Narzędzia dostępności

Oficjalna strona Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej

Dodatkowe narzędzia

Poniedziałek, 25 stycznia 2021

Wywiad z Prezydentem dla tygodnika „Sieci”

  |   Rozmowa z Prezydentem RP dla Tygodnika „Sieci” Rozmowa z Prezydentem RP dla Tygodnika „Sieci” Rozmowa z Prezydentem RP dla Tygodnika „Sieci” Rozmowa z Prezydentem RP dla Tygodnika „Sieci”

Potrafi Pan powiedzieć Polakom, kiedy ten trudny czas pandemii się skończy?

Andrzej Duda: Odpowiedź jest tylko jedna – koronawirus zgaśnie wtedy, gdy jako społeczeństwo nabędziemy tzw. odporność populacyjną, a do tego najszybsza droga – znów – jest jedna: szczepienia. Ich program jest klarowny i przede wszystkim bezpieczny. Zakładanie, że przeciwciała pojawią się w naszym organizmie po tym, jak wszyscy zachorujemy i przejdziemy COVID -19, jest bardzo ryzykowne. Nie można zapominać, że mamy do czynienia z chorobą śmiertelną, która codziennie zbiera swoje żniwo.

 

Pan jest w grupie ozdrowieńców. Teoretycznie mógłby Pan być sceptykiem, ale wielokrotnie zapewniał Pan, że też się zaszczepi.

Chociaż miałem to wielkie szczęście, że chorowałem lekko, a nawet bardzo lekko i objawy były u mnie znikome, to jestem daleki od bagatelizowania sprawy. Moja koleżanka, z mojego rocznika, kobieta bez żadnych chorób współistniejących, o mało nie umarła. Ponad tydzień była pod respiratorem, jej stan był krytyczny. Byłem przerażony, codziennie dowiadywałem się o jej zdrowie. Dzięki zaangażowaniu i fachowości personelu medycznego udało się ją uratować. Jest dla mnie jasne, że ten wirus to nie jest sprawa bagatelna.

 

Rozumie Pan tych, którzy szczepionki po prostu się boją?

Rozmawiałem z lekarzami, autorytetami w tej dziedzinie. Zapewniono mnie, że badania nad koronawirusami – których jest wiele – trwają od lat. Nie jest więc tak, że dostaliśmy szczepionkę zupełnie pionierską, nieprzetestowaną, szybko wypchniętą na rynek. Efektem tych wieloletnich badań jest na przykład to, że obecnie dostępne szczepionki są skuteczne przeciwko pojawiającym się już kolejnym mutacjom wirusa. Powtórzę, ryzyko trudnego przejścia choroby jest bardzo duże i śmiertelność jest znaczna. Na pewno większa niż przy zwykłej grypie, do której niesłusznie porównuje się COVID-19. Nie ma się co wahać, należy namawiać do udziału w programie szczepień.

 

Czy po Pana chorobie pozostały jakieś ślady w organizmie?

Przez ponad dwa tygodnie po wyzdrowieniu czułem się jeszcze bardzo osłabiony, przygaszony. A przypomnę, że przechodziłem chorobę naprawdę lekko. Innych objawów na szczęście nie miałem, ale relacje niektórych chorych są zatrważające. Wytworzyły się w moim organizmie przeciwciała, stąd moja decyzja o oddaniu osocza. Namawiam też innych ozdrowieńców, by zdecydowali się na taki gest. To ważna forma pomocy ludziom, którzy tego naprawdę potrzebują. Każdemu, kto oddał osocze, ogromnie dziękuję, uratowało to wiele osób przed śmiercią.

 

Czy gdy Pan zachorował, zaraził kogoś?

Kiedy byłem chory, a jeszcze o tym nie wiedziałem, spotykałem się z wieloma osobami – zdaniem lekarzy – przez co najmniej dwa dni. Także przy tym stole, przy którym dzisiaj siedzimy, toczyły się długie rozmowy. Odznaczałem przecież w tym czasie Igę Świątek, spotykałem się z jej rodziną. Widziałem się przecież także z Panem Redaktorem [z Marcinem Wikłą - przyp. red.]. Ale byłem przezorny i miałem maseczkę. Moja ostrożność wynikała z tego, że wówczas już wiedzieliśmy, że wirus krąży po Pałacu Prezydenckim. I proszę sobie wyobrazić, że żadna z tych osób, z którymi spotykałem się w maseczce, nie zachorowała.

