przeskocz do treści | przeskocz do menu głównego
Oficjalna strona Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej
| |
A | A | A
Wolna Polska to nasz olbrzymi sukces

Przekazujemy zapis wystąpienia Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej Lecha Kaczyńskiego, które zostało wygłoszone 13 grudnia 2006 r. w ramach lekcji „Stan wojenny oczami Prezydenta RP” w Zespole Szkół nr 6 we Wrocławiu:

"Moi drodzy,

Nawet nie wiedziałem, że tutaj, we Wrocławiu, po latach wrócę do swojego zawodu – bo z zawodu jestem nauczycielem. Od czego by tutaj zacząć? Zacznę może od tego, że w Polsce myśl opozycyjna po roku 1945 nigdy nie zanikła. Były czasy, gdy głównym ośrodkiem tej myśli była emigracja, Paryż, „Kultura”, ośrodek londyński – czyli ośrodki tworzone przez ludzi, którzy pozostali po II wojnie światowej na Zachodzie. W latach 40., jak wiecie, działała w Polsce tak zwana druga konspiracja, po rozwiązaniu Armii Krajowej. Było bardzo wiele organizacji, nawet nie wszystkie potrafiłbym wymienić. Na pewno najświetniejszą było zrzeszenie Wolność i Niezawisłość, organizacja formalnie cywilna, w rzeczywistości cywilno-wojskowa; nikt nie wie dokładnie, ile osób do niej należało, ale były to na pewno dziesiątki tysięcy. Ta druga konspiracja została rozbita przez komunistyczne władze w końcu lat 40. Poszczególne jej fragmenty działały również i później. Ale można powiedzieć, że w latach 50. na większą skalę tego rodzaju działalność w Polsce zamarła. To samo dotyczy lat 60., co nie oznacza, że wtedy opór przeciwko ustrojowi komunistycznemu się załamał. Był rok 1956, wielki zryw w kierunku demokratyzacji. Polska po roku 1956, chociaż pozostała komunistyczna, bez wątpienia była państwem innym, niż przed tym rokiem. Była państwem nieco bardziej, nie tyle może wolnym, co liberalnym. Szerszy był zakres wolności prasy, właśnie dlatego w tym okresie wielu dysydentów z innych krajów komunistycznych, nawet tych, którzy nie byli dysydentami, ale chcieli się czegoś o świecie dowiedzieć, sięgali po polską prasę, stąd względna popularność polskiego języka. Ja mogę powiedzieć, że kiedy w roku 1991, w wolnej Polsce, brałem udział w czymś, co było na pewno jednym z największych politycznych przeżyć mojego życia, w rozwiązaniu Układu Warszawskiego, to zdarzało mi się w wielonarodowym towarzystwie, Czechów, Polaków, Bułgarów, rozmawiać po Polsku.

Polska po roku 1956, choć, powtarzam, w dalszym ciągu komunistyczna, była państwem innym niż przed tym rokiem. Lata 60. to lata oporu związanego z Kościołem, lata obchodów tysiąclecia naszego państwa. To olbrzymia rola świętej pamięci kardynała Stefana Wyszyńskiego, to wydarzenia w Nowej Hucie czy w Zielonej Górze, mało znane, związane z próbami walki z Kościołem, a zarazem skądinąd bardzo gwałtowne. Jednak przy tych możliwościach izolacji poszczególnych fragmentów kraju one nie były w latach 60. szerzej znane społeczeństwu. Oczywiście, rok 1968, czyli wielkie manifestacje studenckie, które skądinąd ogarnęły wtedy całą Europę, ale które zaczęły się w marcu ‘68 roku w Polsce – i w Polsce miały też inny charakter niż w innych krajach, ponieważ w Polsce to była walka o demokrację, demokratyzację państwa. Na Zachodzie natomiast ówczesne zdarzenia przybrały charakter kontrkulturowy – używając dzisiejszego języka moglibyśmy powiedzieć: w dużym stopniu lewacki. Modny był wtedy maoizm.

