przeskocz do treści | przeskocz do menu głównego
Oficjalna strona Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej
| |
A | A | A

„Bardzo serdecznie dziękuję. Dla mnie, nie jako dla Prezydenta Polski, tylko jako dla Polaka, to wyróżnienie jest niezmiernie istotne. Bardzo się cieszę, że otrzymałem je właśnie na Ukrainie, czyli w kraju, który jest teraz z Polską w niezmiernie bliskich stosunkach. W kraju, z którym te stosunki chcemy umacniać. I do tego tak się ułożyła historia, że prawie wszyscy Polacy, a w każdym razie ci pochodzący ze wschodniej części kraju (ja do nich należę), mają z Ukrainą jakieś związki, przynajmniej z poprzednich pokoleń. Powtarzam, nie jestem tutaj wyjątkiem. Część mojej rodziny stąd pochodzi, nawet z terenów bardziej na wschód, z terenów Odessy. Inaczej mówiąc, to akurat nie była część, która kiedykolwiek wchodziła w skład Rzeczypospolitej, ale tam część Polaków wypędzono na przełomie XIX i XX wieku – stąd te moje związki.

Dla nas Ukraina jest odrębnym, odmiennym krajem, narodem, ale też nie krajem obcym i o tym należy w naszych wzajemnych stosunkach pamiętać. To jest niezmiernie ważne. Jak i to, że nie tylko spełniło się marzenie mojego pokolenia o niepodległej Polsce – spełniło się już wiele lat temu, wtedy, gdy to pokolenie, bo można powiedzieć, że jestem ze środka pokolenia „Solidarności” polskiej, liczyło około lat czterdziestu. Spełniło się marzenie jeszcze większe, które wydawało się mniej ziszczalne, marzenie jednego z największych Polaków, a mianowicie marzenie o wolnej Ukrainie, Litwie, Łotwie, Białorusi – niezależnie od tego, jak tam wygląda demokracja, to przecież jest dzisiaj takie państwo, jak Białoruś. To są rzeczy wielkie. Zdaję sobie sprawę, że dla Pań i Panów zebranych tutaj, na tej sali, zdecydowanie ludzi młodych, to jest oczywiste, jasne, ale nie dla nas. To olbrzymi sukces tych wszystkich narodów między Odrą, a nawet Łabą – dotyczyło to także części Niemców – a Donem z jednej strony, i za Dźwiną aż po Estonię z drugiej, które nie chciały się pogodzić z tym, co zdarzyło się po roku 1918 i po roku 1945.

I mamy już od wielu lat państwa, które stoją przed pewnymi problemami. To jest rzecz oczywista, to jest zupełnie zrozumiałe, że ustroju demokratycznego od nowa nie buduje się z godziny na godzinę. To jest proces niejednokrotnie trudny. Niezwykle trudne jest zbudowanie czegoś, co w Polsce określamy czasami jako „nowe państwo”. Można odzyskać niepodległość, można zyskać swobodę w stosunkach międzynarodowych, ale przecież w dzisiejszym świecie aparat państwowy jest bardzo rozbudowany. On się w gospodarce rynkowej nieco kurczy, bo państwo ma mniej zadań, ale w dalszym ciągu jest bardzo wielki. Nie jest tak, że da się go zmienić z godziny na godzinę. To jest trudne zadanie i jeżeli ktoś nie pójdzie drogą czystej rewolucji, a taką drogą w centrum i na wschodzie Europy nikt nie poszedł, to jest to zadanie rozłożone na lata.

Ja w pierwszej części tego, co mam tutaj do powiedzenia, powiem kilka słów na ten temat. Nie twierdzę, że w moim kraju nie popełniono błędów, bo popełniono ich bardzo dużo. Powiem o tych zabiegach o charakterze organizacyjnym, formalnie prawnym, które miały się przyczynić do budowy merytorycznego, można powiedzieć, merytokratycznego aparatu państwowego – a takie działania podjęto. Z góry też chciałem zapowiedzieć wynikające z tego niebezpieczeństwach, bo nie ma takiego kija, który nie miałby dwóch końców, bowiem służba cywilna, owe egzaminy, o których Pani Prezes mówiła, też owe dwa końce ma – to nie ulega najmniejszej wątpliwości.

