przeskocz do treści | przeskocz do menu głównego
Oficjalna strona Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej
| |
A | A | A
„Jakiej wizji potrzebuje Europa?”

„Szanowni Państwo!

Dziękując za możliwość wystąpienia w tak wpływowej instytucji, jaką jest Instytut Studiów Strategicznych, z góry chciałem przeprosić za to, że moje wystąpienie w sprawie tak fundamentalnej z istoty rzeczy musi być dosyć krótkie, niestety musi być tłumaczone. Czasu w ogóle jest niewiele, ponieważ program pobytu w Londynie i w Edynburgu jest bardzo bogaty.

Szanowni Państwo!

Widzicie przed sobą człowieka, który uchodził, a wśród niektórych uchodzi jeszcze za eurosceptyka. Więc zacznijmy od pewnego wyjaśnienia. Ja rozumiem, że mówiąc o wizji Europy mam mówić o wizji Unii Europejskiej, bo oczywiście pojęcie Europy nawet po kolejnym rozszerzeniu jest szersze niż pojęcie Unii Europejskiej – chociaż o rozszerzeniu powiem dwa czy trzy słowa. Po drugie, będąc istotnie przeciwnikiem obecnego projektu Traktatu Konstytucyjnego, nie jestem przeciwnikiem Unii jako instytucji. Wręcz odwrotnie, reprezentuję siły polityczne (z ich poparciem wybrano mnie prezydentem Polski), które opowiedziały się za Unią Europejską, za przystąpieniem Polski do Unii Europejskiej. Mamy więc do czynienia nie tyle z sytuacją, w której stawiam problem istnienia tej organizacji – a wziąwszy pod uwagę, że Polska nie jest krajem tak potężnym, żeby mogła o tym istnieniu zadecydować, że stawiam problem przynależności mojego kraju do Unii. Jestem za tym, żeby Polska należała do Unii Europejskiej.

Pierwsze trzydzieści miesięcy obecności w Unii uważam za poważny sukces Polski. Myśmy na tym istotnie zyskali i to zarówno w sensie gospodarczym, jak i w sensie politycznym – to chciałem podkreślić. I w końcu jestem najgłębiej przekonany, że Unia nie tylko powinna istnieć, ale powinna się poszerzać, choć w sposób rozsądny. Uważam, że to zjawisko, które określane jest dzisiaj jako „zmęczenie poszerzaniem” – cytuję tutaj jednego z najwyższych przedstawicieli Unii Europejskiej, lecz nie będę cytował jego nazwiska, bo powiedział mi to w rozmowie w cztery oczy – należy ocenić negatywnie. Mam nadzieję, że ma ono charakter przejściowy, a nie trwały, ponieważ granicami Europy nie są wschodnie granice Polski, nie są nawet wybrzeża Morza Czarnego, czyli, dokładnie mówiąc, ukraińska część wybrzeża Morza Czarnego; to nie są granice tej części Europy, którą nazywamy Bałkanami. Wszystkie te regiony w pewnej perspektywie powinny mieć możliwość wejścia od Unii, chociaż zdaję sobie sprawę, że dzisiaj ani Unia, ani te kraje – z wyjątkiem może jednego, niedużego, czyli Chorwacji – nie są do tego w pełni przygotowane. Trzeba jednak tworzyć tego rodzaju perspektywę i rząd polski – nawet jeżeli będzie działał tutaj w pewnym osamotnieniu, chociaż nie sądzę, by tak się stało – będzie tą sprawę stawiał.

