przeskocz do treści | przeskocz do menu głównego
Oficjalna strona Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej
| | |
A | A | A
Poniedziałek, 13 sierpnia 2018

Paweł Soloch dla „Rz”: Fregaty obronią nas na Bałtyku

Wywiad z Szefem Biura Bezpieczeństwa Narodowego Pawłem Solochem ukazał się 13 sierpnia w dzienniku „Rzeczpospolita”.

 

Czy realne są plany związane z rozwojem sil zbrojnych, myślę o zwiększeniu liczby żołnierzy do 150 tysięcy?

 

Paweł Soloch: Zakładamy, że w perspektywie pięciu - siedmiu lat same Wojska Obrony Terytorialnej osiągną stan około 30-35 tysięcy. Dziś jest to już kilkanaście tysięcy szkolących się żołnierzy. Otwarta jest kwestia uzupełnienia stanu osobowego wojsk operacyjnych. Natomiast moim zdaniem równie ważne jak zwiększanie ich liczebności, jest budowanie rezerw mobilizacyjnych. Warto się zastanowić, czy nie powinniśmy powrócić do jakiejś formy służby kontraktowej. Żołnierze po kontraktach stanowiliby naturalną rezerwę Sił Zbrojnych. W większości profesjonalnych armii stosuje się podobne rozwiązania.

 

Może po prostu trzeba zwiększać liczbę szkoleń organizowanych dla rezerwistów?

 

 Tak, ale jednocześnie trzeba mieć odpowiednią liczbę rezerwistów, którzy zaliczyli szkolenie podstawowe. A z tym jest problem.

 

W tej chwili takie zaplecze budują Wojska Obrony Terytorialnej?

 

W pewnym sensie tak. Natomiast nie chodzi o to, aby żołnierze WOT w razie kryzysu byli wcielani do wojsk operacyjnych. WOT to zwarte oddziały, które także w czasie wojny mają określone zadania do realizacji.

 

Może stworzyć armię rezerwową?

 

Nie. Raczej system oparty na szkoleniu rezerwistów, przypisanych do konkretnych jednostek wojskowych. Powinniśmy też mieć czym zachęcić ludzi do służby. Jak wiemy, ostatnio okazało się, że na szkolenie wojskowe ochotników studentów zgłosiło się ich mniej, niż planowano. Jednak sama idea jest dobra. Dobrze, że myśli się o stwarzaniu możliwości szkoleń.

 

A może przywrócić pobór?

 

Nie ma takiej potrzeby. Tym bardziej że wojsko mogłoby mieć problem z wchłonięciem tak dużej liczby osób. Ciągle obserwujemy poważny potencjał wśród ochotników - kandydatów do WOT, uczniów klas mundurowych, członków organizacji proobronnych. Kwestią do rozwiązania jest odpowiednie, systemowe zagospodarowanie tego potencjału.

 

Kiedy zatem armia może osiągnąć stan 150 tys. żołnierzy?

 

 

Zwiększenie liczby wojsk do takiego poziomu jest uzależnione przede wszystkim od nakładów obronnych. Szkolenie żołnierza zawodowego w perspektywie wieloletniej wiąże się z dużymi kosztami. Na to pytanie musi odpowiedzieć MON, analizując przede wszystkim swoje możliwości finansowe.

 

 Zaraz po święcie Wojska Polskiego Prezydent Andrzej Duda wylatuje do Australii. Czy jest szansa na bardzo konkretny efekt jego wizyty na antypodach, czyli podpisanie listu intencyjnego w sprawie zakupu dwóch okrętów typu Adelaide?

 

Mam nadzieję, że tak się stanie. Wpisuje się to w kierunek, wskazany przez prezydenta Andrzeja Dudę, a którego celem jest zwiększenie bezpieczeństwa Polski - z uwzględnieniem aspektu morskiego. Na ile te okręty wzmocnią naszą obronność? Fregaty rakietowe typu Adelaide to jednostki wielozadaniowe, które mogą stanowić poważne i szybkie wzmocnienie potencjału naszej Marynarki Wojennej. W tym obrony powietrznej kraju. W okręty klasy fregata wyposażone są siły morskie m.in. Hiszpanii czy Turcji. Australijskie jednostki są w pełni sprawne, uzbrojone i cały czas wykorzystywane przez tamtejszą marynarkę. Oczywiście decydując się na ich pozyskanie, jednocześnie będziemy chcieli zakupić jednostki ognia - czyli rakiety, do tych okrętów. W tej sprawie prowadzone są rozmowy ze Stanami Zjednoczonymi.

 

Kiedy fregaty mogą znaleźć się w Polsce?

 

Byłoby dobrze, gdyby osiągnęły gotowość operacyjną w czasie nie dłuższym niż 18 miesięcy. Okres ten obejmowałby również szkolenie załóg.

 

Czy zakup używanych fregat wynika z braku środków w budżecie MON na nowe okręty? A może sytuacji polskiego przemysłu stoczniowego, który nie jest w stanie wybudować nowych okrętów?

 

Po części i jedno, i drugie. Odnosząc się do wieku okrętów, nie należy rozpatrywać go z punktu widzenia kadłubów, które rzeczywiście zostały wybudowane około 26 lat temu. Nie decydują one o wartości bojowej australijskich jednostek. Uzbrojenie, wyrzutnie rakiet, systemy kierowania i dowodzenia - czyli wszystko, co najważniejsze - zostały gruntownie i  dużym kosztem zmodernizowane w latach 2008-2010. Więc wszystko, co jest na nich najbardziej wartościowe, ma w praktyce dziesięć lat i w pełni odpowiada dzisiejszym standardom w NATO.