Zacznijmy od wykształcenia. Oczywiście, aparat państwowy potrzebuje ludzi z wyższym wykształceniem, różnych specjalności, z przewagą dwóch: ekonomistów i prawników, ale nie tylko takich, bo w istocie jest to cała gama zawodów, łącznie z zawodami technicznymi, lekarzami itd. Wszyscy ci ludzie są w aparacie państwowym potrzebni. Jest też specyficzny typ zadań w aparacie państwowym, tym zadań związanych z uprawnieniami, z zarządzaniem. Tego się można nauczyć na uczelni – tak, w Polsce w tej chwili aż do przesady rozbudowane są struktury na uczelniach. Jest olbrzymia ilość uczelni prywatnych uczących zarządzania. Tyle tylko, że zarządzania można się uczyć na różnych poziomach: na wyższym i niższym. Dobór ludzi, którzy się tego uczą, jest różny: każdy, kto się zapisał, albo tylko wyselekcjonowana grupa. I w Polsce przed szesnastu laty przyjęto, opierając się o wzory francuskie zresztą, że potrzebna jest szkoła – w polskim przypadku osób już po studiach – która będzie szkoliła osoby w dziedzinie zarządzania na wyższym poziomie państwowym. W tym kontekście jest to szkoła niezwykle ekskluzywna, kilkadziesiąt osób na roku. Nie twierdzę, że to jest dobra koncepcja, ja ją tylko opisuję, bo miałem z tą szkołą związki, do dziś jestem członkiem jej rady programowej, nie jako Prezydent Rzeczypospolitej, tylko jeszcze wcześniej, z wyboru po prostu. Jest to szkoła, która działa już długo, ale która wykształciła około 600-700 osób, czyli jej celem jest kształcenie wyższych kadr. Kto tam może przyjść? Każdy, kto skończył studia, to nie ma znaczenia. Jeżeli by mnie zapytano: kto dominuje, to bym powiedział: absolwenci wydziału historii. Jest ich stosunkowo najwięcej, są też specjaliści z takich dziedzin, jak inżynier rolnik, zdarza się i lekarz. Co jest jej zadaniem? Nauka zarządzania w jakimś zakresie prawa, niezwykły nacisk na języki obce. Trzeba władać w sposób biegły dwoma językami, jest znaczna ilość praktyk za granicami Polski. Czemu to ma później służyć? Otóż, Panie i Panowie, Szanowna Pani Prezydent – pierwsze lata absolwentów tej szkoły to była szkoła twarda, to nie było proste. Pamiętam osobiście (kierowałem wtedy ważnym w Polsce organem, jakim jest Najwyższa Izba Kontroli), chciałem zatrudnić absolwentów pierwszego roku i rozesłałem pytania do dyrektorów, komu tacy absolwenci są potrzebni. Odpowiedź z reguły była taka, że bardzo w NIK-u są potrzebni, ale my nie przewidujemy. W naszym departamencie, czy w naszej delegaturze, bo NIK ma strukturę w całej Polsce – nie, w ogóle tak.