W Warszawie w pierwszej połowie lat 60. zaczęła działać grupa takich niepokornych studentów i młodych pracowników, nauki zwanych „komandosami”. Ta opozycja „komandoska” była w jakimś zakresie tolerowana. Ona zresztą uważała się szczególnie na początku za opozycję z lewej strony, czyli nie antykomunistyczną ,tylko jeszcze bardziej socjalistyczną niż ci, którzy sprawowali władzę. Wielu bardzo znanych dzisiaj ludzi wywodzi się z tej opozycji.
Jeżeli mam opowiedzieć kilka słów o sobie, to mój chrzest bojowy, mój początek udziału w wydarzeniach, których celem była walka z ówczesnym ustrojem, to jest właśnie marzec 1968 roku. Chodzi o wydarzenia przed Biblioteką Uniwersytetu Warszawskiego. Była to odpowiedź na usunięcie dwóch studentów należących do grupy „komandosów”: Henryka Szlajfera, (to może mniej wam znane nazwisko, dzisiaj dyrektor departamentu w Ministerstwie Spraw Zagranicznych) i Adama Michnika (to nazwisko na pewno świetnie znacie, od wielu lat naczelnego redaktora „Gazety Wyborczej”). Wydarzenia, o których mówię, skończyły się represjami na wielką skalę. Cała grupa „komandosów” została rozbita, powędrowała do więzienia. Zresztą wczoraj tutaj, na uroczystościach, była Irena Lasota, jedna z dziewcząt z tej grupy – dziewczyna, która jako pierwsza odczytała manifest studentów 8 marca 1968 roku przed Biblioteką Uniwersytetu Warszawskiego.

Trzeba powiedzieć, że po roku ‘68 w Polsce zapanował polityczny niż. Działała – i należy o tym pamiętać – podziemna organizacja na dość dużą skalę o nazwie Ruch. Z tej organizacji może najbardziej znaną osobą w życiu politycznym jest człowiek, który może nie jest miły mojemu sercu, bo, wiadomo, różne były później polityczne drogi, ale którego nazwisko przynajmniej tym z was, którzy interesują się polityką, też na pewno jest znane. To był Stefan Niesiołowski. On był jednym z przywódców tej organizacji, ale poza tym działających tam osób było bardzo dużo. Ta organizacja wsławiła się przede wszystkim tym, że planowała podpalić muzeum Lenina w Poroninie. To był raczej gest, ale tego rodzaju gesty też miały swoje znaczenie.

W pierwszej połowie lat 70. w Polsce istotnie działo się niewiele. Gospodarka wtedy rozwijała się szybko, wielu ludziom wydawało się, że ówczesna ekipa Edwarda Gierka, który po Wydarzeniach Grudniowych, czyli po robotniczym buncie, krwawo stłumionym w grudniu 1970 roku przejął władzę, odsuwając od niej Władysława Gomułkę – tego z kolei, który przejął władzę w roku 1956... No, ale temu rzeczywiście szybkiemu wzrostowi gospodarczemu, pewnej poprawie poziomu życia, która istotnie wtedy następowała, towarzyszyły coraz większe próby upodabniania Polski do innych państw socjalistycznych. Jednoczono organizacje młodzieżowe – było ich kilka, ale usiłowano z nich zrobić jedną organizację; to zrodziło niewielki bunt w roku 1973. Starano się rozbudować tak zwany sektor socjalistyczny na wsi, czyli coraz więcej ziemi było w rękach różnego rodzaju spółdzielni czy też po prostu w rękach państwa, jako Państwowe Gospodarstwa Rolne. Choć w sposób mało zauważalny, nie z dnia na dzień, ale ograniczono jednak wolność prasy, przedtem też przecież ściśle kontrolowanej przez cenzurę. I to rodziło narastający opór, który w drugiej połowie lat 70. zrodził pierwsze działające legalnie organizacje opozycyjne. Możecie zadać pytanie: dlaczego, skoro reżim powoli się zaostrzał, a jednocześnie tego rodzaju organizacje nie zostały natychmiast rozbite, ich członkowie aresztowani, umieszczeni w więzieniach? Otóż prawda była dość skomplikowana: z jednej strony było wszystko to, o czym mówiłem, z drugiej strony władza Edwarda Gierka coraz mocniej uzależniała się od Zachodu poprzez zaciąganie kredytów. W tym okresie Związek Radziecki prowadził oficjalnie politykę odprężenia. Trudno było w tym czasie stosować jawne represje na dużą skalę. Tak więc powstały wtedy formy opozycji, Polski Komitet Obrony Robotników, przemieniony później w Komitet Samoobrony Społecznej – KOR. On powstał na tle wydarzeń roku ‘76, kiedy to po wielkiej podwyżce cen robotnicy Radomia, Ursusa (wtedy jeszcze miejscowości podwarszawskiej, dzisiaj dzielnicy Warszawy) czy w końcu Płocka zbuntowali się i doszło do bardzo gwałtownych zamieszek.

