przeskocz do treści | przeskocz do menu głównego
Oficjalna strona Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej
| | |
A | A | A
Poniedziałek, 21 września 2015

Min. Łopiński: Pierwsze posiedzenie NRR planujemy w październiku

Wywiad z ministrem Maciejem Łopińskim został opublikowany w tygodniku "Do Rzeczy" 21 września 2015 roku.

 

Cezary Gmyz: Przez pięć lat nie gościł pan w Pałacu Prezydenckim. Czy gabinet, w którym rozmawiamy, to ten sam, który opuszczał pan w lipcu 2010 r.?

 

Maciej Łopiński: Nie, to nie jest ten sam gabinet i cieszę się z tego. Zastanawiałem się dość długo, czy przyjąć propozycję, którą złożył mi Andrzej Duda. Obawiałem się, że z emocjonalnego punktu widzenia będzie to trudne. I było trudne mimo upływu prawie pięciu lat. Z pałacu wyszedłem 5 lipca 2010 r., czyli trzy miesiące po katastrofie. Nie kryję, że miałem taką umowę z Jarosławem Kaczyńskim, iż do momentu ogłoszenia przez Państwową Komisję Wyborczą wyników wyborów prezydenckich będę pracował i robił to, co do mnie należy. I parę rzeczy udało mi się dokończyć. Na przykład wydać ostatni tom wystąpień prezydenta Kaczyńskiego i książkę „Warto być Polakiem”. 6 sierpnia 2015 r. nie brałem udziału w przejmowaniu Pałacu Prezydenckiego. Prezydent zwolnił mnie z tego obowiązku na moją prośbę. Wieczorem jednak przyszedłem na spotkanie. Snułem się jak duch po krużgankach, po pokojach, po salach na parterze. Przeprosiłem Andrzeja i wróciłem do domu. Tak wiele rzeczy przypominało mi o Leszku... Chociaż czułem także satysfakcję, że to koło historii tak się zakręciło. Łatwe to jednak nie było.

 

Jaki jest bilans otwarcia?

 

Nie chcę mówić o tym w szczegółach. Niebawem będziemy publikować stosowny raport. Umówiliśmy się, że wszystkie media otrzymają go równocześnie i nie ma powodu, bym te ustalenia łamał. Mogę powiedzieć jedynie, że chcemy, by opinia publiczna wiedziała, w jakiej sytuacji jest w tej chwili Kancelaria Prezydenta.

 

Czyli w sytuacji dość opłakanej?

 

Nie chcę używać takich epitetów, ale nie jest to sytuacja dobra.

 

Coś jednak wiadomo. Zaginione dzieła sztuki, wykasowane e-maile, brak pieniędzy.

 

Rzeczywiście otrzymałem taką informację, że nie wiadomo, co się stało z dwoma zabytkowymi obrazami. Co prawda już się pojawiły ze strony Platformy zarzuty, że szukamy kwitów i haków. Nie szukamy, ale jeśli w pałacu nie możemy odnaleźć dzieł sztuki, to ktoś za to odpowiada.

 

Czego jeszcze brakuje?

 

Nie znaleźliśmy notatek z rozmów prezydenta Komorowskiego z politykami z zagranicy.

 

Grzegorz Schetyna twierdzi, że są w MSZ.

 

Z całym szacunkiem, ale tego typu dokumenty dotyczące działalności głowy państwa powinny być w archiwum prezydenckim.

 

A co ze skrzynkami poczty elektronicznej?

 

Jak mówiłem, wolałbym się w szczegółach nie wypowiadać.
 

Bardzo pan minister tajemniczy.

 

Kiedyś jedna z dziennikarek robiła mi wyrzuty, że mam dużą wiedzę, ale się nią nie dzielę. Odpowiedziałem jej, że jeśli istotnie dużo wiem, to właśnie dlatego, że mówię mało.

 

Jak wyglądały pierwsze dni w pałacu?

