Narzędzia dostępności

Oficjalna strona Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej

Dodatkowe narzędzia

Wtorek, 3 maja 2005

Uroczystości 3-Maja – wykład Prezydenta RP w Trybunale Konstytucyjnym

3 maja 2005 roku Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej Aleksander Kwaśniewski w siedzibie Trybunału Konstytucyjnego wziął udział w uroczystości obchodów Święta Konstytucji 3 maja w 500-lecie Konstytucji Nihil Novi.
Po powitaniu gości przez Prezesa Trybunału Konstytucyjnego Marka Safjana Prezydent RP wygłosił wykład pt. „Rzeczpospolita dobrem wspólnym wszystkich obywateli – refleksje Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej na tle funkcjonowania konstytucji RP z dnia 2 kwietnia 1997 roku.
Poniżej zamieszczamy treść wykładu:
 
Dziękuję bardzo za zaproszenie. Bardzo jest mi miło, że możemy się spotkać i powiem Państwu szczerze, że kiedy pan prezes Safjan przed chwilą odczytał listę osób, które 3 maja miały honor wykładać w tym miejscu, to zastanawiam się skąd we mnie ta śmiałość, żeby pojawić się przed Państwem i tłumaczę to na dwa sposoby. Pierwszy – mianowicie kończę kadencję i korzystam z okazji aby przyjąć to zaproszenie. A druga, może już nie tak poważna okazja. Mianowicie dzisiaj wiem, że oglądaliście Państwo wystawę związaną z 500-leciem ustanowienia zasady promulgacji prawa w Rzeczypospolitej Korony Polskiej i Wielkiego Księstwa Litewskiego. Cieszę się, że ta bardzo mądra zasada, iż konstytucja wtedy jest ważna kiedy jest ogłoszona, była przyjęta za króla Polski, Wielkiego Księcia Litewskiego Aleksandra. To mnie też nieco ośmiela, bo okazuje się, że imię Aleksander może być związane z rzeczami pożytecznymi i z umacnianiem prawa w naszej ojczyźnie. Chciałem się dzisiaj z Państwem podzielić   refleksjami nad działaniem obowiązującej Konstytucji. Zwłaszcza zaś – refleksjami nad sposobem interpretacji i urzeczywistniania tej zasady, o której traktuje jej pierwszy artykuł: „Rzeczpospolita Polska jest dobrem wspólnym wszystkich obywateli”. Trudno też o lepsze okoliczności  dla podjęcia takiego namysłu. Rocznica uchwalenia Konstytucji 3 Maja daje nam możliwość pochylenia się nad wartościami podstawowymi, fundamentalnymi dla życia społecznego.
Zasada dobra wspólnego legitymuje się  na polskiej ziemi dostojną tradycją. Znalazła ona wyraz w naszej pierwszej  – i pierwszej w Europie – ustawie zasadniczej. 214 lat temu nasi przodkowie pisali,  że uchwalają Konstytucję dla dobra powszechnego, dla ugruntowania wolności, dla ocalenia ojczyzny naszej i jej granic.  Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości, w tekście Konstytucji Marcowej znalazło się stwierdzenie, że Naród ma na oku dobro całej zjednoczonej i niepodległej Matki Ojczyzny. Do tych tradycji nawiązuje obecna Konstytucja III Rzeczpospolitej, określając nasze państwo mianem dobra wspólnego wszystkich obywateli.
Wybitnym konstytucjonalistom,  znawcom tematu, nie muszę,  ani nie powinienem, tłumaczyć doniosłości takiej definicji i całego bogactwa  jej znaczeń. Nie muszę przypominać, że już Arystoteles uznawał realizację dobra wspólnego  za jeden z podstawowych celów  wspólnoty politycznej. Ale pozwolę sobie wydobyć dwa elementy, które wydają mi się szczególnie ważne. Przede wszystkim, już w pierwszym artykule polska Konstytucja definiuje nasze państwo jako coś, co nas łączy, coś,  co wymaga naszej wspólnej troski. Jest ono dobrem, a nie złem. Nie jest niczym obcym,  narzuconym z zewnątrz, opresyjnym. Nie jest też własnością partii czy stronnictw – jest dobrem, o które zabiegać ma  cała obywatelska wspólnota.
