przeskocz do treści | przeskocz do menu głównego
Oficjalna strona Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej
| |
A | A | A
Solidarność Europy
Artykuł Prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego

Europa przez wiele wieków była miejscem olbrzymiej liczby konfliktów i wojen. Po roku 1815 - oczywiście nie bez wyjątków - zasada równowagi sił między państwami stała się podstawową regułą europejskiego porządku. Była ona zresztą esencją stosunków międzynarodowych nie tylko w Europie, ale i na świecie. Po drugiej wojnie światowej, po jej straszliwych doświadczeniach, które dotknęły zarówno zwycięzców, jak i pokonanych, zwyciężyła idea zupełnie nowa, u której podstawy leżało wykluczenie wojny.

Realizacja tej idei stała się udziałem wybitnych jednostek: takich polityków jak Konrad Adenauer czy Robert Schuman. I warto przypomnieć, że w okresie ostatnich 61 lat, w którym poza Bałkanami i poza dwiema sowieckimi interwencjami - jedną w roku 1956, drugą w roku 1968 - wojen w Europie nie było. Fakt ten należy uznać za pierwsze olbrzymie zwycięstwo idei europejskiej solidarności. Oczywiście ta solidarność przez pierwsze 44 lata po wojnie dotyczyła tylko części Europy - tej części, którą potocznie nazywamy Europą Zachodnią. Ten nienaturalny stan wykluczenia reszty Europy i wewnętrznego podziału kontynentu skończył się dopiero wraz z rozpadem sowieckiego imperium, rozpadem, do którego ruch o nazwie "Solidarność", ruch, który ogarnął w Polsce blisko 10 mln ludzi, w bardzo znacznym stopniu się przyczynił. To jest nasz, polski wkład w początki tego, co możemy nazwać ogólnoeuropejską solidarnością.

Solidarność europejska, która zastąpiła równowagę sił, miała od początków lat 50. swój wyraz instytucjonalny. Początkowo dotyczyła tylko sześciu państw skupionych w Europejskiej Wspólnocie Węgla i Stali, póżniej w Europejskiej Wspólnocie Gospodarczej. Dopiero po 1989 r. kraje, które wcześniej znajdowały się po drugiej stronie kurtyny, mogły aspirować do tego, żeby w ramach tej Unii, gdzie zasada współpracy wyparła zasadę równowagi sil, mogły zaistnieć. Ten proces trwał długo, zbyt długo, bo w przypadku Polski i dziewięciu innych krajów, z których tylko dwa, Cypr i Malta, nie były wcześniej tzw. krajami socjalistycznymi, proces dochodzenia do członkostwa w Unii trwał 15 lat.

Dzisiaj można więc powiedzieć, że większość Europy ogarnięta jest od dwóch lat nową zasadą współpracy, która zastąpiła dawną zasadę równowagi sil. W wymiarze historycznym jest to olbrzymi sukces. Wiem, że Europejczycy się do tego sukcesu zdążyli przyzwyczaić, szczególnie ci, którzy należą do państw starej Unii. Często więc nie doceniają znaczenia tej historycznej zmiany, dzięki której dzisiaj można wyobrazić sobie wprawdzie spór francusko-niemiecki, ale nie wojnę francusko-niemiecką. Dzisiaj można sobie wyobrazić spór polsko-niemiecki, ale nie wojnę polsko-niemiecką. To jest sukces bez precedensu w dziejach. I już ten sukces trzeba docenić. Oczywiście solidarność to nie tylko ogólna zasada współpracy. Trzeba ją w różnych dziedzinach konkretyzować.

Mówiąc w największym uproszczeniu, solidarność najpierw wyrażała się w Europie we współpracy gospodarczej, później coraz bardziej przechodziła także na inne dziedziny: takie, które wcześniej uchodziły za wyłączną domenę suwerenności poszczególnych państw. Kiedy spojrzeć na dzieje współpracy w sprawach związanych ze zwalczaniem przestępczości w Europie, to okazuje się, że pierwsze formy współpracy we wspólnocie, wówczas jeszcze Europejskiej Wspólnocie Gospodarczej, pojawiły się stosunkowo póżno, bo dopiero w latach 70., a ich zasięg był bardzo niewielki. Na tym przykładzie widać, jak wiele utrwalonych przekonań trzeba było pokonywać, żeby współpraca, która wydaje się dość oczywista, bo przestępcy raczej nie trzymają się granic poszczególnych państw, była możliwa.

