przeskocz do treści | przeskocz do menu głównego
Oficjalna strona Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej
| | |
A | A | A
Poniedziałek, 3 czerwca 2019

Wywiad Prezydenta RP dla tygodnika „Sieci”

  |   Prezydent: Pałac Prezydencki rzeczywiście jest złotą klatką. Jedynym sposobem, by nie dać się oderwać od rzeczywistości, jest wyjście do ludzi. Prezydent: Gdyby dawnym działaczom PZPR ktoś w 1987 r. powiedział, że na koniec swojej kariery wylądują w PE i będą zarabiali dziesiątki tysięcy, toby w to chyba nie uwierzyli. Prezydent: Mam jedną prośbę do wszystkich naszych posłów w Brukseli: by jak najlepiej reprezentowali polskie interesy.

Frekwencja w wyborach do europarlamentu przeszła najśmielsze oczekiwania.

Prezydent RP Andrzej Duda: I należy za to Polakom podziękować. Pamiętam, gdy byłem jeszcze europosłem, politycy z Zachodu z politowaniem kiwali głowami, gdy się okazywało, że w Polsce tak mała grupa obywateli jest zainteresowana wyborami do Parlamentu Europejskiego.

 

Wydawało się, że wynik powyżej 30 proc. będzie bardzo dobry.
Liczyłem na to, że frekwencja będzie wyższa. Stajemy się coraz bardziej świadomym społeczeństwem. Świadomym również naszej roli w Europie. Jesteśmy dużym państwem, szybko się rozwijającym, podnosi się poziom życia. Cieszę się, że zaczynamy jako społeczeństwo brać w swoje ręce sprawy związane z naszym członkostwem w Unii. Jako Prezydent niejednokrotnie apelowałem o wzięcie udziału w tych wyborach.

 

Takie apele kierowane były z każdej politycznej frakcji, ale czy to by wystarczyło do takiej mobilizacji? Może chodzi o naprawdę gorący finisz kampanii? Co ludzi wyciągnęło z domów?
Czynników było wiele. Najogólniej mówiąc, Polacy w większości opowiedzieli się za tym, co proponowało Prawo i Sprawiedliwość, oraz w jakiś sposób odnieśli się do wydarzeń ostatnich tygodni. Poza tym coraz więcej się mówi o sprawach europejskich. Nie tylko w kontekście korzyści płynących z Unii, lecz także brexitu, problemów migracyjnych, bezpieczeństwa. Myślę, że również przez to wzrosła świadomość, że to w europejskich instytucjach podejmowane są decyzje, które mają wpływ na nas w Polsce, że problemy Europy są naszymi problemami.

 

Stara prawda w polityce jest taka, że łatwiej jest kogoś zmobilizować „przeciwko" niż „za". Co Polacy odrzucili w tym głosowaniu?
Jedną rzecz zobaczyliśmy bardzo wyraźnie – Polacy nie lubią radykalizmu. To ich zniechęca, odpycha. Dlatego takim echem odbiło się np. wystąpienie Pana Jażdżewskiego na Uniwersytecie Warszawskim. Ludzie widzieli, że z pierwszych rzędów z aprobatą słuchali tego liderzy Koalicji Europejskiej. Było też – na ostatnim marszu opozycji – wystąpienie Donalda Tuska. Porównywanie polityków europejskich, nawet z tych bardzo prawicowych partii, do nazistów, jest, delikatnie mówiąc, nie na miejscu. Szczególnie gdy mówi to polityk, który pełni bardzo ważną funkcję w Unii. Myślę, że część wyborców mogła zniechęcić również postawa polityków opozycji podczas powodzi. Gdy ludzie martwią się o swoje bezpieczeństwo, kiedy zalewane są ich domy, wizyta polityków opozycji w ładnych garniturach rozdających im pączki to wyraz niezrozumienia sytuacji i braku takiej zwykłej ludzkiej wrażliwości.

 

Mieliśmy też w tych wyborach skrajności także z drugiej strony, tego też Polacy się przestraszyli?