Oczywiście, trzeba było jednego z ważnych dyrektorów upoważnić, żeby osobiście załatwiał sprawę zatrudnienia, i to od razu na wysokich stanowiskach. Jaki to dało efekt? Ponad połowa absolwentów tego pierwszego rocznika wylądowała w Najwyższej Izbie Kontroli. To nie jest normalne. NIK jest ważny, ale nie tak, żeby ponad połowę brać. Okazuje się, że w innych instytucjach ten opór był skuteczniejszy, niż w NIK-u. Czy ten opór jest czymś niezwykłym? Nie, nasz ludzki świat taki jest. To jest czymś zwykłym. Trzeba go tylko umieć przełamywać, i to już jest sprawa tych, którzy rządzą na poziomie politycznym, ich determinacji i ich umiejętności ryzykowania. Inaczej mówiąc, to, jak Państwo będziecie wykorzystani – mówię o Paniach i Panach, którzy studiują – w dużym stopniu będzie zależało od tych, którzy zadecydują o Państwa pierwszej pracy. Jakie to dało rezultaty po piętnastu, szesnastu latach? Otóż na poziomie wiceministrów, czyli podsekretarzy stanu, jak to się w Polsce nazywa formalnie, jest olbrzymia ilość absolwentów prawa. Są oni wśród ministrów, przynajmniej w poprzednim rządzie, są wśród dyrektorów departamentów, są wśród ambasadorów. Są też tacy, którzy zrezygnowali z pracy państwowej, są tacy, którzy zrobili dużą karierę w sektorze publicznym w gospodarce i są dzisiaj prezesami wielkich firm. Generalnie rezultat jest pozytywny. Ta szkoła jest nie tylko wzmocnieniem państwa, jest także w sensie indywidualnym źródłem życiowego powodzenia, czego Państwu życzę. Myślę, że w przypadku Ukrainy będzie podobnie.

Przejdźmy teraz do tych spraw, o których mówiła Pani Prezydent, związanych z kształtowaniem się merytokratycznego aparatu państwowego – służby cywilnej. W Polsce dzisiaj w zasadzie na wyższych stanowiskach państwowych – wyższych to nie oznacza tylko dyrektorów departamentów – także znacznie niżej powinni pracować ludzie, którzy są w tak zwanym korpusie służby cywilnej, jest jeszcze inny korpus służby dyplomatycznej, ale teraz mówię o korpusie służby cywilnej. Trzeba zdać odpowiednie egzaminy do pewnego szczebla, obejmowane są w zasadzie na drodze konkursu. Założeniem jest apolityczność, czyli, Proszę Państwa, taka, że przychodzi nowy rząd, nowy minister i ma w ręku aparat, który działa, jest tak ostry, jak brzytwa, można powiedzieć, wykonuje te zadania, które są mu powierzone. A kształt tych zadań wyznacza elektorat, w drodze wyborów dając temu czy innemu pierwszeństwo. Takie jest założenie. Gdyby ono było w stu procentach realizowane, bo byłoby słuszne, ale są pewne problemy. Czy zasada służby cywilnej jest dobra? Tak. Czy zasada zamkniętej służby cywilnej jest dobra? Czyli taka, że w istocie kandydować na określone stanowisko może tylko ten, który już w tej służbie jest? Tutaj muszę powiedzieć, miałbym pewno wątpliwości.

Zasada korpusu służby cywilnej określa to, że robi się dyrektorem szwagra, mówię tu o pewnym przysłowiu, które funkcjonowało w Polsce. Ale to nie tylko przysłowie, bo sam bym takie przykłady sprzed piętnastu, dziesięciu lat potrafił podać. To jest rzeczywiście niemożliwe przy tej regule, ale proszę też pamiętać o innych niebezpieczeństwach, które w Polsce o sobie dają znać. To sprawa korporacjonizmu. Mamy zamknięte korporacje, czyli takie, które daję się uzupełnić tylko w drodze kooptacji, czyli sami członkowie tej grupy decydują, kto do niej przystąpi. Bez ich zgody się do tej grupy nie przystąpi. Oczywiście, korpus służby cywilnej, jeżeli jest zamknięty, to zaczyna tworzyć taką korporację. Taka jest ludzka natura, na to się nic nie poradzi. A jeżeli tak, to korporacja ma swoje poprawne myślenie, ma swoje przekonania. I kończy się okres, że każdy minister przychodzący do rządu może powiedzieć, że ów aparat jest ostrym narzędziem w ręce. To może zależeć od tego, czy ów minister ma przekonania zgodne z przekonaniami tej korporacji. Jak zgodne, to wszystko w porządku, jak odmienne, to może być zasadniczy opór. Nie mówię tutaj tylko o polskich doświadczeniach, to są też doświadczenia brytyjskie na wielką skalę. Jestem zwolennikiem merytorycznej służby cywilnej, ale pod jednym warunkiem – że ta korporacja pozostaje korporacją twardą, że jeżeli powstaje konkurs na dyrektora departamentu w ministerstwie, to nie ma zasady, że tam mogą startować tylko ci, którzy już są w korpusie służby cywilnej, że zapewniona jest zasada, że członkowie służby wybierającej nie pochodzą ze służby cywilnej, bo nikt nie powinien być sędzią w swojej własnej sprawie. To jest zasada, która, moim zdaniem, jest zdrowsza i wyrażam tutaj przekonanie, które wcale nie uchodzi za poprawne. Ale ja w niejednej sprawie mam niepoprawne przekonania. To tyle. Z jednej strony życzę Ukrainie i Państwu powodzenia w budowaniu merytorycznego aparatu, ale z drugiej strony nie powielajcie tych błędów, które my już popełniliśmy. Już się tak stało, bo można ich było spokojnie uniknąć.

