przeskocz do treści | przeskocz do menu głównego
Oficjalna strona Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej
| |
A | A | A

Lech Kaczyński: Poparłbym zamach majowy

Gdybym jakimś cudem znalazł się w tamtych czasach, poparłbym zamach marszałka Piłsudskiego. Ale oczywiście dziś nikt sobie nie wyobraża, by w kraju Unii Europejskiej można było wyprowadzić czołgi na ulice - mówi Lech Kaczyński w 80. rocznicę zamachu 1926 roku

Paweł Wroński: Na początku swego urzędowania złożył Pan Prezydent wiązankę kwiatów na trumnie Józefa Piłsudskiego. Czy jeden z tych kwiatów był za zamach majowy?

Lech Kaczyński: Złożyłem hołd marszałkowi Piłsudskiemu, bo jest jedną z nie tak licznych w naszej historii wybitnych postaci. Natomiast jeśli idzie o zamach majowy, to sprawa nie jest prosta. Musimy pamiętać, że nastąpił on w szczególnym momencie, gdy kolejny raz miał rządzić Chjeno-Piast - koalicja PSL Piast i partii narodowych - a Polsce groziły ostre konflikty na tle narodowościowym i społecznym. Oczywiście nie jestem na tyle naiwny, by twierdzić, że Piłsudski dokonał zamachu wyłącznie z tego powodu. Chciał wrócić do władzy, a raczej uzyskać władzę, którą wcześniej miał tylko w ograniczonym zakresie.

Był w niedalekiej przeszłości Naczelnikiem Państwa i Wodzem Naczelnym.

Owszem, po odzyskaniu przez Polskę niepodległości miał władzę olbrzymią, zwłaszcza do traktatu ryskiego (marzec 1921). Tylko czy była ona nieograniczona? Gdy w 1918 r. przejął władzę, podlegał mu lewicowy rząd Jędrzeja Moraczewskiego, ale dla Piłsudskiego było jasne, że musi rozszerzyć bazę rządzenia. Dlatego w styczniu 1919 r. powierzył tekę premiera Ignacemu Paderewskiemu. Być może w ten sposób uniknął rewolucji, bo pewne jej symptomy już wówczas istniały na horyzoncie. Od tego czasu decydował o sprawach wojny, ale o polityce wewnętrznej - już nie. Starał się też dyktować kurs w polityce zagranicznej, bo ta wiązała się z prowadzoną wojną z bolszewikami, ale już jego zgoda na to, by Polskę reprezentowali na konferencji wersalskiej Roman Dmowski i Ignacy Paderewski, była koncesją na rzecz innej siły politycznej.
Piłsudski zresztą do kryzysu związanego z rządem Antoniego Ponikowskiego (marzec 1922) próbował odzyskać część władzy, ale bez rezultatów. Później wycofał się z życia politycznego i wyjechał do Sulejówka.

W grudniu 1922 r. Piłsudski gwałtownie oskarża endecję o zabójstwo prezydenta Gabriela Narutowicza. W listopadzie 1923 w Krakowie dochodzi do zamieszek, w starciach z policją giną 23 osoby. Rządzi wówczas ta sama koalicja Chjeno-Piasta, która powróci do władzy w 1926 r. Dlaczego wtedy Piłsudski nie zdecydował się na zamach?

Już po zabójstwie Narutowicza w PPS pojawiały się głosy o konieczności przeprowadzenia akcji odwetowej wobec endecji. Jesienią 1923 r. w PPS była silna frakcja, która głosiła konieczność przeciwdziałania endeckiemu przewrotowi. Wtedy sprzeciwił się temu Ignacy Daszyński. 
Sam Piłsudski też był niechętny koncepcji rewolucyjnego przewrotu. Per saldo wolał otrzymać władzę od armii, a nie od bojówek. Pamiętał doświadczenie rewolucji 1905-07, kiedy doszło do wyrodzenia się części Organizacji Bojowej PPS - np. w Łodzi bojówki przekształciły się w bandy rabunkowe. Wiedział więc, że nad bojówkami do końca się nie zapanuje. A do tego Piłsudski nie dojrzał jeszcze do decyzji o konieczności przewrotu.