 

Sam Andrzej Duda z początku czuł się nieswojo w gabinecie, w którym urzędował Lech Kaczyński. Szybko jednak to uczucie opanował. Ma bardzo ważną cechę jako polityk. Jest niezwykle empatyczny. Czuje audytorium, słuchaczy i to go mobilizuje. Wie, że musi stanąć na wysokości zadania. Jednocześnie jako dobry prawnik potrafi urzędować, w dobrym znaczeniu tego słowa. Urząd prezydenta RP to urząd specyficzny, ale nadal urząd. Jego specyfika polega na tym, że to nie jest tak jak w rządzie, gdzie ministrowie pracują również na swoją pozycję. Ministrowie Kancelarii Prezydenta świecą światłem odbitym i pracują jedynie na rzecz tego, komu naród w powszechnym głosowaniu powierzył funkcję głowy państwa.

 

Pracujecie jednak w przynajmniej częściowo wrogim otoczeniu.

 

Ja mam dość dobrą sytuację. Biuro Narodowej Rady Rozwoju, za które odpowiadam, jest strukturą zupełnie nową, Biurem Wystąpień i Patronatów kierują zaś osoby, które pracowały za Lecha Kaczyńskiego. Niektórym pracownikom kancelarii, odchodząc w lipcu 2010 r., radziłem, by zostali. Przez pięć lat robili na ogół mniej ważne rzeczy, czasem pracowali na niższych stanowiskach, ale dziś są pomocni. Nie mam więc specjalnych problemów. Nie oznacza to, że nie napotykamy przeszkód. Nie będzie jednak tak, że wymienimy wszystkich, włącznie z kierowcami i sprzątaczkami. Zwolnienia grupowe już były. Za poprzedniego kierownictwa.

 

Odpowiada pan za Narodową Radę Rozwoju. Kiedy się zbierze i czym się zajmie?

 

Pierwsze posiedzenie planujemy w październiku. Prezydent oczekuje, by rada była także organem roboczym. Z jednej strony chciałby, by opracowywała ona stanowiska merytoryczne do projektów ustaw, które będzie wnosił do Sejmu. Z drugiej, zależy mu na tym, by rada działała w sposób strategiczny, wypracowując stanowiska wykraczające poza horyzont bieżącej polityki.

 

Skupmy się najpierw na bieżącej polityce, jakie projekty ustaw?

 

Prezydent w czasie kampanii zobowiązał się, że przedstawi ustawę dotyczącą tzw. frankowiczów. Chciałbym jednak, by tą sprawą zajęli się nie tylko eksperci Narodowej Rady Rozwoju, lecz także przedstawiciele tych, którzy są obciążeni tymi zobowiązaniami. Być może też politycy, którzy już występowali w tych kwestiach. Nawiasem mówiąc, w samej Narodowej Radzie Rozwoju czynni politycy zasiadać nie będą. Mam nadzieję, że wypracujemy rozwiązania, które pozwolą ulżyć osobom takie kredyty spłacającym. Myślę, że zaprosimy też przedstawicieli banków, że banki będą skłonne, by usiąść do stołu i pomóc rozwiązać ten problem. Finalizujemy też prace nad projektami ustaw o skróceniu wieku emerytalnego i podwyższeniu kwoty wolnej od podatku.

 

Co będzie tematem pierwszego posiedzenia Narodowej Rady Rozwoju?

 

Pragniemy zająć się ochroną zdrowia. To niezwykle ważny problem społeczny, ale w pewnym sensie również nawiązanie do Narodowej Rady Rozwoju, która funkcjonowała za Lecha Kaczyńskiego. Rada w czasie kadencji Lecha Kaczyńskiego odbyła dwa posiedzenia. Pierwsze poświęcone było demografii, drugie finansom. Trzecie posiedzenie już się nie odbyło, bo prezydent zginął w Smoleńsku. Tematem miał być właśnie system ochrony zdrowia. Planowane przez prezydenta Dudę posiedzenie jest zatem niejako nawiązaniem do dziedzictwa Lecha Kaczyńskiego.

 

Jak przebiega proces powoływania doradców?

 

Na razie nie chcę mówić o personaliach, czekam, aż doradców formalnie powoła prezydent. To, co jest budujące, to fakt, że część osób zgodziła się pracować społecznie, bez wynagrodzenia w związku z ograniczonymi zasobami finansowymi, jakimi w tej chwili dysponuje kancelaria. Obecna kancelaria ma mniej ministrów niż za czasów Bronisława Komorowskiego. Mniej też zapewne będzie etatowych doradców.