KOR, który powstał, był – powtarzam – organizacją, która początkowo miała na celu jedynie pomaganie ofiarom owych wydarzeń. Powstał we wrześniu, dokładnie 23 września 1976 roku. Głównymi twórcami KOR-u były osoby, których nazwiska, jak sądzę, też znacie. To był Antoni Macierewicz i Jacek Kuroń – ludzie, których drogi polityczne później się kompletnie rozeszły, ale wtedy KOR tworzyli właśnie razem. KOR to grupa jego członków, ale też rosnąca grupa współpracowników; KOR to pierwsze niezależne pisma, takie jak „Biuletyn Informacyjny” czy „Głos” czy później „Krytyka”. KOR to pierwsze niezależne wydawnictwa, w szczególności słynne wydawnictwo NOWA, a także wiele innych, ponieważ w tym czasie tego rodzaju inicjatywy społeczne, jak na przykład wydawanie tak zwanych drugoobiegowych czasopism, rozwijało się bardzo bujnie. Wiosną 1977 roku środowiska wywodzące się raczej z ludzi o przekonaniach prawicowych zostały w KOR-ze zdominowane przez ludzi o przekonaniach lewicowych – choć nie tylko, żeby było jasne, KOR był pod tym względem pluralistyczny. Utworzono ROPCiO – Ruch Obrony Praw Człowieka i Obywatela. Tam osobami najbardziej znanymi byli właśnie Stefan Niesiołowski czy Leszek Moczulski. ROPCiO rozpadło się zresztą na wiele grup. Andrzej Czuma – należy bardzo mocno to podkreślić – Andrzej Czuma był też jednym z czołowych działaczy Ruchu, czyli tej organizacji, która istniała w końcu lat 60. i rozbita została w roku 1970. W znacznym w ogóle stopniu ludzie z dawnego Ruchu później działali w Ruchu Obrony Praw Człowieka i Obywatela. I to były te dwie podstawowe formy w ramach, w których działały jeszcze inne, drobniejsze.

Jedną taką drobniejszą grupą związaną z KOR-em były Wolne Związki Zawodowe, proklamowane początkowo w Katowicach, gdzie reżim był jednak dużo surowszy niż w Warszawie, a szczególnie w Gdańsku. Tam ta operacja zakończyła się niepowodzeniem, natomiast w Trójmieście mała grupka Wolnych Związków Zawodowych, oczywiście represjonowana – czyli były aresztowania na 48 godzin, zdarzały się pobicia, było usuwanie z pracy – przetrwała. Z tą grupą właśnie między innymi ja, chociaż nie byłem tam czołowym działaczem, byłem związany. Spotkania odbywały się u legendarnej Anny Walentynowicz. Tam poznałem też jednego z czołowych działaczy WZZ-ów, elektryka – kiedyś ze Stoczni Gdańskiej, bo już wtedy w stoczni nie pracował – Lecha Wałęsę. Można powiedzieć, że ta grupka, której głównym twórcą był dzisiejszy Marszałek Senatu Bogdan Borusewicz, to była grupka, która była pierwszym zaczynem „Solidarności”. Pierwszym zaczynem w tym sensie, że te zdarzenia, których uwieńczeniem była „Solidarność”, nie zostały zorganizowane przez Wolne Związki Zawodowe. Powtarzam: to była nieduża grupa, działająca przede wszystkim w Gdańsku, chociaż Wolny Związek Zawodowy działał też w Szczecinie, tego rodzaju próby podejmowano w Warszawie i w niektórych innych miastach.

