przeskocz do treści | przeskocz do menu głównego
Oficjalna strona Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej
| |
A | A | A
Lech Kaczyński, prezydent Polski, w drugiej części wywiadu dla Faktu krytykuje PO i zapowiada, że będzie dążył do wzmocnienia pozycji Polski w Europie 

Chcę silnego państwa 

Fakt: Czy IV RP da się budować wspólnie z Andrzejem Lepperem? Czy może pan zapewnić, że rząd z jego udziałem będzie efektywny, zagwarantuje stabilność i naprawę państwa?

Lech Kaczyński: Zobaczymy. Natomiast w tej chwili nie ma innego rozwiązania. Mogę powiedzieć tylko tyle, że pan Lepper w ostatnim czasie zmienił swoją postawę, przynajmniej na zewnątrz. Wszystkich zaś ponownie namawiam, żeby zastanowili się, kto ponosi winę za taki rozwój wypadków. Jeszcze jesienią zeszłego roku, zaraz po wyborach parlamentarnych, a przed prezydenckimi, PiS zaproponował Platformie fotel marszałka Sejmu, połowę tek w rządzie i stanowisko wicepremiera. Platforma na to nie przystała. Ich propozycja dla PiS sprowadzała się do żądania: oddajcie władzę. Chcieli marszałka, wicepremiera, większości tek w rządzie oraz Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji, przy czym sprawy przestępczości gospodarczej miały być tam przeniesione z Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego i w tej sferze PiS miał nie dostać nic. Zwłaszcza że stanowisko prokuratora generalnego miało być oddzielone od stanowiska ministra sprawiedliwości. Na to oczywiście nie mogło być zgody. Na dodatek PO sięgnęła po bardzo nieelegancki, delikatnie mówiąc, argument. Jej liderzy twierdzili, że jeśli wspomnianą
dziedziną zajmie się PiS, skutkiem może być to, że do drzwi niewinnych obywateli zaczną się nad ranem dobijać służby specjalne. Było to wyjątkowo niesprawiedliwe, jeśli wziąć pod uwagę, że akcja inwigilacji prawicy osiągnęła swój szczyt podczas rządów Hanny Suchockiej. Pamiętajmy, że niezwykle wpływowym członkiem tamtego rządu był Jan Rokita, a nie żaden z polityków PiS. Główną ofiarą tej akcji był natomiast Jarosław Kaczyński. Chcę też zwrócić uwagę, że w ostatniej kampanii wyborczej mieliśmy do czynienia ze sprawą, która robiła wrażenie ubeckiej prowokacji, czyli tak zwaną sprawą Jaruckiej. Z dwóch ludzi, którzy to zorganizowali, Konstanty Miodowicz jest posłem PO, a Wojciech Brochwicz jest z tą partią związany. 

Mocne słowa...

Czemu tak pan to określa? Czy powiedziałem nieprawdę? To jest właśnie bardzo charakterystyczne dla obecnej sytuacji. Jeśli oskarżenie pada pod adresem Platformy, jest to wielki skandal. Jeśli natomiast identyczne oskarżenia wypowiada pod czyimś adresem PO, to wszystko jest dobrze. Podstawowym problemem polskiej demokracji jest dzisiaj sytuacja, że pewne prawdy w stosunku do jednych są przyjmowane, a do drugich - nie. Jeżeli po wielu tygodniach nieustannych ataków Jarosław Kaczyński odpowiada w końcu Donaldowi Tuskowi, to jest to "brutalizacja życia politycznego". Ale ataki Tuska, czasem wprost niekulturalne, są w porządku. 

Nie po raz pierwszy zajmuje pan bardzo wyraźne stanowisko w konflikcie pomiędzy PiS a PO. Nie sądzi pan, że Polacy oczekują od prezydenta większej wstrzemięźliwości w wyrażaniu politycznych sympatii? 

Nie wiem, czego Polacy oczekują. Wiem natomiast jedno: że na pewno nie zrezygnuję z mówienia prawdy. Jeżeli oceniałbym jakieś działanie PiS jako złe, to pewnie też bym to powiedział. Ale proszę pamiętać, że Polacy wybierali mnie mając pełną świadomość, że jestem bratem bliźniakiem przywódcy Prawa i Sprawiedliwości. Ukrywanie moich związków z tą partią uważałbym za czystą hipokryzję. Zresztą z pewnością mniej mówiłbym o sporze między Platformą a PiS, gdyby istniała równowaga w przedstawianiu racji obu stron. Takiej równowagi jednak nie ma, czego dowodem jest dla mnie wciąż trwająca dyskusja o tym, kto jest winien niepowstania koalicji PO-PiS. 

A gdyby równowaga była? 

To nie byłoby tej dyskusji, bo stałoby się jasne i bezsporne, że winę ponosi Platforma. 

W ciągu pierwszych miesięcy wiele pan podróżował. Jakie znaczenie w pana prezydenturze będzie miała polityka zagraniczna? 

Duże, co pokazuje choćby fakt, że mam za sobą już 11 podróży zagranicznych. Konstytucja wyraźnie mówi, że właśnie polityka zagraniczna jest jedną z najważniejszych kompetencji prezydenta. Choć oczywiście we współpracy z rządem.