Oczywiście. Ci, którzy głosili skrajnie prawicowe hasła, nie przekroczyli progu wyborczego i w europarlamencie ich nie będzie. A po lewej stronie... Myślę, że oczekiwania Koalicji Europejskiej były znacznie większe niż ich wynik.

 

Jako broń ostateczna zaprezentował się Donald Tusk, jego poparcie miało dać Koalicji Europejskiej wygraną.

I to, jak widać, nie zadziałało. Cały ten plan się nie udał. To wokół wystąpień Donalda Tuska robiono największy szum. Widzieli Panowie reakcję polityków Koalicji Europejskiej, gdy ogłoszono pierwsze, przybliżone, wyniki wyborów? Wtedy różnica, która dzieliła ich od PiS, nie była jeszcze tak duża, jak się ostatecznie okazało, a i tak wywołała u nich szok. Ewidentnie się spodziewali zwycięstwa, a wyszła zdecydowana porażka.

 

Szef Rady Europejskiej brał czynny udział w tej kampanii, aż wreszcie całkowicie odkrył karty, przestał udawać apolityczność, wprost wskazał, na kogo głosować. Czy to oznacza, że wyczuł silne oparcie w Koalicji Europejskiej, które pozwoliłoby mu miękko wylądować na powrót w polskiej polityce?
Nie wykluczam tego, że zechciałby stanąć na czele jakiegoś nowego ruchu politycznego. Tak jak kiedyś wyciągnął polityków z Unii Wolności i stworzył Platformę Obywatelską. Być może powtórzy ten manewr z Koalicją Europejską, a szczególnie z Platformą. Wyciągnie tych, którzy mu będą pasowali, dołączy jeszcze parę osób z Nowoczesnej, może z SLD, wtedy PO podzieli los Unii Wolności. I wtedy będzie mógł opowiadać, że to, co stworzył, to jakaś nowa jakość w polityce, że ma czystą kartę.

 

Czy to może być przygotowywanie sobie zaplecza do przejęcia Pałacu Prezydenckiego w 2020 r.?

Zobaczymy. Myślę, że będą i inni kandydaci w wyborach prezydenckich. Zapewne jak zawsze możemy w tym wyścigu liczyć na Pana Janusza Korwin-Mikkego.

 

Tusk to byłby jednak poważniejszy kontrkandydat. Ma już jeden start w tych wyborach za sobą i bolesną porażkę z Lechem Kaczyńskim. Wielu widzi go jako Pańskiego głównego kontrkandydata. Czuje Pan jego oddech na plecach?

Nie. Robię swoje.

 

Nie boi się Pan bezpośredniego starcia z nim?
Panowie, mam za sobą doświadczenie rozpoczynania kampanii z sondażowym poparciem 10-12 proc. Mój konkurent – Bronisław Komorowski – miał wówczas 75-proc. poparcie. Takie były realia. Nie można się było bać, tylko trzeba było konsekwentnie pracować. Tak było, gdy spotykałem się z 50 osobami, i tak samo, gdy przychodziło 5 tys. osób.

 

Wygrana choćby jednym mandatem miała być dla Koalicji Europejskiej punktem zwrotnym, pokazaniem swoim wyborcom, że da się zabrać PiS władzę. Ten efekt psychologiczny jest dla polityków ważny?
Oczywiście, że chodzi o efekt psychologiczny, dla siebie, ale też dla wyborców, na przyszłość. Pamiętam, jak PiS zażarcie walczyło o zwycięstwo w poprzednich wyborach do PE. Nawet najmniejszą różnicą. Byłem wtedy szefem kampanii i bardzo to przeżywałem. Po wcześniejszej przegranej PiS w wyborach parlamentarnych bardzo chciałem, byśmy wygrali choćby o włos.