 

Drogę wyjścia z pandemii znamy – to szczepionka. Nie wiemy tylko, jak długa i kręta ona może być. A cierpliwość zaczyna się u ludzi kończyć. Na jakie wyrzeczenia jeszcze powinniśmy być przygotowani?

Chciałbym, by to wszystko wygasło jak najszybciej, ale nie jestem hurraoptymistą. Widzę, jakie jest tempo szczepień, i to nie tylko u nas. Słyszymy, że firma Pfizer czasowo ogranicza dostawy i dotyczy to wszystkich rynków. Widziałem newsy telewizyjne z Kanady, która jest przecież poza tą umową dotyczącą Unii Europejskiej, i tam też jest to temat numer jeden. Wszyscy mamy te same obawy. Na dziś liczba osób zaszczepionych w Polsce przekroczyła pół miliona, to jest bardzo mało, jeśli przyjmiemy, że mogących się zaszczepić jest ok. 32 mln. O odporności populacyjnej możemy mówić przy zaszczepieniu ok. 70 proc. obywateli, a absolutnym minimum jest podanie szczepionki połowie osób dorosłych. Wtedy będziemy mogli mówić o jakimś skutecznym narzędziu walki z koronawirusem. Liczę na jeszcze jedno, że równolegle do postępu programu szczepień będzie się też ocieplało. Przykład poprzedniego roku pokazuje, że w miesiącach letnich choroba ustępowała, zresztą dlatego udało się przeprowadzić wybory prezydenckie. Jesienią, gdy zrobiło się chłodniej i wilgotno, wirus wrócił, dlatego trzeba wykorzystać letni sezon na masowe szczepienia. Tempo szczepień jest jednak wprost uzależnione od liczby dostępnych szczepionek.

 

Kłopot z C0VID-19 polega na tym, że wirus rujnuje nie tylko ludzkie organizmy, lecz także poważnie zagraża gospodarce i wiele branż stanęło nad przepaścią. Desperacja ludzi powoduje, że pojawiają się zapowiedzi otwierania biznesów wbrew obostrzeniom. Jest Pan w stanie jakoś wytłumaczyć takie zachowania przedsiębiorców?

Nie mogę ich zaaprobować, natomiast rozumiem to zniecierpliwienie i niejednokrotnie wręcz rozpacz ludzi, którzy patrzą, jak dorobek ich życia niszczeje. Rozejrzyjmy się jednak wokoło, co się dzieje w Czechach, w Austrii czy na Słowacji, która niedawno ogłaszała zwycięstwo nad koronawirusem, a dziś jest tam dramat. Mamy godzinę policyjną we Francji, Włoszech, niektórych częściach Kanady. Tam też ludzie są zdesperowani. Problem jest globalny. Mam ogromną nadzieję, że dzięki pomocy rządu i tarczom antykryzysowym biznesy nie poupadają, a gdy wrócimy do normalności, będą mogły rozkwitnąć na nowo.

 

Czy należy karać tych, którzy jednak złamią obostrzenia?

Przepisy są takie, jakie są i niestety powinny być egzekwowane. Nikt przecież tych mandatów nie chce dawać. Karanie ludzi, którzy są zrozpaczeni, jest okropną koniecznością. Przede wszystkim więc apelujemy do wszystkich o wytrzymałość i rozsądek. Także o sprawiedliwą ocenę działań rządu. Przecież nie chcemy nikomu celowo zaszkodzić ani zrobić krzywdy. Zamknięcie pewnych branż: fitness, basenów czy hoteli, to bardzo trudne decyzje, ale podejmowane na podstawie szczegółowych badań. Często ludzie pytają, dlaczego markety są otwarte, a restauracje nie. To proste, gdy się temu przyjrzymy. Wchodząc do sklepu, mamy maseczkę i ochrona pilnuje, by jej nie zdejmować. Wchodzimy między półki, owszem, mijamy ludzi, ale bierzemy towar, idziemy do kasy zapłacić i wychodzimy. Piętnaście minut, dwadzieścia minut, może pół godziny. A w restauracji maseczkę trzeba zdjąć i siedzi się w lokalu dłużej. Ryzyko jest wtedy ogromne.

