przeskocz do treści | przeskocz do menu głównego
Oficjalna strona Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej
| |
A | A | A
Krzysztof Czabański: Dobry wieczór państwu. Dobry wieczór, panie prezydencie.

Lech Kaczyński: Dobry wieczór, dobry wieczór państwu.

Panie prezydencie, pan tego nie słyszy, bo nie ma pan słuchawek na uszach, tylko mikrofon, ale nasi radiosłuchacze słyszą takie dźwięki, jak z kominka. Ponieważ jest zima, u pana kominka nadal nie ma, to żeśmy pozwolili sobie taki sztuczny dźwięk dołożyć, żeby ogrzać atmosferę. Ale mam nadzieję, że rozmowa nie będzie sztuczna, zwłaszcza że dotyczy spraw bardzo ważnych.

Rozmawiał pan ostatnio z prezydentem Czech na temat Traktatu konstytucyjnego i w ogóle na temat Unii Europejskiej, ale niezależnie od tej rozmowy to jest temat bardzo ważny. Minister Fotyga zgłosiła pewne propozycje czy zapowiedziała pewne działania, że mamy już opracowaną strategiczną, całościową koncepcję, jak chcemy procedować w sprawie ewentualnej przyszłej konstytucji i jak chcemy walczyć o miejsce Polski w Unii Europejskiej.

Propozycje przedstawimy w marcu pewnie. Tutaj pani minister jest dość optymistyczna, że to będzie już w końcu lutego, myślę, że to jednak będzie w marcu. Będą to propozycje, które, oczywiście, są prounijne, ale biorą pod uwagę dzisiejszą rzeczywistość, a ta dzisiejsza rzeczywistość to jest rzeczywistość Unii wielu narodów i wielu państw narodowych, które pozostają żywe. Bo zawsze podaję taki przykład – Republika Federalna Niemiec jest państwem, które cechuje pewna skłonność do dawania. Może większa od innych, to jest akurat dobra cecha, gdy chodzi o Unię Europejską, ale jeżeli porównamy to, co Republika Federalna dała innym krajom, a jest największym płatnikiem netto Unii Europejskiej, a co dała na wyrównanie poziomu terenów należących do dawnej Niemieckiej Republiki Demokratycznej, no to jest olbrzymia dysproporcja. Oczywiście, nieporównanie większe środki poszły na NRD. Ja nie mam o to najmniejszej pretensji...

To jest przecież skądinąd zrozumiałe, tak po ludzku zrozumiałe.

No więc po ludzku jest to zrozumiałe, ale po ludzku to pokazuje jedno – że narody nie są fikcją, ale absolutną rzeczywistością.

Tak, mają swoje interesy.

Mają nie tylko swoje interesy, ale są rzeczywistością. Oto Niemcy zrobili olbrzymi wysiłek, żeby pomóc swoim rodakom z wschodniej części i uczynili też pewien wysiłek dla innych, ale jednak nieporównanie mniejszy.

Jak rozumiem, chce pan przez to powiedzieć, że powinniśmy przede wszystkim sobie pomóc i własną polityką w Unii Europejskiej.

Przede wszystkim to wskazuje na to, że naród i reprezentujące je państwo to jest w dalszym ciągu wspólnota żywa, a jeżeli to wspólnota żywa, to nie czas na rozwiązania, które właśnie pozbawiają te państwa uprawnień, w każdym razie uprawnień na szeroką skalę.

Czyli wracamy tutaj do starego pojęcia, o którym się nieraz zapomina – racji stanu, prawda? Racji stanu Polski i to przede wszystkim przy konstruowaniu naszego planu na Europę. I jakie tutaj elementy byłyby główne, pana zdaniem, przy konstruowaniu polskiej racji stanu?

Na pewno występuje element polskiej racji stanu polskiej, ale ja nie chciałbym mówić, że my nie myślimy też kategoriami europejskimi. My myślimy tymi kategoriami, ale w ten sposób, żeby nie wylać dziecka z kąpielą, znaczy jeżeli myślimy o Europie – w pewnych sprawach przynajmniej – jako o podmiocie międzynarodowym, jeżeli myślimy o tym, żeby Europę poszerzać, jeżeli myślimy o tym, żeby Europa była skuteczniejsza niż dotąd, chociaż trzeba sobie jasno powiedzieć, że my nie dostrzegamy (i tutaj całkowicie zgadzaliśmy się z panem prezydentem Klausem) takiego poważnego kryzysu, jeżeli chodzi o Unię Europejską. Myślę, że ten kryzys ma w jakimś sensie psychologiczno-polityczny charakter, to znaczy że ci, którzy by znacznie chcieli przekształcić dzisiejszą Europę, dokonać olbrzymiego skoku do przodu, jeżeli chodzi o stopień integracji, mówią o kryzysie, ponieważ to uzasadnia ich ewentualne decyzje, to znaczy ich ewentualny program. Natomiast jeżeli chodzi o nas, to my byśmy chcieli Europy jako ścisłego związku państw. Oczywiście, ta ścisłość powoduje pewne ograniczenia nałożone na każde państwo i z tym się trzeba pogodzić.