Przez Polskę w lipcu i sierpniu 1980 roku przelewała się fala strajków o charakterze ekonomicznym. Szło kolejny raz o podwyżki cen, o inflację, która wtedy narastała. A zaczęło się w ogóle od tego, że w stołówkach fabrycznych wzrosła cena tańszych rodzajów kiełbasy i kiszki pasztetowej, bo czasami od takich rzeczy przechodzi się do wydarzeń historycznych na wielką salę. Spowodowało to bunt, początkowo w Ursusie, później to się zaczęło rozlewać po całej Polsce. Były gwałtowne wydarzenia w Lublinie gdzieś około 8-9 lipca, a następnie mieliśmy do czynienia z takim zjawiskiem pełzającym: to tu, to tam, to jeszcze w innym miejscu. To komunikacja miejska – że komunikacja strajkowała, to oczywiście wszyscy wiedzą – to gdzie indziej jakaś fabryka i powoli, bo akurat wtedy Gdańsk nie był w czołówce, te wydarzenia zaczęły dochodzić do Gdańska, ale tam już zostały niejako przejęte przez ludzi, którzy z robotnikami pracowali już od ponad dwóch lat. Tak, że zdarzenia z Gdańska, z Gdyni, 14 i 15 sierpnia 1980 roku, nie były już tak bardzo przypadkowe. Strajki w znacznym stopniu były przygotowane. To spowodowało, że rozlały się z tak olbrzymią siłą w ciągu dosłownie 2-3 dni. Zaczęło się od strajków w obronie Anny Walentynowicz w Stoczni wtedy imienia Lenina. To był olbrzymi zakład pracy, ponad 16 tysięcy pracowników. Następnego dnia młodziutki – nie miał wtedy dwudziestu lat – Andrzej Kołodziej organizuje strajk w Stoczni imienia Komuny Paryskiej, czyli w głównej stoczni Gdyni: mniejszej, ale też wielkiej, dziesięciotysięcznej. Wybuchają strajki w innych stoczniach, bo tereny stoczniowe Gdańska i Gdyni to są takie tereny zintegrowane – oczywiście, oddzielnie Gdańsk, oddzielnie Gdynia, to jest odległość 25 kilometrów, ale i w Gdyni, i Gdańsku stocznie znajdują się na, można powiedzieć, jednym terenie obok siebie, więc bardzo szybko strajki przenoszą się z jednego zakładu o drugiego. I grupa osób związanych z Wolnymi Związkami Zawodowymi. Byli w to zaangażowani robotnicy, inżynierowie, naukowcy, historycy – biorą udział w sformułowaniu 21 postulatów – postulatów, które dzisiaj wam, dziewczęta i chłopcy, mogłyby się wydawać grochem z kapustą, bo tam z jednej strony były czysto polityczne wezwania do pisania prawdy, zniesienia czy ograniczenia cenzury, do Mszy Świętej w radiu, telewizji – taki postulat, który miał oczywiście polityczne znaczenie. A z drugiej strony był postulat dotyczący tak zwanego rozłąkowego, pewnego dodatku do pensji związanego z tym, że pracownik w innym miejscu pracował, a w innym mieszkała jego rodzina.

Ale był tam jeden postulat, z którego znaczenia może nie wszyscy zdawali sobie sprawę. To był postulat Wolnych Związków Zawodowych – legalizacji takich związków, które nie podlegały kierowniczej roli partii, tworzone by były od dołu przez samych pracowników. Nie mamy teraz czasu na szczegółowy wykład, mówiący o istocie tamtego ustroju, choć bardzo chętnie bym się tym zajął. Musicie jednak, drogie dziewczęta i chłopcy pamiętać, że w tamtym ustroju powiedzieć, iż ludzie się mogą sami organizować, i to w wielkie organizacje mające wpływ ogólnospołeczny, to znaczyło podłożyć minę pod istotę tego systemu. Bo istota tego systemu polegała na tak zwanej kierowniczej roli partii – wobec państwa, wobec aparatu państwowego. Było to bardzo proste: partia kierowała aparatem państwowym, policją, która się w tedy nazywała milicją, Służbą Bezpieczeństwa, armią oczywiście, w sposób bardzo ścisły, za pomocą swoich członków, czasami za pomocą osób, które nie były członkami PZPR-u, ale były przez tę partię na określone stanowiska wskazane. I wobec społeczeństwa – co znaczy wobec społeczeństwa? Polski komunizm nie wtrącał się w codzienne życie rodzinne, nie mówił, kto z kim się ma żenić bądź też nie, czyli była pewna granica tego totalitaryzmu – bo do dzisiaj są takie systemy, w których pod tym względem jest dużo gorzej, na przykład w Korei. Ale wszelkie formy życia normalnego dla społeczeństwa obywatelskiego – ludzie tworzą organizację, bo się czymś interesują, bo chcą bronić jakiejś wartości, bo chcą przeciwdziałać jakimś szkodliwym zjawiskom – wszystkie tego rodzaju organizacje musiały być co najmniej kontrolowane przez partię, jeżeli po prostu przez partię nie były inicjowane. W Polsce istniały tysiące stowarzyszeń, to też nas trochę różniło od innych krajów. Tylko przewodniczący stowarzyszenia to był człowiek wyznaczony przez Komitet Wojewódzki, a jeżeli stowarzyszenie miało poważne znaczenie, to przez Komitet Centralny Partii, a tutaj pojawił się postulat powołania czegoś, co jest samodzielne, niezależne od władz – powtarzam, chyba nie wszyscy sobie zdawali sprawę, co to znaczy.