 

Dużo mówimy o potrzebie solidarności w walce z koronawirusem, ale mieliśmy jednocześnie szokujące doniesienia o przypadkach egoizmu celebrytów, dziennikarzy czy polityków, którzy wcisnęli się do szczepień poza kolejnością. Jak Pan to ocenia?

To jest wynik ludzkiej słabości. Ludzie się po prostu boją i to, czego świadkami byliśmy w Warszawskim Uniwersytecie Medycznym, to w dużej mierze efekt tego strachu. Mieli możliwość, więc skorzystali. Były oczywiście niesmaczne przypadki, gdy widzieliśmy u tych ludzi poczucie wyższości, gdy tłumaczono, że im się to należało. Ale bardziej piętnowałbym tych, którzy im takie szczepienie poza kolejnością umożliwili. Tych, którzy ewidentnie naciągnęli przepisy i skrzywdzili pracowników WUM – im te szczepionki po prostu skradziono. To jest skandal. Nie mnie oceniać czyjś strach przed śmiercią czy chorobą. Źle zrobili, ulegli pokusie, ale bardziej zdecydowanie oburzają mnie ludzie, którzy są za ten skandal odpowiedzialni administracyjnie. To jest antyspołeczne i antypaństwowe. Z drugiej strony mamy liczne przykłady solidarności z potrzebującymi, szczególnie w tym trudnym czasie. Wiele osób, instytucji angażuje się charytatywnie w pomoc. Również my, w Pałacu Prezydenckim, staramy się włączać w takie działania. Moja żona Agata jest wolontariuszem Fundacji „Nie zapomnij o nas”, od 3 listopada codziennie przez pięć dni w tygodniu rozwozi obiady dla powstańców warszawskich oraz kombatantów w ramach akcji Obiadów dla Bohaterów.

 

Pana rodzice są w grupie 70+. Są już zapisani na szczepienie?

Namawiam ich. Nawet ostatnio mówiłem im, że powinni się zaszczepić jak najszybciej.

 

Trzeba ich do tego namawiać? Nie są przekonani?

Oboje w tym roku kończą 72 lata, więc w tej grupie seniorskiej są pośrodku, ani najmłodsi, ani najstarsi. Podchodzą do tego ze spokojem, nie uważają, że powinni być zaszczepieni przed innymi. Powiedzieli, że gdy przyjdzie ich kolej, wtedy się zaszczepią.

 

W tej walce o normalność mamy też problem szkół. Uczniowie z klas 1-3 po feriach wrócili do tradycyjnej nauki. Czy przed wznowieniem pracy z dziećmi nauczyciele nie powinni być jednak zaszczepieni?

 

W szkołach uruchomiono sporo działań osłonowych, od mycia i czyszczenia powierzchni, z którymi dzieci się stykają, do stworzenia dla nich tzw. baniek, które izolują je od innych klas. Nauczyciele będą szczepieni w ramach pierwszej grupy, zaraz po personelu medycznym, trudno wyobrazić sobie, by mogłoby to być jeszcze przyspieszone.

 

Nie ma Pan wrażenia, że to jednak jest spore ryzyko, stąpanie po bardzo kruchym lodzie?