Drugi istotny moment znajduje wyraz  w odniesieniu do „wszystkich obywateli”. W sformułowaniu tym manifestuje się równość i zakaz dyskryminacji. Łączy się ono z zasadą równości  wyrażoną w art. 32 Konstytucji, której treść została dookreślona w bogatym orzecznictwie Trybunału Konstytucyjnego. Ze wspólnoty obywateli Rzeczypospolitej nikt nie może być wykluczony,  niezależnie od swojej przynależności  do określonej struktury społecznej, organizacji, kościoła, związku wyznaniowego, nieformalnych grup. Oznacza to także zakaz wykluczania grup społecznych, z jakiegokolwiek powodu,  z owego zbiorowego podmiotu,  jakim są wszyscy obywatele. Tym samym sprzeczne z konstytucją jest wyrażanie idei i poglądów podważających prawo któregokolwiek z obywateli  do identyfikacji z Rzeczpospolitą. Ten zakaz wykluczania i dyskryminacji uzupełnia i potwierdza ideę wspólnoty obywatelskiej, która wyrasta  ponad społeczne różnice i bariery,  by skupić się wokół wspólnego dobra.
Drodzy Państwo!
Ten podstawowy sens formuły  „dobra wspólnego”, jaki starałem się  przed chwilą przekazać,  nie wyjaśnia jednak wszystkiego. Nawet jeśli zgodzimy się z powyższymi twierdzeniami, pojęcie dobra wspólnego bywa w praktyce różnie interpretowane. Być może to jest właśnie jedna z przyczyn dość rzadkiego powoływania się  przez podmioty uczestniczące w tworzeniu „przestrzeni konstytucyjnej” na „zasadę zasad” z pierwszego artykułu Konstytucji. Traktowana bywa ona – w refleksji konstytucyjnej, politycznej czy etycznej – bardziej jako udany, elegancki zwrot retoryczny, aniżeli jako miara  i podstawowy punkt odniesienia.
A przecież mówimy o naczelnym kryterium oceny działań i zaniechań wszystkich podmiotów bezpośrednio  lub pośrednio określonych w Konstytucji. Dobro wspólne jest konstytucyjnym kryterium realizacji kompetencji organów władzy publicznej, ale także organizacji społecznych składających się na strukturę społeczeństwa obywatelskiego  (art.12 Konstytucji) czy partii politycznych (art.11 Konstytucji). Każdy uczestnik debaty publicznej  ma prawo formułować pytanie, adresowane do wszystkich podmiotów bezpośrednio  i pośrednio określonych w konstytucji,  pytanie, które może brzmieć: w jaki sposób, poprzez swoje działania,  czy poprzez swoje zaniechania, realizują nakaz kształtowania modelu państwa  jako dobra wspólnego wszystkich obywateli.
Zatem warto zastanowić się, co konkretnie rozumiemy pod pojęciem dobra wspólnego. Podstawowe jego treści zawarte są w samej konstytucji – niepodległość, suwerenność, rządy prawa, szanowanie godności człowieka. Ale także bezpieczeństwo wewnętrzne  i zewnętrzne, rozwój gospodarczy, dziedzictwo narodowe i wolność społeczeństwa i jednostek. Obywatele w referendum konstytucyjnym zaakceptowali te właśnie treści konstytucyjnego dobra wspólnego. Ale przecież w pluralistycznym społeczeństwie na co dzień spieramy się właśnie o znaczenie tych treści – nie zawsze jest bowiem jasne, jak np. godzić winniśmy wolność jednostek z wolnością  całego społeczeństwa.    W demokratycznym państwie nikt nie ma monopolu na określanie precyzyjnego sensu owych wartości i norm – a przez to znaczenia dobra wspólnego.