Nasilenie strajków i w Trójmieście, i dzień po dniu w całym kraju było takie, że ten postulat został – jak sądzimy dziś, taktycznie – na pewien czas przyjęty. Powstały Wolne Związki Zawodowe i muszę powiedzieć, że dla nas, czyli tej grupy, która była w stoczni, która pisała owo porozumienie (sam mogę się pochwalić, że pewnej części owego słynnego sierpniowego porozumienia byłem autorem – nie za wielkim, żeby było jasne, ale byłem) siła, z jaką rozwijała się „Solidarność”, była zaskoczeniem. My sobie nawet nie zdawaliśmy sprawy, że w krótkim czasie zjednoczy się 9-10 milionów ludzi. Przy czym, proszę pamiętać, że „Solidarność” była ruchem pracowniczym i nie wszyscy dorośli obywatele mogli do niej wstępować. Do wiosny 1981 roku, wczesnej wiosny, trwała walka o „Solidarność” rolniczą, dość szybko powstało Niezależne Zrzeszenie Studentów, chociaż trzeba powiedzieć, że środowisko studenckie nie zostało objęte takim ogniem, jak środowisko pracownicze i tylko około 20 procent studentów należało do NZS, ale i tak była to organizacja potężna. Inaczej mówiąc, mieliśmy wtedy z jednej strony społeczeństwo, które się jakby wyzwoliło i nie podlegało już kierowniczej roli partii, a z drugiej strony państwo, które dalej pozostało państwem komunistycznym, które kontrolowało armię policję, system łączności. No i między tymi dwoma stronami doszło do starć.

Czy można się wtedy było się przed nim uchronić? Oczywiście, nie tylko obecne pokolenie historyków, które często pamięta tamte zdarzenia, ale także ich dzieci, historycy następnego pokolenia i jeszcze następnego będą się nad tym zastanawiać. Tu nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Ale wszystko wskazuje na to, że nie, że w tamtej rzeczywistości ówczesny komunistyczny system absolutnie nie był gotowy do przyjęcia prawdziwego kompromisu, do przyjęcia takiego rozwiązania, w którym przynajmniej część społecznej szeroko pojętej władzy zostałaby oddana – do takiego kompromisu, jaki został zawarty w roku 1989. Otóż – a dokładnie idzie mi o to, co zostało w roku 1989 zapisane, ponieważ rzeczywistość bardzo szybko rozbiła to, co zostało zapisane przy Okrągłym Stole – takiej gotowości wtedy nie było. I doszło do starcia, które było wtedy niewątpliwie narodową tragedią. Narodową tragedią, ponieważ „Solidarność” to także olbrzymie nadzieje społeczne. Olbrzymie, choć nie zawsze możliwe do realizacji. Natura ludzka już taka jest, że w okresach takiego wielkiego społecznego podniesienia ludzie wierzą, że świat będzie zasadniczo inny od tego, który był dotąd, że, można powiedzieć, świat stanie się idealny. Ta wiara nie zawsze jest dobra i często kosztowała bardzo wiele krwi. Ja wam nie radzę, żebyście w to wierzyli. Świat można poprawiać i, jak sądzę, na oczach mojego pokolenia i to już w dorosłym, zupełnie dorosłym życiu świat – przynajmniej, jeżeli chodzi o nasz kraj – został zasadniczo poprawiony. Ale to nie oznacza, że świat był, jest lub będzie kiedyś idealny. Lecz taka wiara, bardzo czasem niszczącą, ma też siłę budującą i w tym okresie – choć może okres największego uniesienia już minął – jesienią 1981 roku, wiara w narodzie była jeszcze bardzo mocna i stan wojenny tę wiarę przekreślił. To bodajże największa zbrodnia tych, którzy podjęli decyzję o owym stanie wojennym.