Przejdźmy teraz do tego, co miało być podstawą mojego krótkiego wystąpienia, mianowicie drogi naszych krajów tu, w Europie i w Unii Europejskiej. Zacznijmy od rzeczy podstawowych, o których już mówiliśmy. W latach 1989-1991 nasze kraje odzyskały to, co im się należało, czyli niepodległość i zaczęły niejako nowe życie. Oczywiście, inna była nieco sytuacja Ukrainy, inna Polski. Polska tutaj miała więcej szczęścia w historii. Powstało pytanie, co czynić, jak odpowiedzieć na pytania o przyszłość. W polskiej sytuacji te pytania były stosunkowo proste, ale nie znaczy to, że przeszły bez dyskusji. Kiedy w 1991 roku pewna grupa polityków, do których i ja się zaliczałem, zaczęła forsować problem wejścia do NATO – ja rozumiem, że Ukraińcy to trochę inaczej odbierają, Polacy odbierali to znacznie bardziej pozytywnie – to początkowo uważano, że to awanturnictwo. Tworzono koncepcję jakiejś nowej neutralności, niektórzy forsowali zasadę rozwiązania wszystkich paktów wojskowych. Pamiętamy, że w lipcu 1991 rozwiązano Układ Warszawski. Takie poglądy reprezentowali ludzie bardzo zacni i zasłużeni, jak prezydent Havel, najpierw prezydent Czechosłowacji, a później Czech. Tylko to wszystko się okazało mało realne. Okazało się, że NATO jest jedynym ośrodkiem jako takiej stabilizacji na świecie, a w szczególności w naszej sferze cywilizacyjnej. Oczywiście, nie jest ideałem, ma wiele wad, ale wszystkie ludzkie organizacje mają wady. Polska około 1993 roku zdecydowała się na marsz w tym kierunku, który nie był prosty i został zrealizowany w roku 1997. W tym samym mniej więcej czasie, w latach 1992-1993, zwyciężyła tutaj z mniejszym oporem koncepcja przystąpienia do Unii Europejskiej. Czy było łatwo? Ponad dwanaście lat wysiłków. Polska weszła dopiero w 2004 roku do Unii. Zdaję sobie sprawę, nie będę w tej chwili wchodził w to, dlaczego stanęła przed tymi pytaniami nieco później, ale to, co łączy nasze narody, to w każdym razie jest bardzo związane z postawą naszego kraju i to nie tylko od roku 2004, ale także wcześniej, niezależnie od tego, czy ja, czy Pan Aleksander Kwaśniewski był prezydentem Polski, to jest nastawienie na to, w zależności oczywiście od ukraińskich, nie od polskich decyzji, we wspieraniu Ukrainy, jeżeli wybierze podobną drogę. To jest najistotniejszy element naszego wspólnego losu. Uważamy, że przy wszystkich wadach Unii Europejskiej, bo to też nie jest organizacja bez wad, że to jest rozwiązanie najlepsze.