 

Opozycja tego efektu jednak nie osiągnęła. Jaki mamy więc punkt wyjścia przed jesienią, przed wyborami do polskiego parlamentu?
Dla dzisiejszej opozycji to na pewno nie jest sytuacja korzystna. W oczywisty sposób przewagę zyskuje Prawo i Sprawiedliwość. Gdy byłem jeszcze w partii, mówiliśmy, że wybory europejskie są dla nas najtrudniejsze. Że nasz elektorat nie był nimi za bardzo zainteresowany. Dziś już nikt tak nie powie. Ludzie z mniejszych miejscowości i wsi wiedzą, że sprawy Unii są ich sprawami, że ważne jest, by mieć silną reprezentację w Brukseli. Taką, która będzie broniła polskich interesów. To jest kolejny element, który wpłynął na tę imponującą frekwencję. Nawet mimo powodzi. Wydawało się, że w takiej sytuacji ludzie będą się zajmowali tylko swoimi problemami. Byłem na Podkarpaciu, widziałem, że w wielu miejscach sytuacja była naprawdę trudna. A mimo to poszli zagłosować. Taką postawą jestem autentycznie zbudowany, bo to pokazuje, że stajemy się coraz bardziej dojrzałym europejskim społeczeństwem.

 

Z czego się bierze taka zmiana perspektywy, widzenia czegoś więcej niż własne podwórko?
Może z tego, że coraz lepiej nam się żyje, że ludzie są zamożniejsi. Nie ma konieczności myślenia tylko o tym, jak przeżyć od pierwszego do pierwszego. To jest zasługa PiS, dobrych rządów, dobrej sytuacji ekonomicznej i uruchomienia programów prorodzinnych, takich jak 500+. Ludziom po prostu żyje się lepiej.

 

Czy to zdecydowane zwycięstwo nie zadziała demobilizująco na partię rządzącą? Ludziom jest lepiej, wygrywamy kolejne wybory, nie mamy z kim przegrać.
To jest pytanie, na które powinien odpowiedzieć sobie przede wszystkim Prezes Jarosław Kaczyński.

 

W zasadzie odpowiedzi udzielił publicznie, cytując podczas wieczoru wyborczego wiersz Władysława Broniewskiego „To za mało, za mało, za mało".
Jarosław Kaczyński to doświadczony polityk, ma świadomość tego zagrożenia i o nim myśli. Bo to jest realny problem, ale po wyniku wyborów europejskich widać, że PiS potrafiło się zmobilizować.

 

Obie strony wystawiły naprawdę mocne drużyny. Na listach premierzy, ministrowie. Jakie to miało znaczenie?
Warto podkreślić siłę drużyny Koalicji Europejskiej, na której listach do wyborów poszła solidna reprezentacja Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. I weszła. Gdyby ktoś im w 1987 r. powiedział, że na koniec swojej kariery wylądują w Parlamencie Europejskim i będą zarabiali dziesiątki tysięcy w wymienialnej walucie, toby w to chyba nie uwierzyli.

 

Wychodzi na to, że koalicjant Czarzasty ograł koalicjanta Schetynę.
Tak to wygląda. W Platformie Obywatelskiej musi panować teraz ogromna frustracja. Wielu działaczy PO straciło swoją szansę na rzecz ludzi, którzy wcześniej byli ich politycznymi przeciwnikami. I ci przeciwnicy dostali od nich miejsca na listach i na ich plecach wjechali do europarlamentu. Wiem, jakie nastroje panują w takim momencie w partyjnych strukturach. Gdy przychodzą wybory, to wewnątrz ugrupowania jest straszliwa konkurencja, a co dopiero, gdy miejsce dostaje ktoś z zewnątrz.

 

Czyli do jesieni już Koalicji Europejskiej nie będzie?
Różne myśli muszą się teraz kotłować w głowach uczestników tego układu. Ciekawe, co naprawdę myślą liderzy PSL. Chyba tylko SLD nie ma na co narzekać. Idąc samodzielnie, takiego wyniku Włodzimierz Czarzasty by nie osiągnął.