Zgoda, to nie są łatwe decyzje i trzeba wyważyć przed ich podjęciem różne racje. Nauczyciele też przecież chcą wrócić do pracy i normalnie uczyć. Rodzice bardzo chcą, by dzieci wróciły do szkół, bo przebywanie w takiej izolacji jest dla nich zwyczajnie trudne. Więcej, same dzieci pragną wrócić do szkół! Moja żona nawet mówi, że pierwszy raz w życiu widzi taką determinację i chęć powrotu do szkół u uczniów, i to nie tylko u tych najmłodszych. To też jest jakaś wartość. Równolegle rozmawiamy też o problemach psychicznych i psychologicznych u dzieci, a przecież odcięcie od rówieśników je pogłębia. Zamiast wyjść z domu, spotkać się z kolegami, siedzą przy komputerach. Owszem, uczą się, ale też grają i nadużywają internetu. To na pewno nie zastąpi relacji między młodymi ludźmi. Jest jeszcze jeden argument, chodzi o rodziców dzieci z klas 1-3, którym pójście pociech do szkół umożliwi powrót do pracy. Na marginesie powiem, że się cieszę, iż po naszej rozmowie Pan Premier znalazł dodatkowe znaczące środki na psychiatrię dziecięcą. Wiele osób zwracało uwagę na ten problem podczas rozmów ze mną i moimi współpracownikami.

 

Patrząc ogólniej, jak Pan ocenia działania rządu w pandemii? Opozycja ma sporo zarzutów, a to o nietrafione zakupy maseczek i respiratorów, a to o przepłacone pensje pracowników Szpitala Narodowego, a to o tempo szczepień. Czy to tylko rytualne zastrzeżenia?

Nikt nie powie, że wszystko, co zostało zrobione, było idealne, że każda decyzja była trafiona. Ale proszę mi pokazać kraj, który podejmował tylko optymalne rozwiązania. Nikt nie poradził sobie z tą pandemią w sposób wzorcowy. Też jestem częścią władzy wykonawczej, więc mówię, że radziliśmy sobie tak, jak było to możliwe i według naszej najlepszej wiedzy, również biorę za to odpowiedzialność. Podpisywałem szybko ustawy zawierające tarcze antykryzysowe, nawet w kampanii wyborczej trwały tutaj, w Pałacu Prezydenckim, negocjacje i prace nad tymi przepisami. Zostały uruchomione ogromne pieniądze i liczę na to, że dzięki nim polscy przedsiębiorcy przetrwają ten czas. ZUS podejmuje działania korzystne dla pracodawców, kolejne tarcze są uruchamiane, pieniądze z Polskiego Funduszu Rozwoju płyną do firm. Być może niektóre duże firmy będą narzekały, że to za mało, ale to Unia Europejska ograniczyła wielkość wypłat do 3,5 mln zł dla jednego podmiotu. Jeżeli popatrzymy na skalę bezrobocia, to u nas nie jest ono wielkie, więc te działania należy uznać za skuteczne. Przewidywania były i są różne, ale analitycy zapewnili mnie, że fundamenty finansowe państwa nie zostały w żaden sposób naruszone.

 

Jaką więc ocenę za ten ostatni rok wystawiłby Pan rządowi? Mamy do dyspozycji szkolną skalę 1-6.

Zdaję sobie sprawę, że zmęczone całą sytuacją społeczeństwo będzie bardziej krytyczne, ale patrząc na realia, wystawiłbym ocenę „dobrą”, a może nawet „dobrą +”. To według mnie uczciwa ocena. Bez niepotrzebnej euforii, ale ze świadomością, że – szczególnie na tle innych państw – radzimy sobie naprawdę nieźle.

 

A jak przez ten kryzys przejdzie Zjednoczona Prawica? Dojedzie w takim składzie do 2023 r.?

Jeśli jest odpowiedzialna, to dojedzie.

 

Co to znaczy?

Że myśli o sprawach państwa i społeczeństwa w sposób poważny i odpowiedzialny. Powtarzam: rząd Zjednoczonej Prawicy stosunkowo dobrze poradził sobie z pandemią koronawirusa. Wcześniej dobrze prowadził polskie sprawy – był świetny wzrost gospodarczy, wielkie inwestycje. One trwają, dzięki temu branża budowlana jakoś specjalnie nie ucierpiała.

Wierzę, że właśnie inwestycje będą nadal napędzały polską gospodarkę. Ale są też środki z programów europejskich, te ponad 700 mld zł z nowej perspektywy budżetowej. Podkreślmy, że środki unijne były dobrze wydawane już wcześniej. Na tym musi się skupić rząd: wyjść z pandemii i zabrać się do tego, by dalej dobrze prowadzić polskie sprawy.

