społeczny nie spowodowałby wycofania się władzy komunistycznej. Być może nie uzyskalibyśmy od razu wolności, jaką znamy od 17 lat, ale może za to udałoby się zawrzeć kompromis zapewniający w miarę normalny byt społeczeństwa przez kolejne siedem, osiem lat. Być może lata 80. nie zostałyby zmarnowane. Być może wcześniej mógł zacząć się etap, z początku połowicznych, ale jednak demokratycznych przemian, na które trzeba było czekać aż do 1989 r.

Nie można mieć jednak żadnej pewności, że władza nie zdecydowałaby się na zmiażdżenie oporu za wszelką cenę. Istnieją przesłanki, które wskazują, że liczono się z utratą życia kilkudziesięciu tysięcy ludzi - mówił o tym choćby członek władz PRL Kazimierz Barcikowski. Podobno z kolei władze moskiewskie rozważały daleko idący kompromis społeczny w Polsce, rodzaj finlandyzacji - lecz czy to prawda, tego nie sposób przesądzić. Co było lepsze? Chyba się już nie dowiemy i chyba historia też tego nie rozstrzygnie.

*W grudniu 1981 członek "S" Uniwersytetu Gdańskiego
Poleć znajomemu


Opuszczasz oficjalny serwis Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej


Dziękujemy za odwiedzenie naszej strony.

Zapraszamy ponownie.