W moim przekonaniu tej współpracy jest jeszcze daleko do tego, żeby być pełną. W niektórych państwach, również u nas, za sprawą konstytucji występuje np. zasadnicza trudność z wdrożeniem europejskiego nakazu aresztowania. Dla mnie jednak współpraca w zakresie walki z przestępczością jest doskonałym przykładem na to, że poza współpracą gospodarczą także w innych dziedzinach, choć znacznie wolniej, możliwy jest pewien postęp w integracji.

Państwo narodowe w Europie

Zasada związana z wyrównywaniem poziomów gospodarczych w Unii, którą można uznać za kwintesencję solidarności w wymiarze gospodarczym, przyniosła państwom członkowskim wymierne korzyści. Można oczywiście zastanawiać się, na ile w praktyce jest ona dzisiaj dostatecznie pogłębiona. Jednak współpraca o charakterze politycznym dotyka zupełnie innej sfery problemów. Europejczycy przyzwyczajeni są od więcej niż 10 wieków do tego, żeby żyć w ramach państw - na ogół narodowych, czasami wielonarodowych. Historycznie państwo jest więc w Europie bytem silnie ugruntowanym.

Dla przeciętnego obywatela jakiegokolwiek europejskiego kraju podstawowym odniesieniem jest właśnie jego narodowe państwo. Opinia publiczna powstaje i funkcjonuje nadal przede wszystkim w ramach poszczególnych państw europejskich. Dla przykładu: w dzisiejszej Europie najbardziej nawet zainteresowany polityką Szwed, najbardziej świadomy mechanizmów politycznych, ale niebiorący osobiście udziału w życiu politycznym, na ogól niewiele wie o scenie politycznej w Portugalii - i na odwrót.

Taki stan rzeczy utrzyma się jeszcze bardzo długo, a europejska opinia publiczna pozostanie na razie pewną projekcją przyszłości. To, że Unia w dalszym ciągu składa się z państw, które stanowią podstawową płaszczyznę odniesienia dla swoich obywateli, jest faktem, który trzeba w moim przekonaniu uwzględniać przynajmniej z dwóch powodów: po pierwsze dlatego, że procesy demokratyczne są tym, co cechuje współczesną kulturę europejską - demokratyczną legitymizacją władzy. Żeby wybierać, trzeba mieć świadomość, kogo się wybiera. Ta świadomość istnieje w dzisiejszej Europie przede wszystkim w poszczególnych państwach narodowych lub wielonarodowych. Ta świadomość występuje w znacznie mniejszym stopniu, jeżeli chodzi o poziom Europy jako całości. To jest pierwszy punkt. Dotyczy on, jak myślę, wszystkich krajów europejskich w równym czy prawie równym stopniu. Jest też jednak punkt drugi, który w Europie ma bardziej partykularny wymiar, bo dotyczy tylko pewnej grupy państw. Mam tu na myśli te państwa, które do roku 1989 czy 1991 albo w ogóle nie były niepodległe, jak państwa bałtyckie, bo wchodziły w skład rosyjskiego imperium, albo też jak Polska, Czechy czy Węgry były państwami wprawdzie posiadającymi byt prawno-międzynarodowy, posiadały pewien zakres autonomii, były to jednak państwa głęboko zależne. Odzyskanie przez nie niezawisłości w końcu lat 80. czy też na początku lat 90. było traktowane - szczególnie przez aktywną część tych narodów, społeczeństw - jako wyjątkowa wartość, jako wyjątkowy historyczny sukces. Należę do tych Polaków, dla których właśnie 1989 r. pozostanie najważniejszym momentem w życiu jako rok odzyskania przez Polskę suwerenności.

Traktat konstytucyjny

Jak na tym tle należy podejść do sprawy traktatu konstytucyjnego, który stal się w Unii przedmiotem gorącego sporu. To, że Europa potrzebuje jakiegoś podstawowego traktatu, nie ulega dla mnie wątpliwości. Jest to niezbędne, bowiem inaczej porozumiewa się w gronie sześciu państw - i do tego jeszcze sześciu państw o mniej więcej równym poziomie rozwoju gospodarczego - bo taka była Europejska Wspólnota Gospodarcza wtedy, gdy podpisywano traktat rzymski, a inaczej, gdy trzeba uwzględniać wolę 25. A przecież już wkrótce Unia będzie obejmować 27 państw o różnych tradycjach, o różnym poziomie rozwoju gospodarczego, a także w niemałym stopniu o bardzo różnej historii. Wobec rosnącej liczby członków Unii Europejskiej jest też oczywiste, że coraz więcej spraw rozstrzyganych będzie na zasadzie większości, a nie jednomyślnie.