Ale mamy bardzo konkretne pytania, na które trzeba odpowiedzieć, na przykład czy chcemy takiej Europy, która będzie miała wspólnego ministra spraw zagranicznych, czy chcemy wspólnego wojska, różne tego rodzaju rzeczy.

(...)

Oczywiście, że po kolei, tak.

(...) inaczej się nie da. Jeżeli chodzi o wspólnego ministra spraw zagranicznych, to jest z naszej strony kwestia, którą rozważamy. Na pewno trzeba sobie jasno powiedzieć, że jeżeliby nawet taki miał być, to musiałby być to minister spraw zagranicznych równoległy, to znaczy on nie wyklucza – jak to powiedział pewien przedstawiciel Partii Liberalnej Wielkiej Brytanii, był wywiad z nim bodajże w Gazecie Wyborczej – dyplomacji poszczególnych państw i ministrów spraw zagranicznych poszczególnych państw. On ma jakby charakter dodatkowy, jeżeli w ogóle.

Ale my się nad tym głęboko zastanawiamy, bo powstaje pytanie: jaki Polska będzie miała na to realny wpływ? Dotąd jest tak, że my byśmy chcieli się rozszerzać w kierunku, chociaż nie od jutra, ale w kierunku Ukrainy, Gruzji, w pewnej perspektywie nieco dłuższej również Turcji. Ostatni szczyt europejski ogłosił, że rozszerzanie się przede wszystkim w kierunku Bałkanów Zachodnich. I my nie mamy nic przeciwko temu, żeby integrować się z Bałkanami Zachodnimi. Jeżeli chodzi o Chorwację, to ona w ogóle już jest właściwie gotowa do tego, żeby wejść do Unii, ale mi chodzi o inne państwa tego regionu. Absolutnie nie mamy nic przeciwko temu, żeby było jasne. Ale ten kierunek, który my preferujemy, jest jakby zapoznany. W tej chwili niezwykle istotna w polityce Unii jest sprawa relacji z Rosją i my też jesteśmy za tymi relacjami, ale wydaje nam się, że taktyka nie zawsze jest prawidłowa.

Czyli z punktu widzenia...

Znaczy my musimy wiedzieć, że ów minister spraw zagranicznych będzie prowadził politykę, w której elementy nie tylko polskiej racji stanu, ale polskiego punktu widzenia również będą uwzględniane.

Czyli rozumiem, że najpierw trzeba sobie odpowiedzieć, czy ten minister, jego istnienie ewentualne pomoże nam w realizacji tego...

Znaczy nie tylko że nam pomoże...

...czy nie.

Tu są jakby dwie sprawy – jest sprawa naszej racji stanu, której zawsze będziemy bronić, i jest sprawa też tego, czy ów minister spraw zagranicznych będzie człowiekiem sterowanym w istocie tylko i wyłącznie z kilku najpotężniejszych albo zgoła dwóch bądź jednej stolicy europejskiej. Inna rzecz, że to będzie pod hasłem polityki unijnej. Polityka jednego, dwóch czy trzech najpotężniejszych państw unijnych, a ja tego rodzaju obawy, nie kryję, mam, czy to będzie rzeczywiście polityka wspólna, w której wszystkie państwa, w tym duża dosyć jak na Unię Polska będzie miała coś do powiedzenia. Jak dotąd, ja gwarancji nie widzę, że ten minister spraw zagranicznych będzie tak działał, jak mówiłem.

