przeskocz do treści | przeskocz do menu głównego
Oficjalna strona Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej
| |
A | A | A
Możemy przegrać bitwę o Polskę

Prezydent RP w rozmowie z "Dziennikiem" przedstawia swoją wizję państwa, polityki zagranicznej, dzisiejszej lewicy i prawicy oraz mówi o roli tajnych służb i czekających nas konfliktach kulturowych.

Cezary Michalski, Piotr Semka: Czy pan prezydent był zwolennikiem objęcia stanowiska premiera przez Jarosława Kaczyńskiego?

Lech Kaczyński: Oczywiście. To, że szef partii rządzącej zostaje premierem, jest absolutnie naturalne.

Zatem dlaczego nastąpiło to dopiero teraz?

Na kilka miesięcy przed wyborami samorządowymi zaistniała bardzo trudna sytuacja w Warszawie. A jakim imperium jest stolica, nie trzeba tłumaczyć. Prezydent Warszawy to niezwykle istotne stanowisko, o ogromnym zakresie realnej władzy.

Mówi się, że jest ono odskocznią od ogólnopolskiej kariery politycznej...

Ja nie traktuję tego w ten sposób. Niemal 2-milionowe miasto z ogromnym majątkiem, dysponujące 8-miliardowym budżetem i około 8 mld w obiegu pozabudżetowym, samo w sobie daje ogromną władzę, ale wymaga też ogromnej odpowiedzialności. A poza tym, wbrew temu, co się mówi, samorządy mają w Polsce bardzo szerokie uprawnienia w porównaniu z innymi państwami.

A jakie były argumenty z punktu widzenia polityki ogólnopaństwowej?

Po prostu Platforma Obywatelska ogłosiła, że kto wygra w Warszawie, wygra w Polsce wybory samorządowe. Znając polską rzeczywistość medialną, przychylność wielu środków przekazu dla PO, ten scenariusz mógłby być zrealizowany.

Nie było innych powodów, wynikających np. z napięć w PiS?

Nie, nie było. Istniała natomiast pewna nierówność w traktowaniu przez media dwóch czołowych polityków Prawa i Sprawiedliwości, czyli prezesa partii i byłego premiera. To bodajże jeden z panów powiedział w telewizji, że wszelką polityczną cenę obecnej koalicji, do której PiS się wcale nie paliło, ponosił wyłącznie Jarosław Kaczyński. Tłumaczyło to spadek jego popularności. Lwie spółki w polityce to kiepski pomysł.

To znaczy?

Lwie spółki to w prawniczej terminologii takie, w których jedna strona ponosi koszty, a druga konsumuje zyski. One były zresztą zakazane jeszcze na gruncie prawa rzymskiego.

Jeśli osoby, którym przydziela się różne role, pozostają lojalne, to może nierówny podział kosztów i zysków przekłada się na korzyść całego obozu. Czy Marcinkiewicz przestał być lojalny?

Jeśli Marcinkiewicz przestałby być lojalny, to przecież nie otrzymałby propozycji kandydowania na prezydenta stolicy z wielkimi szansami na objęcie tej funkcji. Natomiast uważam, że ani w życiu, ani w polityce lwich spółek być nie może.

Jak teraz będzie wyglądał podział kompetencji pomiędzy prezydentem i rządem? Czy polityka zagraniczna pozostanie w gestii Pałacu Prezydenckiego?

To mit, że polityka zagraniczna była kierowana wyłącznie z Pałacu. Mamy tu do czynienia z faktami medialnymi, których związek z rzeczywistością jest więcej niż wątły. Przecież premier wykazywał znaczną aktywność, zwłaszcza na arenie europejskiej, która dla Polski jest kluczowa. Ja również byłem aktywny, wcale temu nie zaprzeczam, w końcu chodzi tu o moje uprawnienia konstytucyjne. Nic się w tej sferze nie zmieni, a być może nawet w wyniku ustaleń z nowym premierem przejmę więcej zadań, co pozwoli mu na większą koncentrację na polityce wewnętrznej. Tej sprawy jeszcze nie uzgodniliśmy. Jest zresztą mitem, że nasze kontakty są tak ścisłe, choć często rozmawiamy przez telefon.

Czy poza polityką zagraniczną chce pan wzmocnić swoją obecność jeszcze w jakiejś sferze polskiej polityki? Czy np. Biuro Bezpieczeństwa Narodowego zacznie pracować w sposób bardziej ożywiony? Są tam problemy z obsadą.