Co Pana zdaniem wpłynęło na to "dojrzewanie"?

Przyczyn jest wiele, ale o jednej z nich mówi się mniej. Swoją rolę w namawianiu odegrało środowisko otaczające Piłsudskiego. Pnąc się coraz wyżej, Marszałek starał się wymieniać swoich najbliższych współpracowników. Tak naprawdę w jego otoczeniu pozostawało niewielu starych działaczy z okresu jego PPS-owskiej działalności zbliżonych do niego wiekiem - może Aleksander Prystor, rocznik 1874, Walery Sławek - 1879. Pojawiali się natomiast nowi, dla których Piłsudski był...

...Dziadkiem?

No nie, z punktu widzenia metryki raczej ojcem. Istotne jest jednak to, że właśnie ci młodzi wywodzący się z armii - płk Józef Beck, gen. Gustaw Orlicz-Dreszer - rwali się do czynu. To naturalne, że jest różnica pokoleniowa między prawie 60-letnim człowiekiem, jakim był Piłsudski, a dynamicznymi 30-, 40-latkami. Ci drudzy bardziej są skłonni do akcji bezpośredniej. Piłsudski miał też już chyba dość napaści ze strony endecji, która w owym czasie atakowała go haniebnie...

...a on nie pozostawał dłużny. Jego język nawet z dzisiejszego punktu widzenia uchodzi za niebywały. "Konstytuta-prostytuta", "Sejm ladacznic", "fajdanitis-poślinis"...

To jest coś, czego u Piłsudskiego nie akceptuję. Sam jako polityk używam słów mocnych, ale nie zdobyłbym się na takie określenie przeciwników.

Dlaczego powołany 10 maja 1926 r. rząd Wincentego Witosa był dla Piłsudskiego nie do zaakceptowania? Dlaczego akurat ten rząd?

Myślę, że w 1926 r. Piłsudski był już przekonany o konieczności dokonania przewrotu. Atmosfera w kraju była napięta. Do tego napięcia dochodziło też przekonanie, że rząd Chjeno-Piasta to rządy znienawidzonej endecji. Zapowiedż przewrotu wisiała w powietrzu. W Warszawie zwolennicy Piłsudskiego kazali orkiestrom w restauracjach grać "I Brygadę". Piłsudski dostrzegł okazję.

Czy Piłsudski bał się endecji?

Endecja budziła skrajne reakcje - z jednej strony olbrzymie poparcie, z drugiej wielką nienawiść. Sądzę, że Piłsudski bał się jej rządów. Za szaleńczą uważał endecką koncepcję rozwiązania problemów narodowościowych poprzez budowanie Polski jako państwa narodu polskiego. W ówczesnych warunkach, gdy jedna trzecia mieszkańców Rzeczypospolitej była niepolskiego pochodzenia, groziło to wojną domową. Zagrożenia z tej strony były zresztą widoczne. W maju 1926 r. gen. Władysław Sikorski - dowódca Okręgu Korpusu we Lwowie - nie poszedł na pomoc rządowi w Warszawie ze względu na grożbę wybuchu niepokojów narodowościowych. To oczywiście mogła być po części wymówka, ale skoro ten argument padł, to znaczy, że takie niebezpieczeństwo było brane pod uwagę. Pytanie, czy przede wszystkim państwo, czy naród - wyznaczało podstawowy obszar sporu między piłsudczykami a endekami. Ja w tym sporze reprezentuję tradycję piłsudczykowską - nigdy się tego nie wypierałem. W tym samym zresztą stopniu co mój brat. Choć może on ma nieco mniej rezerwy do tej drugiej tradycji - endeckiej.

Skoro mówi Pan o sobie jako przedstawicielu tradycji piłsudczykowskiej, czy wiedząc to, co Pan wie dziś, poparłby Pan zamach majowy?