Teraz powstaje odpowiedź na pytanie dlaczego. Czy ona ogranicza suwerenność państw narodowych? Powiedzmy sobie smutną prawdę: tak. Z drugiej strony trzeba sobie jasno powiedzieć, że choć w innych okolicznościach historycznych, to i Ukraina, i Polska są tej niezawisłości głodne – po tylu latach przerwy, po takich historycznych doświadczeniach nie ma się czemu dziwić. Czy Unia Europejska jest takim miejscem, gdzie tylko sama słodycz płynie i miód? Nie. Także twarda walka o interesy, to trzeba to sobie jasno powiedzieć. Czy Unia Europejska jest, jeżeli chodzi o przynależność poszczególnych państw, organizacją demokratyczną? Nie, jest republiką arystokratyczną, jest republiką w ramach której państwa najsilniejsze mają dużo więcej do powiedzenia, niż państwa słabsze – to trzeba sobie jasno powiedzieć. Więc trzeba sobie jeszcze odpowiedzieć na pytania: po co chcieliście tam wstępować, jesteście jak na Europę stosunkowo dużym państwem, ale nie największym na pewno – jeżeli chodzi o stopień rozwoju to mamy pięćdziesiąt kilka procent przeciętnej Unii Europejskiej? Otóż, Szanowni Panie i Panowie, powody są następujące: jeżeli się leży w tej części Europy co Polska, choć Ukraina jest terytorialnie większa niż Polska, prawie dwa razy, to wtedy trzeba dokonywać wyborów, po której się jest stronie. Ani Polska, ani Ukraina nie są Norwegią, która leży sobie na peryferiach, ma olbrzymie złoża ropy, jeżeli chodzi o produkt krajowy brutto, to jest 170 procent przeciętnej europejskiej, czyli niezwykle bogate państwo, zatem ono sobie może na to pozwolić. Ale nie my, i to też jest wspólnota naszego losu. Dlatego, że świat nie jest taki, jakbyśmy chcieli, tylko taki, jaki jest. Trzeba sobie jasno powiedzieć, że Rosja (stwierdzam fakty, nie oceniam jej), była, jest i będzie bardzo ważnym czynnikiem politycznym nie tylko w tej części świata, ale także w Azji. Po drugie, siła Rosji się odradza i to prawie z miesiąca na miesiąc. Kolejny fakt jest taki, że nasi rosyjscy partnerzy mają bardzo wiele szczęścia danego przez Boga czy przez naturę, bo olbrzymie złoża ropy są dzisiaj argumentem czysto strategicznym. I system wartości, który wyznaje, przynajmniej teraz, jest nieco odmienny od demokratycznego. Powtarzam: nie oceniam tego, po prostu tak jest. Więc jeżeli jest się w centrum Europy, to trzeba dokonać pewnego wyboru, w jedną albo w drugą stronę. A jedna z tych stron prowadzi w stronę Unii Europejskiej. Unia jest pierwszą bodajże w historii świata organizacją, gdzie zasada równowagi sił została zastąpiona zasadą solidarności i współpracy. Oczywiście, kiedy mówię o zasadzie współpracy i solidarności, to nie mówię o warunkach idealnych, bo mówiłem, że w Unii jest walka i konkurencja. Ale czy wyobrażacie sobie teraz wojnę między Polską a Niemcami? Są różne spory, nawet ostre, ale to jest kompletnie niemożliwe. A ile tych wojen było w przeszłości? Czy wyobrażacie sobie dzisiaj wojnę między Francją a Niemcami? Też nie. Oni bardzo cicho, ale się kłócą. A ile tych wojen było w przeszłości? Pewne reguły, które funkcjonowały w Europie i na całym świecie, też brutalnie, a w Europie też przez całe wieki, przez Unię niejako zostały zawieszone. Nie ma wojny, jest konkurencja, w której dominuje współpraca i solidarność pozwalająca na to, żeby państwa opóźnione w rozwoju gospodarczym nadrabiały to opóźnienie.