 

A co nam to mówi o stanie lewicy, skoro potrzebuje ona dosyć egzotycznych koalicji, by coś osiągnąć?
Lewicą światopoglądową w Polsce jest dzisiaj Platforma Obywatelska, która przez lata próbowała skonsumować SLD. I teraz właściwie do tego doszło, lecz rachunek za tę konsumpcję może być wysoki.

 

Pod koniec kampanii byliśmy świadkami bezprecedensowego ataku na Kościół. Pod słusznym hasłem piętnowania pedofilii rozpoczęła się prawdziwa nagonka na wszystkich księży, również na wspierających ich wiernych. Były także akty profanacji, np. przemalowywanie aureoli Matki Boskiej na tęczowo czy szokujące przedstawianie Najświętszego Sakramentu na marszu równości w Gdańsku. Może ludzie poczuli, że ktoś podnosi rękę na tak ważne dla nich wartości i poczuli się w obowiązku zareagować?
Po wspomnianej już wypowiedzi Pana Jażdżewskiego wielu ludzi na pewno poczuło się dotkniętych. Jestem uczulony na brak poszanowania ludzkiej godności. Jeżeli ktoś w tak zdecydowany sposób atakuje instytucję taką jak Kościół, której ufa wielu Polaków, w której ludzie szukają pomocy duchowej, która jest dla nich oparciem w trudnych chwilach, to taką wypowiedź odbiera się bardzo osobiście. Co ma sobie pomyśleć chodzący do kościoła człowiek, który nagle słyszy, że „polski Kościół zaparł się Ewangelii, zaparł się Chrystusa"? Uczestnictwo we mszy św. jest dla kogoś ważne, aż tu ktoś mu mówi: „Głupi jesteś, że tam chodzisz".

 

Po przegranych wyborach mądrość etapu jest chyba nieco inna. Chyba poczuli, że przeholowali. Jak Pan ocenia np. redaktora Tomasza Lisa, który pisze, że oczekiwałby szacunku dla wiary i katolików?
Niezależnie od wcześniejszych wypowiedzi Pana Lisa trudno się z tymi słowami nie zgodzić. Ludzie oczekują szacunku. Panowie, jeśli jest wzajemny szacunek, to można się z sobą nawet bardzo nie zgadzać. Mieć bardzo różne poglądy i je między sobą wymieniać w rzeczowej dyskusji.

 

Księżom strach zagląda w oczy. Mówią z ambony, że są atakowani, obrażani na ulicach.
Jestem tym zaniepokojony. Choć oczywiście Kościół powinien w bardzo zdecydowany sposób zwalczać wszystkie zjawiska, które mają charakter kryminalny. Mówimy przecież o pedofilii, poważnym przestępstwie, które powinno być ścigane z pełną determinacją. Oczekiwałbym, że Kościół wyciągnie konsekwencje w ramach swojej instytucji. Tak jak od państwa oczekuję determinacji w ściganiu sprawców takich przestępstw. Kościół to ściganie musi wspierać. Tak uważam jako obywatel i człowiek wierzący.

 

Wracamy do drużyny, tym razem tej dowodzonej przez Jarosława Kaczyńskiego. Nie będzie brakowało w krajowej polityce tych popularnych ministrów, którzy dostali mandaty europejskie?
Dobrze, że w Parlamencie Europejskim mamy silną reprezentację – z lewicy, prawicy i centrum. Mam tylko jedną prośbę do wszystkich naszych posłów w Brukseli: by jak najlepiej reprezentowali polskie interesy. Nie może być tak, jak widzieliśmy poprzednio, że do działań sprzecznych z interesem Polski wykorzystywano europejskie instytucje, bo nie zgadzano się z demokratyczną decyzją obywateli podjętą w wyborach. Zasiadasz w Parlamencie Europejskim, ale zostałeś wybrany przez Polaków i twoim obowiązkiem jest bronić tam polskich interesów.