Dla nas, z naszego punktu widzenia, najistotniejsza jest perspektywa poszerzenia Unii w pierwszym rzędzie o takie państwa, jak Ukraina. To jest, jak wiadomo, państwo duże, liczące 47 milionów ludności, a terytorialnie największe wśród państw ewentualnie poszerzonej Unii Europejskiej, bo nieco większe od Francji, o powierzchni 600 tysięcy kilometrów kwadratowych. Kolejnym krajem jest kraj nieduży i leżący bez wątpienia na peryferiach, ale jednak cywilizacyjnie europejski i chrześcijański – jest to Gruzja. Polska opowiada się w końcu za wejściem do UE państw bałkańskich, a także jesteśmy za podjęciem negocjacji w sprawie przyjęcia w pewnej perspektywie, choć na pewno nie krótkiej, Turcji do Unii Europejskiej. Zdaję sobie sprawę, że jest to proces trudny, długotrwały i że jest to z punktu widzenia nie tylko Unii, ale w ogóle naszej europejskiej cywilizacji, pewien odważny krok. Oczywiście dla nas najistotniejsza jest sprawa członkostwa Ukrainy i Gruzji, ale nie zapominajmy o takim niewielkim państwie europejskim, o którym często się dziś nie pamięta, bo istnieje od niedawna. Chodzi o Mołdowę.

Przejdźmy do spraw dzisiejszej Unii, która obecnie liczy 25 państw. Za chwilę będzie ich liczyła 27, ponieważ do 1 stycznia dołączą do Unii z Bułgarią i Rumunią. Istotna staje się sprawa wizji dla takiej właśnie Europy. Jak wiadomo, projekt tego rodzaju został przedstawiony. To jest projekt traktatu europejskiego, czyli projekt, który jest kompromisem między kilkoma tendencjami. Mówię zupełnie celowo – między „kilkoma” a nie „dwoma”, gdyż w istocie były więcej niż dwie koncepcje. Były koncepcje znacznie dalej idące w procesie integracji niż ta, którą przewiduje projekt konstytucji europejskiej. Była koncepcja mniej integracyjna, ale były też koncepcje, które były po prostu nieco odmienne i których nie da się jednoznacznie zakwalifikować jako mniej lub bardziej integracyjnych.

Dla uproszczenia jako podstawową kanwę swoich rozważań przyjmę stopę integracji, a więc Europę federalną, quasi-federalną lub Europę międzyrządową, czyli Europę, która jest Europą silnego i zinstytucjonalizowanego związku państw, przy czym przez instytucjonalizację rozumiem sformalizowane i z góry przewidziane formy współpracy, obowiązujące ze względu na traktaty wiążące owe państwa. Wizja federalna to wizja, dla zrealizowania której według mnie w tej chwili nie ma infrastruktury społecznej –w najszerszym tego terminu znaczenia. Dlaczego? My zakładamy, że Unia jest związkiem opartym również o określone wartości – nie mówię o tym, ponieważ jest to bezdyskusyjne. Jedną z tych podstawowych wartości jest demokracja, a nie ma demokracji bez wykształcenia jednej opinii publicznej. I w sposób oczywisty nie ma dziś europejskiej opinii publicznej jako jednej opinii, można co najwyżej mówić o niektórych jej elementach, ale na przykład stwierdzenie, że wybory do Parlamentu Europejskiego wygrało EPP, czyli zrzeszenie partii chrześcijańsko-demokratycznych i konserwatywnych, jest twierdzeniem, któremu nie odpowiada żadna rzeczywistość. Te partie działają w bardzo różnych okolicznościach, mają bardzo różny charakter i stosunek do integracji europejskiej, bo do EPP należy partia konserwatywna Wielkiej Brytanii, ale też niemiecka chadecja. Przyznacie Państwo, że i w stosunku do integracji europejskiej występuje istotna różnica – mówiąc najdelikatniej. A zatem podstawowy warunek demokratycznego funkcjonowania nie jest spełniony.