Pytanie zupełnie ahistoryczne, ale gdybym jakimś cudem znalazł się w tamtych czasach, to bym ten zamach poparł. Poparłbym jako człowiek o przekonaniach patriotycznych, jako państwowiec, a równocześnie jako człowiek niechętny konfliktom narodowościowym. Oczywiście, biorę pod uwagę cały kontekst historyczny i standardy, jakie obowiązywały w owych czasach. Dziś przecież nikt sobie nie wyobraża, by w kraju Unii Europejskiej można było wyprowadzić czołgi na ulice. Piłsudski był niewątpliwie przekonany, że sprawy w Polsce idą w złym kierunku i państwo słabnie. W kraju zmieniło się 14 rządów. W 1925 r. na konferencji w Locarno Francja zapewniła sobie pokój z Niemcami na granicy zachodniej, lecz nie zrobiła nic dla zapewnienia bezpieczeństwa swoich sojuszników na Wschodzie. W Polsce narastał kryzys gospodarczy i finansowy. Piłsudski był też przekonany o głębokiej korupcji na szczytach władzy.

Powiedział Pan o ówczesnym standardzie europejskim. Co Pan ma na myśli?

W latach 20. nadszedł powszechny kryzys demokracji. W Rosji panuje bolszewizm. Na Węgrzech władzę osobistą przejął regent Miklós Horthy. We Włoszech w 1922 r. Mussolini - którego Piłsudski nie lubił - idzie na Rzym. W Niemczech w 1923 r. ma miejsce operetkowy pucz monachijski pod wodzą Hitlera. W Bułgarii w tym samym roku Aleksander Cankow obala w zamachu rząd Aleksandra Stambolijskiego. Zbrojne przewroty i rządy autorytarne stają się europejskim standardem.

Ale historią nie rządzi "konieczność dziejowa". Gdyby Piłsudski nie dokonał zamachu, w Polsce mogłaby się utrzymać demokracja.

Nie bądźmy naiwni. W polityce liczy się to, kto jest w grze, jakie są możliwe opcje. Na politycznym rynku były wówczas dwie siły - Piłsudski i Narodowa Demokracja. Gdyby Piłsudski nie dokonał zamachu, władzę przejęłaby endecja. Jakie byłyby tego konsekwencje? W ruchu narodowym zachodziła wówczas bardzo niepokojąca ewolucja. Kończyła się tzw. grabszczyzna, czyli endecja profesorska. Władzę w partii przejmowali młodzi radykalni przywódcy zapatrzeni we wzorce autorytarne. W pół roku po zamachu majowym powstał Obóz Wielkiej Polski głoszący radykalne hasła narodowe i konieczność sprawowania rządów autorytarnych. Zatem alternatywa dla władzy Piłsudskiego nie wyglądała najlepiej. Po zwycięstwie endecji mogło dojść do konfliktów wewnątrz kraju i izolacji Polski w świecie. Nie uważam, by sanacja rządziła Polską optymalnie, bo tak oczywiście nie było. Natomiast trzeba zadać pytanie: czy w Polsce były wtedy możliwe rządy lepsze? I tu mam głębokie wątpliwości.

Część historyków uważa, że zamach majowy był dziełem zaplanowanym. Inni twierdzą, że doszło do niego przypadkowo - Piłsudski chciał tylko wymusić ustępstwa na prezydencie Stanisławie Wojciechowskim. Jakie jest Pana zdanie?

Przed powołaniem rządu Witosa gen. Lucjan Żeligowski - przyjaciel Piłsudskiego - wydał rozkaz marszu wiernych mu jednostek na manewry do Rembertowa. Ten rozkaz anulował nowy minister spraw wojskowych gen. Juliusz Malczewski. Wydanie rozkazu przez Żeligowskiego mogło świadczyć o tym, że zamach był wcześniej przygotowywany. Wiemy, że między rządem a Piłsudskim istniał ostry konflikt w sprawie organizacji władz wojskowych. Rządowi zależało na większym podporządkowaniu sił zbrojnych. Padały wówczas najostrzejsze słowa. Pewnie Piłsudski toczył w wąskim gronie jakieś rozmowy, ale jakie były jego zamierzenia, jaki był plan, co rzeczywiście chciał osiągnąć - tego nie wiemy i jesteśmy skazani na domysły.

Piłsudski przed majem 1926 r. kilkakrotnie stawiał Wojciechowskiemu żądania i zawsze dostawał, czego chciał - czy chodziło o odsunięcie gen. Władysława Sikorskiego, czy o powołanie gen. Żeligowskiego. Prezydent proponował mu nawet stanowisko premiera. Po co więc Piłsudskiemu potrzebny był zamach stanu?