Chciałbym jednak wskazać na dwa zagrożenia, które tu widać, i którym powinniśmy przeciwdziałać,  jeśli chcemy z powodzeniem budować państwo praworządne. Pierwsze niebezpieczeństwo określiłbym mianem „prywatyzacji” dobra wspólnego. Rzeczpospolita przypominałaby w takim wypadku ów – by posłużyć się metaforą jednego z Sienkiewiczowskich  anty-bohaterów – „postaw sukna”,  ciągnięty przez każdego w swoją stronę. Dobro wspólne może być przedmiotem próby instrumentalizacji, a wtedy  staje się  przykrywką dla prywatnych planów, interesów i zysków. Działania takie przynoszą podwójnie szkodliwe konsekwencje: nie służąc dobru wspólnemu, podważają jednocześnie społeczne zaufanie do definicji państwa jako „res publica”, rzeczy wspólnej. Wzbudzają w obywatelach przeświadczenie, że „dobro wspólne” to właśnie, o czym już wspominałem, owa ozdobna retoryka.
Drugim, choć rzadziej dostrzeganym niebezpieczeństwem, jest wspomniana już „monopolizacja” pojęcia dobra wspólnego. Choć politykę można i należy oceniać  przy użyciu kryteriów moralnych, nie wolno przeoczyć różnicy między tymi dziedzinami. Trzeba pamiętać, że podstawowym celem wspólnoty politycznej jest tworzenie  i doskonalenie mechanizmów wolności. Mechanizmy te stanowią warunek osiągania zgody w sprawach najważniejszych. Wypracowany kompromis może się często wydawać nie dość jasny, nie dość klarowny, jednoznaczny. Ale nikt nie ma tu monopolu na prawdę. Nie można z góry, w imię takiego czy innego światopoglądu, zadekretować treści dobra wspólnego.
Wśród socjologów i filozofów dominuje dziś pogląd, iż w nowoczesnym, pluralistycznym społeczeństwie trudno liczyć na spontaniczną zgodę co do dobra wspólnego. Mało realistyczne jest oczekiwanie, że każdy z nas, bez konsultacji z innymi, będzie dobrze wiedział, co jest w konkretnym przypadku najlepsze dla całej wspólnoty. Dlatego powinniśmy zawsze umieć odnaleźć pośrednią drogę między opisanymi skrajnościami. Z jednej strony – prawdą jest, że koncepcja dobra wspólnego wynosi nas  ponad prywatność. Ale nie powinniśmy zakładać, że to,  co prywatne, nieuchronnie popada  w konflikt z tym, co wspólne. Dobro wspólne kształtuje się dzięki mechanizmom negocjacji, do których strony społecznego dialogu przystępują z własnymi postulatami. Treść dobra wspólnego jako wartości konstytucyjnej wyłania się więc w procesie permanentnej interpretacji. Bierze się z kompromisu zawieranego między dobrami cząstkowymi,  grupowymi i indywidualnymi interesami. Na tym właśnie wymiarze naszej Ustawy Zasadniczej chciałbym się teraz skupić.
Szanowni Państwo!