I to jest sprawa pierwsza, a sprawa druga, nie mniej istotna, to jest jednak realność bytu, jakim jest państwo narodowe i jego podstawy, czyli narodu. Narodu oczywiście rozumianego nie w sensie etnicznym – chciałbym przestrzec przed tego rodzaju pojmowaniem narodu – tylko w sensie kulturowym. Takie narody są dzisiaj w Europie rzeczywistością, mają bardzo odmienne tradycje, są bardzo różnych rozmiarów. Krótko mówiąc, mamy w Europie narody ukształtowane ze swoją kulturą i językiem, liczące 1-1,5 miliona ludzi i mamy naród niemiecki z 80 milionami ludzi, mamy przeszło 60-milionowy naród brytyjski, mamy narody włoski i niespełna 40-milionowy polski. Ale mamy też niespełna 1,5-milionowy naród estoński, niewiele ponad 2-milionowy łotewski, 2,5-milionowy, jeżeli dobrze pamiętam, słoweński. Inaczej mówiąc, sytuacja pod tym względem jest niezwykle zróżnicowana. Niezwykle różne są doświadczenia kulturowe. Można mówić na pewno o jednej europejskiej cywilizacji, ale w jej ramach mamy do czynienia z niezwykle różnymi obyczajami, językami i doświadczeniami. I to są kwestie oczywiste i one się łączą z odmiennymi interesami. Wystarczy być jeden raz w życiu na spotkaniu głów państw i szefów rządów Unii Europejskiej, żeby widzieć, jak różne są kierunki zainteresowań szefów tych państw, jak różne są preferencje. Czy to coś nienaturalnego? Nie, odwrotnie – to jest coś naturalnego. Fakt, że udało się to przełamać, że istnieje jednak ścisły związek państw, jakim jest Unia Europejska, jest po prostu nieprawdopodobnym sukcesem europejskiej cywilizacji. Jest wyciągnięciem nie stu, a dwustu procent wniosków z doświadczeń I i II wojny światowej i o tym trzeba pamiętać, ale istnieje pewna granica, której przekroczyć się nie da. Rozwiązanie o charakterze quasi-federacyjnym, a za takie uważam obecny projekt traktatu europejskiego, jest rozwiązaniem moim zdaniem dość nieszczęśliwym – bo o ile nie ma warunków do federacji, to federacja miałaby teoretycznie pewne zalety. Federacja niewątpliwie występowałaby jako jeden jedyny podmiot w skali polityki nie tyle europejskiej, bowiem wtedy byłaby to przede wszystkim polityka globalna. Niewątpliwie byłby to kraj – a raczej nie kraj, tylko federacja – o charakterze supermocarstwa, którego Produkt Krajowy Brutto przekraczałby produkt Stanów Zjednoczonych, co nie oznacza, że realna siła przekraczałaby siłę USA – to całkiem inna sprawa, realna siła tego tworu byłaby niewątpliwie mniejsza. Mielibyśmy do czynienia z pewną oczywistą, nową jakością, która miałaby bardzo poważne szanse na wielkie wpływy w polityce globalnej. Mówię jednak o federacji realizowanej konsekwentnie, to znaczy takiej, która byłaby wyposażona we wszystkie cechy, które przysługują państwu, nawet jeżeli uprawnienia poszczególnych, nazwijmy to „republik związkowych”, byłyby mocno rozbudowane. Czyli w jakimś sensie byłaby to federacja dosyć luźna.