Tak. I objęcie premierostwa przez Jarosława ich nie rozwiązuje. Odwrotnie, zapotrzebowanie na ludzi będzie jeszcze większe. To jest tylko i wyłącznie sprawa znalezienia osoby, która ma wystarczające doświadczenie. Moje otoczenie składa się ze znakomitej grupy ludzi w wieku 30 - 40 lat, nieporównanie silniejszej niż ta, którą dysponuje np. nasza konkurencja z PO. Natomiast szef BBN musi się spotykać jak równy z równym z najważniejszymi światowymi politykami, musi mieć wystarczający autorytet. Powstaje pytanie, czy to może być osoba koło trzydziestki. Na Zachodzie podobne stanowiska zajmują ludzie znacznie starsi.

Problem może być szerszy. Pani prof. Jadwiga Staniszkis w wywiadzie dla "Dziennika" cieszyła się z przełomu, jakim było mianowanie 30-latka, Joachima Brudzińskiego, sekretarzem generalnym PiS, a jednocześnie ostro skrytykowała pańską politykę personalną. Powiedziała, że w Kancelarii Prezydenta w randze ministrów stanu pracują osoby o formacie sekretarek i że nie ma potencjału, by skonsumować prerogatywy prezydenta w zakresie polityki zagranicznej.

Uważam wypowiedź Jadwigi Staniszkis za skrajnie niegrzeczną i nieprawdziwą. Pani profesor prowadzi niezrozumiałą kampanię przeciwko niektórym moim współpracownicom, mimo że nie zna ani ich, ani też ich dokonań. Jej krzywdzące stwierdzenia mogły np. dotyczyć osoby, która była lokomotywą Warszawy i dyrektorem budowy Muzeum Powstania Warszawskiego. Osoby, która umie błyskawicznie zdobywać wiedzę i doskonale kompletować ekipę współpracowników.

Bardzo łatwo klasyfikuje pan krytyczne opinie jako "element kampanii", pewien plan skierowany przeciwko panu.

Dziś media są skłonne do ferowania ostrych ocen na bardzo wątłej podstawie źródłowej. Jeśli przeprowadzić porównanie z moim poprzednikiem i, delikatnie mówiąc, jego potknięciami, to w tym przypadku krytyczne głosy były nad wyraz powściągliwe. W takich ocenach tkwi właśnie zasadnicza różnica i szkoda, że panowie tego nie widzą.

Z naszego dziennikarskiego punktu widzenia ochrona rozciągnięta nad Aleksandrem Kwaśniewskim rzeczywiście była czymś dziwacznym i niepożądanym. Ale pan prezydent czy pan premier Jarosław Kaczyński zamiast domagać się zdjęcia tej ochrony ze wszystkich polityków, chcielibyście rozciągnięcia jej także na was.

Tu nie chodzi o rozciąganie ochrony, ale wyłącznie o uświadomienie mediom i opinii publicznej, że polityk, tak jak każdy inny człowiek, ma prawo do godności osobistej i obrony przed kłamstwem, które to prawo powinno być realizowane w odpowiednim czasie i formie. W tej chwili media mają ogromną władzę i nie ponoszą za nią żadnej odpowiedzialności. Tego nie można zaakceptować.

Musiał pan jednak przyjąć dymisję ministra Urbańskiego i nie udaje się panu znaleźć osoby, która mogłaby go zastąpić. Wielu komentatorów twierdzi także, iż Anna Fotyga nie jest wystarczająco silnym politykiem, by przewodzić polskiej polityce zagranicznej.

Jeśli chodzi o dymisję Andrzeja Urbańskiego, to nie tyle ja musiałem ją przyjąć, ile on chciał ją złożyć. Oskarżenia formułowane przez "Rzeczpospolitą" były puste, co przyznała zresztą sama gazeta, tyle że skromnie ukrywając ten fakt na żółtych stronach. Me postawiono żadnych zarzutów naruszenia prawa. Przedstawiono to tak: dziś Urbański jest szefem Kancelarii Prezydenta, który chce rozbijać układy. A kilkanaście lat temu był w spółce pana Nawrata, barona SLD, człowieka, który popadł w konflikt z prawem. Tyle tylko że baronem SLD Nawrat został znacznie później, wtedy też rozpoczęły się jego problemy z wymiarem sprawiedliwości. Należy też pamiętać o okolicznościach tego ataku. Za chwilę miał się odbyć kongres PiS, na którym miałem zrezygnować z członkostwa w partii. Znając mechanizmy mediów, sądzę, że sprawa Urbańskiego zdominowałaby doniesienia Uważam, że jestem przedmiotem bardzo różnych ataków związanych z interesami właścicieli mediów, a także z wpływami służb specjalnych.