Szanowni Państwo, najczęściej się podaje tutaj przykład Irlandii. On ani dla Polski, ani dla Ukrainy nie jest do końca przykładem instruktywnym, bo Irlandia jest krajem ponad czteromilionowym a Ukraina ma 47 milionów ludności, Polska ma 38 milionów, więc to jakby inne organizmy gospodarcze. Irlandia, która była symbolem biedy dla Europy, dziś może nie jest jak Norwegia, ale ma ponad 140 procent przeciętnej europejskiej. Powtarzam, przedtem symbol biedy. Finlandia, też dzisiaj jeden z rozwiniętych krajów, kiedyś nie tak biedny jak Irlandia, ale stosunkowo biedny. W końcu przejdźmy do kraju z nami porównywalnego ludnościowo między Polską a Ukrainą, powierzchniowo bliżej nieco Ukrainy, niż Polski – Hiszpanii. W Unii Europejskiej od 21 lat, około 50 lat temu kraj na poziomie ówczesnej socjalistycznej, szybko rozwijającej się Polski. Tak, bo wtedy przecież Polska tak jak wszystkie kraje socjalistyczne była na drodze szybkiej industrializacji, wydawało się, że może socjalizm ogranicza wolność człowieka, ale w sensie gospodarczym jest efektywny. Dzisiaj, jeżeli chodzi o Hiszpanię, jest ona ponad dwukrotnie bardziej rozwinięta od Polski. Oczywiście, to następowało już przed przystąpieniem do Unii, przed 1986 rokiem, ale w olbrzymim stopniu nastąpiło w ciągu ostatnich 22 lat, czyli od kiedy Hiszpania należy do Unii Europejskiej. Hiszpania jest wzorem kraju, który wykorzystuje środki unijne, w sposób mistrzowski potrafi je wykorzystywać, ale i Polska, i Ukraina mogą się spokojnie z Hiszpanią porównywać. Powtarzam: liczba ludności 42 miliony, czyli trochę więcej, niż w Polsce i trochę mniej, niż na Ukrainie, powierzchnia 500 tysięcy kilometrów, czyli większa niż w Polsce, mniejsza niż na Ukrainie, taki kraj całkowicie z nami porównywalny. Z tego punktu widzenia możliwości wykorzystywania w ramach solidarności europejskiej środków na inwestycje, które mniej więcej sięgają 4 procent PKB danego kraju, przy dobrym rozwoju tego kraju – ale 4 procent nie ogóle, lecz 4 procent przeznaczonych na inwestycje, można powiedzieć w przenośni, za darmo – jeżeli to jest dobrze wykorzystywane, to może być potężnym czynnikiem rozwoju. I w ogóle szybko się rozwija. Ale przyrost eksportu jest już w ogóle szybki. Dlaczego? Bo otworzyły się rynki.

Otwierają się też rynki pracy. Niektórzy już nawet narzekają, że tak dużo ludzi wyjechało, szczególnie ludzi młodych. Ale oni przecież poprawiają tam swoje kwalifikacje, polepszają warunki życia. Większość z nich jednak wraca. Ci ludzie przysyłają też do Polski niemałe pieniądze. Jeżeli w Polsce wzrost konsumpcji w ostatnich dwóch latach wyniósł prawie 32 procent – wzrost konsumpcji bieżącej, sprzedaży detalicznej, nie licząc poważnych inwestycji, takich jak zakup domu czy mieszkania – to nie z tego powodu, że płace wzrosły, one oczywiście też wzrosły znacznie, ale nie o 32 procent. Nie tylko z tego powodu, że gwałtownie zmalało bezrobocie, nie z powodu wyjazdów, ale też z tego powodu, że powstał ponad milion miejsc pracy. To są konkretne korzyści, to jest szansa.