Tyle że w 1926 r. Piłsudski nie chciał już tego rodzaju władzy, jaką mógł mu dać Wojciechowski. Jak mówił, nie chciał być zakładnikiem posłów. Nawet na stanowisku prezydenta RP, gdyż zgodnie z konstytucją marcową prezydent niewiele mógł. Choć przyznać trzeba, że gdyby osoba o jego autorytecie znalazła się na takim stanowisku, to z pewnością rozszerzyłaby prezydenckie prerogatywy. Ale w 1926 r. interesowało go raczej coś, co bym nazwał "władzą realną", a ona nie polega na zajmowaniu takiego czy innego stanowiska.

12 maja, wieczór. Wojska wierne Piłsudskiemu stoją na Pradze, a na moście Poniatowskiego spotykają się Wojciechowski i Piłsudski.

Wziąwszy pod uwagę ich wzajemne stosunki, bliską kiedyś, w latach 90., współpracę, autorytet Piłsudskiego, Wojciechowski wykonał wtedy swoje zadanie, nic innego zrobić nie mógł.

Ale gdy tylko okazało się, że Wojciechowski ma za sobą te oddziały, które stoją na moście, powinien Piłsudskiego aresztować.

Zaraz, zaraz, to nie takie proste. Ci ludzie rozmawiają w 1926 r. Pięć lat po bitwie warszawskiej - największym polskim triumfie militarnym od czasów Wiednia. Wojciechowski jest przekonany, że Piłsudski jest zbawcą ojczyzny. Piłsudski i Wojciechowski byli przyjaciółmi, razem współtworzyli Polską Partię Socjalistyczną. Naprzeciw siebie stoją wódz - człowiek czynu, i działacz polityczny, który owszem, brał udział w rewolucji 1905 r., ale przed nominacją na prezydenta zajmował się ruchem spółdzielczym. To był szacowny człowiek, starający się wypełniać rolę prezydenta najlepiej, jak potrafił. Zresztą, co by mu dało aresztowanie Piłsudskiego w tym momencie?

Byłoby po zamachu.

Ale Wojciechowski musiałby kazać natychmiast rozstrzelać Piłsudskiego.

Czy aby na pewno?

A kto miałby go pilnować? I jak długo dałoby się go trzymać w areszcie? Poza tym uwięzienie Piłsudskiego mogło grozić niekontrolowanym wybuchem.

Piłsudski wraca więc na Pragę, układa się na kozetce w koszarach 36. Pułku i śpi. Prezydent nie chce aresztować zamachowca, zamachowiec nie chce dowodzić.

Ale wypadki idą swoim trybem. Być może Piłsudski był w szoku. Miał nadzieję, że wystarczy demonstracja zbrojna, a tu zaczęła się walka na wielką skalę. Pierwsza salwa pada ze strony wojsk rządowych. Dowodzenia przejmują Orlicz-Dreszer i Beck, wojsko wierne Piłsudskiemu przechodzi most Kierbedzia.

Co zdecydowało o sukcesie Piłsudskiego?

Na pewno nie przewaga militarna. W momencie, gdy rząd podał się do dymisji, zamachowcy opanowali Warszawę, ale przecież w Ożarowie już wyładowało się blisko 6 tys. żołnierzy z Poznańskiego, którzy mogli przechylić szalę zwycięstwa. Dowodzić nimi miał gen. Michał Rola-Żymierski. Pewną rolę odegrał strajk kolejarzy ogłoszony przez PPS, bo poparcie zamachu majowego ze strony KPP miało znaczenie marginalne. Ważne też było powszechne oczekiwanie ulicy na wprowadzenie porządku. Pamiętajmy, że także rząd Chjeno-Piasta zapowiadał "wprowadzenie porządku" w maju 1926 r. Chodziło więc o to, kto ten porządek zaprowadzi. Jednak moim zdaniem podstawowe znaczenie miała gra na poczucie odpowiedzialności.

Ze strony Piłsudskiego?