Czy pan prezydent nie nadużywa tropów tajności? Gdy wyszła sprawa agentów w Kościele, sugerowanie, że może być przez kogoś prowadzona w tej sprawie kampania budząca niepokój o bezpieczeństwo państwa, zabolało dziennikarzy, którzy poruszali tę sprawę w trosce o Kościół.

Jeżeli na dzień przed wizytą papieską ukazuje się artykuł o księdzu, który był wprawdzie nie hierarchą Kościoła, ale osobą bardzo wpływową, a następnie po udanej wizycie Ojca Świętego w Polsce ukazuje się następny artykuł, również o osobie bardzo znanej, czyli o ks. Malińskim, to trudno tych faktów nie zestawiać.

W przypadku ks. Malińskiego to "Tygodnik Powszechny" napisał o podejrzeniach wobec swego autora. Redakcja nie chciała reagować dopiero na ogłoszenie tej sprawy przez inne media czy przez ks. Isakowicza-Zaleskiego.

Można to było zrobić tydzień później.

Przejdźmy do spraw międzynarodowych. Pana reakcja na atak "Tageszeitung" sprawiała wrażenie, że poczuł się pan osobiście dotknięty. Przysłoniło to problem, że w Niemczech w ogóle zmienia się na gorsze ton mówienia o Polsce. Atak był głupi i wulgarny, ale czy nie należało raczej wskazać tego drugiego problemu?

Odpowiem bardzo jasno. Nie chodziło o atak na mnie, ale na mojego brata, a przede wszystkim na naszą matkę. Jeżeli panowie tego nie uważają za wartość, to nie mamy o czym rozmawiać. Tu zostało naruszone wszelkie tabu europejskiej kultury. Stopień wulgarności i chamstwa tego artykułu przekroczył wszelkie granice.

Gdyby ktoś zechciał storpedować stosunki pana prezydenta np. z Hiszpanią, to zapłaci za opublikowanie w tamtejszej prasie jeszcze plugawszego artykułu na temat pana rodziny, bo będzie mógł uważać, że to skuteczny sposób paraliżowania polskiej polityki zagranicznej.

Po pierwsze, nie sądzę, aby ten mechanizm był tak łatwy do powielenia Po drugie, zarzucanie mi, że nie zwracałem uwagi na ton pisania o Polsce, wynika z niewiedzy. Bo na przykład był to jeden z ważniejszych problemów poruszonych przeze mnie w rozmowie z panią Merkel. Proszę też pamiętać, co by się stało, gdyby jakieś pismo w Polsce napisało podobny artykuł na temat rodziny pani kanclerz i jej samej. Co by się działo?! - straszliwe oburzenie polskiej elity.

Niemcy wskazują na okładkę "Wprost" z Eriką Steinbach w mundurze gestapo ujeżdżającą kanclerza Schrodera.

Ta publikacja dotyczyła polityków, a nie ich najbliższych.

Żona prezydenta Chiraca miała kiedyś poważne problemy psychiczne, mówiono wręcz o próbie samobójstwa. Tamtejszy Canal Plus wyśmiewał to w swoim satyrycznym programie prawie codziennie. Równie brutalnie atakowano na łamach lewicowej prasy Margaret Thatcher czy Ronalda Reagana. Tak niestety wygląda współczesna liberalna norma.

Atakowanie żony prezydenta Chiraca jest absolutnie oburzające, ale nie ma tu żadnego porównania z wulgarnością tekstu, który trudno określić mianem satyry. Poza tym najbardziej politycznie nieuczciwym elementem całej akcji było twierdzenie, że to z powodu artykułu nie pojechałem do Weimaru. To nieprawda. Przyczyny były rzeczywiście zdrowotne. Poza tym Francja czy Niemcy nie musiały odwoływać spotkania, bo mógł mnie zastąpić premier Kazimierz Marcinkiewicz.

