przeskocz do treści | przeskocz do menu głównego
Oficjalna strona Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej
| |
A | A | A

Minęły już prawie 2 lata od momentu, kiedy przekroczyłem próg Pałacu Prezydenckiego. Byłem wtedy doświadczonym politykiem, ale mimo wszystko nie spodziewałem się, jak trudno być głową państwa. Pałac Prezydencki to nie jest ciche, spokojne miejsce. To miejsce wymagające pracowitości, to miejsce gdzie rzeczywiście decyduje się o sprawach Polski. Nie pamiętam, co czułem, pierwszy raz zasiadając w fotelu najważniejszej osoby w państwie. Silniejsze było wrażenie, kiedy obudziłem się następnego dnia po zwycięskich dla mnie wyborach. Ten poranek, 24 października 2005 roku, będę pamiętał do końca życia. Wiedziałem, że zaczyna się nowy etap w moim życiu, wiedziałem co chcę zrobić i wiedziałem wreszcie, że stoi przede mną ogromne wyzwanie. Pierwsze słowo, jakie przychodzi w takiej chwili do głowy to - odpowiedzialność. Wchodząc do gabinetu głowy państwa, byłem bardzo skupiony, miałem jasny plan. Od razu rozpoczęła się ciężka praca.

Trudno mi opowiedzieć w tak krótkim tekście o wszystkich sprawach, podzielę się więc refleksją dotyczącą niedawno podpisanego traktatu reformującego Unię Europejską. Stanęło przede mną poważne wyzwanie związane z polityką międzynarodową. W tej dziedzinie nie byłem nowicjuszem, ale tym razem przyszło mi czynnie uczestniczyć w sprawach o podstawowym znaczeniu dla Polski. Poznałem bardzo wielu polityków, największych tego świata. Wiem niemało o czołowych europejskich politykach. Zobaczyłem z bliska mechanizmy rządzące Unią Europejską, funkcjonujące w niej sposoby myślenia, trwałość i zmienność pewnych postaw. Tej wiedzy nie wykładają na żadnym z uniwersytetów. Udało się bardzo wiele, to na pewno nie tylko moja zasługa, ale myślę, że bez jasnego planu, zdecydowanie zarysowanych przeze mnie priorytetów, nie uzyskalibyśmy aż tyle. Negocjacje nad ostatecznym kształtem traktatu były trudne, bardzo trudne. W końcowej fazie wprost dramatyczne. Osiągnęliśmy jednak wszystkie założone cele. Największe zmęczenie mija jednak, gdy mam poczucie, że coś wygrałem, że dokonałem czegoś dobrego. Wtedy czuję przypływ energii. Gdy skończyliśmy z powodzeniem niezmiernie istotne negocjacje na szczycie w Brukseli, miałem konferencję o piątej rano. Nie spałem wcześniej ani sekundy. Niczego też nie jadłem. A byłem w bardzo dobrej formie. Przespałem się godzinę w hotelu, pojechałem na lotnisko. W samolocie nie zasnąłem ani na chwilę. Współpracownicy przysypiali, a ja byłem pełen werwy. Wykonaliśmy bardzo ciężką pracę nad traktatem. Ale choć polskie starania zakończyły się wielkim sukcesem, w kraju wielu nie chciało tego dostrzec. Nie kryję, że nie było to dla mnie miłe. Bardzo zaangażowałem się w walkę o traktat. To była z punktu widzenia interesów Polski niezwykle ważna batalia. Dzień po niedawnej uroczystości w Lizbonie jeden z tygodników napisał o powstaniu nowego europejskiego imperium. Na szczęście nie miał racji. To nie imperium, lecz związek suwerennych państw. Mocno spleciony, ale jednak związek. I całe szczęście. 