Obowiązująca obecnie Konstytucja dowiodła, że wyraża w swoich zapisach minimalny społeczny konsens. Najlepszym, praktycznym tego dowodem jest fakt, że powołują się na nią nawet jej niegdysiejsi przeciwnicy. Dzisiaj na Placu patrzyłem na niewielką grupę protestujących, gdzie pisano - Konstytucja Europejska równa się Targowica. Przypomniałem sobie ten Plac przed dwoma laty, kiedy pisano - Unia Europejska równa się Targowica. Ale pamiętam też rok 1997 przed Referendum Konstytucyjnym, gdzie pisano Konstytucja, nasza krajowa Konstytucja, równa się Targowica. A dzisiaj może nie Ci, którzy nieśli transparenty, ale bardzo wielu z tych, którzy mówili o polskiej Konstytucji tak źle, bardzo chętnie się na nią powołują. Jest ona potężnym orężem w rękach niedawnych jeszcze przeciwników tej ustawy zasadniczej. Była przecież dezawuowana jako jednostronna, wyrażająca interesy tylko jednej strony sceny politycznej. Po kilku latach okazało się jednak,  że prawdziwym duchem tej ustawy zasadniczej jest mądry kompromis – symbolicznie obecny już w preambule,  w jej słynnym już sformułowaniu odnoszącym się do źródeł wartości. To dlatego dziś można do tej Konstytucji odwoływać się i czynią to  różne grupy społeczne i zawodowe, a mnie osobiście jako jednemu ze współautorów sprawia to naprawdę niekłamaną satysfakcję. I też powtarzam te słowa, które pan prezes był łaskaw cytować, że nie mamy do czynienia z konstytucją bezbłędną i doskonałą. Na pewno zawarte są tam błędy, czy niejasności, które wymagałyby poważnej dyskusji.
Ale chcę zwrócić uwagę, że większość propozycji zmian,  jakie pojawiają się w debacie publicznej,  nie dotyczy jednak, by tak stwierdzić,  „substancji” ustawy zasadniczej,  ale raczej konkretnych sposobów  realizacji zasady podziału władzy, czy współdziałania naczelnych organów. Poza odosobnionymi przypadkami,  właściwie nie spotkałem się z próbą podważenia fundamentalnych zasad,  zapisanych na kartach tej konstytucji. Co zaś do proponowanych zmian – uważam, że debata taka jest naturalna  i świadczy o dojrzałości demokracji. Ale też powtarzam słowa sprzed kilku lat, powinniśmy dbać  o stabilność porządku prawnego: wszelkie propozycje zmian  w Konstytucji muszą być dobrze uzasadnione, poddane gruntownej debacie  i przede wszystkim – wyrastać ponad najbliższy kalendarz wyborczy. Mam nadzieję, że osiągnęliśmy  w Polsce  zrozumienie dla reguły, by porządku konstytucyjnego nie „przykrawać”  do kolejnych układów politycznych. Poza szkodliwością dla wspólnego dobra, działania takie najczęściej ostatecznie mszczą się właśnie na tych,  którzy je podejmują.
Warto zauważyć, że koncepcja dobra wspólnego jako efektu współdziałania  i kompromisu odzwierciedla się także  w szczegółowych rozwiązaniach Konstytucji, regulujących stosunki  między władzami państwa. Są one wyraźnie rozdzielone,  ale nie skonfrontowane: stojące przed nimi zadanie to właśnie współpraca  na rzecz dobra wspólnego. Podkreślenia w tym kontekście wymaga też przyjęta w polskiej konstytucji koncepcja stosunków między państwem a kościołami  i związkami wyznaniowymi.  Pozostając autonomiczne i niezależne  od siebie, państwo i kościoły zobowiązane są zarazem do takiego współdziałania, którego celem – i efektem – jest dobro człowieka i dobro wspólne. To jest zobowiązanie konstytucyjne, wyznaczające przestrzeń dla państwa, kościołów i wszystkich związków wyznaniowych.
Panie i Panowie!
Zasady zapisane w Konstytucji  swoją konkretną interpretację  nabywały w procesie orzecznictwa Trybunału Konstytucyjnego. Podczas piastowania przeze mnie urzędu Prezydenta RP miałem okazję z bliska obserwować ten proces, a nawet – powiem nieskromnie – uczestniczyć w nim, najczęściej w roli jego inicjatora. Trudno byłoby teraz analizować wszystkie sytuacje, w których skorzystałem z prawa weta konstytucyjnego. Chciałbym natomiast przytoczyć  tylko przykład, gdy zgłoszony przeze mnie wniosek znalazł później potwierdzenie  w orzeczeniu Trybunału. Chodziło o sprawę z punktu widzenia porządku konstytucyjnego niezwykle istotną – ustawę o abolicji podatkowej  i powszechnych deklaracjach majątkowych obywateli. Efektem wspólnego działania, zainicjowanego przez Prezydenta,  a zakończonego wyrokiem Trybunału,  było potwierdzenie zasady,  że prawo nie może arbitralnie wkraczać  w prawa jednostki. A każde działanie, także działanie prawodawcy, dezintegrujące związek między jednostką a państwem stanowi zagrożenie dla dobra wspólnego.