Natomiast rozwiązanie quasi-federacyjne nie ma tego rodzaju zalet, ma jednak większość wad właściwych federacji. Stopień kompetencji, inaczej usytuowania władz europejskich, parlamentu, Komisji Europejskiej, utworzenie urzędu ministra spraw zagranicznych – i to szczególnie usytuowanego, będącego zresztą z urzędu wiceprzewodniczącym Komisji, co przewiduje projekt. Byłby on członkiem Komisji, ale zarazem miałby inny, odrębny i moim zdaniem nie słabszy, a silniejszy status niż inni członkowie tej planowanej Komisji Europejskiej. Niezwykła jest ilość, według owego projektu Traktatu Konstytucyjnego, kompetencji dzielonych, bo jeżeli wziąć pod uwagę ilość kompetencji wyłącznych Unii w tym projekcie, to nie jest ona nadmierna. Ona nie jest szczególnie wielka. Natomiast jeżeli wziąć pod uwagę tak zwane kompetencje dzielone, czyli takie, gdzie po części właściwe są władze narodowe, a po części władze Unii – to w istocie trudno znaleźć istotniejszą dziedzinę działalności państwa, którą państwo narodowe nie musiałoby się dzielić z Unią. Może w jakimś zakresie nie dotyczy to kultury, ale tu też istnieje możliwość uczynienia wyjątku. Ja oczywiście w tej chwili po trosze żartuję, ale w historii Polski, jak wiadomo trudnej – ponad sto lat nie mieliśmy niepodległości, 123 lata dokładnie – był taki czas, że ta część Polski, która należała do państwa austrowęgierskiego, zwana Galicją, miała pewną autonomię. Tak było mniej więcej przez ostatnie 50 lat przynależności do ówczesnych Austro-Węgier. I Bóg mi świadkiem, że ta autonomia, szczególnie w drugim okresie, była pod niejednym względem szersza niż zakładana w traktacie autonomia państwa narodowego.

Tak więc mamy wady, ale nie mamy zalet. Dlaczego? Bowiem w ramach projektu traktatu konstytucyjnego istnieje europejska polityka zagraniczna, ale jednocześnie istnieją również narodowe polityki zagraniczne. To jest właśnie sfera dzielona, eurokonstytucja jedynie wyraża dążenie do pełnego jej skoordynowania. Wziąwszy pod uwagę, że w skład Unii Europejskiej wchodzą państwa o olbrzymiej tradycji samodzielnego udziału w życiu publicznym w skali globalnej – Wielka Brytania należy do nich w sposób oczywisty, ale należą także Niemcy i Francja – jest jasne, że mielibyśmy do czynienia z sytuacją taką, jaką mi nakreślił ambasador pewnego bardzo znaczącego, chociaż ani nie należącego do Unii, ani do niej nie aspirującego państwa. Powiedział mi mianowicie przy składaniu listów uwierzytelniających, że jego państwo ma dwóch partnerów strategicznych: Unię Europejską i Niemcy. Ktoś mógłby powiedzieć, że Niemcy należą do Unii od Traktatów Rzymskich, należą do Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej, ale, jak się okazuje, z zewnątrz widać to trochę inaczej. I konstytucja europejska tego nie znosi. Ona niezwykle ogranicza możliwości mniejszych państw, natomiast wątpię, czy w sposób realny ogranicza możliwości państw większych, a już w szczególności państwa największego, które – przy całym szacunku dla trzech kolejnych, też bardzo silnych państw – jest jednak wyraźnie państwem najsilniejszym w Europie.

I w końcu, ta obecna konstytucja europejska – to już jest jakby inna sfera jej funkcjonowania – zawiera olbrzymią ilość regulacji. Jest to tekst o olbrzymich rozmiarach, które, moim zdaniem, być może są słuszne, ale w danym miejscu i czasie. Ponieważ zaś, wziąwszy pod uwagę procedury jej zmiany, konstytucja jest faktycznie niezmienialna, to trzeba przyjąć, że nas wszystkich należących do Unii Europejskiej wiązałyby różnego rodzaju postanowienia, w szczególności dotyczące szeroko pojętego życia gospodarczego i wpływu państwa na to życie, które dzisiaj być może się sprawdzają, ja tego nie neguję, ale nie wiadomo, czy będą się sprawdzać jutro. Nawet potoczna, bardzo pobieżna znajomość historii gospodarczej Europy XX wieku czy Stanów Zjednoczonych wskazuje, że w różnych okresach różne metody działania były bardzo skuteczne, a w innych okresach te same metody były mniej skuteczne. Najbardziej klasycznym przykładem jest interwencjonizm państwowy, który w pewnym okresie dawał rezultaty, a następnie przestał je dawać, stał się wręcz przeciwskuteczny – przynajmniej tam, gdzie z tym interwencjonizmem mocno przesadzono. Powtarzam: rozwiązanie quasi-federacyjne nie ma pewnych zalet federacji, chociaż ta federacja jest dziś niemożliwa, ma natomiast bardzo znaczną część jej wad. Dlatego też opowiadam się za rozwiązaniem międzyrządowym, inaczej mówiąc, za Unią jako bardzo ścisłym (zresztą Unia już dzisiaj nim jest) związkiem niezależnych państw. Stawiam na zasadę współpracy międzyrządowej, chociaż trzeba sobie jasno powiedzieć, że zdrowy rozsądek wynikający z faktu przynależności do Unii 27 państw nakazuje w niejednej sprawie odejść od zasady jednomyślności. Dlaczego? Dlatego, że ona jest nierealna, jeżeli mamy osiągać jakieś rezultaty. Jeżeli mają być przyjęte pewne rozwiązania, to jednomyślnych decyzji prawie się nie da osiągnąć – nie z tego powodu, że każde państwo może robić w Unii, co chce, bo szczególnie tak doświadczone kraje jak Wielka Brytania wiedzą (wiemy i my ze swoich 30-miesięcznych doświadczeń), że tak nie jest. Wiedzą, że w Unii jest bardzo trudno być samemu, lecz dwóch-trzech partnerów znajdzie się bardzo szybko.