 

Na pewno zrobiło się Panu ciepło na sercu, kiedy zobaczył Pan wynik Wicepremier Beaty Szydło – ponad pół miliona głosów. Nawet żartowano, że przeżywa dramat, bo nie osiągnęła progu wyborczego, zdobywając „tylko" 3,9 proc. wszystkich głosów oddanych w kraju.
Mam szczególny, osobisty stosunek do Pani Premier, do Beaty, bo była szefową mojej kampanii i bardzo dużo jej zawdzięczam. Dodawała mi sił swoją postawą, wielkim spokojem i ciepłem. Gratulowałem jej z całego serca tego wyniku. Tak olbrzymie poparcie to powód do wielkiej satysfakcji.

 

Widziałby Pan Beatę Szydło za rok w kampanii wyborczej znów u swego boku?
Zawsze. Pani Premier w 2015 r. sprawdziła się doskonale. Dziś ma jeszcze większe doświadczenie niż wtedy. To dużej klasy polityk.

 

Myśli Pan, że ona znika z krajowej polityki?
W Parlamencie Europejskim jest się co tydzień, przez pięć dni w tygodniu. Jedyny czarodziej, który jest jednocześnie tam i tu, to Ryszard Czarnecki.

 

Czyli jednak można wypracować w sobie dar bilokacji.
Ale on jest jedynym takim mistrzem. Europoseł znika z ojczyzny, tym bardziej jeśli weźmie na siebie dodatkowe obowiązki w Brukseli. Ja np. byłem w dwóch komisjach tzw. koordynatorem, czyli głównym przedstawicielem klubu parlamentarnego. Na takiej osobie spoczywa obowiązek przekazywania klubowi informacji o tym, co się dzieje w komisji, kiedy będą ważne głosowania. To wymaga sporo pracy. Byłem w PE bardzo zaangażowany, więc niewiele bywałem w domu. To jest największy minus. Bruksela wciąga i pojawia się obawa, że zniknąłeś z polityki krajowej. W weekend próbuje się nadrobić tę nieobecność, a to odbija się na domu, gdzie cię praktycznie nie widzą. To jest trudne.

 

Minęły już cztery łata od wygranych przez Pana wyborów. Niebawem wejdziemy w ostatni rok prezydentury. Ma Pan jakieś konkretne plany na te ostatnie miesiące, na walkę o drugą kadencję? Już Pan to sobie jakoś rozrysował?
Robimy swoje. Postawiłem sobie za cel, by pojechać do moich rodaków we wszystkich zakątkach Polski. Pod tym względem dla mnie kampania się nie skończyła, tylko doszły obowiązki prezydenckie. Odwiedziłem wiele powiatów, w których jeszcze nigdy nie było głowy państwa. To daje mi ogromną satysfakcję. Wiem, jak wygląda Polska w każdym zakątku. Najważniejsza jest dla mnie rozmowa z ludźmi. Dlatego w czasie tych wyjazdów najwięcej czasu poświęcam na rozmowy. 
 

Lubi Pan sprawiać kłopoty funkcjonariuszom Służby Ochrony Państwa.
Pewnie panowie zajmujący się moim bezpieczeństwem tego nie lubią, ale mi te spotkania są niezwykle potrzebne i bardzo je cenię. Pałac Prezydencki rzeczywiście jest złotą klatką. Jedynym sposobem, by nie dać się oderwać od rzeczywistości, jest wyjście do ludzi. Trzeba się zatrzymać, zrobić zakupy w osiedlowym sklepie spożywczym, wejść na stację benzynową, posłuchać, co mówią. Nie wolno dać się odizolować.

 

Potwierdzenie tego widzieliśmy ostatnio w Mysłowicach. Nic się pod tym względem u Pana nie zmieniło – wciąż lubi Pan robić selfie.
Taki kontakt też jest ważny. Chcę, by zwykli obywatele – by Pan Jan, Pani Maria – mogli podejść i normalnie porozmawiać z Prezydentem. Powiedzieć też, co im się nie podoba.