My Was do tego namawiamy. Można powiedzieć: działacie tylko z powodów takich, które można określić jako wynikające z solidarności. Zapewniam Państwa, że solidarność odgrywa tu istotną rolę, ale myślimy też o swoich interesach. Powiedziałem przed chwilą, że ten świat, ten świat Unii Europejskiej, jest światem nieco arystokratycznym, takim trochę zhierarchizowanym. Polska ma tam coś do powiedzenia. Najlepszy dowód, że wywalczyliśmy tam to, co chcieliśmy w traktacie unijnym. Ale Polska razem z Ukrainą, czy Ukraina razem z Polską miałaby do powiedzenia nieporównanie więcej. Powtarzam, nieporównanie więcej. I to też jest taki nasz pomysł na życie. Więc działamy tutaj w obopólnym interesie, a nie tylko własnym.

W końcu dwa słowa dotyczące NATO. Wiem, że w społeczeństwie ukraińskim ten problem jest kontrowersyjny, ale weźcie pod uwagę, że NATO to organizacja, która daje stabilizację. Też podam może na sam koniec, bo już długo mówię, przykład. Nie dotyczy on ani Ukrainy, ani Polski. Są takie dwa kraje w NATO, które tradycyjnie są lekko skłócone: Grecja i Turcja. Pytam się, ile wojen by między nimi wybuchło, gdyby nie to, że należą do NATO. A jaka wojna wybuchła? Żadna. Dwa razy było bardzo blisko w sprawie Cypru, ale nigdy jednak wojna nie wybuchła. Poza tym Ukraina jest tutaj w regionie zdecydowanie największa, silnie związana z możliwością przynależności do NATO państw leżących na południowym wschodzie, w szczególności Gruzji. Stabilizacja Gruzji jest dla nas wspólnym warunkiem tego, żebyśmy mogli otrzymywać zaopatrzenie w gaz i ropę naftową z krajów leżących dalej, z Azerbejdżanu dzisiaj, a później być może jeszcze z innych krajów. To jest bardzo istotne dla naszej energetycznej suwerenności, a dzisiaj ta energetyczna suwerenność jest ważną częścią suwerenności w ogóle.

I jeszcze jedna szansa Unii, w szczególności dla młodych ludzi. Wszystkie kraje po komunizmie przeżywają eksplozję edukacyjną, ale Unia to bardzo ułatwia. Szansa dla ludzi zdolnych, szanse uzupełnienia wiedzy o to, co wiedzą na Zachodzie, biegłej nauki języków, zdobywania doświadczeń w managemencie na Zachodzie. (mówię: zdobywanie doświadczeń, bo mi się nie podoba, jak ci ludzie wyjeżdżają i nie wracają, ale jak ktoś wyjeżdża nawet na dziesięć lat i wraca do swojego kraju, to wtedy jest sprawa inna) rosną w Unii w sposób niepomierny. Określiłbym to jak jeden do ośmiu czy do dziesięciu. Powtarzam, to jest podstawowy wymiar naszego wspólnego losu, ale dopóki się to nie ziści – a nie będzie to jutro – musimy z dnia na dzień, z godziny na godzinę wzmacniać nasze realne stosunki. Musimy przełamywać wszelkie uprzedzenia, bo jak mówił były ambasador w Warszawie, jeszcze z czasów prezydenta Kuczmy, w czasie II wojny światowej w armii, która, co by o niej nie powiedzieć, zwyciężyła (zresztą poległo w mniej bardzo wielu Ukraińców), samoloty myśliwskie zawsze latały po dwa, bo to było w walce powietrznej bardziej skuteczne, niż latanie w pojedynkę, nawet przy najlepszych pilotach. Chyba mnie Państwo rozumiecie. Dziękuję bardzo.”

Poleć znajomemu


Opuszczasz oficjalny serwis Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej


Dziękujemy za odwiedzenie naszej strony.

Zapraszamy ponownie.