Na ulice, jak wiemy, wyjechało i wyszło około 100 tysięcy ludzi, milicjantów i żołnierzy. Pierwszych 30 tysięcy, drugich 70 tysięcy. Wyjechały tysiące czołgów, transporterów opancerzonych. Ja tego nie widziałem – mnie kilka minut po północy zabrano z domu i wywieziono do ośrodka internowania w odległym miejscu, takim zagubionym, koło tej elektrowni atomowej, o której na pewno słyszeliście, bo miała powstać, ale nigdy nie powstała. No i cóż – spędziłem tam ponad 10 miesięcy i, co jest może mniej interesujące, to nie było najgorsze z więzień na tym świecie. Koledzy ze Śląska przeżyli rzeczy dużo bardziej drastyczne. Koledzy ze Szczecina również, nieporównanie bardziej drastyczne niż tam, w Strzebielinku. Ale, oczywiście, zawsze pozbawienie wolności nie jest rzeczą miłą, jest też pewnym wielkim doświadczeniem życiowym.

A później zaczęła się konspiracja. Pan dyrektor był łaskaw powiedzieć, że ja byłem czołowym działaczem pierwszej „Solidarności” – no, może w pierwszych kilkunastu tygodniach. To by odpowiadało rzeczywistości września-października 1980 roku. Ale później już nie, byłem działaczem szczebla regionalnego. Natomiast w podziemiu istotnie stałem się jednym z działaczy czołowych. Przez cały czas działałem w ośrodku Lecha Wałęsy, bo Lech Wałęsa też na jesieni 1982roku został zwolniony z internowania i wokół niego funkcjonowała grupa ludzi, których znał albo z Wolnych Związków Zawodowych – tak jak mnie, albo z okresu lat 1980-81 – tak jak Arkadiusza, czyli Arama Rybickiego, czy Jacka Merkla, czy później Aleksandra Halla. Otóż myśmy stanowili taki swoisty sztab Lecha Wałęsy w tamtych latach, a jednocześnie działałem w tym klasycznym podziemiu i zgodnie z ustaleniami, które uczyniliśmy wkrótce po moim wyjściu na wolność, po aresztowaniu dwóch kolejnych przywódców regionu gdańskiego, bardzo znanych Bogdana Lisa i Bogdana Borusewicza – ja razem z Krzysztofem Dowgiałło zostaliśmy szefami gdańskiego podziemia.

Na czym polegała praca? Praca przy Lechu Wałęsie to na ogół były rozmowy, rozmowy i jeszcze raz rozmowy. Jego dom to było biuro, do którego zgłaszało się bardzo wielu ludzi, chociaż trzeba powiedzieć, że różne ilości w różnym czasie – po jego wyjściu bardzo dużo, później mniej, a później, po roku 1986, znów coraz więcej. Działalność w podziemiu miała inny charakter. To przygotowywanie i spotkania TKK, które się odbywały w warunkach ścisłej konspiracji. To oczywiście decyzje dotyczące dalszych kierunków działania ruchu. To kontakt z redakcjami podziemnymi. To walka o to, żeby utrzymać tajne drukarnie, które nie tak często, ale jednak od czasu do czasu wpadały. To walka o to, żeby sprowadzać maszyny drukarskie, coraz nowocześniejsze zresztą, z Zachodu. To są rozliczenia finansowe, bo przecież działalność podziemna kosztowała. To, w co byłem mocno zaangażowany w ostatnim okresie – pomoc rodzinom osób aresztowanych, pomoc więźniom politycznym. To w końcu później praca utworzonego w 1986 roku sekretariatu i aparatu TKK, którego formalnym szefem byłem ja, a w rzeczywistości tym szefem był obecny premier, mój brat.