Natomiast, oczywiście, sprawa sił zbrojnych jest sprawą zupełnie odmienną. Ja o niej w tej chwili mówię dość teoretycznie. Premier wysunął tego rodzaju hasło, ale myślę – to zresztą też nas nieco niepokoi – że ono dzisiaj nie znajduje szczególnego odzewu. Dlaczego nas to niepokoi? Bo to rodzi tego rodzaju sytuację, pytanie. Oto w Brukseli będzie, gdyby przyjąć obecny Traktat konstytucyjny, znaczy obecny projekt Traktatu konstytucyjnego, bardzo duża wiązka uprawnień, dużo władzy po prostu, a za tą władzą nie stoją ani żadne pieniądze, one pozostają w poszczególnych administracjach narodowych, przy czym wiadomo, kto ma ich najwięcej – najwięcej mają najbogatsze i największe państwa. A także nie stoi żadna realna siła fizyczna, bo ta realna siła fizyczna też jest w poszczególnych państwach. I, oczywiście, największa też w tych największych i najbogatszych. Ale tutaj zaraz powstaje pytanie: w takim razie czemu, czyim interesom owa administracja centralna wyposażona w potężne uprawnienia będzie służyć? I rozumiem, że tutaj niektórzy mnie nie mogą traktować jako człowieka nieufnego, ale ja nie mówię teraz z punktu widzenia publicysty, prawnika, tylko z punktu widzenia prezydenta kraju wybranego w powszechnych wyborach, którego obowiązkiem jest dbać o interesy kraju, w tym przypadku Rzeczypospolitej Polskiej, i ja będę to czynił, nawet niezależnie od tego, czy będę z tego powodu krytykowany, czy też nie.

Rozumiem, że to, co minister Fotyga nam przedstawi pod koniec – jak pan sądzi – marca...

Znaczy w marcu.

...czy po prostu w marcu, to będzie wynikało między innymi z odpowiedzi na te pytania, wątpliwości.

(...) czy prezydent Unii, czy dalej prezydencję Unii, no, niezwykle istotna sprawa, gdzie głosowanie jednogłośne, a gdzie głosowanie większościowe. Przy czym ja bym bardzo chciał, żeby ci z państwa, którzy nas słuchają, zdawali sobie sprawę, że nawet jeżeli jest jednomyślność, to w tej strukturze unijnej, która realnie funkcjonuje, z prawa weta można korzystać bardzo oszczędnie. Więc to jest tak, że nawet jeżeli jest jednomyślność, to w większości spraw decyduje większość ze szczególnym uwzględnieniem najpotężniejszych państw Unii. Ale ta jednomyślność jest pewnym wentylem bezpieczeństwa (...).

Czyli po pierwsze czeka nas dyskusja i w samej Europie, i tutaj jest szykowany głos Polski, ale również sądząc z różnych dyskusji pobocznych, potężna dyskusja na temat spraw zagranicznych w Polsce nas czeka, ponieważ zarysowały się dosyć wyraźne różnice zdań przy okazji chociażby tej Komisji Spraw Zagranicznych w Europarlamencie, prawda?

Jeśli chodzi o Komisję Spraw Zagranicznych, to ja bym chciał tutaj państwu zwrócić uwagę na jedno, co nas zaniepokoiło bardzo, mianowicie według reguł przyjętych w EPP – Europejska Partia Ludowa, czyli ta partia, która jest jedynie partia parlamentarną, znaczy istnieje w Parlamencie Europejskim, gromadzi partie konserwatywne i chadeckie, z naszej strony Platformę Obywatelską, czyli największą partię polskiej opozycji, PSL, otóż tam są pewne reguły co do tego, jak podejmuje się decyzje personalne. I według tych reguł Komisja miała przypaść PO w sposób oczywisty. Okazało się, że jak przypada to Polakowi, to jest problem. Jak Niemiec ma ustąpić Polakowi, to jest problem. Ten problem został rozwiązany w sposób w miarę korzystny, ale trzeba pamiętać, że ograniczone uprawnienia ma, owszem, prawdopodobnie pan poseł Saryjusz-Wolski, ale jednak z ograniczonymi kompetencjami, ale ile się zdarzyło po drodze, ile było telefonów, bo to nie chodzi tylko o telefon pani kanclerz do przewodniczącego partii Tuska, co zresztą jest rzeczą normalną, znaczy twierdzenie, że jest rzeczą nadzwyczajną, że szef jednej partii, a pani kanclerz jest szefem, dzwoni do szefa drugiej partii, obydwie należą do tej samej frakcji w Parlamencie Europejskim, no to to jest przesada, w tym samym nie ma nic złego, pozostaje tylko treść tej rozmowy.