A więc to oni odwołali spotkanie, skoro okazało się, że pan nie może jechać?

Tak. Pani Merkel przy pożegnaniu z premierem Marcinkiewiczem kilkanaście dni wcześniej zapytała go: "Kto przyjedzie - Kaczyński czy ty?" (Jest taki zwyczaj, że premierzy państw europejskich zwracają się do siebie per ty.) Nie wiem, dlaczego propozycja, że Polskę będzie reprezentował premier, została później odrzucona przez Niemców i Francuzów. To oni odwołali szczyt, a nie my. Jednym z powodów, dla których zajmuję tak twardą postawę, jest mój ogląd rzeczywistości, jeżeli chodzi o świat naszych elit. One często nie biorą pod uwagę naszego interesu narodowego. Jeśli dodać do tego postawę polskich mediów, to myślę, że nasza bitwa o Polskę może zostać przegrana.

To zaskakująco pesymistyczna diagnoza...

Nawet Leszek Miller powiedział w wywiadzie dla "Dziennika", że media są dla nas dużo groźniejsze niż opozycyjni politycy, bo tylko za pośrednictwem mediów różne grupy interesów mogą atakować i osłabiać władzę w sytuacji, gdy opozycja jest słaba i bezradna. Natomiast Aleksander Hall w "Gazecie Wyborczej" atakuje bezpardonowo PiS, Jarosława Kaczyńskiego i mnie, choć wikła się w sprzeczności, to zarzucając nowemu premierowi, że jest wodzem bez wizji, to przyznając mimochodem, że Jarosław Kaczyński nie chce władzy dla splendoru i korzyści materialnych, ale chce jej dla zrealizowania właśnie swojej wizji: budowy IV RP.

Na jakiej podstawie sądzi pan, że ta nieformalna władza elit i mediów jest dzisiaj większa niż władza ugrupowania, z którego wywodzi się zarówno premier, jak i prezydent?

Nie było żadnych istotnych powodów, dla których stopień poparcia społecznego niektórych polityków KS gwałtownie się obniżył. Czy były jakieś afery z nimi związane? W końcu nic złego nie stało się przez tych parę miesięcy.

Popularność pana i Jarosława Kaczyńskiego rzeczywiście się obniżyła, natomiast poparcie dla PiS pozostaje stale. Może gdyby szybciej realizować społeczny program Prawa i Sprawiedliwości...

Podjęcie dzisiaj rewolucji, która np. doprowadziłaby do sprawiedliwej dystrybucji majątku narodowego przejętego po roku 1989, do wywłaszczenia obecnych oligarchów, jest w sytuacji przynależności Polski do UE całkowicie niemożliwe. Dlaczego te środowiska z tak olbrzymią siłą ciągnęły do UE? Bo mechanizm Unii pozwala na zabetonowanie ich wpływów. Także zmiany w służbach specjalnych posuwają się powoli.

Skierowali tam państwo najbardziej lojalnych i rozpoznawalnych ludzi: Wassermanna, Dorna i Sikorskiego. Nie dają sobie rady czy opór jest tak silny?

Minister Dorn na pewno mocno się stara, minister Wassermann również. W cywilnych służbach kilkaset osób, najczęściej wywodzących się jeszcze z SB, złożyło w ciągu kilku ostatnich miesięcy wymówienia. Tam sprawa została już praktycznie zakończona.

Nie wymienił pan Sikorskiego, czyżby jemu szło gorzej i dlatego należało go wzmocnić Macierewiczem?

To nie jest kwestia lepiej czy gorzej. Minister Sikorski ma niezwykle trudne zadania związane z WSI i niewątpliwie bardzo się stara. Chodzi o to, że w tej sferze opór jest rzeczywiście bardzo silny, co nie znaczy, że nasze plany nie zostaną zrealizowane. Jestem pewien, że państwo na nowo wchłonie służby, które w ostatnich kilkunastu latach się od tego państwa zupełnie oderwały. Sprawa WSI jest sztandarowa, chociaż ci, którzy wszystkie dziwne historie mające miejsce w Polsce łączą z WSI, oczywiście się mylą, bo one aż tak wszechmocne nie są.

Czy tylko ludzie dawnych służb utrudniają realizację wyborczego programu PiS, szczególnie w części społecznej?