Z obu stron. Piłsudski nie spodziewał się, że poleje się krew, że wybuchnie krótka wojna domowa - ale gdy do takiej wojny doszło, uznał, że jest to nieunikniony koszt polityczny. Jestem jednak pewien, że istniało wewnętrzne przekonanie każdej ze stron, iż ta wojna nie może potrwać zbyt długo. Tutaj psychologicznie wygrali piłsudczycy, bo skapitulował rząd. Takie niebezpieczeństwo - wojny domowej na wielką skalę - istniało. Sympatie polityczne wojska były podzielone, a reakcje nieprzewidywalne. Z jednej strony Sikorski, oponent Piłsudskiego, nie ruszył się ze Lwowa na pomoc rządowi, z drugiej gen. Kazimierz Sosnkowski, szef Okręgu Korpusu w Poznaniu - jeden z najbliższych przyjaciół Piłsudskiego - hamletyzował, wydał rozkaz wymarszu wojska na pomoc rządowi, po czym próbował popełnić samobójstwo. W polityce czasami siła zbrojna nic nie znaczy, jeśli brakuje determinacji w działaniu. Gdy w 1794 r. aresztowano Robespierrea, przyglądała się temu wierna jakobinom Gwardia Narodowa. Nikt nie wydał rozkazu, Gwardia się rozeszła. Podczas puczu Janajewa w 1991 r. całe dywizje czołgów weszły do Moskwy, by obalić Gorbaczowa - i stanęły bezczynnie. Jeden polityk - Borys Jelcyn - wspiął się na czołg i wygrał całą stawkę.

Po maju 1926 r. rozpoczynają się rządy sanacji. Jedni mówią o końcu demokracji, drudzy o początku umacniania państwa. Czy Pana zdaniem Piłsudski był demokratą?

Był nawet demokratą naiwnym, którego demokracja zawiodła.

Jeden z najbliższych współpracowników Piłsudskiego, Leon Wasilewski, pisze, że Piłsudski już w 1918 r. chciał rozwiązać wszystkie partie, bo uważał, że w Polsce trzeba zacząć wszystko od początku. Nigdy nie był posłem, nie rozumiał parlamentaryzmu - stąd jego niechęć do demokracji parlamentarnej, był człowiekiem w tym względzie anachronicznym.

To mówi Wasilewski. Ja znam wiele zapisów rozmów z Piłsudskim świadczących o jego naiwnej wierze w mechanizmy demokracji. Przypomnę organizowanie wyborów w polowych warunkach wojny 1919 r. Również Andrzej Garlicki, historyk odległy mi ideowo, twierdzi, że Piłsudski nie uważał, by demokracja była z natury zła. Z czasem Piłsudski zawiódł się na demokracji. Uważał, że się nie sprawdziła, a państwem rządzić trzeba.

I zaczął likwidować demokrację.

Nie, starał się rządzić na tyle demokratycznie, na ile jego zdaniem się dało. Spójrzmy na sytuację z 1926 r. Po zamachu majowym Sejm nie został rozwiązany. Ten sam Sejm, który wcześniej powołał rząd Witosa, powołał gabinet Kazimierza Bartla, wskazanego na premiera przez Piłsudskiego. Przez dwa lata kolejne rządy nie mają zaplecza parlamentarnego. A parlament, który chwilę wcześniej zmieniał rządy jak rękawiczki, nagle zaczyna działać, uchwalać ustawy, pracować. Dlaczego? Bo zaczęła działać inna reguła władzy. Władza jest teraz oparta o bezpośrednią kontrolę nad armią, czyli siłę, a to zawsze oznacza dyktaturę. W tej sytuacji Piłsudski starał się być łagodnym dyktatorem. Koncentruje się na dwóch sprawach - armii i polityce zagranicznej.

Ale równocześnie sanacyjny prawnik Stanisław Car stosuje w Sejmie niebywałe wybiegi prawne. Mówiono wówczas, że Polacy Konstytucję 3 maja obchodzą raz do roku, a Car obowiązującą konstytucję obchodzi codziennie.