 

I o co mają pretensje?
Cały czas dziękują za 500+. Nie brakuje wzruszających momentów, gdy np. przychodzi małżeństwo z czwórką, piątką dzieci i całą rodziną dziękują. Bardzo też docenia się obniżenie wieku emerytalnego. To było moje wielkie zobowiązanie w kampanii i słowa dotrzymałem. Ludzie to doceniają. Jednak sporo jest głosów emerytów wskazujących na niskie uposażenia. Wielokrotnie słyszałem prośbę: „Tak, wiemy, że dajecie 500+. Dziękujemy, że pamiętacie o naszych wnukach, ale pamiętajcie też o nas". Bez awantury, cicho mówione, ale wiele razy. Trzynasta emerytura odpowiedziała na tę potrzebę i za to usłyszałem mnóstwo podziękowań. Pretensje są też o wymiar sprawiedliwości, że jeszcze nie został naprawiony. I tu głosy często są radykalne: „Pogonić ich wszystkich!".

 

Czy Pana weta też są przypominane?
Zdarza się. To bardzo trudna materia. Gdy wyjaśniam swoje motywacje i tłumaczę, dlaczego na pewne przepisy w nowych ustawach nie mogłem się zgodzić, wtedy ludzie zaczynają rozumieć.

 

Kilka razy próbował Pan wzbudzić dyskusję o zmianach w konstytucji. Chyba nie do końca się to udało. Zaproponował Pan też, by wpisać do ustawy zasadniczej członkostwo Polski w NATO i Unii Europejskiej. To rzeczy wiście jest konieczne?
Uważam, że należy to rozważyć. Jestem zdania, że taka zmiana ma sens, choćby po to by mocniej zaznaczyć polską suwerenność w kontekście prawa europejskiego i jego relacji do polskiego prawa.

 

Przewrotne myślenie. Nasuwa się skojarzenie z wpisaniem kiedyś do konstytucji braterstwa ze Związkiem Radzieckim.
To bardzo złośliwa interpretacja, bo chyba zgodzą się Panowie, że do Unii Europejskiej chcieliśmy iść, a wiązać z ZSRR raczej nie. Poza tym proszę pamiętać, że konstytucję można zawsze zmienić, tylko trzeba mieć do tego odpowiednią większość.

 

Niebawem leci Pan z wizytą do Stanów Zjednoczonych, na początek będzie Waszyngton i spotkanie z Donaldem Trumpem w Białym Domu. Czy z tej podróży przywiezie Pan obietnicę zbudowania Fort Trump w Polsce, czy zostanie to ogłoszone przez Prezydenta USA 1 września w Polsce?
Nazwa „Fort Trump" to symbol. Chodzi mi o zwiększenie obecności militarnej Stanów Zjednoczonych w naszej części Europy. Dziś, w rezultacie warszawskiego szczytu NATO oraz umów dwustronnych, mamy ok. 4,5 tys. żołnierzy amerykańskich w naszym kraju, sprzęt i dużą inwestycję, jaką jest baza w Redzikowie. Rusza też budowa amerykańskiego szpitala wojskowego. Naszym celem jest, by obecność tę zwiększyć ilościowo i jakościowo. Rozmowy na ten temat nabrały ostatnio tempa. Więc nie mówimy – jak wcześniej o jesieni – lecz o realnym planie, by ogłosić decyzję już w czerwcu. Ale zaznaczam: negocjacje trwają, a ustalenia muszą zostać zaakceptowane zarówno przeze mnie, jak i Prezydenta Trumpa.

 

Na razie wszystko idzie w dobrą stronę. Kilka dni temu komisja sil zbrojnych amerykańskiego Senatu przyjęła projekt przyszłorocznego budżetu obronnego USA. Przewiduje on m.in. zwiększenie obecności wojskowej Stanów Zjednoczonych w Polsce.
To ważny sygnał, ale podchodzę do tego bardzo spokojnie. Cieszę się z zaproszenia ze strony Prezydenta Trumpa. To, że odbywam drugą oficjalną wizytę w Waszyngtonie, jest sytuacją wyjątkową. Chyba pierwszy raz zdarza się tak, że Prezydent Polski odbywa dwie oficjalne wizyty w ciągu roku i nie są to spotkania kurtuazyjne, tylko omawianie wspólnych interesów. Wojsko, energetyka, nowoczesne technologie, infrastruktura, medycyna – w tym leczenie chorób nowotworowych, to obszary, w których mamy dziś wspólne polsko-amerykańskie projekty.