Sposób funkcjonowania Unii można i należy stopniowo usprawniać, kierując się oceną konkretnej sytuacji i realnymi potrzebami. Jestem jednak bardzo sceptyczny wobec radykalnych, pośpiesznych, rewolucyjnych zmian w Unii, które naruszają jej dotychczasową równowagę wewnętrzną.

Przede wszystkim mam zasadnicze wątpliwości co do tego, czy czas już tworzyć z Europy swoiste quasi-państwo. Traktat konstytucyjny nie ustanawia jeszcze europejskiego państwa. Jeśli ktoś twierdzi, że zawarte w nim rozwiązania są czysto federalne, to się oczywiście myli. Unia nawet z traktatem konstytucyjnym nie będzie federacją. Żadne państwo federalne, które realnie istnieje na świecie, nie dysponuje budżetem centralnym rzędu zaledwie niewiele powyżej 1 proc. PKB. Taki jest realnie zakres obecnego wspólnego budżetu Unii. W traktacie konstytucyjnym znajdziemy jednak również i takie rozwiązania, które wskazują na to, że Unia po przyjęciu traktatu w jego obecnej wersji stałaby się Europą quasi-państwową. Z tego punktu widzenia, jak sądzę, czas na takie rozwiązania jeszcze nie nadszedł. Powinniśmy oceniać skutki traktatu z perspektywy naszego kraju tu i teraz, dzisiaj. Nie potrafię odpowiedzieć, co będzie za 20 czy 25 lat. Być może, gdy powstanie jedna infrastruktura społeczna Europy, jedna opinia publiczna, a przynajmniej silne elementy jednej opinii publicznej, być może, gdy nastąpi swoiste zrośnięcie się narodów europejskich, które oczywiście pozostaną odrębne, ale będą miały dużo większą ilość różnorakich związków - być może wszystko to spowoduje, że wtedy tego rodzaju rozwiązania quasi-państwowe będą możliwe.

Nie mogę powiedzieć na pewno, że tak będzie. Nie mogę powiedzieć też na pewno, iż będzie inaczej. Natomiast w tej chwili sytuacja wygląda w ten sposób, że musimy szukać rozwiązań, które usprawnią działanie dzisiejszej Europy, które nadadzą jej nową dynamikę, które pozwolą na wiele wspólnych przedsięwzięć, ale które nie zmieniają dotychczasowej natury integracji europejskiej.
Czy więc pewne formy głębszej politycznej współpracy w Unii byłyby potrzebne już na obecnym etapie integracji? Tak, są potrzebne. Na przykład Europa nie powinna być bezradna w sytuacji, gdy pojawi się konieczność militarnej interwencji choćby ze względów humanitarnych. Podkreślam mocno: stosowanie militarnej siły nigdy nie jest dobrem, to zawsze jest co najwyżej mniejsze zło, ale zdarza się, że w ten sposób broni się życia konkretnych ludzi i trzeba tego typu decyzje podejmować. Dlatego uważam, że istnienie efektywnej europejskiej współpracy w zakresie polityki obronnej byłoby rzeczą ze wszech miar pożądaną.

Sądzę także, że można usprawnić współpracę w dziedzinie spraw wewnętrznych w Unii. Dzisiaj, gdy otwierają się ostatecznie europejskie granice, jest to problem niezmiernie istotny. Dlatego Europa powinna zająć wspólne stanowisko w niejednej sprawie, która dotyczy także naszych stosunków wewnętrznych. Tu jednak potrzebna jest raczej zasada jednomyślności. Inaczej mówiąc, przed wspólnotą istnieje wiele obszarów działania, które dzisiaj można powiedzieć są jeszcze niezagospodarowane. Są niezagospodarowane, nawet jeżeli traktujemy Europę jako bardzo silny, ścisły związek państw narodowych. I w tym kierunku w najbliższych latach należy dążyć. Polska gotowa jest w tym aktywnie uczestniczyć.