 

Czyli po prostu nie stać nas na nowe.

 

Dziś nowa fregata kosztowałaby kilka razy więcej, niż zakładamy, że będą kosztowały nas używane jednostki. Natomiast pozyskanie nowego okrętu tej klasy to perspektywa około dziesięciu lat. Polska Marynarka nie ma tyle czasu, ponieważ zagrożenia, którym ma zapobiegać i na które ma odpowiadać, występują tu i teraz. Przypomnę, że w ciągu kilku lat będą wycofane znajdujące się w służbie Marynarki Wojennej fregaty typu OHP. Nowe okręty musimy zatem pozyskać szybko, tym bardziej że mamy wyszkolone załogi. Ewentualny zakup australijskich jednostek byłby rozwiązaniem pomostowym, które da czas m.in. polskiemu przemysłowi stoczniowemu na zbudowanie potencjału odpowiadającego potrzebom konstruowania nowoczesnych platform.

 

W naszych stoczniach nie możemy stworzyć własnych okrętów?

 

Dziś nasze stocznie nie posiadają zdolności budowy takich okrętów. Jesteśmy w stanie zbudować np. holownik, niszczyciela min, okręty wsparcia... ale niestety nie fregatę.

 

Ale Niemcy np. budują okręty podwodne.

 

Oczywiście powinniśmy rozwijać własne zdolności w zakresie budowy okrętów różnego typu, jednak ich osiągnięcie zajmie nam wiele lat. Problem w tym, że Marynarka Wojenna stoi na krawędzi. Okręty zdolne do działań bojowych potrzebne są już! Rozwiązanie pomostowe, jakim są Adelaide, daje naszemu przemysłowi czas na zbudowanie własnych zdolności w tym zakresie.

 

Jakie są plusy zakupu australijskich jednostek?

 

Przede wszystkim nasze analizy zawarte m.in. w Strategicznej Koncepcji Bezpieczeństwa Morskiego RP, opracowanej na wniosek Prezydenta Andrzeja Dudy, wskazują, że optymalnym kierunkiem wzmacniania marynarki byłoby pozyskiwanie okrętów typu fregata. Czyli jednostek większych i bardziej uniwersalnych niż te przewidziane w planach opracowanych za rządów PO-PSL, które zresztą przez te rządy nie zostały wdrożone. Te okręty przede wszystkim posiadają zdolności do osłony przeciwlotniczej oraz przeciwrakietowej i będą mogły zostać „wpięte” w system obrony powietrznej kraju. Tym samym mogą zabezpieczać zgrupowania okrętów, porty wojenne, sojusznicze wojska przybywające drogą morską ze wzmocnieniem czy chociażby amerykańską bazę w Redzikowie.

 

Jak jeszcze można wykorzystać fregaty?

 

Nie można zapominać też o tym, że Polska prowadzi zainicjowaną przez Prezydenta Lecha Kaczyńskiego politykę dywersyfikacji źródeł energii. Fregaty mogą być więc wykorzystywane do ochrony konwojów, gazoportu w Świnoujściu czy innych elementów infrastruktury krytycznej. Mniejsze jednostki nie dają takich możliwości, tym bardziej że ich zdolności do operowania w trudnych warunkach pogodowych, często występujących na Bałtyku, pozostawiałyby wiele do życzenia. Fregaty zapewniłyby również zdolności do wysuniętego rozpoznania, zwalczania okrętów podwodnych oraz mogłyby stanowić mobilną bazę dla operacji sił specjalnych. Kolejnym argumentem przemawiającym za zakupem fregat typu Adelaide jest szansa na bardziej skuteczne wypełnienie zobowiązań sojuszniczych, wynikających z naszego członkostwa w NATO, w tym chociażby postanowień ostatniego szczytu Sojuszu, czyli inicjatywy 4x30 - wydzielenia sił lądowych, powietrznych i morskich do szybkich działań. Dzięki temu uzupełnilibyśmy także deficytowe zdolności NATO na Bałtyku.

 

Czy nie ma pan obaw, że zakup używanych fregat spowoduje, że inne potrzeby Marynarki Wojennej RP zostaną odłożone w czasie?

 

Słowem czy zakup australijskich fregat może spowodować rezygnację z programów „Miecznik” i „Czapla”, a także „Orka”, czyli okrętów podwodnych? Dzięki temu uzupełnilibyśmy także deficytowe zdolności NATO na Bałtyku. BBN jest w ścisłym kontakcie z ministrem obrony, uczestniczymy w naradach i jesteśmy informowani o decyzjach, które ministerstwo podejmuje. Absolutnie nie wynika z nich, aby te programy były zarzucone. Wolą ministra Mariusza Błaszczaka jest doprowadzenie w tym zakresie do szybkich rozstrzygnięć.

 

Optymistycznie patrzy pan na efekty wizyty Prezydenta w Australii?

 

Z punktu widzenia spraw bezpieczeństwa zdecydowanie tak. Zwłaszcza na kwestię ewentualnego pozyskania wspomnianych fregat. Prezydent patronuje negocjacjom w tej sprawie, które prowadzi MON. Nie można też zapominać, że Australia jest jednym z najważniejszych państw partnerskich NATO, a także ściśle współpracuje z USA. W czasie wizyty ważny będzie więc wymiar sojuszniczy. Wizyta Prezydenta w Australii będzie też istotna w kontekście wrześniowego spotkania Prezydentów Dudy i Trumpa w Waszyngtonie.

 

Rozmawiał Marek Kozubal

Poleć znajomemu


Opuszczasz oficjalny serwis Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej


Dziękujemy za odwiedzenie naszej strony.

Zapraszamy ponownie.