 

Do tego jest potrzebny jednolity obóz. O Zjednoczonej Prawicy możemy tak jeszcze mówić?

W fundamentalnych sprawach oczywiście, że tak. Ale pamiętajmy, że to są jednak trzy ugrupowania. Każde ma indywidualne cechy, swój program, członkowie tych partii mają swoje przekonania ideowe, które często są różne.

 

Oraz prywatne ambicje.

Ambicje ludzkie zawsze mają znaczenie. Ale to, że Zjednoczona Prawica od ponad pięciu lat funkcjonuje, dziś w bardzo trudnej sytuacji, pokazuje, że te ambicje są powściągane. Czyli, że są to ludzie odpowiedzialni. I wierzę, że takimi pozostaną, czyli do wyborów w 2023 r. ten rząd dotrwa i wyprowadzi Polskę z kryzysu.

 

Gdyby tej odpowiedzialności zabrakło i ZP przestałaby istnieć, to co wtedy – podmiana koalicjanta? Możliwy jest wariant dokooptowania np. PSL albo Kukiz'15?

Byłoby to na początku zmartwienie dla trzech partii Zjednoczonej Prawicy, a w dalszej perspektywie zmartwienie dla Polski. Niezwykle ważne jest zachowanie stabilności politycznej państwa. Szczególnie w tak trudnym czasie. A jak w szczegółach będzie się układał obóz Zjednoczonej Prawicy – to jest jego sprawa. Ja oczywiście się z niego wywodzę, ale najbardziej interesuje mnie stabilność państwa i sprawność jego instytucji.

 

Jak trafić do ludzi w wieku pańskiej córki bądź młodszych? Dlaczego w 2023 r. mieliby zagłosować na prawicę? Skoro będą mieli do wyboru niezgraną jeszcze kartę – coraz bardziej rozpychającego się na scenie politycznej Szymona Hołownię.

Szymon Hołownia jest atrakcyjny, bo jest nowy. Może cały czas mówić, że nie jest politykiem, bo nie ma go w Sejmie. Młodym ludziom polityk kojarzy się z kimś, kto zajmuje stanowisko, najczęściej zasiada w parlamencie. Panu Hołowni wydaje się więc, że może opowiadać, iż nie jest politykiem, choć przecież startował w wyborach prezydenckich, zatem oczywiście politykiem jest. To tylko taka zagrywka. On dziś nie ponosi żadnej odpowiedzialności, a może recenzować wszystkich z zewnątrz.

 

Czy Hołownia dotrwa ze swoim projektem do 2023 r.?

Trudno to dziś przewidzieć. Ale pytacie Panowie o młodych. Oni mają przed sobą maturę, studia, znalezienie sobie pracy, rozwój zawodowy, założenie rodziny. I być może właśnie w tym czasie, gdy jest tak trudno, jakaś część z nich doceni to, że do 26. roku życia są zwolnieni z podatku dochodowego i czują to w portfelu. Jeżeli urodzą im się dzieci, to może docenią, że został ustanowiony program 500+ i te pieniądze cały czas są wypłacane. Wcześniej nic takiego nie było. Bywa, że dopiero wtedy, gdy życie zaczyna stawiać ci wymagania, uświadamiasz sobie, co państwo ci daje. Przecież kiedyś tych wszystkich rozwiązań nie było. Ktoś je wprowadził.

 

Uważa Pan, że to docenią?

Tak. Przecież widzą swoich rodziców, ich troski, frustracje, czasem rozpacz. I ciągłe pytania: uda się z tego rodzinie wyjść czy nie? Otrzymają wsparcie ze strony polskiego państwa? Niektórzy zapewne skonstatują: gdyby nie pieniądze z PFR, zwolnienia z ZUS, inne ulgi, nie przetrwalibyśmy. Gdyby u władzy byli brutalni gospodarczo liberałowie, to byłoby po nas. Przypomnijmy sobie: rok 2008 i w zasadzie żadnej pomocy ze strony państwa. Pamiętacie Panowie ten skokowy wzrost bezrobocia? Teraz rządzący podeszli do kryzysu inaczej. Można powiedzieć, że lekko zwolniliśmy, ale wciąż płyniemy.

