Menu rozwijane

15 września 2021

Ekscelencje,
Szanowni Państwo,

dziękuję za zaproszenie do uczestniczenia w tegorocznym spotkaniu Grupy Arraiolos. Cieszę się, że możemy w końcu spotkać się, jak w normalnych czasach, twarzą w twarz. Reprezentujemy różnorodność naszych państw, regionów, kultur, profilów gospodarek. Mimo odmiennych poglądów na przyszłość Unii i dalszy przebieg jej integracji, to co nas niewątpliwie łączy, to głębokie przekonanie i przywiązanie do projektu europejskiego. Deklaruję to jasno w imieniu mojego kraju.

Dyskusja o przyszłości Unii Europejskiej to także refleksja nt. pojęcia „autonomia strategiczna” i próba odpowiedzi na pytanie: co jest niezbędne, aby Unia Europejska stała się wpływowym i ważnym graczem globalnym.

W moim dzisiejszym wystąpieniu chcę przedstawić trzy tezy: Po pierwsze: budowa silnej pozycji Unii Europejskiej w globalnej rozgrywce nie może odbyć się kosztem uszczerbku dla roli NATO i relacji transatlantyckich, Po drugie: Unia, jeżeli naprawdę chce być europejska, musi prowadzić politykę otwartych drzwi. Nie może być klubem.

Po trzecie: używanie terminów „autonomia” czy „suwerenność strategiczna” w kontekście UE musi obejmować szacunek wobec państwa narodowego.

W kwestii pierwszej musimy zdawać sobie sprawę, że wobec narastającej rywalizacji geopolitycznej Unia Europejska, chcąc być podmiotem współkształtującym ład międzynarodowy, powinna wzmacniać własne zasoby, zdolność do działania i obronność.  Ale nie powinno się to nigdy odbywać kosztem sprawdzonego sojuszu.

Trudno jest wyobrazić sobie historię II wojny światowej w Europie oraz w ogóle jej powojenne losy bez ścisłej współpracy z naszym partnerem zza Atlantyku. To przecież wojska amerykańskie poświęcały swoje życie, wyzwalając zachodnią część naszego kontynentu spod okupacji niemieckich nazistów. W szczytowym momencie zimnej wojny, w latach 60-tych XX wieku, w Europie było ok. 400 tys. żołnierzy amerykańskich. Ten ogromny, nierzadko heroiczny wysiłek miał przecież na celu nie okupację Europy, lecz jej obronę przed inwazją Armii Czerwonej i zagwarantowanie bezpieczeństwa Staremu Kontynentowi. My naprawdę doskonale wiemy co to jest Armia Czerwona.

Podobnie teraz, choć wojsk amerykańskich jest zdecydowanie mniej, ok. 60 tys., ich obecność jest najważniejszym elementem naszego bezpieczeństwa. Nie oznacza to w żadnym wypadku, że do amerykańskiej polityki należy podchodzić bezkrytycznie. Uważam na przykład, że przyzwolenie na budowę gazociągu Nord Stream 2, projektu niezwykle szkodliwego geopolitycznie, to kardynalny błąd, który doprowadzi do deficytu bezpieczeństwa na całych połaciach naszego kontynentu. Tym niemniej Stany Zjednoczone są i jeszcze długo pozostaną najbliższym sojusznikiem oraz najlepszym gwarantem bezpieczeństwa, jakiego Europa kiedykolwiek miała. USA to też część naszego dziedzictwa. Polacy, Irlandczycy, Włosi, Niemcy wiedzą o tym doskonale.

Dlatego należy kategorycznie wykluczyć jakiekolwiek wzmocnienie UE kosztem relacji transatlantyckich i Sojuszu Północnoatlantyckiego. Odstawmy ambicje i traktujmy bezpieczeństwo w sposób priorytetowy.

Unia, wobec odmiennych strategii państw członkowskich czy różnic w percepcji zagrożeń, nie jest w stanie dziś i w najbliższej przyszłości samodzielnie zadbać o swoje „twarde” bezpieczeństwo. Potrzebujemy do tego bliskiej współpracy z sojusznikami, silnego NATO i ścisłych relacji transatlantyckich. Nasze działania nie mają duplikować zadań NATO. Powinniśmy natomiast rozwijać dialog UE-NATO oraz wzmacniać europejski potencjał technologiczny i obronny. Polska dostrzega również potencjał Unii w takich obszarach jak cyberbezpieczeństwo, walka z dezinformacją czy zagrożeniami hybrydowymi – m.in. takimi, jakie mają miejsce na naszych wschodnich granicach z Białorusią, gdzie reżim Łukaszenki stara się zdestabilizować Unię poprzez próbę przemycenia wykorzystywanych cynicznie ludzi do Europy Zachodniej. Bo przecież każdy wie, że Polska, Litwa i Łotwa, które dziś zmagają się z tym problemem, bronią tak naprawdę bezpieczeństwa Niemiec i Skandynawii.