Nie no, panie prezydencie, wiemy, że, oczywiście, w tej bijatyce partyjnej, że tak powiem, w propagandzie partyjnej to są używane argumenty już tak bardzo stronnicze, więc zostawmy, a przejdźmy do meritum.

Ale jest jeszcze jedna sprawa – jeżeli jeden z czołowych polityków partii opozycyjnej na łamach niemieckiego pisma w istocie opowiada się po stronie wszystkich postulatów naszych partnerów, jeżeli w ogóle mamy w Polsce taką sytuację, że dochodzi od czasu do czasu między Polską a Niemcami do jakichś zadrażnień i w trakcie tych zadrażnień strona niemiecka, znaczy niemiecka opinia publiczna opowiada się w sposób jednoznaczny po stronie Niemiec z nielicznymi wyjątkami, a wtóruje w tym opowiadaniu się po stronie Niemiec opinia publiczna (rozumiem przez to media, media polskie w olbrzymim stopniu, też z nielicznymi wyjątkami tych, którzy bronią polskich interesów), to to jest sytuacja w najwyższym stopniu chorobliwa. W najwyższym stopniu. To wskazuje na skalę kryzysu w naszym kraju.

Ale być może tym bardziej jest potrzebna duża debata wewnętrzna w Parlamencie, ale nie tylko, na temat polskiej polityki zagranicznej, jej celów, dlaczego tak, a nie inaczej i tak dalej.

Ona jest być może potrzebna, to prawda, natomiast na pewno odpowiedzią na istniejące problemy nie są wypowiedzi na łamach prasy niemieckiej, z których wynika, że po prostu jeżeli Niemcy coś postanowią, jak to na przykład Rurociąg Północny, no to powinniśmy to przyjąć. Jeżeli Niemcy postanowią, że Traktat konstytucyjny (który został, przypominam, odrzucony przez Holendrów i Francuzów) ma z powrotem wrócić w istocie w prawie niezmienionej wersji, bo on nie może być w ogóle nie zmienionym ze względu właśnie na te dwa referenda, to my mamy się z tym zgadzać. Znaczy według koncepcji owego pana posła, wpływowego polityka Platformy Obywatelskiej, zadaniem Polski jest się zgadzać z wszystkim, nawet jeżeli jest to w sposób oczywisty sprzeczne z naszymi interesami. Ja tutaj przed tego rodzaju polityką przestrzegam i tego rodzaju głosy w dyskusji nie są głosami w dyskusji o naszych interesach, o Polsce.

Sądząc z depeszy PAP-owskiej, to myślę, że pan nawiązuje do wypowiedzi pana posła Pawła Śpiewaka...

Tak jest.

...z Platformy Obywatelskiej, który w takiej debacie mógłby przedstawić swoje racje, powiedzieć, dlaczego tak uważa, a nie inaczej. Ja myślę, że ta debata byłaby dobra również ze względu na to, że trzeba by położyć argumenty na stół.

Myślę, że argumenty obozu, który w tej chwili sprawuje władzę, w tym przypadku również i prezydenta, dlatego bo prezydent i rząd to nie jest to samo, ale akurat polityka zagraniczna w Polsce jest sferą konstytucyjnie kondominialną, to znaczy to jest uprawnienie i rządu, i prezydenta, mam bardzo silne argumenty związane z najoczywistszymi polskimi interesami. Oczywiście, jeżeli te interesy definiować w ten sposób, że powinniśmy się jak najszybciej „rozpłynąć” w Europie, no to wtedy być może zwolennicy takich zasadniczych skoków integracyjnych mają rację. Ale ja sądzę, że owo „rozpłynięcie” polegałoby na tym, że my byśmy zatracili poczucie własnych interesów, a inni, w szczególności silniejsi od nas, zgoła nie. I ta relacja między mediami w tej chwili zaprzyjaźnionych z nami Niemiec a Polską jest w tym względzie najlepszym dowodem.

Panie prezydencie, kiedyś to marzyliśmy, nasze pokolenie również marzyło, żeby się rozpłynąć w Europie, ale to było w PRL-u i to było zupełnie co innego. Teraz jesteśmy w tej Europie i o nasze interesy, oczywiście, powinniśmy zabiegać.

Jestem dokładnie, panie redaktorze, z tego samego pokolenia, ale ja tam nie marzyłem.

O rozpłynięciu się w Europie? Żeby wyrwać się z tego ...

Do przynależności do Europy Zachodniej...

Otóż to.

...to, oczywiście, o tym marzyłem, tak.