 

A jakie są relacje Prezydentów? Jak wyglądają poza kamerami?
Prezydent Trump jest bardzo spontaniczny, choć twardo stąpa po ziemi. Jest bardzo amerykański. Ma wielkie poczucie godności i niezachwiane poczucie wartości własnego kraju. I to nas zbliża. Wie, że jest człowiekiem gigantycznego sukcesu biznesowego, do którego dołączył wielki sukces polityczny, jakim jest prezydentura USA, szefowanie największemu mocarstwu na świecie. Jest otwarty i zachowuje się wobec mnie i wobec Polski w sposób bardzo życzliwy. A to jest dla mnie niesłychanie ważne – by Stany Zjednoczone traktowały nas życzliwie i uczciwie. Myślę, że bardzo ważne jest także to, że Prezydent Trump docenia znaczenie amerykańskiej Polonii.
[Obecny przy rozmowie współpracownik Prezydenta podpowiada: „Sprawdziłem, będzie to ósme spotkanie Prezydenta Dudy z Prezydentem Trumpem, a 12. z Prezydentem USA, licząc Baracka Obamę.]
I za każdym razem rozmawiamy.

 

Mówi do Pana per Andrew?
Nie, używamy formy „Panie Prezydencie".

 

Niedawno podpisał Pan ustawę o Narodowej Strategii Onkologicznej. To Pana projekt, o którym nie za wiele mówiło się w mediach. Banałem jest powiedzieć, że nasz kraj umiera na raka. Od 1999 r. liczba zachorowań zwiększyła się o 46 proc., liczba zgonów o 23,2 proc., to już druga najczęstsza przyczyna śmierci Polaków. Na nowotwory umiera co roku aż 100 tys. naszych rodaków. Jesteśmy w europejskim ogonie, jeśli chodzi o skuteczność leczenia. Jak ta strategia ma to zmienić?
Wszyscy eksperci mówią, że zachorowalność na raka będzie wzrastać, bo żyjemy coraz dłużej. Niezbędny jest specjalny plan stworzenia całego systemu centrów onkologicznych, w których pacjent dostanie kompleksową opiekę. Gdy ktoś się dowiaduje, że ma nowotwór, jest kompletnie zagubiony. Pacjent powinien być poprowadzony za rękę w każdej sferze. Nie chodzi tylko o onkologię, ale i profilaktykę, opiekę psychologiczną, edukację, jak się zachowywać, by zmniejszyć prawdopodobieństwo zachorowania, a zatem – kluczowe w tej sprawie – wczesne wykrywanie. Śmiano się z mojej ustawy antysolariowej, a przecież czerniak to jest kosiarz! Chodziło przede wszystkim o to, by zatroszczyć się o młodych ludzi, zwłaszcza dziewczyny, nieświadome zagrożeń, jakie może nieść ze sobą dbanie o piękny wygląd. Lekarze są zgodni, że to bardzo ważna ustawa.

 

Według ekspertów liczba zachorowań wzrośnie na przestrzeni najbliższych dekad kilkakrotnie.
I dlatego trzeba coś z tym zrobić. Zamiast czekać, działajmy już teraz. Zacznijmy budować system, który będzie chronił, leczył, a w tych najgorszych przypadkach zapewniał opiekę paliatywną.

 

Skoro tym tematem kończymy, proszę się przyznać: pali Pan jeszcze papierosy?
Nie. Nie palę od dwóch i pół roku i zachęcam wszystkich do rzucenia. 

Poleć znajomemu


Opuszczasz oficjalny serwis Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej


Dziękujemy za odwiedzenie naszej strony.

Zapraszamy ponownie.