 

Czym zajmie się Narodowa Rada Rozwoju oprócz ochrony zdrowia?

 

Jest wiele ważnych tematów: demografia, energetyka i to nie tylko w kontekście węgla. Uważam, że Narodowa Rada Rozwoju mogłaby zająć się też problemem imigracji. Oczywiście nie chodzi o to, by rozwiązywać bieżący problem, bo w tej dziedzinie kompetencje prezydenta są dość ograniczone. Bardziej chodzi o to, by przyjrzeć się, jak Europa sobie z tym problemem radzi lub raczej nie radzi. Po analizie trzeba zaś wyciągnąć wnioski, bo pytanie, czy jesteśmy w przededniu nowej wędrówki ludów, jest jak najbardziej zasadne.

 

Ewa Kopacz domagała się, by w tej sprawie zwołać Radę Gabinetową lub Radę Bezpieczeństwa Narodowego.

 

Proponuję, by pani premier zamiast atakować prezydenta także w trakcie jego ważnych wizyt zagranicznych, zadbała o bardziej konsekwentną politykę rządu w sprawie imigrantów i o to, by Sejm otrzymywał od rządu pełne informacje o kryzysie imigracyjnym z rzetelnym opisem, w jakim stopniu Polska jest przygotowana do przyjmowania uchodźców i jakie są szansę ich asymilacji. Apelowałbym do Ewy Kopacz, by częściej była w tej trudnej sytuacji premierem, a rzadziej szefową partii, która pod jej kierownictwem traci w sondażach.

 

To prezydent decyduje o zwołaniu obu tych rad. Prezydent jest zainteresowany uzyskiwaniem informacji od przedstawicieli rządu. Były spotkania zarówno z ministrem obrony, jak i ministrem spraw zagranicznych. To obszary bezpośrednich konstytucyjnych obowiązków prezydenta. Ma on silny mandat pochodzący z powszechnych, bezpośrednich wyborów. Natomiast jego konstytucyjne uprawnienia są dość ściśle określone, ma oczywiście narzędzia zarówno pozytywne, takie jak inicjatywa ustawodawcza oraz orędzia, jak i negatywne, tzn. kierowanie ustaw do ponownego rozpatrzenia przez parlament. W przypadku wątpliwości konstytucyjnych - kierowanie ustaw do Trybunału Konstytucyjnego.

 

Jak wygląda codzienność kohabitacji z rządem, który wywodzi się z innej partii niż prezydent? Czy można to porównać ze stanem, jaki był wówczas, kiedy prezydentem był Lech Kaczyński, a premierem Donald Tusk? Z osławionymi wojnami o krzesło lub samolot?

 

Ze strony Tomasza Siemoniaka i Grzegorza Schetyny widzę pewną chęć kooperacji...

 

Czyżby? Obaj politycy dość skrupulatnie korzystają z okazji do wbijania szpilek prezydentowi, że przypomnę choćby wypowiedzi Schetyny po rozmowie Andrzeja Dudy z prezydentem Niemiec Joachimem Gauckiem.

 

No, dobrze. Chciałbym widzieć pewną chęć kooperacji. Prezydent przyjął zasadę, że nie będzie reagował na takie - nie wiem, jak to nazwać... - polityczne zaczepki. Traktujemy je jako element gry wyborczej. Ataki na prezydenta mają przede wszystkim osłabić Prawo i Sprawiedliwość. Myślę, że są one efektem spadku notowań Platformy w sondażach i wyrazem dużego niepokoju. Prezydent cieszy się znaczną popularnością i sympatią. W tej sytuacji agresja wobec niego (i spokój, jaki zachowuje Andrzej Duda) powoduje, że te ataki obracają się przeciw atakującym. W gruncie rzeczy PO próbuje sięgać po metody Janusza Palikota - uderzenia w podstawy godnościowe prezydentury. Problem - nie nasz - polega na tym, że te ataki przynoszą skutek odwrotny do zamierzonego. Aczkolwiek dewastują państwo. I obniżają poziom debaty publicznej.

 

Ewa Kopacz już próbowała sprowokować konflikt podobny do tego, jaki wybuchł za czasów Donalda Tuska - spór o to, kto stanie na czele polskiej delegacji do Brukseli. Tym razem chodzi o szczyt Europa Środkowa - Chiny.