Na czym polegałaby ta współpraca międzyrządowa, a ściśle mówiąc Unia jako sfera ścisłej współpracy międzyrządowej? To Unia realizująca bardzo znaczną, większą niż dzisiaj liczbę wspólnych przedsięwzięć, projektów, które są konieczne do tego, żebyśmy wszyscy oddzielnie i także jako pewna całość znacznie sprawniej funkcjonowali. Zacznijmy od sfery wewnętrznej – czegoś, co jest wewnątrz Unii. Nie ulega najmniejszej wątpliwości, że przed Europą stoi problem wyścigu technologicznego. On ma różne aspekty, ja nie mam czasu ich w tej chwili omówić – jak sądzę, te aspekty są tutaj świetnie znane, pewnie większość z Państwa mogłoby mówić o tym dłużej niż ja – ale jest to problem realny i w tym zakresie potrzebna jest ściślejsza współpraca. Jeżeli mogę wyrazić opinię przedstawiciela kraju, który należy do słabiej ekonomicznie rozwiniętych w Unii, to mogę powiedzieć, że z naszego punktu widzenia niebezpieczne jest tylko pomijanie tych krajów, czyli koncentracja środków w miejscach, gdzie w tej chwili one i tak są najbardziej skoncentrowane. Tego się obawiamy, nie kryję, ale jeżeli to niebezpieczeństwo zostanie przełamane, to będzie można powiedzieć, że opowiadamy się bardzo zdecydowanie za ścisłą współpracą w tym zakresie. Osobiście nie wierzę w to, że to wszystko są sprawy rynku i jego reguł, ale jeżeli tak założyć, to widać, że ten rynek w Europie działa nienajlepiej i trzeba mu pomóc. To sprawa pierwsza. Sprawa druga – przy obecnej swobodzie przepływu ludzi w Europie potrzebna jest znacznie silniejsza współpraca przy zwalczaniu zjawisk patologicznych. Ja – osoba określana przez niektórych jako eurosceptyk – zaproponowałem pierwszą zmianę w polskiej konstytucji. Czego ona dotyczyła? Możliwości akceptowania przez Polskę Europejskiego Nakazu Aresztowania, czyli wkroczenia w sferę, która wydaje się sferą czystej suwerenności państwowej. Zdecydowałem się wnieść tę poprawkę nie dlatego, że lubię się tej suwerenności wyzbywać – wręcz odwrotnie, za świeża to zdobycz dla Polski (jeżeli chodzi nie o jej uzyskanie, bo to się stało ponad tysiąc lat temu, tylko odzyskanie po raz drugi w wieku XX), żebyśmy jej sobie bardzo wysoko nie cenili – tylko dlatego, że zdaję sobie sprawę, iż jest to rozwiązanie konieczne, jeżeli mamy skutecznie walczyć z pewnymi typami przestępczości. Współpraca w tym zakresie powinna być znacznie szersza i ściślejsza, oczywiście bez naruszania zasady suwerenności poszczególnych wymiarów sprawiedliwości – to po pierwsze. Po drugie, jeżeli chodzi o przedsięwzięcia zewnętrzne – powiem o tym bardzo krótko – to sądzę, że takich przykładów, jakim w tej chwili na bardzo niewielką skalę jest Kongo, powinno być nieporównanie więcej. W tej chwili jest to operacja, powiedzmy sobie, bardzo ograniczona. Ja wiem, o ilu żołnierzy nas proszono, oczywiście Polska ich wysłała. Powiedzmy sobie, że skład dosyć mocnej kompanii to są siły dość symboliczne, ale Europa powinna być tu zdolna do znacznie bardziej energicznych działań, co nie narusza zasady przynależności do Paktu Północnoatlantyckiego, którą Polska niezwykle wysoko ceni – to również chciałbym bardzo mocno podkreślić.