W polityce osiągnąłem wiele - w wolnej Polsce zastępowałem przewodniczącego "Solidarności", kierowałem NIK, byłem ministrem sprawiedliwości, współtworzyłem partię polityczną, która wygrała wybory, zostałem prezydentem Warszawy, a później Polski. Potrafię także żyć bez polityki, bo przecież przed objęciem funkcji ministra sprawiedliwości kontynuowałem swoją karierę naukową. Miałem wtedy okres przerwy w życiu publicznym. Rola prezydenta w naszym kraju jest silna, ale jednak nieporównywalnie mniejsza niż w Stanach Zjednoczonych czy Francji. Ważna jest dobra współpraca z rządem. Liczę, że obecny rząd będzie chciał taką współpracę budować. W poprzednich dwóch latach wiele udało się zrobić. Angażowałem się z sukcesem przy wygaszaniu zapowiadających się konfliktów społecznych. Z pewnością procentowało tu moje doświadczenie związkowe i wrażliwość na ludzkie losy. Jestem profesorem prawa pracy, a za tym suchym stwierdzeniem kryje się chęć zrozumienia losów i potrzeb pracowników. Udało się rozwiązać splot niebezpiecznych układów, czego swoistym symbolem była likwidacja WSI. Ciężkie decyzje, okupione stresem, dotyczyły również polityki wewnętrznej. To ja spowodowałem, że mój brat zdecydował się zostać premierem. Wiedziałem, że za sprawowanie realnej władzy, za chęć zmian, przyjdzie zapłacić nam wysoką cenę polityczną. Była to jednak świadoma decyzja, której nie żałuję. Dziś Polska jest innym krajem niż dwa lata temu. Zmiany, które udało się przeprowadzić sprawiły, że ludziom żyje się lepiej. Wielomiliardowe inwestycje zagraniczne, 1,2 mln nowych miejsc pracy - można tak wymieniać wiele osiągnięć. To sukces Polski i Polaków, ale przecież w dużym stopniu zasługa poprzedniego rządu. 

Smutny był dla mnie dzień, gdy po wyborach musiałem przyjąć dymisję Jarosława Kaczyńskiego. Nie tylko dlatego, że chodziło o mojego brata. Jestem głęboko przekonany, że droga, którą Polska szła przez ostatnie dwa lata, była drogą dobrą. Na pewno popełniono błędy, ale wiele ocen było dla nas skrajnie niesprawiedliwych. Niezawodne oparcie znajduję w rodzinie -mamie, żonie i bracie. A także wśród moich najbliższych współpracowników. Nie potrafię pracować na zasadzie nadmiernego dystansu. Zawsze znalem wielu ludzi. Lubię ludzi. Tak w polityce, jak i w życiu osobistym nie lubię sztuczności i niepotrzebnego dystansu. Polubiłem wielu polityków osobiście. Wspominam wiele sympatycznych spotkań i wiele interesujących rozmów. W polskiej polityce też mam dużo przyjaciół, ale ten rok był rokiem zawodów. Największym z nich był oczywiście Janusz Kaczmarek. Wylansowałem go i bardzo serdecznie tego żałuję. Z pewnością zawiódł mnie również Bogdan Borusewicz. Kolejny wielki zawód to Kazimierz Marcinkiewicz. Nie miał pozycji, która pozwalałaby mu na bycie premierem. Decyzję o powierzeniu mu tej funkcji podjął mój brat. Z niemałym trudem została przeze mnie zaakceptowana. Gdy odszedł ze stanowiska, natychmiast dostał szansę zostania prezydentem Warszawy. A to stanowisko wielce promujące. W końcu wysłano go za granicę na dobre stanowisko. Jak podziękował, wszyscy wiedzą. Z pewnością takie doświadczenia zmieniły mnie, ale ciągle wierzę w ludzi, bo są przecież i inne przykłady. Wielu polityków ciężką pracą w parlamencie i w samorządach pokazało, jak można skutecznie zmieniać te małe ojczyzny i cały kraj. Nie wymieniam nazwisk, bo to naprawdę długa lista, a nie chciałbym nikogo pominąć. 

Mówi się czasem, iż politycy są cyniczni i nigdy się nie wzruszają, a jednak są sytuacje, które naprawdę potrafią mnie poruszyć. Nie wiem czy to wzruszenie, ale po ostatniej uroczystości w Lizbonie poczułem, że naprawdę wykonałem wspólnie z poprzednim rządem wielką pracę na rzecz budowy pozycji Polski w Europie. Wiem, że dziś nasza sytuacja i nasza rola jest znacznie większą niż miało to miejsce jeszcze kilka lat temu. Chciałbym, żeby nikt nie zmarnował tego dorobku. Prawdziwe wzruszenie odczułem w dwóch momentach. W trakcie spotkania z niepełnosprawnymi sportowcami uświadomiłem sobie, ile można uczynić mając silną wolę, i to często zupełnie na przekór losowi. Drugi taki moment to czas, w którym w polskich szpitalach pomagaliśmy dzieciom z Iraku. To pokazało, że naprawdę los mieszkańców tego kraju jest dla nas ważny, chcemy i możemy pomagać także konkretnym ludziom. Może czasem, dyskutując o politycznych aspektach naszej obecności w Iraku, warto przywołać i takie obrazy, jak pełne wdzięczności spojrzenia irackich dzieci. Niektórzy mówią, że w życiu polityka nie ma miejsca na radości. Ale przecież każdy z nas jest także zwykłym człowiekiem. Przeżywam takie radości i smutki jak większość czytelników. Prywatnie cieszę się ze zdrowia i sukcesów rodziny i najbliższych. Chyba jak większość Polaków przeżyłem prawdziwą radość w momencie przyznania nam prawa do organizacji Euro 2012. To wielka szansa dla Polski. To szansa na rozwój cywilizacyjny, na promocję naszego kraju. Zaangażowałem się w tę sprawę i uważnie śledziłem działania poprzedniego gabinetu. Będę robił to nadal i mam nadzieję, że także obecny rząd potraktuje to trudne zadanie jako bardzo istotne. 