Europejski model społeczny

Jeśli zastanawiamy się nad europejską solidarnością dzisiaj, nie sposób nie odnieść się do jej społecznego wymiaru. Dotykamy tutaj bardzo ważnego problemu współczesnej Europy. Model państwa dobrobytu, które w moim przekonaniu było wielkim sukcesem europejskiej kultury, znajduje się dzisiaj w poważnym kryzysie. To jest kryzys, który być może wynika po części z czynników o charakterze obiektywnym. Europa, w której był szybki rozwój, niskie bezrobocie, czyli poczucie bezpieczeństwa socjalnego, stanowiła dla wielu bardzo istotny, pozytywny punkt odniesienia. W tym europejskim modelu społecznego dobrobytu wyrażały się istotne dla naszej tradycji europejskiej wartości wyznawane wspólnie przez różne państwa narodowe. To było coś pozytywnego. W tej chwili to rozwiązanie przeżywa poważny kryzys, nad którym warto mocno się zastanowić. Osobiście mam wątpliwości, czy liberalne lekarstwo jest właściwą odpowiedzią na kryzys europejskiego modelu społecznego i czy jego uporczywe stosowanie nie przyniesie nadmiernie silnych skutków ubocznych. Bardzo głęboko się nad tym zastanawiam. Ale jest jeszcze jedna kwestia, która bezpośrednio odnosi się do kryzysu europejskiego modelu społecznego - tą kwestią jest dalsze rozszerzanie Unii o nowe państwa członkowskie. Dzisiaj w skład UE wchodzi 25 krajów, jutro 27. Wiemy jednak, że do tego klubu aspiruje wiele państw - nie tylko Bułgaria, Rumunia, które miejsce w klubie mają już zapewnione, lecz także inne kraje. W pewnej, nieco dłuższej perspektywie, aspirują duża, 47-mln Ukraina i mniejsza od niej Gruzja, która leży na granicy Europy. Państwa te wymieniam tylko przykładowo, bowiem wierzę, że sytuacja na Białorusi też się z czasem zmieni na tyle, aby kraj ten mógł zacząć budować własną europejską perspektywę.

To, w jaki sposób obecna Unia w przyszłości postąpi wobec tych aspirujących do niej państw, będzie bardzo ważnym i trudnym sprawdzianem europejskiej solidarności. Trudnym, ponieważ już przyjęcie dziesięciu nowych członków dwa lata temu postawiło zachodni model gospodarki i polityki społecznej przed wielkim wyzwaniem konkurencyjności.

Kraje aspirujące teraz do członkostwa w Unii są znacznie biedniejsze nawet od Polski, nie mówiąc już o krajach zachodnich, takich jak Francja czy Niemcy; kraje te mają za sobą także bardzo skomplikowaną historię, będą więc oczywiście wymagały dużego wsparcia ze strony Unii. Dla Polski kluczowe jest oczywiście to, aby Ukraina w miarę możliwości jak najszybciej mogła związać się z Unią Europejską. Zdajemy sobie sprawę, że fundusze strukturalne czy fundusze spójności nie są workami bez dna i że wraz z dalszym rozszerzaniem mniej więcej tę samą sumę pieniędzy trzeba będzie dzielić na więcej części. To oznacza, że obecni beneficjenci integracji, do których zalicza się także Polska, stracą w przyszłości nieco na rzecz nowych, biedniejszych członków Unii. Wiemy jednak, że nie można w tej kwestii przyjmować postawy egoistycznej i kiedy znaleźliśmy się już wewnątrz Unii, odmawiać innym krajom tej możliwości, kierując się własnym, wąsko pojętym interesem. To byłby właśnie klasyczny przykład postawy niesolidarnej. Wiem, że u wielu ludzi, szczególnie w Europie Zachodniej, taka perspektywa dzielenia się z biedniejszymi budzi często sprzeciw. Ale wiem także, że jeżeli Europa chce zdać w przyszłości sprawdzian, jeżeli chce rzeczywiście stworzyć nową jakość, która trwałaby nie dwa czy trzy pokolenia, co już się jej udało, ale wiele pokoleń, nową jakość, która być może kiedyś mogłaby przekształcić się w jakąś formułę głębszej politycznej jedności, być może nawet o pewnych cechach federacji, to dzisiaj musi zdać egzamin z solidarności. I właśnie do tego naszych europejskich partnerów powinniśmy zachęcać. Gdyż solidarność w wymiarze europejskim oznacza gotowość do dzielenia się z innymi.

Poleć znajomemu


Opuszczasz oficjalny serwis Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej


Dziękujemy za odwiedzenie naszej strony.

Zapraszamy ponownie.