I tak to przebiegało, jeżeli chodzi o mój osobisty życiorys, bo poza tym głównym nurtem solidarnościowym, z którym byłem związany, były też liczne inne inicjatywy. Pism drugoobiegowych w latach 80. było dużo więcej, niż w latach 70. Były bardzo różne inicjatywy z zakresu polskiej polityki wschodniej i relacji między Polską, Ukrainą, Białorusią a Rosją. Wydawane były trzy czasopisma, tylko w tej jednej, można powiedzieć, sprawie, poświęcone jednej tematyce. Była bardzo istotna działalność tak zwanego Komitetu Helsińskiego – on działa do dzisiaj, ale całkowicie zmienił swój charakter. To była działalność, która polegała nie tylko na ocenach sytuacji w Polsce, ale przede wszystkim na zbieraniu informacji o osobach represjonowanych. Można powiedzieć, że była to pewna kontynuacja działalności Biura Interwencji Komitetu Obrony Robotników. Było takie biuro w latach 1977-1980. Ono zbierało informacje na temat represji różnego typu w kraju, jego przedstawiciele jeździli do ludzi represjonowanych. Szefami tego biura byli Zofia Romaszewska i jej mąż Zbigniew Romaszewski, senator od 1989 roku. W tym biurze zresztą ja również rozpoczynałem swoją działalność, zanim zająłem się działalnością wśród robotników, czyli w Wolnych Związkach Zawodowych. To obecny premier był jednym z czołowych aktywistów tego biura, kierownikiem najgorszego wydziału, wydziału zabójstw. Zajmował się sprawami związanymi z zabójstwami, które rzeczywiście zostały dokonane przez milicję lub w każdym razie stwierdzono, że zostały dokonane przez milicję. Komitet Helsiński był tego niejako kontynuacją. Form organizacyjnych była, powtarzam, niezliczona ilość. W połowie lat 80. zaczął się odradzać na uczelniach NZS, odgrywał tam coraz istotniejszą rolę.

Można powiedzieć, że opór w latach 80. miał trzy fazy. Rok 1982, opór o charakterze masowym – nikt nie policzył ludzi w to zaangażowanych, ale to na pewno były setki tysięcy. Później szeregi nieco stopniały, jak wczoraj powiedział ostatni przywódca bardzo walecznego regionu dolnośląskiego, Marek Muszyński, a później znów zaczęły rosnąć. Można powiedzieć, że od jesieni 1986 roku, od wypuszczenia wszystkich więźniów politycznych byliśmy już całkowicie pewni zwycięstwa. Kiedy ono nadejdzie, jaką będzie miał formę, czy oznaczać będzie od razu koniec komunizmu, czy najpierw jeszcze pewne formy pośrednie – tego oczywiście nie wiedzieliśmy, ale wiedzieliśmy, że ta wojna jest już wygrana. Oczywiście, sprzyjały nam okoliczności międzynarodowe: kryzys komunizmu w Rosji, rządy Michaiła Gorbaczowa, różne jego inicjatywy: głasnost, uskorienie, jawność, przyśpieszenie. To wszystko zjawiska, które wtedy odbijały się szczególnie silnym echem na świecie i oczywiście wpływały także na nastawienie, można powiedzieć – samopoczucie polskich komunistów. Chociaż pierwsze zwiastuny upadku systemu to rok 1988, to fakt, że w strajku majowym w Stoczni Gdańskiej, w „strajku głodnych” – bo rzeczywiście był tam regularny głód i było zaledwie kilkaset osób. Był wręcz fizyczny strach, ponieważ chodziły grupy niby majstrów, ale czy to byli naprawdę majstrowie to my nie wiedzieliśmy, ale w każdym razie uzbrojonych w bardzo grube kije i łańcuchy – tak, że trzeba było zawsze iść większą grupą przez stocznię, żeby nie oberwać. Ale w trakcie tego strajku doszło już do rozmów.