W swoim słynnym już tekście w "Rzeczpospolitej" minister Stefan Meller zwracał uwagę między innymi na brak koordynacji między ośrodkami kształtującymi tę politykę. Czy słusznie?
Uwagi pana ministra nie były bezzasadne, natomiast takie problemy są, niestety, nieuniknione przy naszym systemie konstytucyjnym. Stanowi to kolejny argument na rzecz jego zmiany.
Sondaże pokazują szybki spadek pana popularności. Czy to pana nie niepokoi? 

Cóż mogę powiedzieć. Sądzę, że to wynik pewnej kampanii, ale szczególnej wagi do tego nie przywiązuję. Swoje w życiu już osiągnąłem. Nie jestem przesadnie ambitny. To, co mnie spotkało, to i tak więcej niż w najśmielszych snach mogłem zamarzyć.

Ale za kilka lat pojawi się kwestia reelekcji. Jeśli poparcie nadal będzie spadało... 

Być pięć lat prezydentem Polski, trzy lata - Warszawy, wcześniej ministrem sprawiedliwości, szefem NIK, ministrem stanu w Kancelarii Prezydenta, jeszcze wcześniej pierwszym zastępcą przewodniczącego "Solidarności", senatorem, posłem, członkiem ścisłego kierownictwa antykomunistycznego podziemia - czy to jest mało jak na jedno życie? 

Chce pan powiedzieć, że ponowne kandydowanie niekoniecznie musi wchodzić w grę? 

Chodzi mi o przeprowadzenie w Polsce określonych zmian. I tyle. Nie o samo sprawowanie urzędu. 

W takim razie co chciałby pan po sobie pozostawić? Jakie sprawy są dla pana priorytetowe? 

Po pierwsze - państwo działające sprawniej niż dzisiaj. Po drugie - chciałbym, aby Polska miała w Europie status, na jaki zasługuje. Nie chodzi tutaj o żadną politykę mocarstwową. Ale pamiętajmy, że pod względem wielkości jesteśmy szóstym państwem w Unii Europejskiej. Po trzecie - chciałbym pozostawić państwo uczciwsze. Nie chodzi jedynie o korupcję. Także o funkcjonowanie wymiaru sprawiedliwości, o sposób informowania społeczeństwa, tak, by się dowiadywało prawdy. Po czwarte chciałbym, żeby Polska była silniejsza militarnie. Będę naciskał, żeby nasza armia się unowocześniała. Po piąte - chciałbym szybkiego rozwoju gospodarczego. Po szóste - chciałbym nowej konstytucji, ale to wiązałoby się z wygraniem przeze mnie kolejnych wyborów. Podkreślam, że druga kadencja ma dla mnie znaczenie, tylko jeśli może coś faktycznie przynieść. 

Jaka powinna być ta nowa konstytucja z punktu widzenia pańskiego stanowiska? 

Taka, jaką proponuje w swoim projekcie PiS. Kompetencje prezydenta są tam dostosowane zarówno do sytuacji kohabitacji, czyli takiej, gdy rząd jest sformowany z przeciwników politycznych, jak i do sytuacji współrządzenia z formacją, z którą związany jest prezydent. Dziś prezydent jest silny w warunkach kohabitacji, a znacznie słabszy w warunkach współrządzenia. Dzieje się tak, bo głowa państwa jest wyposażona przede wszystkim w narzędzia negatywne. Może na przykład nie mianować kogoś ambasadorem, generałem, może zawetować ustawę. 

A jak być powinno? 

Ogólnie rzecz biorąc, powinno nastąpić przesunięcie punktu ciężkości z kompetencji negatywnych w stronę pozytywnych. Gdy prezydent współrządzi, to on powinien być rzeczywistym liderem obozu rządzącego. Powinien być wyposażony w możliwość rozwiązania parlamentu w pewnych okolicznościach oraz powinien móc wydawać rozporządzenia z mocą ustawy, oczywiście wymagające zatwierdzenia przez Sejm. 

To by było wyraźne przesunięcie w stronę systemu prezydenckiego. 

Nie, bo w projekcie konstytucji PiS, o którym mówię, kompetencje prezydenta są generalnie mocno ograniczone. Liczba jego prerogatyw spada z 30 do 15. Natomiast rozporządzenie miałoby wielkie znaczenie, bo pozwalałoby unikać powszechnego dziś psucia prawa. Byłoby zgłaszane przez prezydenta do Sejmu na wniosek rządu. Sejm mógłby je albo w całości przyjąć, albo odrzucić. Chodzi o to, żeby projekt rządowy nie został wypaczony na etapie prac parlamentarnych, jak to się dzisiaj bardzo często dzieje. Do parlamentu wchodzi projekt spójny, a wychodzi wypaczony, często z fatalnymi skutkami. 

Co chciałby pan przekazać Czytelnikom Faktu? 

Żeby nie poddawali się obecnemu nastrojowi walki z ekipą rządzącą. Ludziom, którzy podejmują dzisiaj decyzje, naprawdę zależy na dobru naszego kraju. Jeśli przyjrzeć się ich życiorysom, codziennemu życiu, "luksusom", w jakie opływają, to widać, że nie działają w imię osobistego interesu. Fakt, że przyjmowane są dzisiaj takie, a nie inne rozwiązania, wynika tylko i wyłącznie z konieczności. 

Rozmawiali Grzegorz Jankowski i Łukasz Warzecha
Poleć znajomemu


Opuszczasz oficjalny serwis Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej


Dziękujemy za odwiedzenie naszej strony.

Zapraszamy ponownie.