Bo Car był takim Falandyszem sanacji. Prawnik biura prezydenta znający na wylot regulamin sejmowy. Ale także jego postawa w jakimś sensie ukazuje charakter sanacji, bo przecież Car odmówił podpisania dekretów brzeskich, które umożliwiały aresztowanie niektórych posłów. Gdyby to była prawdziwa dyktatura, wyleciałby z układu. A tymczasem został wicemarszałkiem, potem marszałkiem Sejmu.

W 1930 r. ten model zaczyna się jednak walić. Piłsudski aresztuje przywódców opozycji. Sam zielonym ołówkiem wypisał ich nazwiska: Wincenty Witos, Wojciech Korfanty, Herman Liebermann... Nazwiska ludzi, którzy dziś mają w Polsce ulice. Wydaje rozkazy, by posłowie osadzeni w twierdzy brzeskiej "odczuli", że są w więzieniu. Czy Pana akceptacja przewrotu majowego rozciąga się na jego konsekwencje?

Nie akceptuję praktyk roku 1930, a tym bardziej 1934. Choć trzeba pamiętać, że Bereza Kartuska była czymś zupełnie innym, niż nas uczono w okresie komunizmu. Jako pierwsi trafili do niej oenerowcy, póżniej nacjonaliści ukraińscy, komuniści i Żydzi za niepłacenie podatków. To miało być uwięzienie tylko na trzy miesiące, choć uwięzienie "dotkliwe". Oczywiście tego, co się tam działo, żadną miarą nie można porównać do tego, co się działo w obozach w Rosji czy w Niemczech. Jednak były to rzeczy oburzające.

Dlaczego ów "łagodny dyktator" postanowił przestać być łagodnym? Czy na stan jego ducha wpłynął atak apopleksji z kwietnia 1928 r.?
 
Rzeczywiście, Piłsudski stał się bardziej rozdrażniony, słynne stały się jego wybuchy gniewu, ale na ile wpłynął na to stan zdrowia, nie wiemy. Ważniejsze jest to, że skończyła się pewne formuła sprawowania władzy. W wyborach z 1928 r. sanacja - czyli Bezpartyjny Blok Współpracy z Rządem - zgarnęła 122 mandaty na 444 fotele w Sejmie. To było za mało. Owszem, Ignacemu Daszyńskiemu czyniono afronty, oficerowie wkroczyli na posiedzenie Sejmu - czego oczywiście nie popieram - ale marszałkiem Sejmu został Daszyński, a nie Bartel, jak chciała sanacja. Sytuacja w Polsce zaczęła się zmieniać. Zaczyna się kryzys gospodarczy. W 1929 r. opozycja antysanacyjna jednoczy się, powstaje Centrolew, w Sejmie staje wniosek o trybunał stanu dla ministra Czechowicza oskarżanego o przekazanie pieniędzy państwowych na fundusz wyborczy BBWR. Wybuchają strajki, choć nie tak silne, jak przewidywali przywódcy Centrolewu. W opinii Piłsudskiego pojawia się realne niebezpieczeństwo utraty władzy. A on nie zamierza oddać władzy aż do śmierci. Aresztowanie posłów, w części na pewno sfałszowane "wybory brzeskie" z 1930 r. - to była swoista demonstracja determinacji władzy. Połączona zresztą z pewną obietnicą utrzymania praw obywatelskich.

Moim zdaniem słynne zdanie: "Zobaczę, czy Polską da się jeszcze rządzić bez bata" nie było obietnicą, lecz groźbą.

To zależy, z której strony na tę wypowiedź patrzeć, i zależy, czego dana osoba po władzy się spodziewa.

W latach 30. następuje dalsza ewolucja sanacji. Powstaje Obóz Zjednoczenia Narodowego, OZON, którego ideologia jest bardzo podobne dla tej, jaką wcześniej prezentował Obóz Wielkiej Polski. Czy zatem warto było przeprowadzać zamach majowy, skoro ideologia endecji i tak zwyciężyła?

O nie, były jednak różnice. Owszem, niektóre frakcje Ozonu niewiele różniły się od endecji, były nawet odpryski endecji, które przeszły do Ozonu. Jednak główny nurt sanacyjny nigdy nie zaakceptował jej podstawowych zasad ideologicznych. Na typowo endecki pomysł, by prawa obywateli uzależnić od kryterium narodowościowego, nigdy nie było zgody.