 

Czy dla młodych ludzi nie są ważniejsze kwestie związane z wolnością, zwłaszcza w obliczu tego, czym raczą nas internetowi giganci, stosując dość brutalną cenzurę?

Czas pandemii nie sprzyja ochronie elementów wolnościowych. Wręcz przeciwnie – musimy nosić maski, w niektórych krajach wprowadzona jest godzina policyjna, mamy mnóstwo restrykcji, zamknięte bary, restauracje, dyskoteki, mecze odbywają się bez widzów, nie można się gromadzić, koncerty są odwołane. Mało tej wolności. I to młodych wkurza. Było to widać, gdy spontanicznie tłumnie zebrali się przed Muzeum Narodowym w Krakowie, by potańczyć na techno party. Skrzyknęli się poprzez media społecznościowe. To pokazuje, jak bardzo im brakuje poczucia wolności, ale też po prostu powrotu do normalnego życia.

 

Może się zorientują, co ich czeka za rogiem, że widmo powszechnej cenzury jest realne. I docenią, że jeszcze mogą się przez tego Facebooka czy Instagrama skrzykiwać. Dostrzega Pan zagrożenia dla naszej wolności ze strony koncernów Big Tech?

Oczywiście, że to widać. Co ciekawe, mamy do czynienia z paradoksem. Nie są zablokowane na Twitterze czy Facebooku organizacje w gruncie rzeczy terrorystyczne. Różni dyktatorzy mogą się wypowiadać i wysyłać swoje treści w cały świat. Zablokowany zaś został prezydent Stanów Zjednoczonych. To co najmniej dziwne.

 

Mark Zuckerberg okazał się pod pewnym względem silniejszy od prezydenta USA. Pojawia się więc pytanie, kto jest najpotężniejszym człowiekiem na świecie?

Myślę, że w Stanach Zjednoczonych też się nad tym głowią...

 

Jak mamy odzyskać nasze dzieci – ukradzione przez media społecznościowe, Netflixa, smartfony. Co im zaproponować, by zechciały stanąć po konserwatywnej stronie?

To jest szalenie skomplikowany problem. Ekspozycja i zdecydowana ofensywa treści w gruncie rzeczy neomarksistowskich są potężne. Realizują je bardzo wpływowe ośrodki medialne. To jest zadanie na lata. Musimy się nad nim mocno pochylić. Czasu już za wiele nie mamy.

 

Prawica nie ma narzędzi do przeciwdziałania tej ofensywie?

Nie ma. I to jest problem.

 

Nie brakuje Panu w obozie dobrej zmiany namysłu nad tymi kwestiami?

Może jest go za mało. Ale miejcie Panowie na uwadze to, że czas koronawirusa nie był dobrym momentem, by prowadzić debatę nad kwestiami ideologiczno-filozoficznymi.

 

Ale z koronawirusem mierzymy się dopiero od niespełna roku, a wcześniej były cztery łata.

Faktem jest, że bardzo się skupiliśmy na sprawach gospodarczych, i to jest nasz powód do dumy. Dobrze się toczyła polityka międzynarodowa. Myślę tu o „dużej” polityce, gdy byliśmy w Radzie Bezpieczeństwa ONZ, czy gdy potężnie rozwijaliśmy Trójmorze. Zaczęło się od małego porozumienia dwóch krajów, Polski i Chorwacji, jesienią 2015 ., gdy po raz pierwszy spotkałem się z panią prezydent Kolindą Grabar-Kitarović w willi Decjusza w Krakowie i rozmawialiśmy o stworzeniu tego projektu. Dziś mamy 12 państw, kilka chcących dołączyć, zainteresowanie współpracą ze strony USA, Niemiec, Japonii, Chin. Nie wspomnę już o kwestiach bezpieczeństwa – i militarnego, i energetycznego.

 

W tych ostatnich sprawach duży udział miał prezydent Donald Trump, o którego prezydenturze wielokrotnie mówił pan, że to był dobry czas dla Polski...

... a był zły?