Nie ograniczałem się wyłącznie  do działań „interwencyjnych”. Starałem się również korzystać  z prerogatywy, jaką nasza Konstytucja przyznaje Prezydentowi – prawa podejmowania inicjatywy ustawodawczej. W ciągu obu moich kadencji  wystąpiłem z 46 takimi inicjatywami. Nie sposób tu oczywiście określać ich znaczenia dla „ukonkretniania” zasady dobra wspólnego, ani też śledzić losów kolejnych projektów. Pragnę jedynie skupić się na tym, w jaki sposób były one najczęściej podejmowane. Właśnie dlatego, że jestem przekonany  o konsultacyjnym charakterze osiągania dobra wspólnego w społeczeństwie demokratycznym, inicjatywy takie rozpoczynałem od zasięgnięcia opinii zainteresowanych. Jestem przekonany, że środowiska społeczne i zawodowe najczęściej same potrafią bardzo dobrze rozpoznać swoje problemy i przedstawić propozycje rozwiązań.
Zgodnie z tym poglądem, zakładałem także, że cząstkowy interes tej czy innej grupy nie musi popadać w sprzeczność z dobrem wspólnym. Wręcz przeciwnie: ujęty w formuły prawne możliwe do zaakceptowania dla innych partnerów publicznej debaty, taki interes cząstkowy składa się na wypełnione konkretną treścią dobro nas wszystkich. W takim właśnie kontekście i w taki właśnie sposób przebiegały choćby prace nad, mam nadzieję zakończonym wkrótce, projektem ustawy, przyjętym przez Sejm o szkolnictwie wyższym. Był on wielokrotnie konsultowany  ze środowiskiem naukowym i mogę dziś  z pełnym przekonaniem powiedzieć,  że odpowiada on najważniejszym postulatom i potrzebom tego środowiska.  A przecież potrzeby tego środowiska, którego zadaniem jest dbanie o poziom wykształcenia naszego społeczeństwa,  nie są niczym konkurencyjnym  wobec dobra wspólnego,  wręcz przeciwnie,  stanowią jego niezbywalną część.
Szanowni Państwo!
Pojęcie dobra wspólnego  ma nie tylko status konstytucyjny. Kierowanie się zasadą urzeczywistniania tego dobra ma kolosalne znaczenie społeczne. Oczywiście poza sferą prawa  trudno tu liczyć na precyzję, którą zawsze niosą ze sobą ustawy i orzecznictwo. Mimo to jednak, jak podkreśla wielu współczesnych myślicieli społecznych, zasady prawne, także konstytucyjne,  muszą być niejako „otoczone” kulturą porozumienia i kompromisu, kulturą debaty i tolerancji, by były interpretowane zgodnie ze swoim duchem. Zależność ta jest zresztą obustronna:  dobre ustawy zasadnicze zazwyczaj promują konsultacyjne postawy wśród obywateli.
Wierzę więc, że doskonalona w mniejszym czy większym stopniu Konstytucja,  nie utraci już swego koncyliacyjnego charakteru. Wówczas będzie mogła nadal sprzyjać negocjacjom, debacie,  wypracowywaniu zgody. Zaś uczestniczący w takich procesach obywatele będą się coraz lepiej odnajdywać we własnym porządku konstytucyjnym, coraz bardziej identyfikować  ze swoim państwem. Może wówczas także w Polsce będziemy świadkami umacniania się – jak to się czasem określa – „patriotyzmu konstytucyjnego”, czyli przywiązania  do nadrzędnych wartości, które uznaje się za własne, których jest się gotowym bronić  i które stanowią silne spoiwo społeczne. Dla rozwoju społeczeństwa obywatelskiego będzie to niezwykle istotny proces.