Ale radości oczywiście mieszają się ze smutkiem. Niestety nie brakowało mi ich: trzy straszne katastrofy, dwie na Śląsku, jedna we Francji. Śmierć żołnierzy i funkcjonariusza BOR-u w Iraku. Z drugiej strony jako polityk ze spokojem przyjmuję ataki skierowane przeciwko mnie, także te skrajnie niesprawiedliwe. Nie mogę jednak akceptować działań i ataków na moich najbliższych. Trudno przemilczeć wiele obraźliwych słów wynikających z ludzkiej niechęci i zawiści. Cóż, koszty bycia politykiem ponosi nie tylko polityk, ale i jego rodzina. Raczej oczekuję, niż mam nadzieję, iż obecny rząd będzie kontynuował proces zmian w Polsce rozpoczęty dwa lata temu. Jako prezydent będę w imieniu obywateli Rzeczypospolitej tę pracę rządu oceniał. W ramach swych konstytucyjnych uprawnień będę prowadził aktywną politykę zarówno w Polsce, jak i na arenie międzynarodowej. Z całą pewnością nie zabraknie z mojej strony inicjatyw ustawodawczych, bo przecież to także dobre prawo zmienia kraj. Wiele mówi się dzisiaj o ludziach młodych, o ich losie i przyszłości. Zaproponuję plan konkretnych rozwiązań, które po wprowadzeniu sprawią, że Polska będzie krajem bardziej przyjaznym dla młodych Polaków. Wiem, że wiele do nadrobienia mamy w dziedzinie innowacyjności, nauki. Współpracuję z ludźmi nauki i myślę, ze wspólnie uda nam się wypracować takie rozwiązania, które sprawią, że nowoczesność i innowacyjność będą kojarzone z Polską. Tak właśnie widzę IV Rzeczpospolitą. 

Prywatnie marzę o tym, by będąc prezydentem, móc prowadzić choć trochę normalne życie. Sprawowanie władzy bywa też niewdzięczne z czysto ludzkich powodów. Brakuje mi tego, żebym mógł spokojnie pójść z żoną do kina czy teatru. Od dwóch lat nie byłem w restauracji. Nawet wyjście do kościoła staje się problemem. Bardzo mi to doskwiera. Ograniczenie prywatności osób publicznych w dzisiejszych czasach jest po prostu ogromne. Staram się jednak odpoczywać i żyć jak człowiek niepełniący żadnej funkcji. Lubię jeździć na rowerze i wiosłować. Uwielbiam też długie spacery. Dlatego staram się wyjeżdżać na krótki odpoczynek poza Warszawę. Często radzę się mojej żony. Długo rozmawiamy ze sobą, zwykle późnym wieczorem. Ona ma bardzo ważną dla mnie cechę - zawsze jest optymistką. Nawet gdy przedstawiam jej jakąś sytuację w najczarniejszych barwach, ona zawsze twierdzi, że jest całkiem dobrze. Mimo rozlicznych przeciwności i obciążeń naprawdę nie czuję się zmęczony. Dziś nie wiem jednak, czy zdecyduję się kandydować na następną kadencję. Wiem jednak, że chcę pracować ciężko jako prezydent, bo to przecież po prostu trudna praca. Wiem, że lubię ludzi. I mam nadzieję na normalny spacer. Prywatnie marzę o tym, by będąc prezydentem móc prowadzić choć trochę normalne życie. Sprawowanie władzy bywa też niewdzięczne z czysto ludzkich powodów. Brakuje mi tego, żebym mógł spokojnie pójść z żoną do kina czy teatru.

Poleć znajomemu


Opuszczasz oficjalny serwis Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej


Dziękujemy za odwiedzenie naszej strony.

Zapraszamy ponownie.