I w końcu myślę, że Europa ma tereny, gdzie może dokonywać wspólnej niejako ekspansji – ja mówię o ekspansji w dobrym tego słowa znaczeniu – rynkowej, jak choćby rynek chiński, gdzie działać samodzielnie często jest dość trudno, bo różnica między największymi nawet europejskimi państwami a rozmiarami Chin jest za duża. To samo dotyczy w pewnym zakresie również i Indii, niemniejszych dzisiaj ludnościowo od Chin. Te wspólne przedsięwzięcia – wyrażam tutaj już swoją osobistą opinię, nieoficjalną opinię władz naszego kraju – powinny na skalę znacznie większą niż dotychczas służyć wspieraniu tych, którzy są w tej chwili najbiedniejsi i najbardziej potrzebujący pomocy. Uważam, że nasza skłonność do dzielenia się w Europie jest nadmiernie skromna, że pod tym względem Europa powinna być w sposób rozsądny hojniejsza i że tutaj osiągnięcie istotnych rezultatów wymaga też ścisłej współpracy i łączenia środków. I że w podejmowaniu tych działań też powinna obowiązywać zasada większości, odpowiedniej większości głosów – nie będę rozstrzygał jakiej, ale że w rzeczywistości działać w tym zakresie jednomyślnie czasem jest bardzo trudno. Wymieniam tu oczywiście jedynie przykłady, nie poruszę w tej chwili sprawy, która była poruszana przeze mnie, była poruszana przez premiera Polski, a mianowicie sprawy ewentualnych sił zbrojnych takiego związku. Można powiedzieć, że to typowa cecha państwa, ale ja na koniec powiem, o czym Państwo na pewno również wiecie, że w Europie od średniowiecza od wieku XIII-XIV formalnie aż po wiek XVII, chociaż dużo wcześniej straciła znaczenie, była taka organizacja, która się nazywała Hansa. Nie chcę do niej się tak szczególnie odwoływać, bo ona miała dość jednoznacznie niemiecki charakter, natomiast chodziło o miasta, które na terenach innych państw niż Niemcy miały niemiecki charakter. Hansa, chociaż nie była państwem, potrafiła mieć swoje siły zbrojne, swoją flotę przede wszystkim i prowadzić zwycięskie wojny. Ja żadnych wojen, w tym również zwycięskich, Europie nie życzę, ale wiem, że jeżeli się chcemy wspólnie liczyć w owych wspólnych przedsięwzięciach, to musimy być także nieporównanie silniejsi niż w tej chwili. Nie wymaga to jednak federacji, ale jedynie silnego związku państw. Dziękuję bardzo.
Poleć znajomemu


Opuszczasz oficjalny serwis Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej


Dziękujemy za odwiedzenie naszej strony.

Zapraszamy ponownie.