Jestem daleki od ulegania magii służb. Istnieje wiele innych spraw związanych z układem sił. I tutaj jest pies pogrzebany. Trzeba podjąć ciężką walkę, by polski kapitał nie kreował się w oparciu o wykorzystywanie szeroko pojętego majątku publicznego. I nie chodzi tu tylko o budżet. Podstawowy mechanizm gospodarki, czyli mechanizm konkurencji - w który ja co do zasady wierzę, choć nie uważam, aby była to podstawowa reguła życia społecznego - został zastąpiony innym mechanizmem - układowym. Nie ma się co męczyć przez doskonalenie zarządzania, technologii, wystarczy mieć dobre układy przy kasie państwowej. Na przykład przy zamówieniach publicznych.

Czy udało się państwu stworzyć mechanizmy, dzięki którym walka z układem przełoży się na zmianę sytuacji całych grup społecznych? Czy jest szansa, żeby nauczyciele pod władzą PiS też dostali 30-proc. podwyżki, co wywalczyli sobie lekarze niejako przeciwko PiS?

Mówiliśmy o pewnych procesach patologicznych. Status nauczycieli jest bardzo istotny, ale to zupełnie inna sprawa. Natomiast jeśli chodzi o proces wykrywania miejsc patologicznego wypływu pieniędzy, to mamy uderzenie w PZU - usunięcie dotychczasowego kierownictwa i przejęcie firmy przez nowe, co spotkało się z niezwykle silnym atakiem.

Jest pan przekonany co do jakości nowych kadr? Nominacje panów Bogusława Marca czy Jaromira Netzla wzbudziły sporo kontrowersji.

O prezesie Netzlu mówi się, że to człowiek o charakterze czołgu podwójnie uzbrojonego. Zobaczymy.

Jego kandydatura nie wyszła z kręgu Ryszarda Krauzego?

Z tego, co słyszałem o panu Netzlu, sądzę raczej, że to taki typ samotnego wilka. Natomiast wszelkie sugestie, że zamierzamy tworzyć nowy układ, np. z Ryszardem Krauzem, że się go wpuszcza do PZU, by mógł stamtąd pompować pieniądze, traktuję jako ciężkie pomówienie. Owszem, znam pana Krauzego i życzę mu dalszych sukcesów w działalności gospodarczej. Oczywiście takiej, która nie będzie miała nic wspólnego z drenażem publicznych środków.

Chcielibyśmy jeszcze zapytać o kwestie kadrowe. Jak pan prezydent ocenia sytuację Wildsteina? W sporze pomiędzy nim a ludźmi promującymi do nowych władz TVP SA funkcjonariuszy Roberta Kwiatkowskiego jego przeciwnikami są nie tylko politycy Samoobrony i LPR, ale także Sławomir Siwek z PiS.

Myślę, że Bronisław Wildstein, obejmując funkcję prezesa TVP, był przygotowany na różnego rodzaju trudności, z którymi przyjdzie mu się zmagać.

Może panu zaufał?

Na pewno nie mnie, moja znajomość z panem Wildsteinem ogranicza się do przelotnych spotkań przy różnego rodzaju mniej lub bardziej oficjalnych okazjach. Jedno mogę powiedzieć: nie jestem w tej chwili zwolennikiem jego odwołania.

PiS, nawet w porównaniu z PC, przesunęło się mocno na prawo, jeszcze przed zawarciem koalicji z LPR. Spodziewano się, że pan to jakoś zrównoważy.

Istotnie, gdyby w PiS usiłowano dzielić ludzi na bardziej prawicowych lub bardziej lewicowych, to mnie zaliczono by do lewicy PiS. Proszę sobie przypomnieć, jak wraz z bratem broniliśmy pani minister Joanny Huzik-Rostkowskiej, która w kwestiach cywilizacyjnych jest osobą bardzo rozsądną. Ale moja wizja świata dość zasadniczo różni się od wizji świata dzisiejszej lewicy, polskiej i europejskiej, która nie mając nic do zaproponowania w sprawach społecznych, utraciwszy w ogóle społeczną wrażliwość, realizuje się w eksperymentach obyczajowych. I w podważaniu wszelkich fundamentów zachodniej kultury. Nie tylko tych uznawanych za konserwatywne.