Mówiąc o wzmacnianiu międzynarodowej roli Unii Europejskiej, winniśmy przede wszystkim wzmacniać potencjał gospodarczy Wspólnoty. W moim ubiegłorocznym liście skierowanym m.in. do Państwa – przywódców, współliderów Europy – pisałem o tym, że jako Europa musimy znów stać się wielkim, innowacyjnym i adekwatnym do wymogów współczesności „warsztatem produkcyjnym”, ponieważ ma to znaczenie strategiczne dla naszej podmiotowości gospodarczej. Ten potencjał gospodarczy przekłada się bowiem bezpośrednio na siłę i pozycję globalną. Dla wzmocnienia swojej roli na świecie, Unia powinna przede wszystkim kontynuować reformę jednolitego rynku, wyzbywając się tendencji protekcjonistycznych, które ograniczają swobodę konkurencji. W ten sposób zabezpieczymy naszą gospodarkę przed kryzysami.

Budując globalną pozycję UE, musimy jednak pamiętać o nas samych. Siła naszej wspólnoty i jej percepcja na świecie wynikać powinna z jej wiarygodności. Nie będziemy wiarygodni, jeśli nasi partnerzy, którzy podejmują wysiłki modernizacyjne i chcą do naszej wspólnoty dołączyć, nie dostaną takiej możliwości. Dlatego mówię o rozszerzeniu. Jesteśmy Europą, Kontynentem, a nie klubem dla wybranych.

Dlatego musimy być otwarci na inne państwa europejskie, na te, które już realnie wprowadzają reformy pod kątem akcesji do Unii. A niestety, ponad 30 lat od upadku żelaznej kurtyny, terytorium Europy jest nadal podzielone.

Dziś kurtyny nie są z żelaza, a z barier celnych, ograniczeń wizowych, z braku perspektyw członkostwa. I mówię to otwarcie: w naszym bezpośrednim sąsiedztwie leżą państwa europejskie, które winny być częścią naszej wspólnoty. Niedawno odwiedziłem Mołdawię z okazji 30-lecia uzyskania niepodległości. Widziałem tam młodych ludzi, którzy z entuzjazmem chcą zmieniać swój kraj. Wszyscy widzieliśmy Ukrainę w 2014 roku, gdzie młodzi patrioci i demokraci ginęli na barykadach za to, aby ich państwo miało szansę wejść pewnego dnia do wspólnoty europejskiej.

Dlatego jeśli chcemy, aby Unia była unią prawdziwie europejską, musimy kontynuować politykę rozszerzania. W tej sprawie w Polsce panuje konsensus. Za 10-15 lat będzie tu inny prezydent Polski i on, albo ona, powie to samo, o ile ta sprawa nie ruszy z miejsca. Bo zapewniam, że Polska nie ustanie, aż ten podział na „Unię i nie-Unię” nie zostanie zakończony. Bo, proszę państwa, podzielony kontynent nie może mieć żadnej strategicznej autonomii.

Teraz trzecia kwestia. W Polsce, która aktywnie uczestniczy w dialogu nt. roli naszej wspólnoty na forum globalnym, terminy „autonomia” czy „suwerenność strategiczna” nie wzbudzają entuzjazmu i pozostają w sprzeczności z wolą założycieli Unii. „Suwerenność” bowiem to atrybut państw narodowych – to właśnie one pozostają „właścicielami” projektu europejskiego. Tym samym kompetencje naszej wspólnoty powinny ograniczać się jedynie do tych, które zostały jej dobrowolnie przekazane przez państwa członkowskie. Brak zrozumienia tego stanu rzeczy, jak również brak wspólnej tożsamości europejskiej, czy języka, skutkuje czymś, co dobrze znamy: deficytem demokratycznym w instytucjach Unii. To państwa narodowe są demokratyczne, a Unia funkcjonuje na zasadzie umowy między nimi.

Ekscelencje, Szanowni Państwo,

Podsumowując, budowanie silnej pozycji UE w globalnej polityce to zadanie, które możemy osiągnąć tylko poprzez współpracę. Miejsce naszych państw i naszej wspólnoty jest bezsprzecznie wśród rozgrywających w globalnej polityce. Nie może się to jednak odbywać kosztem naszych dotychczasowych sojuszy. Nie może też być sprzeczne z wizją wspólnoty europejskiej ojców założycieli. Osiągniemy to jedynie w ramach wspólnoty transatlantyckiej, w ramach otwartych na nowe kraje drzwi i przy poszanowaniu dla suwerenności naszych państw.

Dziękuję.