Braliśmy – i mój brat, i ja – udział w tych rozmowach. To były rozmowy, wydawałoby się, na śmiesznie niskim poziomie, na poziomie dyrekcji – i to nawet nie z dyrektorem naczelny, tylko z jego zastępcą. Ale, mimo wszystko, już z ludźmi „Solidarności” rozmawiano. A przedtem było dogmatem, że „Solidarności” już nie ma, a Lech Wałęsa to zwykły obywatel. Inaczej mówiąc, to wszystko, co działo się w latach 1980-81, to zamknięta karta naszej historii. Dlatego też te rozmowy – powtarzam, na tak niskim szczeblu – które w końcu niczego nie dały, były już bardzo istotne. Później były strajki sierpniowe, te już dokładnie zaplanowane i przygotowane. Wybuchły dokładnie wtedy, kiedy postanowiliśmy, w końcu sierpnia – tak, żeby to była akurat ósma rocznica strajku roku 1980. W trakcie tych strajków doszło do pierwszej rozmowy między Lechem Wałęsą a ówczesnym ministrem spraw wewnętrznych. Wkrótce doszło do pierwszego spotkania w Magdalence, czyli w takim domu pod Warszawą należącym do Ministerstwa Spraw Wewnętrznych – i w parę miesięcy później był Okrągły Stół, kompromis. Kompromis w jakimś sensie o tyle odrzucony przez naród, że wyniki wyborów 4 czerwca 1989, wyborów w założeniu częściowo jedynie demokratycznych (tylko wybory do Senatu były w pełni demokratyczne) były tak jednoznaczne przeciw partii, a za „Solidarnością”, że było oczywiste, iż dalsza władza partii – a przecież kompromis to zakładał, że będzie to bardzo ograniczona władza, że społeczeństwo już będzie w miarę wolne, ale władza polityczna będzie ciągle w ręce PZPR-u – że to jest nie do kontynuowania. Strajki z lipca i sierpnia 1989 roku pogłębiły to poczucie, jeśli chodzi o komunistyczną elitę władzy.

Tak doszło do możliwości utworzenia pierwszego niekomunistycznego rządu w tej części Europy po 50 latach. Ja wiem, że dla Pań i Panów ze znacznie młodszego ode mnie pokolenia, tym bardziej dla młodzieży, dla Was, dziewczęta i chłopcy, to wszystko wydaje się oczywistością. Ale w tamtym czasie, latem, późnym latem roku 1989 mnie też wydawało się, że śnię, chociaż, powtarzam, od mniej więcej trzech lat byłem już przekonany, że ta wojna jest wygrana. Zdawało mi się, że śnię, gdy Lech Wałęsa powierzył Jarosławowi Kaczyńskiemu misję tworzenia koalicji dla utworzenia tego rządu z SD – Stronnictwem Demokratycznym i ZSL – Zjednoczonym Stronnictwem Ludowym. To były dwie partie, które istniały obok PZPR-u jako, można powiedzieć, niejako partie towarzyszące, pomocnicze i nie odgrywały istotniejszej roli w kraju – ale były. Wtedy odegrały rolę istotną, ponieważ „Solidarność” razem z nimi miała większość w Sejmie. To przedsięwzięcie się udało. 12 września 1989 roku Tadeusz Mazowiecki przedstawił skład gabinetu w Sejmie. Zgodnie z ówczesną konstytucją to Sejm powoływał rząd, a nie prezydent, tak jak jest dzisiaj. I mieliśmy już Trzecią Rzeczpospolitą. Bo w moim głębokim przekonaniu nie 4 czerwiec, nie wybory 1989 roku, o których przed chwilą mówiłem, to dzień końca PRL-u, także dopiero nie pierwsze wybory demokratyczne prezydenta RP w 1990, czyli wybór Lecha Wałęsy (niektórzy mówią, że dopiero wtedy można mówić o końcu PRL-u). Przełomowym momentem, jeżeli rozumie się istotę komunizmu, był dzień 12 września 1989 roku.

Czym była Trzecia Rzeczpospolita, czym jest – bo Trzecia Rzeczpospolita trwa i nie dajcie sobie wmawiać, że dzisiaj już jest Czwarta Rzeczpospolita. Czwarta Rzeczpospolita to plan, który jeszcze nieprędko zostanie zrealizowany, to już inna sprawa. Ale można powiedzieć na pewno, że przy wszystkich swoich wadach i słabościach, Trzecia Rzeczpospolita to wolne polskie państwo. I to jest nasz olbrzymi sukces – sukces, w który mnóstwo ludzi kiedyś nie wierzyło. To, co dziś wydaje się oczywiste, było przez całe lata przedmiotem nikłej wiary, i to wiary nielicznych. I ta nikła wiara, ten właśnie stan rzeczy, w ramach którego komunizm, a dokładniej mówiąc, tak zwany realny socjalizm uchodził za constans, za rzeczywistość, której nie zmienimy być może przez kilka pokoleń – ta wiara w porównaniu z tym co jest dzisiaj, jest miarą naszego sukcesu. I chciałbym, żebyście o tym pamiętali. Dziękuję bardzo."

Poleć znajomemu


Opuszczasz oficjalny serwis Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej


Dziękujemy za odwiedzenie naszej strony.

Zapraszamy ponownie.