Jak jednak sprawić, by reformy polityczne czy społeczne PiS nie występowały w ścisłym pakiecie ideologicznym, nie stawały się stroną w radykalnej wojnie kulturowej między prawicą i lewicą kulturową? To ogranicza poparcie dla rzeczy tak koniecznych jak wzmocnienie państwa.

Oczywiście widzę ten problem, tym bardziej że sam wywodzę się z tradycji piłsudczykowskiej czy PPS-owskiej, a nie endeckiej. Ale na to, czego byśmy chcieli lub nie chcieli, nakłada się pewna konieczność, pewien istotny i zaostrzający się spór w ramach nie tylko polskiej, ale i europejskiej polityki.

To znaczy?

Ja z pewnością nie reprezentuję tu radykalnej prawicy, ale coraz bardziej jestem postawą nowej europejskiej lewicy zaniepokojony. Jestem najgłębiej przekonany, że jeżeli pójdziemy w tę stronę, to nie tylko nie osiągniemy pełni wolności rozumianej specyficznie i wadliwie, ale kto wie, czy przychodzące dziś na świat dziewczynki jako dojrzałe kobiety nie będą chodzić w czadorach. Bardzo bym tego nie chciał, gdyż cenię sobie cywilizację europejską z jej wszystkimi wadami. Na przykład, kiedy widzę eksperymenty premiera Zapatero z podstawowymi zasadami zachodniej cywilizacji, boję się, czy to nie jest V wiek Rzymu. Nie jestem homofobem ani zwolennikiem świata, którego tak naprawdę nigdy nie było, czyli świata, w którym grzech się nie pojawia. Ale mocno niepokoi mnie to, że konflikt polityczny dzielący Europę, do którego Polska jest na siłę wciągana, dotyka problemów szerszych niż sama obyczajowość. Nigdy nie poparłbym ustawy o zakazie rozwodów cywilnych, w świecie liberalnym jest to niemożliwe. Natomiast prawidłowa socjalizacja następuje w ramach monogamicznej rodziny i atakowanie jej przełoży się na zniszczenie samych podstaw naszej cywilizacji.

Czyli pan prezydent mógłby wesprzeć lewą nogę, gdyby chodziło o lewicę społeczną, a nie kulturową?

Tyle że w Polsce nie ma dzisiaj lewicy społecznej. A jeśli już, jest to - jakkolwiek paradoksalnie by to brzmiało - raczej ojciec Rydzyk niż TOK FM czy klub Le Madame. I to jest problem. Nie dlatego, bym odrzucał rękę ks. Rydzyka, którego poparcie bardzo sobie cenię, ale chciałbym włączenia się w odbudowę polskiego państwa i społeczeństwa także innych środowisk. Tylko że my nie mamy mocy kreacyjnej, by zbudować lewicowego partnera do takiej koalicji. A nie wierzę w kreowanie sztucznych tworów poprzez Kancelarię. Wydawałoby się, że mój poprzednik powinien mieć większą moc kreacyjną po lewej stronie sceny politycznej, a jego próby też spełzły na niczym. Żadna autentyczna lewica w Polsce się nie odrodziła.

Co pan sądzi o demonstracjach uczniowskich przeciwko Giertychowi jako zasadzie życia publicznego?

To sprawa trudna. Absolutnie odrzucam wciąganie dzieci do działań politycznych. Szkoła nie może być miejscem demonstracji i walki politycznej. Natomiast jeśli chodzi o młodzież, jestem bardziej otwarty. Już licealiści mający powyżej 16 lat zaczynają interesować się polityką. A uniwersytety są przecież naturalnym miejscem politycznej aktywności.

Jak się pan zatem czuł, ponownie wręczając Giertychowi nominację na ministra edukacji narodowej?

Roman Giertych wyrasta z tradycji politycznej całkowicie odmiennej od mojej. Jako poseł w latach 2001 - 2004 siedziałem obok niego i słuchałem jego poważnych wypowiedzi na temat marszałka Piłsudskiego, które oceniam negatywnie. Jednak podlega on dzisiaj dość szybkiej ewolucji. Jego wizyta w Jedwabnem jest tego najlepszym dowodem. Z czego wynika ta ewolucja, to już inna kwestia. Natomiast ostatnie dwa miesiące jego obecności w rządzie oceniam pozytywnie.
Poleć znajomemu


Opuszczasz oficjalny serwis Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej


Dziękujemy za odwiedzenie naszej strony.

Zapraszamy ponownie.