 

Nie przeczymy. Ale to dopiero początek pytania. Jego zasadnicza część brzmi: czy będziemy budować Fort Biden?

Z określenia Fort Trump śmiał się prezydent Trump, śmiałem się i ja. Chodziło o pewien symbol, medialne wykreowanie pewnego zjawiska, jakim jest intensyfikacja obecności amerykańskiej w Polsce. Dziś Fort Trump to wiele miejsc - stacjonujący w Polsce amerykańscy lotnicy, amerykańscy żołnierze w okolicach Ełku, Żagania, Orzysza, to dowództwo amerykańskiego 5. Korpusu w Poznaniu, amerykański dowódca w randze generała jest obecny w Polsce i najważniejsze, że ta obecność została nazwana „obecnością trwałą”. To wszystko jest Fort Trump.

 

Powie Pan to wszystko nowemu amerykańskiemu ambasadorowi, nominowanemu już przez prezydenta Bidena?

Ale przecież to jest dorobek tej prezydentury. Czemu mielibyśmy udawać, że jest inaczej? Ale równie dobrze można byłoby powiedzieć, że obecność amerykańska w Polsce to w jakimś sensie jest Fort Obama. Bo przecież to za jego czasów zapadły te pierwsze decyzje. To on był obecny na szczycie NATO tutaj w Warszawie w 2016 r. To on postanawiał o obecności wojsk NATO – w tym amerykańskich – na wschodniej flance. Ta współpraca później była pogłębiana i mogliśmy z prezydentem Trumpem dwukrotnie podpisywać porozumienia o zwiększonej amerykańskiej obecności w Polsce.

 

Nie obawia się Pan nowej prezydentury za oceanem?

Bardzo spokojnie do tego podchodzę. Jest zmiana prezydenta, bo się odbyły wybory i tak zdecydowali Amerykanie. To naturalne i normalne w demokracji. Ale pamiętajmy że pan prezydent Joe Biden był bliskim współpracownikiem prezydenta Obamy, gdy zapadały wspomniane decyzje militarne. Nie mam więc żadnych obaw, czy ta polityka będzie kontynuowana. To sprawy trwałe, bo stanowią także amerykański interes. Niezależnie od tego, kto rządzi.

 

Czyli nie uważa Pan, że za dużo zostało zainwestowane w Trumpa, również przez Pana osobiście?

Bardzo się cieszę, że miałem możliwość tak bliskiej współpracy z prezydentem USA. Polakom pozostaną trwałe korzyści z tego wynikające. Wśród najważniejszych wymienię: umowy na dostawy gazu skroplonego zapewniające nam bezpieczeństwo i niezależność energetyczną; podpisaną współpracę o rozwój u energetyki jądrowej; duże inwestycje amerykańskich firm w Polsce (myślę o Microsoft czy Google); zwiększoną obecność wojsk USA; wreszcie – w warstwie symbolicznej, ale ważnej – ruch bezwizowy.

 

Na koniec musimy zapytać o krótką karierę córki w Pana kancelarii. Najpierw była burza, że została Pana społecznym doradcą. Gdy atmosfera się nieco uspokoiła, okazało się, że tej funkcji już nie pełni. Dlaczego?

Łukasz Rzepecki, mój etatowy doradca, który prowadzi temat współpracy z młodzieżą, podjął bardzo ambitny plan działań, w które włączyła się Kinga. Wykonali kawał dobrej i ważnej pracy. Ale po kilku miesiącach dla Kingi rozpoczynał się okres innej nowej aktywności zawodowej i okazało się, że tych zadań jest jednak tak dużo, że jeśli chciałaby je rzetelnie wykonywać, a ma taką osobowość, że inaczej nie potrafi, to nie byłaby w stanie pogodzić wolontariatu w Kancelarii Prezydenta z pracą zawodową i aplikacją prawniczą. Jest osobą młodą, jeszcze się uczy, nabiera doświadczenia. Musiała wybrać i zdecydowała. To naturalne.

 

Z Prezydentem RP Andrzejem Dudą rozmawiali Marek Pyza i Marcin Wikło.

Poleć znajomemu