Jestem również przekonany, że im więcej tej konsultacyjności będzie wśród nas, Polaków, tym lepiej będziemy odnajdywać się w strukturach Unii Europejskiej,  która oparta jest od samego początku na żmudnym wypracowywania kompromisu. Nie: na zasadzie „Moje zwycięstwo – twoja przegrana”, lecz „Obustronne ustępstwa – wspólny sukces” , to jest  zasada postępowania. Myślę, że wielu naszych rodaków  doskonale to rozumie, ale ciągle bardzo wielu - nie. Sądzę, że wymaga to jeszcze od nas pracy, tłumaczenia, argumentów, ale jestem przekonany, że Konstytucja Europejska może liczyć na polskie „Tak” w referendum i że z poparciem spotkają się wszelkie kroki,  które zmierzać będą do usprawniania Unii, przy wzmacnianiu jej solidarności. Dobro wspólne naszego społeczeństwa  nie jest bowiem sprzeczne z dobrem naszych unijnych partnerów, czy sąsiadów. Społeczeństwo, które z powodzeniem praktykuje debatę wewnętrzną,  powinno być również gotowe do negocjacji w szerszym, europejskim gronie.
Ten element chciałbym ze szczególną mocą podkreślić. O przyszłości naszego państwa zadecyduje przede wszystkim to, w jaki sposób sami obywatele rozumieć będą pojęcie  dobra wspólnego. Gdybyśmy zapytali wielu z naszych rodaków, to sądzę, że intuicyjnie mieliby na to odpowiedź, że to dobro wspólne oznacza mniej egoizmu, więcej otwartości, wrażliwości wobec  innych. To wcale nie musi oznaczać przeciwstawienia „ ja i my”, nie musi oznaczać ani ucieczki, czy przyjęcia zasad nierozsądnego kolektywizmu, czy myślenia wspólnotowego, czy stadnego. To dobro wspólne oznacza mniej dla mnie, a więcej nam i dla nas. Sądzę, że w takim bardzo ogólnym rozumieniu to dobro wspólne  jest przecież do zaakceptowania dla nas wszystkich jako coś, co może stanowić znakomity fundament budowy wielkiego gmachu społeczeństwa i państwa. Od nas zależy, czy obywatele poczują się zbiorowym podmiotem. Od bardzo wielu instytucji, od prawa, od tych, którzy je stanowią będzie zależało, czy obywatele będą uznawać instytucje społeczeństwa obywatelskiego, czy będą współdziałali w tworzeniu dobrego państwa i dobrego prawa. Mówimy o tym zazwyczaj przy okazji Konstytucji 3 Maja. I  słusznie, bo jest to dzieło, które przechowało polskość, myśl państwową przez ponad sto lat nieistnienia Polski na mapie świata. I choć Konstytucja nie uratowała państwa  w tamtej chwili, to dała tę siłę, z której korzystaliśmy przez kolejne pokolenia. Dzisiaj jesteśmy  w innej sytuacji, ale warto się odwoływać do tamtych nauk, warto dyskutować, rozmawiać o tym prawie, które dzisiaj tworzymy i które określa nasz byt współcześnie. Jestem przekonany, że jeżeli naczelną zasadą pozostanie troska o dobro wspólne wszystkich obywateli, to nawet przy wielkich różnicach, jakie istnieją, przy wyzwaniach, których nie jesteśmy jeszcze w stanie ogarnąć ani myślą ani wypowiedzieć im zdecydowane działanie, to kierując się  dobrem wspólnym będziemy zmierzali we właściwym kierunku, będziemy budowali wartości, które pozostaną nieprzemijające i do których kolejne pokolenia będą się mogły odwoływać, tak jak my odwołujemy się do Konstytucji 3 Maja.
 
Poleć znajomemu