Szczyt ten planowany jest po wyborach parlamentarnych w połowie listopada, więc poczekajmy. Za czasów Lecha Kaczyńskiego staraliśmy się nie wchodzić w konflikt z rządem. Tak długo, jak nie kwestionowano konstytucyjnych uprawnień prezydenta. Apelowałbym do gabinetu Ewy Kopacz o pewnego rodzaju wstrzemięźliwość do czasu, kiedy już za nieco ponad miesiąc okaże się, kto zdobędzie mandat do rządzenia po wyborach parlamentarnych. Ze strony prezydenta nie ma dążenia do konfrontacji z obecnym rządem.

 

O podobną wstrzemięźliwość apelował również Andrzej Duda podczas uroczystości wręczenia mu aktu nominacji prezydenckiej. Nie poskutkowało.

 

Rząd oczywiście musi rządzić i admi­nistrować. Andrzej Duda, kierując ten apel, miał na myśli głównie nowelizację ustawy o Trybunale Konstytucyjnym. Powiedzmy otwarcie, że za pomocą tej zmiany koalicja próbuje zabezpieczyć swoje interesy rzutem na taśmę, postanawiając jeszcze w obecnej kadencji wybrać nowych członków Trybunału, podczas gdy mandat dotychczasowych jeszcze nie wygasł. Ta gra podważa autorytet Trybunału Konstytucyjnego. I jest dowodem na instrumentalne traktowanie go przez Platformę Obywatelską.

 

Wiele wskazuje na to, że to PiS obejmie władzę po wyborach. Z pozoru to sytuacja komfortowa, jednak polska konstytucja jest tak skonstruowana, że może generować konflikty między rządem a prezydentem. Przykładem tego są dzieje szorstkiej przyjaźni między Kwaśniewskim a Millerem. Szybko doszło też do sporu Kazimierza Marcinkiewicza z Jarosławem Kaczyńskim i w rezultacie z Lechem Kaczyńskim. Nie obawia się pan powtórki?

 

Lech Kaczyński, analizując sprawę premiera Marcinkiewicza, powiedział kiedyś, że była to lwia spółka - wszystkie zyski konsumował Kazimierz Marcinkiewicz, wszystkie koszty ponosił Jarosław Kaczyński.

 

Trochę jak w starym żydowskim dowcipie o spółce, którą założyli dwaj udziałowcy – jeden miał kapitał, a drugi doświadczenie. Po roku sytuacja była dokładnie odwrotna.

 

Trochę tak było. Teraz jednak nie spodziewam się powtórki. Oczywiście swoistego rodzaju napięcie między urzędem prezydenckim a rządem jest wbudowane w konstytucję. Andrzej Duda i Beata Szydło mieli okazję sprawdzić się we wspólnym boju w czasie kampanii prezydenckiej. Oczywiście pewne konflikty mogą wystąpić. Jednak jeśli kto zna zarówno Beatę Szydło, jak i Andrzeja Dudę, to po prostu wie, że „szorstkiej przyjaźni” lub wręcz „wojny na górze” trudno się spodziewać.

 

Jak może wyglądać w praktyce aktywne współdziałanie prezydenta i rządu?

 

Wszystkie ręce na pokład w realizacji celów. W Polsce nie ma na przykład ośrodka planowania strategicznego. Warto więc zmierzać do przekształcenia Narodowej Rady Rozwoju w zalążek takiej placówki i usytuować ją gdzieś na pograniczu, między Kancelarią Prezydenta a kancelarią premiera.

 

A Jarosław Kaczyński?

Jarosław Kaczyński bez wątpienia jest politykiem wybitnym, potrafiącym analizować i kalkulować. Prawdziwym mężem stanu. Myślę, że po ewentualnym zwycięstwie Prawa i Sprawiedliwości pozostanie na czele formacji. Jako szef partii, który wysunął kandydatów na urzędy - Andrzeja Dudę i Beatę Szydło.

 

Poleć znajomemu


Opuszczasz oficjalny serwis Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej


Dziękujemy za odwiedzenie naszej strony.

Zapraszamy ponownie.