Panie prezydencie, to są bardzo ważne rzeczy i czekamy na tę debatę. Ale teraz jest pytanie takie – pan dzisiaj przeprowadził przez Sejm nowelę ustawy lustracyjnej. Dlaczego pan to uważa za równie ważne, jak zajmowanie się polityką zagraniczną?

Dlatego, bo po pierwsze ustawa w treści, która została uchwalona w październiku zeszłego roku, nie miałaby w Trybunale Konstytucyjnym żadnych szans. Znaczy wprowadzone tam zostały reguły, których w państwie prawa... To nie jest puste określenie, ja już to po raz drugi mówię w audycji tej, w której dzisiaj też uczestniczymy, to nie jest nazwa pusta, ona była nadużywana bardzo często, ale pusta nie jest. Nie jest możliwe, żeby państwo powiedziało, że obywatel X (już nie chcę żadnego nazwiska tutaj podawać jako przykładu) jest zły, bo na przykład był agentem, a ten obywatel ma wykazywać, bo tak jest według procedury cywilnej, że nie.

Że nie jest wielbłądem, tak?

Ja nie jestem wielbłądem. To, niestety, państwo musi obywatelowi wykazać, to jest sprawa pierwsza. Sprawa druga – ja choćby w oparciu o to, co sam widziałem na własne oczy we własnych dokumentach, jeśli chodzi o sprawy całkowicie moralnie obojętne, widzę olbrzymią ilość niedoróbek, fuszerki, błędów. Jest tam na przykład lista moich znajomych...

Których jako prawnik pan (...).

Tak. Nie, nie, po prostu w dokumentach, które są w Internecie, wszyscy państwo mogą tam zajrzeć, jest na przykład lista z rozpracowania z 1981 roku moich bliższych znajomych. I z tych bliższych sześciu osób tam wymienionych ja znam tylko jedną, no to tą rzeczywiście bardzo dobrze, to jest bardzo bliski znajomy, ale z pozostałych pięciu jedną troszeczkę, czterech w ogóle nie. No, czysta fuszerka. Druga sprawa, jeżeli chodzi o obecnego premiera, jest zapisane jakoby on poza rodzicami, z którymi istotnie mieszkał, mieszkał jeszcze z jakąś Eleonorą i Jerzym Kaczyńskimi. Otóż zapewniam państwa, że nigdy nie mieszkał, a poza tym ani moi rodzice, w tym już nieżyjący, niestety, ojciec, ani mój brat, ani ja w ogóle nigdy żeśmy żadnej Eleonory i Jerzego Kaczyńskiego nie znali. Być może takie osoby są na tym świecie...

Czyli to uczy dystansu do dokumentów.

To uczy dystansu do tego rodzaju papierów, chociaż ja z drugiej strony muszę powiedzieć, że ja osobiście nie znam przykładu, żeby ktoś był zarejestrowany jako tajny współpracownik, a w rzeczywistości co najmniej nie podpisał zobowiązania. Ja znam przykłady, że ktoś został zarejestrowany, a później od następnego dnia już starał się tę współpracę zerwać. Ale tutaj fałszywego, takiego całkowicie fałszywego zapisu nie znam, ale przecież przez ostatnie lata zajmowałem się setkami innych spraw, a nie tylko badaniem dokumentów. Można powiedzieć, że dokumenty tego rodzaju ze względu na moje prezydenckie obowiązki, przedtem prokuratora generalnego, czasami mi wpadały w ręce. Więc moja wiedza tutaj nie jest pełna. A wziąwszy pod uwagę tą fuszerkę, o której wspominałem przed chwilą, no to ja nie mogę tutaj przyjąć z założenia, że to były dokumenty zawsze prawdziwe.

A jeżeli do tego jeszcze dodamy, że mamy przecież do czynienia z najgorszą, najbardziej zdemoralizowaną, złożoną z najmarniejszych już ludzi częścią aparatu PRL-owskiego (znaczy chodzi mi o Służbę Bezpieczeństwa), no to naprawdę nie można dać rękojmi dobrej wiary temu, co tam pisano. Chociaż też chciałbym, żeby to było jasne, że uważam, że tam, gdzie jest ktoś zarejestrowany jako tajny współpracownik, to w zdecydowanej większości przypadków, powtarzam: w zdecydowanej większości przypadków jest to prawda.

Czyli w gruncie rzeczy pana nowela miała na celu ucywilizowanie po pierwsze...