Pod sztandarem oczyszczenia państwa z korupcji sanacja wszczęła postępowania wobec polityków - m.in. Karola Popiela i Korfantego. Nikomu niczego nie udowodniono, jedynie gen. Rolę-Żymierskiego skazano za aferę z maskami gazowymi. Natomiast sanacja też miała swoją aferę - przekazania pieniędzy państwowych na fundusz wyborczy BBWR.

Przypadłością tego świata jest niewydolność aparatu sprawiedliwości. Bo to, że Polska z lat 1920-26 pozostawiała wiele do życzenia, gdy chodzi o uczciwość, nie ulega wątpliwości. Niektóre resorty były swoistymi poletkami korupcyjnymi. Niektóre afery kończyły się samobójstwami, np. byłego szefa banku PKO. Inna sprawa, że prawdopodobnie sam Piłsudski wyhamowywał tendencje rozliczeniowe.

Drugie hasło sanacji: usprawnienie państwa. Trudno to robić, gdy nie ma się ludzie kompetentnych. Do legendy przeszedł premier Felicjan Sławoj-Składkowski, który wkroczył do Narodowego Banku Polskiego i oświadczył: złotówka ma mieć stabilny kurs, bo Pan Marszałek nie życzy sobie inflacji.

Ale złotówka utrzymała wówczas wysoki kurs. Ja nie sądzę, by władze sanacji wykazywały się szczególnym brakiem kompetencji. Eugeniusz Kwiatkowski też był politykiem sanacyjnym. To z nim wiążą się takie inwestycje jak Gdynia i Centralny Okręg Przemysłowy. To prawda, ludzie najbliżsi Piłsudskiemu nie byli w równej mierzy obdarowani talentami. Istniał też stereotyp niekompetentnego starosty, który wcześniej był oficerem legionowym, ale nie sądzę, że ta władza była mniej kompetentna niż te sprzed 1926 r.

Ale przecież sam Piłsudski mówił o swoim najbliższym współpracowniku: "Cóż ja zrobię, że Sławek taki głupi", a chciał go uczynić następcą.

Trzeba pamiętać, że Sławka i Piłsudskiego łączył związek szczególny, oni przez lata współpracowali. Sławek należał do nielicznych, którzy do Marszałka mówili per "ty". Ale rzeczywiście nie był mężem stanu. Żartowano, że Sławek nie został premierem, bo by bez przerwy w każdej sprawie telefonował do Piłsudskiego.

Sam Piłsudski, gdy odbierał doktorat prawa na Uniwersytecie Jagiellońskim, mówił: "Mój związek z prawem jest taki, że je bez przerwy łamałem". Piłsudczycy lansowali zresztą tezę, że wielki przywódca stoi ponad prawem. W myśl konstytucji z 1935 r. prezydent był odpowiedzialny jedynie "przed Bogiem i historią". Czy ta formuła nie jest pociągająca?

O nie, pod tym względem sytuacja radykalnie się zmieniła. Prezydent jest sługą prawa i każdy patrzy mu na ręce. I aby nie było wątpliwości. Uważam, że to dobrze. Natomiast rodzi się pytanie, czy w ogóle jest sens oceniać Piłsudskiego w kategoriach: łamał czy nie łamał prawa? To jest człowiek, który skierował na tory niepodległościowe ruch socjalistyczny, a zarazem bardzo ważną część polskiego społeczeństwa - robotników. I który przyczynił się do wskrzeszenia Polski. W XX wieku mieliśmy trzy wielkie postacie - Piłsudskiego i dwie w sutannach: Stefana Wyszyńskiego i Jana Pawła II. Gdyby ktoś mnie zapytał, czy w sensie historycznym jestem piłsudczykiem, odpowiem, że tak. Dlatego wracając do pierwszego pytania: nie dzielę wiązanki dla Marszałka na poszczególne kwiatki. Każdy człowiek, także przywódca polityczny, to cały bukiet zachowań. Jego osobowość, działania trzeba oceniać jako całość.

Rozmawiał Paweł Wroński

Poleć znajomemu


Opuszczasz oficjalny serwis Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej


Dziękujemy za odwiedzenie naszej strony.

Zapraszamy ponownie.