Po pierwsze to, żeby ta ustawa się w ogóle utrzymała, żebyśmy nie wrócili do 1997 roku, a po drugie pewne ucywilizowanie rozwiązań przyjętych, a także urealnienie, bo setek tysięcy zaświadczeń w krótkim czasie IPN nie byłby w stanie wydać, co mogłoby spowodować, że funkcjonowanie państwa w wielu dziedzinach byłoby zagrożone i że nie daj Boże, odpukać, byłyby w tym roku wybory sejmowe, no to kandydaci, głowę daję, nie wszyscy by takie zaświadczenia uzyskali. Czyli albo wybory sprzeczne z ustawą, albo sprzeczne z Konstytucją, bo Konstytucja każdemu, kto ukończył odpowiednią ilość lat, daje prawo do kandydowania, prawda? Ale z mocy ustawy niektórzy są wyłączeni.

I teraz tak – jeżeli ktoś jest nawet najczystszy na świecie, ale nie zdołano mu dać zaświadczenia, to on by nie mógł kandydować (...) ustawy. To jest przecież o ogóle nieprawdopodobne. Powtarzam – ja mam nadzieję, że wybory odbędą się we wrześniu 2009 roku, to byłoby najlepsze, ale przecież nie można wykluczyć także innych rozwiązań. Więc to jest sprawa realności w tym akurat przypadku. A chciałbym też podkreślić ogrom różnic w stosunku do tego, co jest w 1997 roku. Na czym one polegają? Po pierwsze będzie lista agentów. Lista agentów nie pozwoli na grę teczkami. Ja jestem zaniepokojony, ostatnie tygodnie znakomicie pokazały, jak gra się teczkami, jak jedne teczki nagle się ukazują, inne nie. Powstaje pytanie: kto to robi?

Mówiąc o liście agentów ma pan na myśli w gruncie rzeczy listę konfidentów...

Znaczy konfidentów, tak, ale także...

...współpracowników, bo oprócz tego listę oficerów, pracowników i tak dalej.

Znaczy to niby IPN w tej chwili robi, tylko że proszę pamiętać, że ta lista jest sporządzona sukcesywnie i kto ją czyta? No więc chodzi o to, żeby te dwie listy były niejako równoległe, to jest po pierwsze. Pan redaktor tutaj zwrócił uwagę na niezwykle ważną sprawę, bo konfidenci byli źli, ale ci, którzy ich namawiali, łamali, byli jeszcze gorsi. To sprawa pierwsza. A sprawa druga to jest także to, żeby nie było możliwości gry, bo w tej chwili ta możliwość gry jest. Jeżeli się ukaże i to w pierwszej kolejności lista tych, którzy są aktywni w dzisiejszym życiu społecznym, gospodarczym, politycznym dzisiaj, no to możliwość gry zasadniczo się ogranicza, a ja sądzę, że taką grę niektórzy mieli na myśli.

Panie prezydencie, musimy, niestety, kończyć, bo czas jest nieubłagany. I tak żeśmy przekroczyli i koledzy chyba będą na mnie krzyczeć w radiu...

Przykro mi.

No ale cóż, taki los, ale najważniejszą sprawą, która się działa, to jest jednak początek drogi przy tej tarczy antyrakietowej. Mam nadzieję, że przy następnej rozmowie będziemy mogli poznać pewne szczegóły.

Myślę, że dużo lepiej będzie później o tym porozmawiać, bo w tej chwili to jest jeszcze sam początek, my jeszcze nie odpowiedzieliśmy na notę amerykańską, jeszcze się nad tym wszystkim zastanawiamy.

Nie wiem, lepiej nie rozmawiać przez media, tylko w ciszy.

No więc właśnie.

Ale liczymy też na informacje niebawem.

Ale oczywiście, wtedy kiedy będzie to aktualne już w stu procentach, będziemy chętnie rozmawiać. Ale świetnie zauważył pan redaktor, że trudno z naszym największym sojusznikiem rozmawiać za pomocą radia, nawet jeżeli to jest
Program 1 Polskiego Radia publicznego.

I w imieniu tego programu i całego radia dziękuję, panie prezydencie, za rozmowę i dziękuję państwu za uwagę. Dobrej nocy.

Dobrej nocy, dziękuję bardzo.

źródło: www.polskieradio.pl
Poleć znajomemu


Opuszczasz oficjalny serwis Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej


Dziękujemy za odwiedzenie naszej strony.

Zapraszamy ponownie.